Gwiazdka 2018: życzenia pod choinkę

To po prostu skandal, że głęboki emeryt nie mógł znaleźć czasu przed wieczerzą wigilijną na wyjście naprzeciw tej starej polskiej tradycji i na skreślenie świątecznych życzeń. Czynię to więc w pierwszej wolnej chwili, bo nie wyobrażam sobie, żeby tego nie uczynić.

Życzę więc wszystkim moim licznym przyjaciołom i znajomym z różnych życiowych ścieżek, w szczególności tej ostatniej, „ulicznego szlaku” – ale również przecież sobie, żeby świat wyszedł w nadchodzącym roku z turbulencji, w jakie wpadł; żeby wrócił na wyznaczoną mu „od zawsze” drogę wiodącą ku  pogłębianej świadomości, że jesteśmy jedną, ludzką rodziną, że wolność i szacunek dla godności – to niezbywalne prawa każdej istoty ludzkiej. A w przełożeniu na współczesne realia, to przecież nic innego, jak kurs na demokrację i rządy prawa i na wzrastające poczucie odpowiedzialności za stan naszej niepowtarzalnej w swoim pięknie i różnorodności planety.

Mój kraj, przecież mi najbliższy, znalazł się – niestety – w apogeum tych turbulencji, ale jest on tylko niewielką cząstką tej rozedrganej rzeczywistości i sam z tych wstrząsów nie wyjdzie. Może jednak zrobić wiele, żeby świat – choćby ten mu najbliższy, Europa – powrócił na wyznaczony mu kurs; może dołączyć do jednoczących się sił, które z turbulencji wyprowadzają. Życzę więc wszystkim moim rodakom, żeby przebudzili się z somnambulicznego snu – jeśli wciąż w nim tkwią – i opowiedzieli się w nadchodzących wyborach za podstawowymi wartościami, których deficyt jest przyczyną chwilowych rozedrgań: za wolnością, za dominacją prawa w przestrzeni publicznej, za szacunkiem dla godności ludzkiej i swobód obywatelskich,  za równością szans, za międzyludzką solidarnością, za świeckim państwem z zachowaniem szacunku dla wierzących i niewierzących.  Żeby w nadchodzącym roku zdobyli się nie tylko na odwagę protestu przeciwko złu, ale też na mądrość, by obalać dzielące nas mury. Żeby udźwignęli wyzwanie i wznieśli się ponad urazy. Żeby – przy zachowaniu szacunku dla wszelkiej różnorodności – otworzyli się na drugiego człowieka, zaakceptowali z jednej strony jego pragnienie wolności, z drugiej – jego potrzebę sięgania do tradycji. Żeby sprostali wyzwaniu stworzenia przestrzeni dla spełnienia się polskich nadziei (a przecież przesłaniem tych Świąt jest właśnie nadzieja) na lepszą Polskę – bo przecież takie pragnienie tkwi w nas wszystkich, po różnych stronach dzielących nas barykad.

No, a kiedy już złożyłem te życzenia, głęboko tkwiące mi gdzieś z tyłu głowy, przechodzę do bardzo osobistego podsumowania minionego roku. I chcę powiedzieć, że przyniósł mi on tyle adresowanej do mnie ludzkiej życzliwości i ciepła, którym czuję się otulony, że odrzucam wszelkie życzenia typu „żebyś był bogaty”, bo bardziej ubogaconym niż tak, jak się czuję, chyba już być nie sposób. A im więcej czuję tej życzliwości, tym bardziej mnie ona zobowiązuje. Ale są też i drobne zadry, które pragnę z siebie wyrzucić, żeby dłużej nie kłuły.

Jedna związana jest z moją mimowolną „przygodą z panną Krysią” i jej twitterowym wpisem ze mną w tle, która odbiła się internetowym echem. Wśród komentarzy na ten temat znalazłem wiele takich, które namawiały mnie, żeby „nie odpuszczać”,  „dać nauczkę”, żądać prawnej satysfakcji. Przez pewien czas bliski byłem tej myśli, poruszony przede wszystkim tym, że w twitterowej wypowiedzi obrażona była  nazwana „śmieciem” Konstytucja. Przed podjęciem decyzji postanowiłem jednak sięgnąć po mądrość kilku wspaniałych ludzi, autorytetów, do których ta okoliczność mnie zbliżyła. I po przemyśleniu i wzięciu pod uwagę wszystkich odbytych rozmów zmieniłem zdanie: „odpuściłem” i na drogę prawną nie wszedłem. I proszę teraz o wybaczenie wszystkich tych, których tą decyzją zawiodłem, ale chcę też powiedzieć, co o takiej decyzji przesądziło.

Wejście na drogę prawną spowodowałoby niewątpliwie falę internetowego „hejtu” pod moim adresem (grzebanie w jakże długim życiorysie, podłą narrację), co przecież emocjonalnie nie pozostawałoby bez skutków – trzeba by tu i ówdzie reagować, odkłamywać, jakoś się przed „hejtem” bronić. Ponadto wyobrażam sobie już te dziennikarskie telefony z prośbą o komentarz i te spływające z instancji sądowych dokumenty – orzeczenia, wyroki (trudno przewidzieć „w którą stronę”, zależałoby to od wyznaczonych sędziowskich składów), uzasadnienia, również przecież pobudzające emocje; trzeba by się w tym wszystkim grzebać przez wiele miesięcy, bo z chwilą wszczęcia procedury należałoby ją doprowadzić do końca, kto wie, czy nie skończyłoby się na Sądzie Najwyższym. A niezależnie od emocji, ileż by to pochłonęło czasu. W zamian można byłoby oczekiwać – przy wygranej sprawie – skreślonego gdzieś drobnym drukiem słowa „przepraszam” i niewielkiej sumy wpłaconej na WOŚP. A czas jest teraz przecież na wagę złota i warto go przeznaczyć na tę „walkę o wszystko” – na sukces opozycji przy europejskiej i parlamentarnej urnie wyborczej. Więc odpuściłem. Za co rozczarowanych – być może – taką moją decyzją solennie przepraszam i proszę o zrozumienie.

Inna zadra – to wielokrotnie powtarzające się publicznie określenie przy moim nazwisku „założyciel Amnesty International w Polsce”. Potraktował bym to może jako nie warte prostowania medialne nadużycie (czego w przestrzeni publicznej wiele) gdyby nie poczucie, że wyrządza to krzywdę grupie wspaniałych ludzi, z którymi przed ponad ćwierć wiekiem miałem zaszczyt być zaprzyjaźniony, i gdyby ten „założyciel” nie ukazał się w mediach o szerokim zasięgu (GW, wp). Zatem prostuję. I sięgam do wspomnień. A było tak:

