i to jest to

Bardzo mi to pasuje:
 

… Montaigne, pisarz wyważony, rozsądnie powtarza za Platonem, iż prawdziwie winu oddać się można dopiero na starość, czyli po przeżyciu lat 40-stu …

list do Przyjaciela

Przyjacielu drogi, 

Nasz fascynujący dyskurs (z „demokracją” w tle) – to trochę tak, jak akt przerywany i myślę sobie, że tak będzie snuł się i rwał, i znów snuł i znów rwał, do końca naszego czasu. Ale jeden wątek (poboczny), który nam się ostatnio urwał, chciałbym jednak dokończyć.  

Zapytałeś o szczęście i dałeś na nie prostą receptę: wystarczy chcieć! Czy znasz kogoś, kto powiedziałby, że nie chce być szczęśliwy? Choć z drugiej strony może masz trochę racji. Bo jeśli nie chcesz, to trudno sobie wyobrazić, żebyś był. [Czy nie sądzisz, że podobnie jest z wiarą?] No więc załóżmy, że chcesz. I co, i znaczy to,  żeś już szczęśliwy?  

Więc ja myślę, że szczęście, to jest – z jednej strony – taki „blitz”: chwila, oka mgnienie, nagłe doznanie, najczęściej nieoczekiwane. „News”, wieść o tym, że coś, co ma dla ciebie wagę niezwykłą, a co wydawało się niemożliwe, jednak się stało. Zadzwonił telefon i padły te słowa. Dzwonek, otwierasz drzwi, a za progiem Ona, nie wydawało ci się prawdopodobne, że ją jeszcze kiedykolwiek zobaczysz. Albo nagłe oczarowanie – doznanie dech zapierające. Zapominasz o wszystkim – jesteś vis a’vis tylko z Tym.  

Z drugiej jednak strony, na daleki dystans – to jakby poczucie spełnienia. Zaczyna się od zaakceptowania rzeczywistości, siebie przede wszystkim. Spoglądasz wstecz, widzisz wszystkie swoje śmiesznostki, słabości, z których czasem fatalne rzeczy wynikały, nieporadności; ale też i to, co ci twój prywatny anioł podszepnął i co ci się dobrego udało zrobić – no i z empatią „przyjmujesz się do wiadomości” z całym tym bagażem. Później rzut oka wokół: ile dobra cię otacza, do którego sam czasem coś dorzuciłeś. Rodzina (tu wykrzyknik!), żyć się da, a ilu ludzi wita cię z uśmiechem (naprawdę życzliwym!), a jaki fantastyczny widok z tarasu, a ta nowa płyta, którą wczoraj z oczarowaniem po raz pierwszy odsłuchałeś, kot ci się ociera o portki, pies merda ogonem – tak było wczoraj, tak jest dzisiaj, można założyć, że tak będzie jutro. A to, że trochę obowiązków, że różne „trzeba”, żeś dzisiaj zmęczony, że czasem gdzieś zaiskrzy? Gdzie by bez tego była radość z relaksu i z tego, że znów jest dobrze? No i uśmiechasz się do ludzi, a ludzie do ciebie – i to jest to! … c.b.d.o.

A, i jeszcze pytałeś o miłość domniemając, że tak naprawdę to jej nie ma. Głupcze! I jeszcze raz – głupcze! Ona nie tylko jest – ona jest wieczna. Ona była już przed nami i będzie, kiedy skończy się Czas. Ona jest zawsze tam, gdzie się dzielisz, pod jednym wszak warunkiem – że dzielisz się tym, czego ci zbywa, bo jak nadmiarem, to tylko siebie pieścisz. Najmniej cenna w tym dzieleniu się jest mamona, bo my „tu i teraz”, na ogół – wbrew pozorom – mamy jej nadmiar. Cenny jest twój uśmiech, kiedy ci do płaczu. Twoja ciepła dłoń na ramieniu kogoś, od kogo cię odrzuca. Coś co ci zburzy twój porządek, który lubisz, ale robisz to, bo tak ci w określonej sytuacji dusza śpiewa. Twój czas, kiedy go nie masz, a ktoś na ciebie strasznie czeka. Ale co ja ci tu, Przyjacielu, opowiadam; przecież ty to wszystko wiesz lepiej ode mnie, bo praktykujesz to na co dzień. A i to wiesz przecież, że tym łatwiej dawać, im ci ten obdarowywany jest bliższy; tym trudniej – im więcej cię od niego dzieli, a myślę tu nie tylko o głodnym dziecku w odległym Sudanie czy przeklętej afrykańskiej Krainie Wielkich Jezior.   

