oferta dla „wiosennych” – czy do przyjęcia?

High-level Conference: EU and Southern Neighbourhood
Panel 1 – Building Civil Society: Polish Experience 

Szanowni Państwo, 

Na wstępie uwaga: mam kłopot ze współpanelistą, Zbyszkiem Bujakiem. Bo do tego, co powiedział, trudno jest cokolwiek dodać, czym nie jestem zaskoczony. Przed blisko ćwierćwiekiem miałem okazję – by nie rzec zaszczyt – asystować Zbyszkowi w kilku sytuacjach, kiedy był jednym z głównych kreatorów, budowniczych fundamentów społeczeństwa obywatelskiego w odrodzonej Polsce. To trochę tak, jakbym był wówczas w szkole i zdobywał w tej mierze pierwsze doświadczenia, choć nauczyciel był o całe pokolenie ode mnie młodszy. W tym niezwykłym czasie wszystko było możliwe. Nie dziwcie się więc Państwo, że w sytuacji, w jakiej się dzisiaj znalazłem czuję się nieco zażenowany. Przechodząc jednak do tematu… 

Niezależnie o tej wstępnej uwagi zobowiązany jestem podzielić się z Państwem jakimś swoim osobistym doświadczeniem, a bardziej może przemyśleniami i refleksją. Otóż, wcześniej jeszcze od Zbyszka, społeczeństwa obywatelskiego uczył mnie ktoś inny. Był to Jacek Kuroń. Jednak zanim powiem słów kilka o tej znakomitej lekcji wspomnę tylko, że koncept społeczeństwa obywatelskiego ma swoją długą historię, sięgającą starożytności i Arystotelesa. W XVIII wieku mówili o nim John Locke, J.J.Rousseau, Immanuel Kant; nieco później George Hegel stawia tezę, że interesy jednostki mogą być realizowane tylko dzięki obywatelskiej współpracy, a Alexis de Toqueville idzie jeszcze dalej – mówi o stowarzyszeniach obywatelskich jako o szkole demokracji i samoorganizacji.  

Atoli zapewne mało kto wie – sam byłem zdziwiony, kiedy fakt ten odkryłem, że pojęcie społeczeństwa obywatelskiego znalazło swoje miejsce w języku politologii i socjologii i pojawiło się w licznych publikacjach amerykańskich i zachodnioeuropejskich, dopiero w latach 70. ubiegłego stulecia. Pojawiło się ze wskazaniem na Europę Środkową (wówczas, wobec dychotomii podziału, mówiło się o niej „Wschodnia”), a ściślej – ze wskazaniem na dynamicznie rodzące się w tzw. krajach demokracji ludowej, państwach satelitarnych Związku Sowieckiego, ruchy dysydenckie. Nie bez satysfakcji dopowiem, że przewodziła im – z przeróżnych obiektywnych i subiektywnych przyczyn – Polska.  

A teraz o tej pierwszej lekcji, jaką otrzymałem od Jacka Kuronia. Odwołuję się w tym miejscu do Państwa wyobraźni. Zrewoltowani robotnicy, zdesperowani swoją dramatycznie pogarszającą się sytuacją materialną, a świadomi już kłamstwa zawartego w bajce o rządach proletariatu, zdobywają się na rozpaczliwy, w istocie beznadziejny akt buntu: podpalają w kilku miastach siedziby partii komunistycznej sprawującej bezwzględną władzę, zwane komitetami partyjnymi. Jacek, znany już dysydent, wielokrotnie więziony i nieustannie represjonowany, rzuca wówczas niezwykłe i nie przez wszystkich rozumiane hasło: „nie palcie ich komitetów, zakładajcie własne!”. 

Był to apel nie tylko pragmatyczny – bo akty podpaleń dawały władzy pretekst do nasilenia represji. Był przede wszystkim wizjonerski, albowiem zawierał podstawowe  filary przyszłego społeczeństwa obywatelskiego: działaj bez agresji (zasada non violence!), nie przeciw a na rzecz czegoś; działaj z własnej woli, tak jak mówi ci sumienie – nigdy pod przymusem i pod presją, ale nie w pojedynkę, a w grupie, w drużynie, w zespole. Kto wówczas dawał wiarę, że można podjąć jakiekolwiek długofalowe działanie pod wpływem własnego głosu sumienia, bez zgody władzy, ba, nawet wbrew niej? 