Jesień 1989: radość z odzyskania suwerenności, granice Polski wreszcie na oścież otwarte. Do Warszawy przybywa emisariusz Międzynarodowego Sekretariatu Amnesty International Garreth Davies, organizuje spotkanie w Hotelu Forum (dzisiaj Novotel): chce pogratulować byłym polskim więźniom sumienia, w których obronie AI występowała w początkach lat 80-tych, ale też zaapelować do nich o powołanie w wolnej Polsce struktury AI w geście rewanżu za międzynarodowe wsparcie i o kreowanie tego niepowtarzalnego ruchu na rzecz praw  człowieka. Spotkanie przebiegło bardzo uroczyście z jednoznacznym poparciem dla rzuconej inicjatywy, tyle tylko, że jej bezpośredni adresaci zasiadali już w nowo powołanym parlamencie (Obywatelski Klub Parlamentarny) i wchodzili właśnie do rządu Tadeusza Mazowieckiego – zajęci byli do głębi trzewi polskimi sprawami i ich entuzjazm nie przekładał się na realne możliwości. Szczęśliwie, byli też na tym spotkaniu, w dalszych rzędach, szeregowi działacze podziemnej „Solidarności” (dotarłem tam też i ja) i to oni, z pełnym poparciem solidarnościowych parlamentarzystów, podjęli pierwsze działania. W Warszawie spotykaliśmy się, przy kuflu piwa, w osiedlowym klubie przy Grójeckiej, w niezapomnianym gronie: dr Iwona Jakubowska – Branicka, Ewa Tomaszewska (dzisiaj aktywna posłanka PiS) z siostrą i szwagrem, Andrzej Dominiczak, była też Ania, której nazwiska nie pamiętam, może ktoś jeszcze.  Zaczynaliśmy od pisania amnestyjnych listów w oparciu o przesyłane nam z Londynu przez Garretha pierwsze materiały. Wkrótce dowiedzieliśmy się (via Londyn), że podobne grupy istnieją w Gdańsku i Toruniu. Nawiązaliśmy kontakt. Wiosną 1990 spotkaliśmy się w Warszawie i postanowiliśmy zrobić dalszy krok: powołać – w porozumieniu z Międzynarodowym Sekretariatem – ogólnopolskie Stowarzyszenie Amnesty International. Sprawę wzięła w swoje ręce działająca w Gdańsku mec. Orlikowska – Wrońska, pamiętana jako odważny obrońca Adama Michnika w jego głośnym procesie w 1985. Na pierwszym Walnym Zebraniu powołaliśmy pierwszego prezesa Stowarzyszenia, Małgorzatę Tarasiewicz, działaczkę podziemnej „Wolność i pokój” i międzynarodową działaczkę (do dzisiaj) na rzecz praw kobiet. Wszedłem do zarządu Stowarzyszenia obok wspaniałych gdańskich działaczy – Ani Legan, Maćka Nawrota, jakże wielu nazwisk już nie pamiętam – i pozostawałem w nim przez kolejne 10 lat pełniąc w kolejnej, trzeciej kadencji funkcję jego prezesa.

Tak więc powoływaliśmy „polską Amnesty” kreatywnym wysiłkiem wielu osób zaangażowanych w obronę uniwersalnych praw człowieka na całym świecie, a ja skoncentrowałem swoją działalność na budowaniu tego ruchu w Warszawie i na Mazowszu. To prawda, przez kolejne lata nie było dla mnie nic ważniejszego od tej działalności. Warszawa dawała szanse: tu było najłatwiej zaistnieć w mediach, z czego korzystałem pełnymi garściami, i uzyskiwać bezpośrednie wsparcie życzliwych nam parlamentarzystów. Sięgałem jednak szerzej: po powołaniu Warszawskiego Oddziału Stowarzyszenia (któremu „prezesowałem”) i Warszawskiej Grupy AI – grupy pierwszych autentycznych organizatorów amnestyjnych akcji, moich studentów z SGPiS / SGH, z którymi łączyła mnie wieloletnia działalność w podziemnej „S” i których nie musiałem długo do działań w AI przekonywać – zwróciłem się o wsparcie ruchu AI do wspaniałych członków polskiego PEN: naszym pierwszym amnestyjnym „stolikom”, gdzie zbieraliśmy podpisy pod petycjami, towarzyszyli Artur Międzyrzecki, Julia Hartwig, Jacek Bocheński, Anna Trzeciakowska, jakże wielu innych. Wielkim moim / naszym sukcesem było ukazanie się na czołówce „Gazety Wyborczej”, w 30. rocznicę powstania AI (1991), artykułu poświęconego naszej działalności z przesłaniem jej „naczelnego”, Adama Michnika. W manifestacjach przed ambasadą ChRL – wciąż świeża była pamięć o krwawej masakrze na Placu Tiananmen 4 czerwca 1989,  dokładnie w dniu naszych zmieniających Polskę historycznych wyborów – uczestniczyli – obok polityków i intelektualistów – kolejni prezydenci Warszawy, Paweł Piskorski  i Marcin Święcicki. Tak, to prawda, działo się, i była to – obok „Solidarności” – moja najpiękniejsza, niezapomniana życiowa przygoda, której poświęcałem przez blisko 15 lat cały mój czas i w którą wkładałem całe serce – ze wszystkimi tego osobistymi konsekwencjami: to nieuniknione. Ale to sprostowanie w odniesieniu do „założyciela” i „pierwszego prezesa” było konieczne. Kiedy już to napisałem – oddycham z ulgą i kłaniam się najpiękniej moim przyjaciołom z tamtych czasów, wspaniałym ludziom, z którymi miałem zaszczyt współtworzyć ruch Amnesty International w Polsce i równie wspaniałym, z którymi przez wiele lat współdziałałem na rzecz obrony praw człowieka w cieszącej się uznaniem w Międzynarodowym Sekretariacie warszawskiej Grupie 2 AI.

Tych zadr byłoby może więcej, ale na tym poprzestanę, a za przydługie może wspominki z przeszłości przepraszam – ci starzy tak mają!  I jeszcze raz życzę gorąco wszystkim nam, żeby ten rok przyniósł spełnienie naszych polskich marzeń, nadziei, oczekiwań; żeby starczyło nam determinacji i odważnej rozwagi, by nad tym niezmordowanie pracować. Do siego!

Reklamy

Jak wygrać „walkę o wszystko”? Jak sprostać historycznemu wyzwaniu?

Kilka refleksji przed KORD II

Piszę to zawieszony gdzieś między nadzieją i beznadzieją, kuląc się w lęku, kiedy pomyślę o przegranej, ale też w pełni świadom tego, że czym prędzej trzeba z tego skulenia wyjść, znów się wyprostować i robić wszystko co jest w ludzkiej mocy, żeby do tej przegranej nie doszło. Bo ta batalia wyborcza – tym razem wyjątkowa, bo będzie to „walka o wszystko” – sama się przecież nie wygra.

Widzimy wszyscy, co dzieje się za oknem. Kłamstwo w przestrzeni publicznej sięga zenitu.  Polski Sejm sprowadzony został do poziomu politycznego kabaretu. Zrujnowane jest zaufanie do systemu wymiaru sprawiedliwości. Korpus służby publicznej wymieciony został przez partyjną nomenklaturę. „Służby” pozostają na służbie coraz bardziej autorytarnego obozu władzy. Zacieśnia się sojusz tronu z tiarą. Zniszczone są relacje europejskie. I można by tak snuć jeszcze długo. Wszystko to zostało podsumowane z końcem roku publicznym oświadczeniem szefa rządu, że „…jesteśmy najbardziej wolnościową ekipą, od 1989…” i werbalnymi sygnałami, które mają dawać do zrozumienia, że przecież „kochamy Europę”, tylko nieco inaczej. „Nowy wspaniały świat” Aldousa Huxleya czy orwellowska wizja „Roku 1984” atakuje nas z ekranu telewizora i ze szpalt gazet już bezustannie, bo nie chodzi w tym tylko o splugawianie dorobku polskiej demokracji z okresu trzech minionych dekad; bo to jest przede wszystkim walka o polską duszę, bo to jest nękające przekonywanie, że dokonywana dewastacja jest pozyskiwaniem jakiegoś dobra, że czarne jest białe. Pozostaje pytanie, w jakiej mierze jest to przez opinię publiczną „kupowane”, a w jakiej odrzucane. Wszystko to dzieje się w kontekście europejskim: widmo „polexitu” blednie wobec widma przejmowania Europy, którą pokochaliśmy, przez populistycznych troglodytów, którzy chcą zawrócić bieg historii i cofnąć świat o kilka pokoleń, do czasów, kiedy w swoim nacjonalistycznym formacie Europa zmierzała ku przepaści. W którą wpadła!