A jak ci się dobrze śpi, kiedy już się na coś takiego zdobyłeś! Kiedy po raz kolejny dałeś świadectwo temu, że Ona jest. Wieczna. Poza czasem. Co by się z nami, mizerotami, stało, gdyby jej nie było? Strach myśleć! 

A jak cię uwiera, kiedyś przeszedł obok udając, że nie widzisz! No, chyba że jesteś tramwajem. Bo – jak wiesz – świat ssaków rozumnych charakteryzuje podstawowa dychotomia: są ludzie i tramwaje. 

Dłoń Ci ściskam
Twój   

suwerenność w mojej Europie

Tak bywa coraz częściej: podchodzę do regału z książkami (mało elegancki – grzbiety w większości wypłowiałe, zniszczone) w poszukiwaniu jakiegoś szczegółu z czasów odległych, jaki umknął z pamięci. I wsiąkam. Rzeczywistość przestaje istnieć. Odżywają fakty i wydarzenia, w których czasem uczestniczyłem, częściej – o które zaledwie się ocierałem lub które choćby zdalnie przeżywałem. Inne światy, inne emocje – jakże inne, a przecież jakby na wyciągniecie ręki, w zasięgu jednego ludzkiego życia. W tym co odżywa mniej ważne są opisy, bardziej – ludzie. Dziesiątki, setki mniej lub bardziej znanych twarzy, zdarza się, że kiedyś bliskich;  wiele nieznanych. Bardzo różne biografie, środowiska. Łączy ich jedno: żarliwe zaangażowanie, bezgraniczna determinacja. Rzadziej z góry przemyślane, częściej spontaniczne, przypadkowe, wynikłe z sytuacji. Im dalej wstecz – tym więcej niosło ze sobą ryzyka, tym większej wymagało ofiary, nie rzadko tej ostatecznej. I chodziło zawsze o to samo – o „Sprawę”. Różnie wybrzmiewała ta „Sprawa” w nostalgicznych, kombatanckich piosenkach, czasem nieco lepkich od niepopularnego dzisiaj patosu: Polska, wolność, niepodległość, suwerenność, godność, narodowa tożsamość. Wszystko to pojęcia ulotne, umykające ścisłej definicji, a głęboko tkwiące w emocjach, układające się w hierarchię podstawowych wartości, jakoś nas określające.  

Tymczasem rzeczywistość mknie, niesamowicie przyspiesza, to co było wczoraj – jutro staje się już historią (dla jednych żywą, dla innych zatartą i mglistą), świat wokół nas zmienia się jak w kalejdoskopie. Czy w tej sytuacji mogą ostać się niezmiennie pojęcia tak, jak były one odczytywane (pojmowane) w kontekście uwarunkowań – politycznych, ekonomicznych – sprzed stu i więcej lat, a choćby sprzed pół wieku? 