A jednak tak się stało. Zaczęły powstawać owe komitety z oddolnej inicjatywy, z potrzeby działania na rzecz dobra wspólnego, wówczas – przede wszystkim w obronie prześladowanych, niosąc im pomoc, w obronie ludzkiej godności. Tworzyli je ludzie odważni i dalekowzroczni, ale równocześnie z ogromnym poczuciem odpowiedzialności. Pierwsze z nich – to KOR, to Helsiński Komitet Praw Człowieka. Były represje, były aresztowania – bo państwo autorytarne nie jest właściwym podglebiem dla społeczeństwa obywatelskiego. Na miejsce tych, którzy trafiali do więziennych cel, przychodzili inni, aby działania ich kontynuować, a ci, co więzienia opuszczali, wracali do niezależnej działalności. I uderzali jak taranem w autorytarną władzę, bo obniżali w społeczeństwie poziom lęku – podstawowy element trzymania ludzi w ryzach. Działały najbardziej światłe i odważne elity, ale całe społeczeństwo dostrzegało, że można inaczej, że samoorganizacja, bez udziału władzy, jest – choć ryzykowna – możliwa: że dalsza droga wiedzie tędy. 

Nie trzeba było długo czekać na rezultaty. Już tylko kilka lat później zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu, w całej Polsce, komitety strajkowe, a wkrótce potem, po historycznym zwycięstwie polskich robotników – komitety NSZZ Solidarność. Ten ogólnopolski ruch społeczny przybrał nazwę związku zawodowego, bo żadna inna formuła nie była wówczas politycznie możliwa, ale również dlatego, że był to ruch ludzi pracy z całej Polski powstały w obronie przed wyzyskiem jedynego pracodawcy, jakim było nieprzyjazne państwo. I wszystko w tej nazwie było ważne, każdy jej element nosił jakieś symptomy społeczeństwa obywatelskiego: „niezależny”, „samorządny”, i wreszcie samo jądro – „solidarność”. 

W tym miejscu muszę przyznać, że popełniłem pewne nadużycie. Zainwestowałem sporo danego mi na wystąpienie czasu mówiąc o wydarzeniach odległych, a proszono mnie o skoncentrowaniu się na ostatnim 20-leciu – na tym, jak funkcjonowało społeczeństwo obywatelskie już w wolnej Polsce i jak wpływało na kształtowanie jej rzeczywistości. Zrobiłem to świadomie, albowiem nie wyobrażam sobie zrozumienia procesów późniejszych bez wskazania na fundamenty. Teraz już przyspieszam. 

Pomijam lata 80., te lata polskiej „smuty”, choć i wtedy zdelegalizowana przez silną jeszcze władzę „Solidarność” nie przestała prowadzić w podziemiu, znów podejmując ryzyko, swojej działalności, wciąż wierna zasadzie „bez przemocy”. Przede wszystkim w różny sposób edukowała społeczeństwo przywracając mu zakłamaną dotychczas historię, dając nieocenzurowaną informację o sytuacji w Polsce i na świecie, a przede wszystkim znów przełamując lęk i podtrzymując nadzieję na lepsze jutro kraju i jego obywateli. 