Słyszymy z ust wielu autorytetów, które nam jeszcze szczęśliwie pozostały (równie szczęśliwie rodzą się nowe!), że zbliżające się wybory – zarówno europejskie, jak parlamentarne – będą właśnie tą „walką o wszystko”: o powrót do jakiejś normalności, o powstrzymanie tej fali wstecznictwa, która sprawia wrażenie, że świat zwariował, o przywrócenie Polsce demokratycznego państwa prawa rządzonego z wyciągnięciem wniosków ze wszystkich dotychczasowych błędów i zaniechań, o pomoc Europie w jej dramatycznym oporze przeciw koalicji złych mocy – od Victora Orbana począwszy, na Matteo Salvinim i Marine le Pen kończąc, zagarniającej po drodze co pomniejszych karłów, którym za sprawą zmanipulowanego suwerena udało się zasiąść u steru niejednego państwa w tej naszej, nie okrzepłej w demokracji, części Starego Kontynentu – bo nie tylko Polski. „Walką o wszystko”: bo jeśli siły demokratyczne nie wygrają tej walki, ten układ spetryfikuje się, skamienieje, i trwać będzie przez kolejne dekady czyniąc swoje potworne dzieło. Trwać będzie do kolejnej katastrofy podobnej do tej, jaką szarpana nacjonalizmami Europa spowodowała przed 80 laty; w najbardziej optymistycznej wersji – do momentu, kiedy pokolenie naszych wnuków lub prawnuków przebudzi się z somnambulicznego snu i powie swoje „non possum”. Gdyby był na to czas, ciekawie byłoby porozważać, jakie złe moce pozwoliły na zaistnienie tego układu: skumulowanie się kryzysów napędzanych wypowiedzianą zachodnim wartościom wojną informacyjną? Spuszczenie ze smyczy postępującej globalizacji? Historyczna amnezja młodszych pokoleń?

Czasu brak, bo larum grają: w całej Europie, ale w Polsce w sposób szczególny. Bo jesteśmy w niej wielkim i ludnym krajem. Bo los usytuował nas w jej szczególnym, newralgiczny miejscu. Bo – w związku z tym – nasze oddziaływanie na dalszy europejski los ma znaczenie. Bo to, co sercu najbliższe – przywrócenie w naszym kraju rządów demokratycznego państwa prawa – będzie miało wpływ nie tylko na losy kilku pokoleń Polaków. Czy damy radę przywrócić Polsce ten zaszczytny tytuł lidera w promowaniu jednej z fundamentalnych europejskich wartości, której na imię „solidarność”, czy też okaże się, że polska „Solidarność” była tylko efemerydą, przypadkowym zbiegiem okoliczności, sympatycznym figlem historii? Czy sprostamy wyzwaniu w tej „walce o wszystko” w nadchodzących europejskich i parlamentarnych wyborach? Jak jesteśmy w ich przededniu do tej walki przygotowani?

Do rozstrzygnięć pozostało już tylko kilka miesięcy. Mamy poza sobą – my, Obywatele, obywatelska opozycja, w tym ta „uliczna” – trzy lata upartego protestu i nie są to lata zmarnowane, bo w ogromnej mierze przyczyniliśmy się do spowalniania tego burzącego wszystko walca. Ale nie są też one w pełni wykorzystane, żeby nie rzec, że w jakiejś mierze stracone. Opozycja parlamentarna nie zdołała w ciągu tych trzech lat „ogarnąć się” po porażce, wyciągnąć z niej niezbędne wnioski, dokonać w oparciu o nie głębokiego audytu, stworzyć program WSPÓLNEJ wizji Polski u samych jej podstaw ustrojowych przy zachowaniu całej gamy różnorodności. Jest dopiero na etapie jakby budzenia się, przekonywania się do – wydawałoby się – oczywistego faktu, że wybory, tą „walkę o wszystko”, wygrywa się takim właśnie programem, obnażającym zło, przeciwko któremu w zmaganiach wyborczych się walczy, ale przede wszystkim przywracającym nadzieję na powrót normalności, autentycznych rządów prawa, cywilizowanego parlamentaryzmu, zaprzestania plemiennych walk, z podpisanym krwią zapewnieniem, że takich zobowiązań się dotrzyma. Opozycja obywatelska, po pierwszym, spontanicznym, masowym zrywie, wytraciła impet, zatomizowała się, co gorsza – popadła w wewnętrzne konflikty. Jej pierwsi liderzy nie sprostali wyzwaniu – ono ich przerosło. Ale – co niezwykle ważne – ona się „nie rozeszła”, nie wróciła do domowego zacisza, na co liczył obóz władzy. Ona – choć w rozbiciu – trwała w swoim stanowczym proteście. I miała po drodze swoje sukcesy. I trwa, choć wciąż nie stanowi obywatelskiej wspólnoty dostatecznie świadomej wyzwania, jakie przed nią stoi – owej „walki o wszystko”. Ta świadomość się dopiero rodzi. Dojrzewa. To dojrzewanie nawet przyspiesza. Jest tylko pytanie, czy nadąży wobec rozpędzonej dynamiki wydarzeń.

Tak więc, lekko nie jest. Ogrom wyzwania nieco przytłacza, a świadomość, że przed nami już tylko kilka miesięcy, chwilami wręcz paraliżuje. Ale ma też efekt odwrotny. Ona również  mobilizuje. Z obserwacji wynika, że ta wielka stawka, o którą toczy się polityczna gra, staje się w coraz większym stopniu oczywistością, zarówno dla polityków, jak dla obywateli. Tylko czy w dostatecznym stopniu? Czy w ciągu tych kilku miesięcy dadzą się poskromić zastarzałe, partyjne egoizmy i dające wciąż o sobie znać liderskie „ego” na rzecz wspólnego dobra, demokracji, rządów prawa? Albo inaczej – żeby zejść z wysokiego „C”: czy nastąpi dostatecznie szybko rozbudzenie się ze złudnego snu, że granie parlamentarną pozycją czy nośnym logo w sytuacji tej „walki o wszystko” jest wchodzeniem w buty trolla pracującego na rzecz autorytarnego władztwa; że krótkowzroczne, egoistyczne „granie na siebie” – tak w kręgach opozycji parlamentarnej, jak obywatelskiej – doprowadzi do katastrofy, po której tak partyjne, jak liderskie aspiracje staną się już tylko przedmiotem kpin wynajętego przez zwycięzców błazna?

W tym kontekście wyłania się nowe, konkretne wyzwanie dla obywatelskiej opozycji: pilne, bo larum grają – wyzwanie na dziś, na jutro, na „już”. Choć czasy są inne i inne mechanizmy – odwołanie się do etosu „Solidarności”. W imię Wielkiej Sprawy. W sytuacji, kiedy kultywowanie wszelakich egoizmów równe jest zdradzie wobec racji stanu Polski, zaprzepaszczaniu losu kilku pokoleń. Temu wyzwaniu na imię: zjednoczyć się, przy zachowaniu wszystkich różnic ideowych, światopoglądowych, programowych, bo o to przyjdzie czas spierać się w przywróconym do cywilizowanych standardów parlamencie. Zjednoczyć się wokół jednego tylko, programowego hasła: przywrócenie Polsce demokracji i rządów prawa, do czego pierwszym krokiem jest pozbawienie władzy tych, którzy ją w tak niecny sposób sprawują. Zjednoczyć się, to znaczy stać się siłą polityczną (Boże uchowaj – partyjną!), wypowiadającą się jednym głosem w tym jedynym punkcie WSPÓLNEGO programu: wygrać wybory.