Dzisiaj pytanie koncentruje się przede wszystkim na pojęciu suwerenności: stoi ono w centrum publicznej debaty, a pojawiło się w niej nagle, jak grom z jasnego nieba, kiedy ogarniający Europę kryzys ujawnił bezsilność poszczególnych organizmów państwowych w walce z jego skutkami… Suwerenność: to znaczy pełna swoboda podejmowania decyzji. Jakich decyzji? Po pierwsze – przeciwdziałających temu, żeby „obcy” nie wszedł przemocą na „nasze” terytorium, nie narzucał swoich praw, nie eksterminował narodu, nie działał na rzecz unicestwienia jego kultury i tradycji, nie zakazywał historycznej pamięci. Po drugie – zapewniających, aby narodowa wspólnota w sposób nieskrępowany mogła wybierać swoich przedstawicieli powierzając im działania na rzecz dobrostanu swoich obywateli: dobrostanu, to znaczy zapewnienia bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego, osobistych praw i wolności, stabilnych warunków do budowania osobistej pomyślności (miejsca pracy, bezpieczeństwo socjalne), stałego postępu cywilizacyjnego. Tak to chyba z grubsza odczytywane jest dzisiaj, choć to „po pierwsze” pisane jest już petitem w stosunku do grubej czcionki, którą wyostrza się wszystko, co zawarte jest w „po drugie” – nie  sięgając już głębiej w historię, kiedy jedynym egzekutorem suwerenności był monarcha, a rodzące się pojęcie narodu stanowiło tylko mało znaczącą figurę retoryczną. A jakże inne proporcje w tych czcionkach stosowane były jeszcze za czasów Drugiej Rzeczypospolitej – zaledwie przed niespełna wiekiem.  

I spełniły się marzenia tych wszystkich, co od wielu dziesięcioleci żarliwie angażowali się w „Sprawę” i odchodzili z poczuciem spełnionego obowiązku, ale też z nikłą tylko nadzieją, że ich wielka „Sprawa” zostanie kiedykolwiek „załatwiona”: zostaliśmy obdarowani suwerennością, co dla mnie, człowieka starego – a jestem pewien, że i dla wielu wciąż żyjących, którzy choćby jakąś cząstkę swego życia „Sprawie” oddali – mieści się wciąż w kategoriach cudu, dobrego zrządzenia losu, wypadkowej wielu korzystnych czynników, którą chyba tylko nadzwyczajnej konstelacji gwiazd możemy zawdzięczać. Zostaliśmy obdarowani suwerennością, a równocześnie w uszach pozostał wykrzyczany testament tych, co odeszli: powrócić do Europy!  I już słyszę,  co mówią malkontenci i mizantropi, których w Polsce „nie sieją”: przecież nigdy z niej nie wyszliśmy! To prawda – mentalnie. Tak jak prawdą jest, że nigdy nie straciliśmy suwerenności pozostając nawet wobec najbrutalniejszych opresji wierni własnej kulturze i tradycji, sięgając uparcie do nie przekłamanej historii, co pozwoliło nam przetrwać jako narodowa wspólnota. Nie przekładało się to przecież ani na wymiar polityczny, ani ekonomiczny: w ustach tkwił knebel, przemoc – mniej lub bardziej brutalna – kładła się cieniem na każdym aspekcie życia, od procesów rozwojowych Europy dzieliła nas gęsta krata klatki, w której nas zamknięto. 

I nagle ta suwerenność! I możliwość realizacji tego testamentu: powrócić do Europy, dołączyć do jej wypróbowanych struktur gwarantujących wolność jednostki, demokrację, obywatelskie swobody, nie mówiąc już o poszanowaniu praw człowieka! Suwerenną decyzją – a był to konsensus całej narodowej wspólnoty – postanowiliśmy uczynić realizację tego testamentu priorytetem priorytetów naszej suwerennej polityki – polityki Trzeciej Rzeczypospolitej. I tak się, szczęśliwie, stało. 15 lat po odzyskaniu niepodległości podpisywaliśmy Traktat Akcesyjny włączający nas do struktury międzynarodowej, Unii Europejskiej, wciąż niedokończonego jeszcze historycznego projektu, którego skutki wciąż z trudem docierają do wyobraźni. Żeby było jeszcze mocniej: wiodącym mecenasem, wspierającym nasze suwerenne starania o dołączenie do UE, był nasz – w stereotypie historycznym – odwieczny wróg, potężny zachodni sąsiad – Republika Federalna Niemiec; na co się suwerennie, w historycznym procesie pojednania, godziliśmy. Już pięć lat wcześniej, równie suwerenną decyzją, staliśmy się członkiem szerszej jeszcze międzynarodowej struktury – gwaranta zewnętrznego bezpieczeństwa naszych granic: Sojuszu Atlantyckiego.  

