erupcja nienawiści w krainie dobra

Dlaczego brutalna przemoc, wobec której jesteśmy bezsilni, musiała znów dać znać o sobie, i to tam, gdzie najmniej można się było tego spodziewać, bo w „krainie dobra” – w leżącej „na uboczu”, spokojnej, gościnnej, pracowitej Norwegii? 

Rzuciło mnie to i tyle skojarzeń przychodzi do głowy, że tylko jakieś nieuporządkowane strzępy myśli mogę z siebie wyrzucić. 

Bo od kiedy pękło „imperium zła”, świat miał być już coraz bardziej przyjazny dla całej ludzkości i była taka chwila optymizmu i wiary, że to jest możliwe – wydawało się, że wszystkie niemal wiodące ku temu podstawowe kryteria zostały spełnione i że wspólnie, razem, w kurczącej się globalnej wiosce, stać nas na stawienie czoła wyzwaniom. Groźba globalnego nuklearnego konfliktu, który może unicestwić wszelką cywilizację, zdawała się zażegnana. Wiedza o świecie, we wszystkich obszarach, przerosła wszelkie oczekiwania. Globalny poziom produkcji żywności był w stanie położyć kres klęsce głodu. Medycyna niewyobrażalnie wydłużyła czas życia. Z nieprawdopodobną łatwością zaczęliśmy się przemieszczać – nieosiągalne antypody przestały istnieć. Komunikowanie się z każdą szerokością geograficzną stało się kwestią minut. Informacja dociera już wszędzie w mgnieniu oka.  

I co? Tam, gdzie zapadają kluczowe decyzje, zbrakło politycznej woli, determinacji. Wyobraźnia okazała się w powijakach. Narodowe i wszelkie regionalne egoizmy okazały się nieprzezwyciężone. Pogłębiała się wciąż przepaść między nieprawdopodobnym bogactwem, w którym w naszej części świata coraz głębiej się nurzamy, a niewyobrażalną nędzą i mizerią ludzką. „Inny”, który mógłby ubogacić, pozostał „obcym” – nieprzeniknionym, nieprzewidywalnym, zagrażającym naszemu dobrobytowi, wszelkie deklaracje okazywały się pustym słowem. Dramatycznie niesprawiedliwy podział dóbr ani drgnął. W obronie naszego stanu posiadania coraz głębiej schodziliśmy w Okopy Świętej Trójcy. 

Z drugiej strony barykady – wzrost radykalizmu, fundamentalizmu, przemocy w upominaniu się o prawo do lepszego życia, cyniczna manipulacja emocjami nędzarzy. Złowieszcze pojęcie „terroryzm” dało o sobie znać z niewyobrażalnymi dotąd skutkami; kolejne „imperium zła”, groźniejsze od jakiegokolwiek z dotychczas rozeznanych, bo bez twarzy, nieuchwytne, ponadnarodowe, nie kierujące się jakimkolwiek kodeksem – nie mówiąc już o prawnym, choćby karykaturalnie wypaczonym: również etycznym czy moralnym. Jedyne jego podglebie – to nienawiść. Jedyna broń – to niczym nieograniczona przemoc z ekstremalną pogardą dla ludzkiego życia. Jedyny cel – to zastraszenie, terror właśnie, i tą drogą narzucenie własnych reguł gry. 

I jak bańka mydlana pękają kolejne ogniwa wartości, do których tak mozolnie zmierzaliśmy przez karty historii okupując to nie rzadko ogromem ofiar (przez moment zdawało się, że je wreszcie – ku wiecznej szczęśliwości – posiedliśmy): wolność, likwidacja barier w przepływie ludzi, myśli i idei, demokratyczne państwo prawa, uniwersalne prawa człowieka. Ulegliśmy przemocy, daliśmy się zastraszyć, coraz bardziej sprzeniewierzamy się osiągnięciom najszlachetniejszej myśli ludzkiej. W dychotomii „wolność a poczucie bezpieczeństwa” coraz częściej decydujemy się na rezygnację z wolności – dajemy się bez oporu obszukiwać, obmacywać, do naga obnażać, podsłuchiwać, podglądać. Odgrzebujemy stare bariery. O prawach człowieka nie mówiąc: który rząd odważyłby się dzisiaj zarządzić referendum w sprawie kary śmierci? Mamy casus Guantanamo, tajne więzienia, przebąkuje się o przywróceniu możliwości torturowania w majestacie prawa „w szczególnych przypadkach” – dla wyeliminowania potencjalnego zagrożenia masakrą i nawet jest już na to eufemistyczne określenie „zarządzanie behawiorem więźnia”. Co jednak wydaje się najbardziej dramatyczne – to spustoszenie w sferze świadomości. „Obcość” nie przeradza się w „inność”, a wręcz przeciwnie: lęk wobec niej przeradza się w nienawiść. Plemienność bierze górę nad wspólnotowością. Mnożą się podziały między „my” a „oni” – nie tylko w kontekście narastającej, nieuniknionej fali migracji,  również w pękających wspólnotach narodowych (doświadczamy tego przecież na własnym podwórku!). Niosący ze sobą  groźbę masowych zbrodni fundamentalizm, miast odporu poprzez zryw solidarności w obronie wartości, które chce zniszczyć, rodzi kolejny fundamentalizm, równie groźny. Spirala rośnie. Poczucie lęku, frustracji, bezsilności wzrasta. 

I to nie islam temu winien, ani żadna z wielkich Świętych Ksiąg, bo żadna z nich nie wzywa do przemocy, odwetu, zbrodni. Ten „walczący”, stanowiący globalne zagrożenie – to tylko jego odprysk, spolityzowany, cynicznie zmanipulowany, w swojej zbrodniczej strategii wykorzystujący fakt, że większości wyznawców tej wielkiej religii przyszło żyć w tej gorszej części świata nękanego głodem i krwawymi konfliktami – wynikiem przez wieki kształtowanej polityki „dziel i rządź”. 