Jeśli cokolwiek podtrzymuje mój optymizm – to świadomość, iż spora grupa działaczy obywatelskiej opozycji, świadomych wyzwania, noszących okulary „na dalekie widzenie”, już od dość dawna angażuje się na rzecz realizacji tej idei, tego pomysłu, który – choć z trudem wobec naszej atomizacji – dojrzewa i zyskuje coraz szerszą akceptację wśród „uliczników wszelkiej maści”. Pracują think-tanki – ludzie poświęcają wiele czasu debacie, jak to zrobić, żeby przyciągnąć, nie urażając niczyjej tożsamości, okazując pełen szacunek dla różnorodnych wartości, wrażliwości, programów. Ktoś rzucił pomysł zorganizowania kongresu obywateli, obywatelskich ruchów i inicjatyw po to, żeby WSPÓLNIE zweryfikować ten pomysł na zjednoczenie się wokół tego jedynego punktu: wygrać tą „walkę o wszystko”, co przekłada się praktycznie na wygranie dwóch odsłon wyborczych. Oczywiście, chwała pomysłodawcy, który zaproponował demokratycznej opozycji – w dramatycznym momencie naszej historii – platformę stanowiącą być może ostatnią szansę, aby odegrała ona dziejową rolę. Teraz idea kongresu żyje już własnym życiem, przybiera realne kształty, budzi optymizm. Daje szansę na to, że w tej jednej sprawie „walki o wszystko”, o zachowanie demokratycznych pryncypiów ustrojowych naszego kochanego kraju, my, demokraci, obywatele świadomi odpowiedzialności, do której nasze obywatelstwo nas zobowiązuje, wypowiadać się będziemy jednym głosem, pójdziemy razem ponad drugorzędnymi wobec historycznego wyzwania podziałami, staniemy się siłą polityczną z jednakowym dystansem do wszystkich demokratycznych partii politycznych, oferującą im partnerstwo we wspólnej walce o lepszą Polskę, ale też stanowczo domagającą się skuteczności w prowadzeniu tej walki, bowiem teraz nie ma już ani chwili do stracenia.

Ten kongres, ta szansa na naszą polską „jedność w różnorodności” (wiodące hasło Komisji Europejskiej pod przywództwem Jean-Claude Junckera) – to Kongres Obywatelskich Ruchów Demokratycznych, który odbędzie się 5 stycznia 2019 w Warszawie. Będzie to już jego druga odsłona. W pierwszej, tej wrześniowej, mającej miejsce w Łodzi, było jeszcze za wcześnie, żeby – po naszych wewnętrznych turbulencjach, przy wciąż odczuwanych obolałościach – mówić o jakimkolwiek wspólnym programie, choćby na poziomie tego jedynego priorytetu. Jej umiarkowanym sukcesem był sam fakt, że spotkaliśmy się – Obywatele z różnych ruchów i inicjatyw, zarówno tych, które na trwałe zaistniały w publicznym odbiorze i mediach społecznościowych, jak i tych niewielkich, rozsianych po całej Polsce, które wykazywały najwięcej odwagi i determinacji stając w kilkuosobowych grupach przed lokalnymi sądami z napisem „Konstytucja”, bardziej niż w dużych aglomeracjach narażonych na „hejt” i obelgi. Spotkaliśmy się, przypomnieliśmy się sobie nawzajem, bo przecież wszyscy wyrośliśmy z tego samego korzenia i wszystkich nas łączy to samo fundamentalne pragnienie: powstrzymać zło, położyć kres podziałom, fali nienawiści, dewastacji instytucji demokratycznego państwa.

Druga odsłona KORD, ta styczniowa, która wkrótce przed nami, musi przynieść konkret. Musi, jeśli miałaby być niosącą nadzieję szansą na odegranie przez demokratyczną, obywatelską opozycję istotnej roli w tej „walce o wszystko”. Nie odegramy jej w rozproszeniu, choćby inspirowani najszlachetniejszymi intencjami. Odegramy ją wtedy tylko, jeśli zaistniejemy jako spójna, obywatelska wspólnota, z którą demokratyczne partie polityczne będą się liczyć jako z pożytecznym partnerem w ich wyborczej walce. Partnerem, który stanowczo domaga się skuteczności prowadzenia partyjnej kampanii wyborczej, z wzięciem pod uwagę wszelkich zagrożeń, jakie stanowi metoda d’Hondta przekładająca wyniki głosowania na liczbę foteli w parlamentarnych izbach. Partnerem, którego „pożyteczność” nie sprowadza się do dystrybucji wyborczych ulotek, a do pełnego udziału w kampanii prowadzonej w oparciu o program niosący realną nadzieję tym, którzy „nie mają na kogo głosować”, bądź gotowi są zagłosować na narodową prawicę w obawie przed społecznym wykluczeniem. To w ujęciu najbardziej ogólnym, bo w krótkim tekście inaczej się nie da. Natomiast da się to uszczegółowić na styczniowym spotkaniu, bo – w moim rozumieniu – dla przeprowadzenia tej debaty organizowany jest styczniowy KORD.

Nie mam szczypty nadziei, że ta wyborcza „walka o wszystko” w nadchodzącym roku jest do wygrania przez demokratyczne partie opozycyjne bez konstruktywnego udziału obywatelskiej opozycji. Równocześnie jestem głęboko przekonany, że ta walka jest do wygrania, jeśli społeczeństwo obywatelskie zdobędzie się na przemówienie jednym głosem i zaistnienie w tej dramatycznej kampanii wyborczej jako siła wspierająca, ale równocześnie jako uparty, wyrazisty, konsekwentny obywatelski „watchdog”. I myślę, że w dużym stopniu przesądzi o tym styczniowy KORD, a wszystkie swoje nadzieje wiążę z perspektywą wyjścia ze styczniowych obrad z oddechem ulgi. Po tym, jak opowiemy się za jednością w kwestii fundamentalnej: zaistnienia społeczeństwa obywatelskiego w kampanii wyborczej jako wspólnoty dysponującej siłą nacisku, poważnego partnera do rozmów z politykami zarówno na temat wyborczych programów, jak też podziału ról w prowadzonej kampanii. Po tym, jak się okaże, że w tej wielkiej sprawie, która przesądzić może o przyszłości Polski na wiele lat, zdolni jesteśmy na wzniesienie się ponad podziały, różnice, nawet poranienia – na okazanie sobie niezbędnej szczypty zaufania.

Dlatego apeluję do wszystkich, którym demokratyczna, europejska, przyjazna światu Polska jest miła – do moich Przyjaciół i Znajomych, do Obywateli, którzy to przeczytają, do regionów, ruchów, inicjatyw (tych dużych i tych małych, tych z „logo” i bez „loga”): przybywajcie na ten KORD, rejestrujcie się co szybciej. Czekać tam na Was będzie podpisana już przez wiele obywatelskich organizacji Karta Zasad (funkcjonowania) Środowisk Obywatelskich, czekać będą zręby brzegowego obywatelskiego programu i zarys propozycji wspólnych działań: wszystko to otwarte na obywatelską debatę. Przybywajcie w poczuciu Waszej – teraz na wagę złota – obywatelskiej odpowiedzialności, żeby wspólnie wygrać tę „walkę o wszystko”. Czekać tam na Was będzie nadzieja: przybywajcie, żeby ją przygarnąć, rozbudzić, podać dalej!