Nie przypadkowo powtarzam w tym, co piszę,  słowo „suwerenność” we wszystkich przypadkach dodając do tego derywatyw przymiotnikowy, a to dla podkreślenia, że suwerennie – przystępując do międzynarodowej struktury – zrzekaliśmy się przecież jakiejś cząstki naszej suwerenności. Świadomie, choć niechętnie to werbalizując. Ta niechęć, w Polsce i innych „młodych demokracjach” Europy Środkowej emocjonalnie uzasadniona – bo zrzekaliśmy się cząstki czegoś, czym nie zdążyliśmy się jeszcze w pełni nacieszyć – była przecież powszechna. Niechętnie werbalizowali tę prawdę również Niemcy, Francuzi czy Włosi, nie mówiąc o szczególnie ceniących sobie wyspiarską odrębność Brytyjczykach. Czy nie to właśnie, to przemilczenie, było  istotą niedokończenia projektu, a równocześnie skutkiem śmiertelnego zagrożenia i dramatycznego kryzysu, w jakim się znalazł: gospodarczego, przywleczonego z zewnątrz, ale też i jego dalszego ciągu – kryzysu politycznego, którego nieprzewidziana erupcja czekała na czasy trudne. Bo Unia – to przecież pasmo kompromisów, w oparciu o które funkcjonuje, a okazuje się, że nie do końca uświadamianych – nawet przez najmędrszych – w czasach łatwych. Bo z chwilą, kiedy rzeczywistość je uświadomiła, pojawiło się sformułowane wreszcie bez ogródek pytanie: jak się ma osiągnięty już stopień integracji („unijności”?, federacyjności?) do suwerenności państwowej? Ile śmietanki spijano z integracyjnego procesu – to przecież Schengen, wolny przepływ ludzi, towarów i kapitału, wspólny rynek pracy, nieograniczona mobilność edukacyjna – przymykając oko na to, co może uwierać, a do czego się zobowiązano – na wspólną odpowiedzialność za kondycję unijnych finansów? I jak się będzie miało do suwerenności zintensyfikowanie integracyjnego procesu tak, żeby zobowiązania do tej wspólnej odpowiedzialności co rychlej dochować, oczu dalej nie mrużąc?  

Więc powstało nagle, jak Europa długa i szeroka, pytanie o suwerenność. Czym jest suwerenność? Czy wartością samą w sobie, za którą warto ginąć, czy szlachetnym narzędziem, które ma czemuś służyć? A może raczej komuś, kto jest nią obdarowany, ubogacony – obywatelowi suwerennego państwa? A jeśli służyć – to znaczy wychodzić naprzeciw, spełniać pragnienia, od zarania przecież niezmienne: zapewniać dobrobyt – godne warunki życia, uczestnictwo w postępie cywilizacyjnym, warunki dla budowania wspólnotowej i osobistej pomyślności. A w innej narracji: zapewniać poczucie bezpieczeństwa – tak zewnętrznego, od obcej agresji, jak wewnętrznego, to jest ekonomicznej stabilności i równomiernego rozwoju gospodarczego. Są oczywiście dalsze pytania, a właściwie nie ma im końca: czy możliwe jest spełnienie tych oczekiwań od suwerenności inaczej, niż przez jej suwerenne samoograniczenie europejską integracją, w której dobrobyt obywateli znajdzie najskuteczniejszą ochronę przed postępującą globalizacją – postępującą nieuchronnie wraz z cywilizacyjnym rozwojem, eliminującą aktorów sceny politycznej z szansą na wpływ na bieg wydarzeń, jeśli nie dysponują populacją (na dzień dzisiejszy) sięgającą 200 milionów? A samoograniczenie – do jakiego stopnia? W którym miejscu zostałyby przekroczone granice pozbawiające wspólnotę narodowej tożsamości? Jak się ma ta narodowa tożsamość do tożsamości w szerszej wspólnocie, jakby nadbudowanej nad tożsamościami narodowymi – wspólnocie oczekiwań, ale też wspólnych wartości ukorzenionych w greckiej filozofii, rzymskim prawie i chrześcijańskiej moralności? Czy do zachowania podstaw, esencji narodowej suwerenności wystarczy wspólnota tradycji, pieczołowicie zachowana odrębność kulturowa, historyczna pamięć, symbole państwowości, decyzyjne władztwo przy podziale wypracowanych w narodowej wspólnocie środków? Czy poddana wspólnej odpowiedzialności kondycja finansów publicznych – deficyt budżetowy, publiczny dług – już tę granicę przekracza? Czy przekracza ją jeden głos w imieniu wspólnoty w kwestiach polityki zagranicznej?  