Tak nadszedł przełom, „okrągły stół”, negocjacje i wielki historyczny kompromis, z którego zrodziła się wolna Polska. Ten kompromis – to olbrzymi sukces cierpliwej i mądrej działalności opozycyjnej i bierny opór coraz bardziej świadomego społeczeństwa. „Solidarność” znów podjęła swoją statutową działalność, ale już ściśle związkową: wyłonił się z niej ruch komitetów obywatelskich „S” – pierwszy krok do wcielania w życie idei upodmiotowionego obywatelstwa. Działały w nich wciąż elity, ale już liczne, a społeczna świadomość kształtowana przez ostatnie 15 lat przez dysydencki ruch obywatelskiego nieposłuszeństwa nie przypominała już w niczym mentalności zniewolonego homo sovieticus. Sejm III RP – z wielkim poczuciem  odpowiedzialności – potraktował jako priorytet w budowie demokratycznego państwa problem samorządu: tego dotyczyła jedna z pierwszych ustaw, za czym poszły pierwsze samorządowe wybory. Ogromny zakres władztwa przesunięty został z państwa na władze wybierane lokalnie, wśród swoich, bliższe ludziom – tym bliższe, im mniejsza wioska czy miasteczko. Przekonanie o wpływie obywatela na kształtowanie rzeczywistości rosło. 

Wkrótce potem podjęta została przez parlament ustawa o stowarzyszeniach, ustawa o wolontariacie. Ważne były nie tylko same ustawy jako instrumenty wspomagające budowę społeczeństwa obywatelskiego. Równie ważna była świadomość wagi tych aktów prawnych, zarówno wśród ustawodawców, jak wśród działaczy, którzy się o nie wręcz dopominali.  

I tak zaczęły powstawać niezależne stowarzyszenia i fundacje – organizacje pozarządowe – o bardzo różnym charakterze: jest ich już dzisiaj kilkadziesiąt tysięcy. Ich charakter zależał od tego, w jakiej perspektywie postrzega się rzeczywistość – do granic swego osiedla, miasta, kraju, czy jeszcze szerzej, globalnie. Zależał też od ludzkiej wrażliwości – czy chodzić miało o ład wokół zabudowań, o upowszechnienie kultury, o wyjście naprzeciw ludzkiemu nieszczęściu, pomoc niepełnosprawnym, przełamywanie ksenofobii, czy o obronę ludzkiej godności bądź pomoc uchodźcom.  

Co było jednak w tym najważniejsze – to fakt, że tuż po obaleniu komunizmu byli  ludzie, którzy dawali wiarę w swoją obywatelską podmiotowość, którym chciało się poświęcić czas i energię na działalność obywatelską. To prawda, często drążyli skałę, ale byli oraz bardziej skuteczni w przekonywaniu władzy, chwilami opornej, że zadania, których się podjęli, potrafią wykonać lepiej, z większą troską, za mniej środków. Co więcej – przekonywali swoje otoczenie, że obywatelski głos, jeśli zwielokrotniony, naprawdę się liczy. Wkrótce połączyli siły – staraniem ogólnopolskich działaczy powołali ogólnopolskie Forum Inicjatyw Pozarządowych, które teraz już jest potężnym obywatelskim głosem docierającym do najwyższych organów państwa. 

Świadom jestem, że pokazując te mechanizmy tworzenia się w Polsce społeczeństwa obywatelskiego zaprezentowałem się jako zdeklarowany idealista. W odróżnieniu od mediów, które kochają czarny PR, w moim wystąpieniu usłyszeli Państwo PR biały, bo doprawdy tak widzę rzeczywistość, pokładam olbrzymią wiarę w moc ludzkiego zaangażowania i całe moje doświadczenie tę wiarę potwierdza. Czy więc jest aż tak dobrze? Z moich obserwacji wynika, że społeczeństwo obywatelskie w moim kraju jest coraz bardziej ugruntowane, tzn. że pozytywny przykład działa i coraz więcej Polaków angażuje się w jego współtworzenie.  Są jednak wciąż olbrzymie rzesze ludzi obojętnych na dobro wspólne, stojących z boku, ograniczających się do budowania własnych życiowych karier. Na skali 1 do 10 w pomiarach obywatelskości ustawiłbym przy swoim kraju wskazówkę na trójce. Imponują mi Brytyjczycy. Choćby ten ostatni przykład: po tragicznych zajściach na ulicach Londynu z początkiem tego roku – masowych grabieżach sklepów i magazynów, niszczeniu samochodów, walkach z policją na kostki bruku – mieszkańcy dotkniętych tym dzielnic, głównie kobiety, wyszli rano na ulice przed swoje domy ze szczotkami, miotłami, szuflami i nie czekając na służby porządkowe zaczęli uprzątać z chodników i jezdni szkło z rozbitych witryn, gruz i szczątki samochodów. Swoimi miotłami i swoją obywatelską postawą spontanicznie protestowali przeciwko przemocy. Demonstrowali swoje poparcie dla ładu i prawa. Brytyjczykom dałbym co najmniej ósemkę.  