Cóż powiedzieć mogę więcej?

 

Fragment historii najnowszej: 30. rocznica historycznej debaty

Przeżywamy rok rocznic. Historycznych. Ważnych. A kto pamięta tą?

Dzisiaj, 30 listopada 2018, mija od tego wydarzenia dokładnie 30 lat. „Nieznany mężczyzna z wąsem” po raz pierwszy od wprowadzenia stanu wojennego ukazuje się na ekranie reżimowej telewizji jako Lech Wałęsa. Przewodniczący NSZZ „Solidarność” (wciąż jeszcze nie uznawanej, w przestrzeni publicznej nie istniejącej) przystępuje do publicznej debaty z Alfredem Miodowiczem, przewodniczącym reżimowej OPZZ (Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych). Lech, wówczas jeszcze nie polityk, a elektryk, na skutek represji zwolniony ze Stoczni im. Lenina w Gdańsku, wykształcenie podstawowe i dwuletnia „zawodówka”, charyzmatyczny trybun ludowy, ale z zerowym doświadczeniem w poruszaniu się w języku polityki, staje do telewizyjnej debaty z Alfredem Miodowiczem, w PRL – „od zawsze” działaczem, doskonale „otartym” w polityce, podówczas posłem na Sejm PRL, członkiem Komitetu Centralnego i Biura Politycznego PZPR – najwyższych władz Polski Ludowej. Wynegocjowana debata (wówczas jeszcze przez wciąż zdelegalizowaną „Solidarność”, nie bez udziału Kościoła) miała niewątpliwie na celu – w zamierzeniu władz – zniszczenie obrazu  legendarnego Wałęsy, pokazanie go jako osoby prymitywnej, nie rozumiejącej niczego z wielkiej polityki i rządzących światem imperatywów.

Tymczasem staje się inaczej. Myślę, że po raz pierwszy w tej debacie Lech Wałęsa zaprezentował się jako „zwierze polityczne”, wykazał swoją niebywałą intuicję, publicznie raził trafnością argumentów. Lech Wałęsa tą debatę zdecydowanie wygrał (a ja ją z wypiekami na twarzy śledziłem), i to tak w oczach przeciętnego Kowalskiego, jak w odbiorze ówczesnej elity komunistycznej władzy.

I to był moment przełomowy. To ta debata w sposób niezwykły ukształtowała wówczas społeczne klimaty – w szerokich warstwach społeczeństwa przywróciła nadzieję. To ta debata uświadomiła ostatecznie sprawującym wówczas władzę, że są już tylko dwie drogi: albo tragiczna w skutkach i wątpliwa w efektach (wobec panującej wówczas sytuacji międzynarodowej) dalsza konfrontacja, albo podjęcie trudnego dialogu. To ta debata otworzyła drogę do Okrągłego Stołu, a w jego konsekwencji – do powtórnego zalegalizowania niezależnego od partii związku zawodowego (to się w „obozie socjalistycznym” nie mieściło w głowie!), do kontraktowych, pół-wolnych wyborów, w których – dzięki uchyleniu rąbka wolności – „Solidarność” odniosła spektakularne zwycięstwo, a w dalszym, błyskawicznym biegu wydarzeń – do odzyskania przez Polskę w pełni suwerennego bytu, spełnienia marzeń wielu pokoleń. O „wiośnie ludów” w naszej części Europy, którą umożliwiła ta sekwencja polskich wydarzeń, już tylko wspomnę.

Panie Lechu, ja, szary obywatel III Rzeczypospolitej, a przez to również obywatel niepowtarzalnej wspólnoty wolnych narodów, Unii Europejskiej, najgoręcej Panu dziękuję, a myślę, że wraz ze mną dziękują Panu miliony Polaków. Nie za tą przyrodzoną Panu intuicję i polityczny instynkt: tym obdarzyła Pana – tym razem wyjątkowo Polsce przychylna – Opatrzność. Dziękuję Panu za Pana determinację w korzystaniu z tych przyrodzonych Panu darów, za Pana szlachetny upór, za to, że na każdym zakręcie galopującej historii wybiera Pan konsekwentnie pozostawanie po dobrej stronie mocy. I myślę, że 30 rocznica Pana starcia z emisariuszem złych mocy – zaistnienia przez Pana w nowej roli, którą ostatecznie utrwalił Pan w swoim słynnym przemówieniu adresowanym do amerykańskiego Kongresu rozpoczynając je słowami „My Naród…”, jest dobrą okazją do przekazania tych gorących podziękowań. Z taką nurtującą mnie gdzieś myślą, że ta rola, którą dobry los Pana obdarzył, wcale się jeszcze nie skończyła…

Haust świeżego powietrza, ale też trochę o tym, co łączy i cieszy

Czas już chyba na wyrzucenie z pamięci tych kilku pogardliwych słów depczących ludzką godność i drogie drugiemu człowiekowi wartości (KONSTYTUCJA!): otwieram okno i wpuszczam haust świeżego powietrza. Będzie to krótka opowieść o wspaniałych ludziach, z którymi łączą mnie więzy przyjaźni i o rodzinie ludzkiej.

Przed dwoma dniami uczestniczyłem w gawędzie prowadzonej przez Witka Hebanowskiego w Kolonii Wawelberga na warszawskiej Woli: w klubie zwanym Otwarta Kolonia dla uczczenia pamięci tego znakomitego człowieka – finansisty, działacz społecznego, filantropa, uczestnika powstania styczniowego, Żyda, wielkiego patrioty. Swoją opowieść snuł ciemnoskóry Lude Reno, urodzony na Martynice (Martynikanin?): było o wspaniałej, egzotycznej przyrodzie tej karaibskiej wyspy, ale przede wszystkim o ludziach tworzących tam egzotyczną, kreolską kulturę – o niewolnictwie, o upartym dążeniu do wolności. A później o niezwykłej drodze, którą przeszedł Lude w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi – poprzez kontynenty i kraje, z dłuższym przystankiem we Francji, która zaprowadziła go w końcu do Polski, gdzie założył rodzinę. Pogodnie mówił o traumatycznych przeżyciach ciemnoskórego mieszkańca Europy. Piękną polszczyzną. Ma artystyczną duszę: pisze reportaże, robi filmy, ale to, co lubi najbardziej – to warsztaty przeprowadzane z dziećmi (polskimi, czeczeńskimi, gruzińskimi), którym pokazuje kolorowy świat – mozaikę ludzi, kultur, obyczajów, a dzieciaki go uwielbiają. Społecznik. W swoim społecznikowskim zaangażowaniu współdziała z innym czarnoskórym Polakiem (tak, Polakiem, bo obaj wybrali tą ziemię, choć nie zawsze jest im życzliwą), Mamadou Diouf: ten znów Senegalczyk, absolwent warszawskiej SGGW, mistrz nad mistrzami afrykańskiego bębenka,  występował na scenach z legendarnymi muzykami. Z  różnych punktów globu, różne życiorysy – a jest dla mnie coś, co tak bardzo te dwie sylwetki łączy: przede wszystkim chyba to, że obaj są  wspaniałymi, burzącymi mury i stereotypy, ambasadorami rodziny ludzkiej.

