myślą wstecz

Kiedy nie ma pomysłu (czytaj – środków) na wakacyjny wyjazd i jakąś kolejną przygodę, myśl biegnie wstecz, żeby ocalić od zapomnienia choć trochę z tego, co ostatnio prowokowało do refleksji, dawało pozytywne doznania i choć złudzenie jakiejś jeszcze aktywności – poczucia sensu. A znów sporo się działo tej wiosny.  

W marcu, z debaty w Klubie Dyskusyjnym Gazety Wyborczej „Wspólna pamięć europejska – mity czy rzeczywistość” najbardziej w pamięci utkwiła mi wizja Ukrainy zaprezentowana przez znakomitego ukraińskiego historyka, Jarosława Hrycka – przebudzonej, coraz bardziej świadomej swojej tożsamości, coraz bardziej ciążącej ku Europie, do której droga wiedzie przez Polskę. „Mity i rzeczywistość” rozważane były też w kontekście „UE versus USA” w dyskusji w Collegium Civitas (Aleksander Smolar, Andrzej Friszke): czy uda się jeszcze wspólnie uratować w wyłaniającej się nowej światowej konstelacji, z jej nowymi biegunami, atrakcyjność euroatlantyckich wartości, czy też staniemy się wkrótce – my Europa – peryferią świata, a Ameryka pójdzie swoją, trudną do przewidzenia, drogą? A w Malichach nasze Stowarzyszenie Mieszkańców doczekało się pierwszego „Walnego”, które – mimo oporu materii – usiłowałem przeprowadzić lege artis. 

Kwiecień pod znakiem wiosennych porządków: w stajni – przed „Św.Jerzym” (gonitwa za lisem) i majowymi regionalnymi zawodami (wypadły super – brawo „Szarża”); w Malichach – z inicjatywy naszego Stowarzyszenia (50 worów śmieci, ale ważniejsza jeszcze integracja – było ognisko na łączce nad Utratą i „kochajmy się”).  W Mazowieckim Urzędzie Wojewódzkim – Forum Cudzoziemców, przeważały jednak głosy żarliwego, zaangażowanego woluntariatu: to „frontowcy” w walce z biurokracją, brakiem empatii, urzędniczą obojętnością wobec ludzkich dramatów i wierzę, że nie ustąpią.  A w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym kolejna debata: „Quo vadis Polsko?”. Prowadzi wciąż niezmordowany Andrzej Wielowieyski: czy wykorzystamy do końca historyczną szansę? Skok cywilizacyjny jest ogromny, ale do skończenia dzieła transformacji pozostało nam jeszcze tylko 10 lat, po których strumień środków z Unii wyschnie, tymczasem wciąż brak nam innowacyjności, środków na badania, powiązań nauki z przemysłem. Dają temu wyraz – bijąc na alarm – czołowi polscy ekonomiści i przedstawiciele wiodących ośrodków badawczych. 

Początek maja – na rowerkach, w gronie sąsiadów, w Kampinosie: odwiedziliśmy Palmiry. A w stajni rewelacyjne szkolenie pod hasłem „cichy język konia”: metoda pracy z koniem „z ziemi” – dwoje „naszych” dopiero co wróciło z Australii, gdzie ćwiczyli pod okiem samego mistrza, Monty Robertsa, no i dzielą się tymi czarami, a wystarczy gest, postawa, wzrok, żebyś w ciągu kilku minut przekonał to wielkie, piękne zwierzę, że zapewniasz mu bezpieczeństwo i …stajesz się jego liderem. Był znakomity koncert w Podkowie Leśnej rosyjskiej Grupy Nayekhovichi z Petersburga: świetna muzyka klezmerska z domieszką jazzu, rocka, raegge. Koncertów było więcej – od „urodzinowego” chopinowskiego począwszy w wykonaniu świetnej Kajo Nishimizu po ten nocny „Jazz Construction” na barce „Herbatnik” w Porcie Czerniakowskim (niepowtarzalna działalność Fundacji „Ja Wisła”) i nie wspomniał bym o tym szczególnym w Podkowie gdyby nie to, że zaproszony tam zostałem na Facebooku przez jednego z dziesiątków działaczy Amnesty International sprzed lat chyba 15., których wprowadzałem wówczas w mało jeszcze znane w Polsce prawoczłowiecze przesłania. Po 15 latach taki wpis: „Ciepło wspominam – przyjedź koniecznie – chciałbym cię znów spotkać…” I spotkaliśmy się. Nie tylko ze Sławkiem. Była jeszcze konferencja u Rzecznika Praw Obywatelskich na temat „paktu dla praw człowieka” z udziałem przedstawicieli państw Południowego Kaukazu – niestety, tym razem niewypał: dyplomaci, urzędnicy, sama forma, deklaracje – zbrakło ludzi, którzy to czują, zmarnowana okazja i nic z tego nie wyniknie. Było jeszcze 50-lecie istnienia Amnesty International, 20 lat w Polsce…  

Ale stop na razie z tym kalendarium (kurcze, było tego znacznie więcej, tragiczna skleroza – choć nie boli…), bo wydarzyło się znów coś strasznego i wszystkie myśli biegną teraz do Oslo. Dlaczego…? Skąd bierze się ten straszliwy rak fundamentalizmu, nienawiści prowadzącej do tak okrutnych zbrodni…?                  

żeby jakoś zacząć

Zapewne wielu zapyta: po co mu to? Nie szkoda starych oczu i kolejnych godzin „klepania w komputer”? No i rzeczywiście: po co? 

Pytanie jest szersze: po co wciąż podglądać świat kiedy wiadomo, że długo już się na nim nie zagrzeje? Po co dochodzić dokąd on zmierza kiedy kres wędrówki jest już niemal w zasięgu wzroku? Po co wciąż ulegać zauroczeniu jak jest piękny (widziany choćby z końskiego grzbietu), kipiący ubogacającą różnorodnością, a równocześnie ręce załamywać nad miałkością słów dobiegających z telewizora, psuciem szans jakie daje nam wykreowana przez historię rzeczywistość?  

Odpowiedź może być tylko jedna: bo wszystko to nie przestaje fascynować! I chciałoby się te wszystkie doznania głośno z siebie wyrzucić, z kimś się nimi podzielić. A okazuje się to wcale nie proste. Ciągniesz człowieka za rękaw, żeby  spokojnie usiąść gdzieś na tarasie (przy flaszeczce), czy przy kominku, czy choćby na ławce w parku, a niechby i na kamieniu, żeby myśli wymienić – a człowiek pędzi, bo mu świat ucieka, bo pośpiech wpisany jest w codzienność. Jak więc nie ma konkretnego człowieka – niechże będzie choćby ten wirtualny.  

Ot i cały pomysł na pisanie bloga. A jego choćby jedna dobra strona – to poczucie komfortu, że nikomu konkretnemu nie będę przynudzać.