A przełożenie społeczeństwa obywatelskiego na politykę? Działalność polityczna to jakby inny obszar obywatelskiej aktywności. Jeśli przyjąć, że społeczeństwo obywatelskie kreują przede wszystkim organizacje pozarządowe i rzesze wolontariuszy, to już z samej definicji „pozarządowe” wynika, że środowiska te nie angażują się sensu stricto w życie polityczne. Atoli, wpływając przez swoją działalność na postawy społeczne, kreując wrażliwość na dobro wspólne, pośrednio wpływają na politykę w ogromnej mierze. Świadczą o tym społeczne opcje wyrażane  w sondażach, którym przyglądają się politycy biorąc je pod uwagę w swoich programach i w ten sposób pozyskując swój elektorat. Obywatelskie postawy kształtowane przez działalność w strukturach obywatelskich lub choćby przez inspirację tą działalnością mają też swoje przełożenie na dokonywanie wyboru przy urnach wyborczych, innymi słowy – na wyniki wyborów parlamentarnych.

Na koniec obowiązująca odpowiedź na pytanie, co z naszych polskich doświadczeń można z pożytkiem przenieść do Waszych krajów, do państw Partnerstwa Południowego. Trudna odpowiedź, tym bardziej, że o kulturze i obyczaju naszych sąsiadów z Południa, od których dzieli nas przesmyk wody zwany Morzem Śródziemnym, wiem żenująco niewiele. Optymizmem napawa, że po Waszej imponującej „wiośnie” oczekujecie Państwo rady od starej Europy mimo, że aktualnie wstrząsana jest wielowarstwowym kryzysem. Powiem więc tak: mimo trudności z odpowiedzią wydaje mi się, że są pewne prawdy uniwersalne dotyczące formowania się społeczeństwa obywatelskiego, pasujące do każdego kraju, który pragnie budować demokrację i do każdej sytuacji – czasem trudnej – w jakiej się kraj znajduje. Wyliczę je pokrótce tak, jak moje osobiste doświadczenie mi podpowiada:

– społeczeństwa obywatelskiego nie wprowadzi żadna ustawa: ono jest w ludzkiej  świadomości, w wewnętrznej potrzebie działania na rzecz wspólnego dobra;

– społeczeństwo obywatelskie – to działanie bez agresji i przemocy, z jak największym  ładunkiem empatii;

– społeczeństwo obywatelskie – to szukanie rozwiązań w drodze cierpliwego  przekonywania do swoich racji, poprzez negocjacje i szlachetny kompromis, w którym  nie ma przegranych;

– społeczeństwo obywatelskie – to uparte przekonywanie, że nie ma „obcych”, którzy  zagrażają, a są tylko „inni”, którzy mogą nas swoją innością ubogacić;

– społeczeństwo obywatelskie – to przełamywanie barier między „my” i „oni”;

– społeczeństwo obywatelskie – to wynik działań równie odważnych, jak rozważnych. 

A już kończąc naprawdę, pragnę Państwu zacytować fragment poematu wielkiego polskiego poety, ale również myśliciela i wizjonera, nieżyjącego już laureata literackiej nagrody Nobla, Czesława Miłosza, który to fragment jak ulał pasuje do tych myśli, jakie  chciałem Państwu przekazać. Oto ten fragment, adresowany do Człowieka, ale również do Obywatela:
          „… nie jesteś jednak tak bezwolny.
          A choćbyś był jak kamień polny – 
         
rzeka od tego kształt swój zmienia
          po jakich toczy się kamieniach…”  

Dziękuję za uwagę.