No, a wszystko to za sprawą wspomnianego wyżej Witka. Spotkaliśmy się przed ćwierćwiekiem w tworzącej się wówczas Amnesty International – kończył chyba wówczas liceum, może rozpoczynał studia. „Liderowałem” wówczas polskiej, a przede wszystkim warszawskiej Amnesty; sam dopiero co dotknięty prawoczłowieczym bakcylem, robiłem wszystko, co mogłem, żeby zarażać nim innych, szczególnie tych pukających do Amnesty młodych ludzi, ciekawych świata, szukających swojej drogi – w tuż potransformacyjnej Polsce, kiedy wreszcie można było realizować się wedle własnego pomysłu, zaspakajać własne aspiracje. Witek należał do tych najbardziej iskrzących. To jego pomysłem było zorganizowanie w Warszawie – z okazji którejś rocznicy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka – całodobowego pisania listów w obronie więźniów sumienia na całym świecie, wkrótce nazwanego Maratonem. I to chwyciło: dzisiaj jest to wydarzenie organizowane na światowym poziomie Amnesty International, obejmujące dziesiątki krajów, angażujące tysiące amnestyjnych wolontariuszy, skutkujące milionami napisanych listów, które ratują życie, otwierają wrota więzień. Tak to Witek narozrabiał. A później powołał swoją fundację Inna Przestrzeń, która – poprzez kulturę, wspaniałe (dzisiaj już) międzynarodowe festiwale Transkaukazja czy One Caucasus niosą przesłanie pojednania, braterstwa, wychodzenia z dusznych, uwłaczających ludzkiej godności klimatów ksenofobii. I wciąż konsekwentnie działa na rzecz Warszawskiego Centrum Wielokulturowego, czego odpryskiem było to wczorajsze spotkanie. A ja rad jestem od lat przewodniczyć radzie tej jego fundacji.

A jak już zebrało mi się na wspominki, to wspomnę i o innych (dzieciakach wówczas), z którymi współtworzyliśmy tę niepowtarzalną prawoczłowieczą wspólnotę Amnesty. To Piotrek Cykowski, dzisiaj czołowy działacz Akcji Demokracji, To Aga Mazur, Marcin Wojtalik, założyciel Instytutu Globalnej Odpowiedzialności nieustannie drążący problem globalnej edukacji, To Beatka Szcześniak, to Ilona Jędrasik, która – jako działaczka Innej Przestrzeni i wolontariuszka uczestnicząca w prawoczłowieczym programie w Gruzji – wprowadziła mnie przed wielu już laty w ten czarowny obszar Zakaukazia (tak wyobrażam sobie biblijny Eden), gdzie wśród znakomitych ludzi zyskałem wielu przyjaciół. Jakże wielu nie wymieniam, bo nie sposób. Wciąż się od czasu do czasu zbieramy, wciąż chce im się czasem odwiedzić dinozaura Bogusława – przy winie, przy ognisku: dzisiaj już rodzinnie, z dzieciakami (którym zazwyczaj przewodzi witkowy syn, Julek Farhard, niezykle udana mieszanka polsko – azerska – z mamą, Narminą, również jestem szczerze zaprzyjaźniony). Jest zwykle wśród nas i Norweg Vegar, i Kolumbijczyk Camilo – fantastyczni mężowie swoich fantastycznych polskich żon. Wspominamy. Inspirujemy się swoją dobrą energią. Opowiadamy o tym, jak w różnych obszarach, niezmiennie inspirowani prawoczłowieczym bakcylem, usiłujemy popychać świat choćby o cal naprzód. Brak nam Asi Kubiak, być może wśród nas istoty najwrażliwszej, którą fascynowała szkolna mediacja – bezprzemocowe rozwiązywanie konfliktów, które rodzą się wśród najmłodszych. Wciąż boli, że tak wcześnie od nas odeszła.

Ażeby to okno było szerzej jeszcze otwarte na ten powiew świeżego powietrza, następnego dnia złożyłem odwlekaną od dawna wizytę dyrektorce znakomitej placówki kulturalnej w „moim” Pruszkowie, Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego. Jestem w Radzie tego Muzeum (skąd mi to przyszło – nie mogę zrozumieć!), którego działalność znacznie wykracza poza kolekcjonowanie cennych zbiorów archeologicznych: w jego stałym programie są spotkania z twórcami kultury, na najwyższym poziomie koncerty, do dzisiaj niezapomniany przeze mnie, konsekwentnie realizowany przez osiem lat projekt wykonania wszystkich dzieł Chopina (w dniach urodzin i śmierci kompozytora) przez znakomitą, japońską pianistkę, Kayo Nishimizu. Jakiś kolejny wyjazd z gawędą o Europie nie pozwolił mi wziąć udziału w ostatnim posiedzeniu Rady, wpadłem więc, żeby „odrobić zaległości”. I słuchając uprzejmej relacji Pani Dyrektor o tym, co się ostatnio w Muzeum wydarzało – a był to przede wszystkim Festiwal Archeologiczny ARTEfakty, wydarzenie z pogranicza nauki, sztuki, najszerzej pojętej kultury – usłyszałem niezwykłą opowieść. O sięgającym czasów starożytnych (prehistoria), wyspecjalizowanym w masowej produkcji żelaza, ośrodku hutniczym na dzisiejszym Mazowszu – unikatowym zabytku europejskiego dziedzictwa kulturalnego. Ale też o tym, jak rytuały sprzed ponad tysiąca lat sprawowane tu, na naszej ziemi, bliźniaczo podobne są do tych odkrywanych na kontynencie afrykańskim sprzed zaledwie 200 lat. Ileż to budzi refleksji na temat wspólnoty rodziny ludzkiej, szczególnie w świetle atakującej nas fali rasizmu i ksenofobii!

Tego samego dnia po południu spotkanie w Centrum Zielna organizowane przez Fundację Schumana w ramach cyklu „wokół myśli społeczno–politycznej Tadeusza Mazowieckiego” z udziałem przedstawicieli „Więzi” i KIK-u: tym razem międzypokoleniowa rozmowa na temat postrzegania niepodległości, suwerenności, Europy. Jakże inne klimaty, inna perspektywa, temat – wszystko inne. A mimo wszystko – nie wiem, czy słusznie – widzę jakiś wspólny punkt odniesienia: rodzina ludzka, wspólnota losu, wspólna przyszłość, bo w tym zglobalizowanym świecie (a inaczej już przecież nie będzie) nie da się tego postrzegać inaczej. Schodząc jednak z wysokich tonów: inspirujące zagajenia panelistów, interesujące komentarze padające z sali. Co jednak odebrałem jako fascynujące – to postrzeganie omawianych pojęć (przede wszystkim może Europy) przez konfrontującą się w tej debacie ze starszym pokoleniem – tym z bagażem dalszych lub bliższych doświadczeń – młodzież. Cóż to za skarb! Ile było realizmu w tych wypowiedziach studentów, licealistki, ile stąpania po twardym, choć czasem chropawym gruncie, a równocześnie ile w tym świeżości, determinacji budowania w istniejących, trudnych realiach lepszego świata, lepszej rzeczywistości i lepszej Rzeczypospolitej. I nasuwa mi się porównanie z tą przepiękną tolkienowską bajką z postacią Saurona, władcy ciemności, przebiegłego Golluma, okrutnej krainy Mordoru, ale też dobrego czarodzieja Gandalfa, wspierających dobro elfów, a przede wszystkim dzielnego Frodo, który – mimo przeciwności – spełnia swoją misję i niszczy przeklęty pierścień. Dobro zwycięża – Śródziemie jest uratowane. Tak też słuchałem na tej sali wypowiedzi współczesnych elfów i zbiorowego Frodo – i serce mi rosło. I niech mi nikt nie marudzi, że nie ma wśród nas, protestujących przeciw złu, co za oknem, młodego pokolenia. Ono jest, choć nie bezpośrednio z nami, starymi, bo nie rozumie naszego etosu, bośmy im o nim nie mówili. Ono jest w rzeczywistości, jaką my, starzy, nie do końca już ogarniamy. Postrzega świat bardziej od nas realistycznie, ma lepszy wzrok, patrzy dalej. Dostrzega współczesny Mordor i zdeterminowane jest, żeby go zniszczyć. Jeśli zechce wziąć szczyptę z naszego doświadczenia tak, żeby nie tracić energii na odkrywanie rzeczy odkrytych – dojdzie do celu. I wrzuci w czeluście Orodruiny ten przeklęty pierścień odradzających się w XXI w. podziałów budowanych na szczuciu, budzeniu lęków, nienawiści, ksenofobii. I na tym opieram swój ostrożny, choć nie gasnący optymizm.

