11 września – po dekadzie

11 września: minęło dziesięć lat, dekada. Dużo to czy mało? Dla mnie jak rzut beretem – zaledwie połowa tego czasu, kiedy funkcjonuję jako rześki emeryt. Dla otaczającej mnie rzeczywistości – czas transformacji między dwoma epokami, a dla ścisłości – stara epoka zdążyła w ciągu tej dekady odejść na karty historii, nowa jeszcze się nie wykluła. Mało kto wówczas dawał wiarę wieszczeniu: „ świat nigdy już nie będzie taki jak przedtem”. No i nie jest. 

A sekwencja faktów po tym, co wydawało się niewyobrażalne, po gigantycznym ataku wymierzonym jakby w sedno amerykańskości, w splot nerwów bezalternatywnego światowego mocarstwa, w centralny punkt jego terytorium? Zamarła Ameryka, zamarł świat. I nie chodziło tylko o (bagatela!) 3000 ofiar, o dramat światowej metropolii. Coś runęło. Prysnął mit uporządkowanego świata, który podąża we właściwym kierunku. Zniknęło poczucie bezpieczeństwa, bo wróg, który zaatakował, był bez twarzy, bez adresu, mógł być wszędzie. A w upokorzonym, zaskoczonym do granic wyobraźni społeczeństwie amerykańskim – rządza odwetu.  

Stąd bomby spadające na Afganistan, stąd nieszczęsna wojna w Iraku – przy braku wyobraźni, jakie pociągnie za sobą konsekwencje. Nie byłby to Irak – byłby Iran, jeszcze bardziej tragiczny w skutkach, byłaby Syria. Tej wojny nie mogło nie być, bo tego chciała cała, dysząca zemstą, Ameryka – bez niej byłaby psychicznie złamana. I nie ma wątpliwości, że lepszy jest Irak bez Saddama Husajna niż był z nim, lepszy jest Afganistan bez władzy Talibów niż był pod ich rządami, mimo wszystkich do dziś trwających tam perturbacji. Tylko kto przewidział cenę tych operacji? Ponad 200.000 ofiar. Trzy biliony dolarów. Narastająca fala antyamerykanizmu. Potężny szeryf stojący na straży światowego ładu, traci wiarygodność. Zachodni świat godzi się na rezygnację z olbrzymich sfer wolności na rzecz poczucia bezpieczeństwa.  

Zachwianie amerykańskiego budżetu wobec nieprawdopodobnych kosztów operacji wojennych daje niezwykłą szansę wzrastającym potęgom azjatyckim – sięgają po przywództwo, ale bez brania na siebie odpowiedzialności za globalną stabilność. Absurd sięga zenitu: najpotężniejsza gospodarka świata jest na krawędzi niemożności spłacania własnych długów. Perturbacje na rynkach finansowych nie mają sobie równych od lat trzydziestych ubiegłego stulecia: to nie tylko chciwość banków i naiwność konsumentów powoduje bankructwo Liman Banku – to również stan amerykańskich finansów. Następuje efekt domina: w globalnym świecie, za serią bankructw banków amerykańskich przychodzi kolej na europejskie. Świat ogarnia kryzys – groźba niejednokrotnie artykułowana przez przywódcę Al Kaidy,  (wzbudzić powszechny lęk, zdestabilizować kapitalistyczną gospodarkę). Kryzys dotyka Europę – chwieje się euro, a zatem chwieje się cały wielki, historyczny projekt europejski. Istnieje groźba bankructwa państw (co to dokładnie znaczy?), Europa dramatycznie – przy tym niespójnie, jakby w konwulsjach – szuka dla siebie miejsca. 

A na Titanicu wciąż się tańczy. Również w średnio zamożnej Polsce. Jeździmy na egzotyczne wakacje. Rozróżniamy coraz więcej gatunków win i serów. Gościmy się suto. Przed schludnym domkiem z ogrodem, na peryferiach miasta, dwa samochody, trzeci w garażu. W Somali co minuta umiera z głodu dziecko. Właśnie przypuszczono kolejny atak na głodujący obóz uchodźców w Darfurze. W Rwandzie i Kongo Tutsi ostrzą maczety żyjąc rządzą odwetu na Hutu. Półmilionowa populacja Strefy Gazy odcięta jest od świata w obawie przed terrorystami z Hamasu. W Afganistanie trwa krwawa wojna, ale dziewczynki chodzą już do szkoły a kobiety zdjęły burki. Chiny przygotowują się do zalania światowych rynków wysokiej klasy samochodami, o komputerach nie mówiąc, ale więźniów sumienia w laogai (chiński gułag) nie ubywa, a niewolnicza praca (w tym dzieci) sprzyja konkurencyjności gospodarki. Północna Afryka aspiruje do demokracji i wyciąga rękę o pomoc strasząc alternatywą islamskiego fundamentalizmu; tam, skąd pomoc mogłaby nadejść trafia na kryzys nie tylko finansowy – również kryzys wartości i demokracji. Bezideowy „protest dla protestu” w Londynie owocuje masowym rozbojem i pożarami w centrum miasta. Pada chybiony projekt „multi-kulti”. Anders Breivik, inspirowany ultraprawicowymi lekturami, produkuje bomby i przestrzega Europę przed „obcym” dokonując masowych mordów. Uszczelniają się granice dobrobytu, a niechęć do uchodźczej mniejszości wzrasta.  

Tyle w dekadę po 11 września. 

Niepostrzeżenie rodzi się zupełnie nowy ład, na razie bez szeryfów, nowe G-6, które przez kolejne dekady kształtować będzie losy świata. Niepostrzeżenie! Co więcej – mało postrzegany jest chaos, który w nieunikniony sposób każdy ład poprzedza, bo skąd ma się wyłonić, jak nie z chaosu? Najmędrsi wieszczą, że jedyne pewne, co możemy teraz o naszej globalnej wiosce powiedzieć – to przenikająca ją niepewność.  

A miało już być w niej tak dobrze, jak niemalże w raju. 

Co nie przeczy niezbitemu faktowi, że świat jest niewyobrażalnie piękny, a droga, którą podąża – niechby nawet poprzez chaos – fascynująca.         

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s