A norweski szaleniec, sprawca kolejnej terrorystycznej katastrofy (chciałem tu powiedzieć: jaka wstrząsnęła światem – ale ten wstrząs postrzegłem tylko w przekazie medialnym, w codziennych rozmowach towarzysko sąsiedzkich żadnej na ten wstrząsający przecież temat, choćby najkrótszej wzmianki, na naszą codzienność to się wciąż nie przekłada – dobrze to czy źle?), nie jest cynikiem. Jest fanatykiem. To znaczy – nienawidzi. Jego „obcy” zagraża jego światu. On tropi lewacki spisek ukryty w Unii Europejskiej. Broni Europę przed islamizacją. Jest współczesnym templariuszem, samotnym rycerzem walczącym z kwintesencją zła. Jest „kulturowym chrześcijaninem”. Wierzy w swoja misję – znany psycholog Jacek Santorski nazywa naukowo taką postawę, odnosząc się do znanego przewodniczącego sejmowej komisji badającej katastrofę smoleńską, „niskim poziomem złożoności poznawczej”. On nie chce zabijać ludzi, na wyspie Utoya ulega nawet prośbie dziecka o darowanie życia. On dokonuje masakry po to tylko, żeby zwrócić uwagę na zagrożenie nienawistnym „obcym”, barbarzyńcą, bestią, która szykuje się do skoku, żeby dokonać totalnej destrukcji. Nienawiść jest tak intensywna, że nie ma dla szaleńca znaczenia, ile istnień ludzkich pochłonie dokonywana przez niego masakra – tak jak nie miało to znaczenia dla pilota samolotu uderzającego w wieże WTC, samobójcy podkładającego ładunek w londyńskim metrze, na madryckim dworcu czy w moskiewskiej Dubrowce. 

Terrorysta to, szaleniec, czy psychopata? Wydaje się, że to „trzy w jednym”. Szaleńcy i psychopaci istnieli zawsze, tyle tylko, że szaleństwo Andersa Breivika inspirowane było ideologią nienawiści. Ta atmosfera przetarła już sobie ścieżki do głównych nurtów zachodniej polityki opierając swój sukces na ludzkich lękach. Breivik nie wziął się znikąd: on pilnie studiował teksty znanych krytyków islamu i apologetów „czystości” – obyczaju, rasy, tradycji. On nie miał wątpliwości, nie  zadawał sobie pytań. On wiedział, ze wzrokiem skierowanym tylko w jeden punkt. Fascynująca różnorodność świata, równie fascynująca jego złożoność była mu obca. Co więcej i co bardziej jeszcze tragiczne – obcy był mu człowiek, istota, która tak samo kocha w każdym zakątku świata, tak samo łączy się z drugim człowiekiem, aby wspólnie podjąć trud życia, z taką samą czułością przytula dziecko, tak samo cierpi po stracie najbliższych. A Breivik morduje z zimną krwią. Byle więcej. Przećwiczył to w internecie. 

Breivik, grupa Breivików, narodowa organizacja Breivików, międzynarodowa struktura Breivików rodzi się wszędzie, gdzie zyskuje podglebie: jad nienawiści, apokaliptyczna wizja destrukcji, jaką niesie ze sobą „obcy”. Najpierw są słowa – coraz więcej tych słów – wypowiadane do kamer chętnie podstawianych przez dziennikarzy, przelewane na papier, populistyczne, adresowane do niskich instynktów ludzkich, często wspierane autorytetem politycznym bądź naukowym. Breivikowie je kupują i przystępują do działania. Są przekonani, że to oni są „prawdziwymi” Norwegami (Europejczykami, Polakami – podstaw dowolnie) i że to – w imię „czystości” – zobowiązuje ich do działania. 

Nie rzadko mówi się o zagrożeniach stojących przed tą naszą globalną wioską: ocieplenie klimatu, zjawiska ekologiczne, które sami sobie zafundowaliśmy, demografia, zawirowania w globalnych finansach z bankructwem znaczących państw włącznie. Dla mnie na czołowym miejscu jest pękanie wspólnot, kreowanie wroga, budzenie lęku (boleśnie obserwuję to również we własnym kraju), nie mówiąc już o braku solidarności i papierowych deklaracjach nie popartych dialogiem i politycznym działaniem. Nie może to nie prowadzić do erupcji radykalizmów, fundamentalizmów, w skrajnych przypadkach – aktów terroru, wobec których ludzkość jest bezsilna. Wzmaga się lęk, samoograniczenie wolności, łamanie zasad państwa prawa, zniechęcenie do demokracji, przyzwolenie na autorytaryzm… i tak spirala rośnie.

Teraz Norwegia stanęła wobec arcytrudnego dylematu; co i jak dalej? W każdej chwili może się w takiej sytuacji znaleźć każdy inny kraj. W pierwszym odruchu zareagowała tak, jak dotychczas żadne inne państwo doświadczone aktem terroru: nie damy się zastraszyć, nie wyrzekniemy się naszych tradycyjnych, wiekami wypracowywanych wartości – pozostaniemy otwarci, gościnni, w granicach rozsądku ufni. Premier Stoltenberg będzie w dalszym ciągu jeździł na rowerze do pracy, ministrowie w dalszym ciągu będą spotykać się na lunchu i przy kuflu piwa w narożnej kafejce. Takie są deklaracje. Mały Wielki Naród – trzymam wszystkie palce w atramencie, żeby im się udało!