A wczoraj, na koniec tego kilkudniowego przewietrzania, zanurzenie się choć na chwile w kulturze, na co wciąż brak czasu. Magda Warzecha, znakomita aktorka Teatru Narodowego, zaprosiła najosobiściej na swój recital poezji Herberta, z podkładem muzycznym w tle w wykonaniu świetnego ukraińskiego skrzypka, Serhijeja Okrhimchuka, w Starej Oranżerii (Łazienki), w ramach cyklu „Wieczory z Księciem Poetów”. Jak można było nie pójść, tym bardziej mając wciąż żywo w pamięci zapierającą dech „Ukrainność”, koncert literacko-muzyczny w wykonaniu Magdy, również z udziałem Serhijeja i jego żony, Ani?

I tak cały niemal tydzień minął mi na obserwowaniu tego, co dzieje się w Internecie po zaćwierkaniu przez panią posłankę – prof. dr hab. – na temat Konstytucji i zniewolonego starca, który ją za marny grosz broni, no i na tym wietrzeniu. Bez udziału w „protestującej ulicy”. Więc teraz już czym prędzej dołączam!

 

 

 

 

 

 

 

Panna Krysia atakuje – odpowiadam pośrednio

Przez kilka dni byłem poza Warszawą – Wrocław, Oława, gdzie z inicjatywy Regionalnego Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej rozmawiałem z młodzieżą o naszej polskości i naszej europejskości. Nie miałem więc możliwości funkcjonowania wczoraj w Internecie, stąd też reaguję na to dotyczące mnie przez chwilę „zamieszania w sieci” dopiero dzisiaj, po powrocie do domu i odpaleniu mojego laptopa. I powiem krótko tak: kto szukałby definicji na określenie szczytu podłości, odsyłam do haniebnego komentarza pod moim zdjęciem, skreślonego na tweeterze, autorstwa  p. Krystyny Pawłowicz. Jestem na nim, stojąc z moimi przyjaciółmi, w milczeniu, vis a’vis pochodu radykalnych narodowców powiewających biało-czerwonymi przemieszanymi z flagami ze znakiem nacjonalistycznej falangi i faszystowskiej (włoskiej) Forza Nuova, niosących płonące flary, od czasu do czasu odpalających w naszym kierunku płonące race. Mam niewielki plakat z napisem „Konstytucja” i przewieszone na wstędze, wyjęte tego dnia z szuflady na wyjątkową okoliczność świętowania niezwykłej, setnej rocznicy odzyskania przez mój kraj niepodległości, zaszczycające mnie odznaczenie. Pogarda zawarta w tym komentarzu nie jest w stanie mnie obrazić, daje za to świadectwo o stanie człowieczeństwa istoty, która ten komentarz skreśliła. Ale ten komentarz obraża najwyższe prawo Rzeczypospolitej, Konstytucję, i obraża pamięć odzyskania przez polskie państwo niepodległego bytu, bowiem zelżone odznaczenie nosi nazwę „Polonia Restituta”.

Nie adresuję tego wpisu do autorki wspomnianego komentarza (jakakolwiek interakcja wydaje mi się odrażająca), choć chciałbym, żeby wiedziała, iż jej komentarz w jakimś sensie mnie nobilituje poprzez znalezienie się w gronie wspaniałych osób, które pozostaną na zawsze zapisane złotymi literami w polskiej historii, a których godność zdążyła swoimi słowami znaczne wcześniej podeptać.

I pragnę jeszcze w tym miejscu gorąco podziękować Jerzemu Owsiakowi za wyrazy solidarności skreślone niezwłocznie po ukazaniu się tego haniebnego komentarza: Panie Jurku, jest Pan wielki poprzez swoją wrażliwość i niezłomną postawę w każdej sytuacji, która skłania do obrony ludzkiej godności: byłbym zaszczycony, gdybym mógł kiedyś dłoń Pana uścisnąć. Pragnę gorąco podziękować Panu mec. Jackowi Dubois, który zadeklarował serdecznym słowem przyjście mi z nieocenioną pomocą prawną, gdybym zdecydował się na złożenie pozwu o naruszenie moich dóbr osobistych. (Nota bene, podobną deklarację złożył mi mój przyjaciel, znakomity prawnik, od niedawna adwokat, przez wiele lat wysoki rangą pracownik SN – wielkie dzięki, Mateuszu!). Pragnę serdecznie podziękować dr Adamowi Bodnarowi za tych kilka ciepłych, zaszczycających mnie słów skierowanych do mnie przed rozpoczęciem dzisiejszego znakomitego wykładu na Uniwersytecie Wrocławskim. Pragnę najpiękniej podziękować Draginii Nadażdin za wspomnienie o mojej wspaniałej, wieloletniej przygodzie z Amnesty International i wspólnych naszych działaniach na rzecz obrony niezbywalnych praw człowieka. Pragnę wreszcie podziękować wszystkim moim przyjaciołom za jakże wiele ciepłych słów i wyrazów solidarności, jakie wciąż czytam na stronach internetowych. Jakże wiele dobrej energii wyzwoliło kilka pogardliwych, haniebnych słów!

Do moich przyjaciół, którzy przeczytają ten tekst w Internecie, zwracam się – zupełnie wyjątkowo – z wielką prośbą: udostępniajcie go jak najszerzej. Bardzo bym pragnął tym razem, aby stał się on jak najszerzej publiczny.

KONSTYTUCJA!

Przeciw nacjonalizmom. Za europejską solidarnością.

Warszawa, 13 października, Plac Krasińskich: manifestacja „Przeciw nacjonalizmom. Za europejską solidarnością”. Kilkaset osób. Podobne manifestacje odbywały się tego dnia w ponad 60 europejskich miastach. W Berlinie manifestacja zgromadziła ponad 200.000 uczestników – znacznie przekroczyła przewidywania organizatorów. A w Warszawie – przypominam – kilkaset!

Co się z nami stało? Już się zmęczyliśmy? Już odpuszczamy? Dopiero wkraczamy w maraton wyborczy. Czyż nie jest oczywiste, że na każdym etapie tego maratonu hasło manifestacji z 13 października „Przeciw nacjonalizmom. Za europejską solidarnością” będzie nie tylko aktualne: gdzieś w tle będzie jego motywem przewodnim.