Odpowiedzi na te pytania – to regulowanie zaległych rachunków. To kończenie tego niedokończonego wielkiego historycznego projektu, kilka lat spóźnione, co wywołało  nieprzewidziane, dramatyczne turbulencje. Ta debata  jest nieunikniona i konieczna i fundamentalna, szkoda tylko, że wywołana dopiero uderzeniem głową o mur, tym rendez-vous Europy z rzeczywistością, które zaskoczyło najwytrawniejszych europejskich polityków. I tylko pożałowania godnym zjawiskiem jest parcie środowisk radykalnych na zastąpienie jej epitetami manipulującymi opinię publiczną, czasem tylko żałosnymi, czasem wręcz niegodziwymi. Skąd płyną? Z braku samooceny dotychczasowego postępowania? Z urażonej godności dłużnika, od którego wierzyciel żąda spłaty długu? Z historycznej ślepoty bądź amnezji? Z chęci ugrania doraźnych politycznych korzyści tylko na dziś ignorując los dalszych pokoleń Europejczyków? A oto kilka tylko przykładów z najbliższego sercu „polskiego podwórka”, mnożących się szczególnie po wystąpieniu polskiego ministra w berlińskim Towarzystwie Spraw Międzynarodowych: „targowica”, „zamiana Moskwy na Brukselę”, „Polska – kraj niemal okupowany” („rosyjsko – niemieckie kondominium”), „hołd berliński”, „rządzący pełnią funkcje agenturalne”, „Konzentrationslager UE”, „euro macht frei”.  Niegodziwe – to mało: haniebne.  

Jeszcze tylko kilka anegdot – są z życia wzięte, a tak smaczne i mieszczące się w kontekście tego co wyżej, że wręcz nie sposób ich nie utrwalić. Międzynarodowa konferencja omawiająca bolesne problemy współczesnego świata. Ktoś prezentuje jakieś zagadnienie europejskie, wspomina Estonię. Usiłując przybliżyć realia tego kraju wspomina liczbę jego ludności. Milion. Ktoś z audytorium prosi o głos ad vocem: „Excuse me, sir, you have been mistaken – you mean miliard”. Referent jednak potwierdza: million. “To jest jakieś nieporozumienie” – uczestnik konferencji kontynuuje polemikę; „przecież ja żyję w mieście 26-milinowym, milion to zaledwie niewielka dzielnica mego miasta!”. Inna międzynarodowa konferencja omawiająca problemy demografii, w tym marne perspektywy na przyszłość Europy. Głos zabiera specjalizujący się w zagadnieniach demograficznych, sędziwy profesor z Islamabadu: „… Waszym od dawna znanym problemem jest to, że … you don’t like babies. I really can’t understand why you, Europeans, living in such luxury conditions, don’t like babies?…” I jeszcze jedna rozmowa, na temat przyszłości Ukrainy, w dość szerokim gronie. Mówi ukraiński prawnik, człowiek – zdawałoby się – światły, w świecie jako tako bywały: „…Ukraina nie potrzebuje Unii z jej niemądrymi przepisami, z wtrącaniem się w nasze życie. Ukraina potrzebuje tylko zniesienia granic – dla ludzi i towarów…” Bagatela – rodzynek wydłubany z zaczynionego już ciasta, choć ono jeszcze nawet nie w piecu, skwareczka wyłowiona z parującej jeszcze, parzącej wargi zupy. Jakbym słyszał niektóre polskie echa tej uwagi: fundusze strukturalne, innowacyjne, stabilizacyjne – ależ tak! Najrozmaitsze „parasole” wspierające mniej zaradnych, niezliczone „projekty” umożliwiające nieograniczony dostęp do wyników badań naukowych, powszechne uczestnictwo w europejskiej kulturze i edukacji finansowane przez najsilniejsze gospodarczo człony Unii – czemu nie! Podjęcie wspólnej odpowiedzialności za wspólne dobro, ukrócenie budżetowej samowoli poprzez poddanie się weryfikacji międzynarodowych mechanizmów kontrolnych, udzielenie – w geście solidarności – niżej oprocentowanej pożyczki z narodowych rezerw najbardziej wiarygodnej instytucji finansowej (jaką jest MFW) na rzecz leżącego w najżywotniejszym interesie Polski ratowania historycznego projektu europejskiej wspólnoty (bo nie Grecji!, nie Portugalii! nawet nie Włoch!) – no, to już nie, bo z jakiej racji.. bo klientelizm… bo dyktat… bo pogwałcenie suwerenności. Pytanie tylko, czy suwerennym może się czuć państwo obarczane zarzutem dyktatu, które też „nie chce, a musi” pokrywać koszty zaistniałego kryzysu, tyle, że w wysokości wiele-dziesiąt razy wyższej – narażając się na sprzeciw obywateli i utratę parlamentarnego mandatu obecnie rządzących: bowiem widzi w tym żywotny interes kraju identyfikowany z interesem wspólnoty. 