Tak to widzę: ten maraton wyborczy będzie „walką o wszystko”; narodowym plebiscytem, w którym czterokrotnie zabierzemy głos decydując o sprawach dla Polski fundamentalnych. Będziemy decydować – na dekady – kto będzie kształtował klimaty w naszych „małych ojczyznach”. Będziemy wypowiadać się o kształcie polskiej państwowości wobec postępującego przekształcania demokratycznego państwa prawa w państwo narodowe. Będziemy optować „za” lub „przeciw” przetrwaniu Unii Europejskiej jaką znamy – jedynej dziś ostoi wartości definiujących zachodnią cywilizację. Takie będą nasze „małe ojczyzny”, nasza wielka biało-czerwona, i nasza wspólnota wolnych narodów, do której dumnie przynależymy, jakie kartki wrzucimy do urn wyborczych: na ile potrafimy przeciwstawić się w dokonanych przez nas wyborach fali nacjonalizmów, na ile potrafimy stanąć po stronie europejskiej solidarności. Na ile pozostajemy wciąż niezaczadzeni. Świadomi zagrożeń: na dekady. Świadomi przekleństw naszych wnuków, jeżeli byśmy te zagrożenia – z lęku, z obojętności, ze ślepoty – dzisiaj zlekceważyli.

O tych właśnie zagrożeniach mówili w ubiegłą sobotę na Placu Krasińskich – w sposób niezwykle przejmujący – prof. Ireneusz Krzemiński, red Jarosław Kurski, przedstawiciele Otwartej Rzeczypospolitej, Stowarzyszenia „Nigdy więcej”.  A ja do tego chyba bym już nie wracał, gdybym nagle tych zagrożeń nie postrzegł w zasięgu ręki. Codziennie mijam baner rozpięty w centrum mego pruszkowskiego osiedla promujący na prezydenta miasta postać znaną z ubiegłorocznych „youtubowych” filmików: kroczy w pierwszym szeregu Marszu Niepodległości, obok transparentu „Śmierć wrogom ojczyzny”. Jest lokalnym działaczem Obozu Radykalno Narodowego (ONR) – o czym w ulotkach wyborczych ani słowa. Nazwa komitetu wyborczego może dla co-po-niektórych brzmieć porywająco: „Porozumienie narodowo – patriotyczne”.  Czy coś takiego jeszcze choćby przed rokiem mieściło się w głowie? Ile trzeba było klimatu przyzwolenia, tolerancji dla skrajnie radykalnego ruchu narodowego odwołującego się do wzorców faszystowskich (zdelegalizowanego w II Rzeczypospolitej), żeby dojść mogło do takiej sytuacji? A okazuje się, że jest ich w Polsce wiele – jak kraj długi i szeroki.

Proszę mi wybaczyć: jestem starym człowiekiem, który dzieciństwo spędził jeszcze  „w przedwojniu”, a kształtował się na tajnych kompletach w czasie europejskiej apokalipsy. A teraz budzą mnie nocne koszmary, w których widzę ten mijany codziennie baner.

Narodowy plebiscyt, „walka o wszystko”, jest wciąż przed nami: zaczynamy od walki o nasze „małe ojczyzny”. Twój głos ma moc! Użyj jej! Zagłosuj! Z poczuciem odpowiedzialności za szkołę, w której twoje dzieci / wnuki uczą się historii i kształtują swoje postrzeganie rzeczywistości, za rządy prawa rzutujące na każdy niemal obszar twego życia, za Europę jako wspólnotę pokoju, otwartą na człowieka i jego fundamentalne prawa. Takie jest moje wołanie, bo – jak uparcie powtarzam od pewnego czasu – larum grają. Wierzę, że je słyszysz!

Przeciw nacjonalizmom. Za europejską solidarnością.

Warszawa, 13 października, Plac Krasińskich: manifestacja „Przeciw nacjonalizmom. Za europejską solidarnością”. Kilkaset osób. Podobne manifestacje odbywały się tego dnia w ponad 60 europejskich miastach. W Berlinie manifestacja zgromadziła ponad 200.000 uczestników – znacznie przekroczyła przewidywania organizatorów. A w Warszawie – przypominam – kilkaset!

Co się z nami stało? Już się zmęczyliśmy? Już odpuszczamy? Dopiero wkraczamy w maraton wyborczy. Czyż nie jest oczywiste, że na każdym etapie tego maratonu hasło manifestacji z 13 października „Przeciw nacjonalizmom. Za europejską solidarnością” będzie nie tylko aktualne: gdzieś w tle będzie jego motywem przewodnim.

Tak to widzę: ten maraton wyborczy będzie „walką o wszystko”; narodowym plebiscytem, w którym czterokrotnie zabierzemy głos decydując o sprawach dla Polski fundamentalnych. Będziemy decydować – na dekady – kto będzie kształtował klimaty w naszych „małych ojczyznach”. Będziemy wypowiadać się o kształcie polskiej państwowości wobec postępującego przekształcania demokratycznego państwa prawa w państwo narodowe. Będziemy optować „za” lub „przeciw” przetrwaniu Unii Europejskiej jaką znamy – jedynej dziś ostoi wartości definiujących zachodnią cywilizację. Takie będą nasze „małe ojczyzny”, nasza wielka biało-czerwona, i nasza wspólnota wolnych narodów, do której dumnie przynależymy, jakie kartki wrzucimy do urn wyborczych: na ile potrafimy przeciwstawić się w dokonanych przez nas wyborach fali nacjonalizmów, na ile potrafimy stanąć po stronie europejskiej solidarności. Na ile pozostajemy wciąż niezaczadzeni. Świadomi zagrożeń: na dekady. Świadomi przekleństw naszych wnuków, jeżeli byśmy te zagrożenia – z lęku, z obojętności, ze ślepoty – dzisiaj zlekceważyli.

O tych właśnie zagrożeniach mówili w ubiegłą sobotę na Placu Krasińskich – w sposób niezwykle przejmujący – prof. Ireneusz Krzemiński, red Jarosław Kurski, przedstawiciele Otwartej Rzeczypospolitej, Stowarzyszenia „Nigdy więcej”.  A ja do tego chyba bym już nie wracał, gdybym nagle tych zagrożeń nie postrzegł w zasięgu ręki. Codziennie mijam baner rozpięty w centrum mego pruszkowskiego osiedla promujący na prezydenta miasta postać znaną z ubiegłorocznych „youtubowych” filmików: kroczy w pierwszym szeregu Marszu Niepodległości, obok transparentu „Śmierć wrogom ojczyzny”. Jest lokalnym działaczem Obozu Radykalno Narodowego (ONR) – o czym w ulotkach wyborczych ani słowa. Nazwa komitetu wyborczego może dla co-po-niektórych brzmieć porywająco: „Porozumienie narodowo – patriotyczne”.  Czy coś takiego jeszcze choćby przed rokiem mieściło się w głowie? Ile trzeba było klimatu przyzwolenia, tolerancji dla skrajnie radykalnego ruchu narodowego odwołującego się do wzorców faszystowskich (zdelegalizowanego w II Rzeczypospolitej), żeby dojść mogło do takiej sytuacji? A okazuje się, że jest ich w Polsce wiele – jak kraj długi i szeroki.

Proszę mi wybaczyć: jestem starym człowiekiem, który dzieciństwo spędził jeszcze  „w przedwojniu”, a kształtował się na tajnych kompletach w czasie europejskiej apokalipsy. A teraz budzą mnie nocne koszmary, w których widzę ten mijany codziennie baner.

Narodowy plebiscyt, „walka o wszystko”, jest wciąż przed nami: zaczynamy od walki o nasze „małe ojczyzny”. Twój głos ma moc! Użyj jej! Zagłosuj! Z poczuciem odpowiedzialności za szkołę, w której twoje dzieci / wnuki uczą się historii i kształtują swoje postrzeganie rzeczywistości, za rządy prawa rzutujące na każdy niemal obszar twego życia, za Europę jako wspólnotę pokoju, otwartą na człowieka i jego fundamentalne prawa. Takie jest moje wołanie, bo – jak uparcie powtarzam od pewnego czasu – larum grają. Wierzę, że je słyszysz!