Tak więc ja, niżej podpisany „prawolewy” – jak barwnie to ujęła Joasia Szczepkowska – obywatel Rzeczypospolitej (to standard) zabieram głos w najważniejszej od lat narodowej debacie i oświadczam: nie lękam się o suwerenność mojego kraju w sfederalizowanej (bądź skonfederowanej) Europie – sfederalizowanej dla zapewnienia mi wolności, bezpieczeństwa, pokoju (pamiętam wojnę!), dobrobytu i pomyślności moim wnukom. Nie boli mnie głowa o moją narodową tożsamość obok tożsamości europejskiej. Nie boję się uznać stosownego miejsca (uznając fakty) w przyjmowaniu odpowiedzialności za moje „miejsce na ziemi” żadnemu z podmiotów wreszcie dokończonego projektu. Tu glossa: fragmentem odpowiedzialności jest decyzyjność; „miejsce stosowne” – to we właściwej proporcji do populacji, terytorium, potencjału gospodarczego; „projekt dokończony” – to wykluczający narodowe egoizmy, przyjmujący jako nadrzędną zasadę solidarności, podporządkowany suwerennie wybranym przez sfederalizowane państwa bądź dookreślonym organom europejskim. Oświadczam też, że nie pozbawiony jestem lęków. Lękam się krótkowidztwa. Lękam się cynizmu i historycznej amnezji. Lękam się partyjnych partykularyzmów, populistycznych epitetów i haseł w imię zdobycia bądź utrzymania władzy – choćby na oka mgnienie. Lękam się geograficznej ignorancji – mylenia Moskwy z Brukselą. Lękam się pomylenia epok historycznych – optowania za grecką agorą w dobie państwa prawa i demokracji przedstawicielskiej. Lękam się mylenia pojęć – hegemonii i dominacji z brzemieniem odpowiedzialności. Lękam się czynienia cnoty z występku. Lękam się mocy judaszowych srebrników, medialnej manipulacji – drażnienia wyobraźni, odwoływania się do najniższych ludzkich instynktów za byle jaką cenę chwilowej oglądalności i pozyskania reklamodawcy. Ileż jednak tych lęków…  

Mimo tego daję wiarę, że dokończenie historycznego europejskiego projektu jest możliwe. Daję wiarę w samozachowawczy instynkt Polaków i większości Europejczyków. Ufam doświadczeniu tych, co pamiętają (traumę wojny, narzucanie przemocą jedynie słusznej prawdy, zniewolenie strachem, deptanie ludzkiej godności w imię ideologii). Nie mam wątpliwości co do determinacji tych, co pamiętać nie mogą, albowiem Europa poprzecinana granicznymi kordonami, lęk przed obcym – więc wrogim, narodowy kostium krępujący ruchy, miast noszonego swobodnie i ubogacającego innością, jest dla nich światem z kolejnej bajki Grimma, w którym życia trudno już sobie wyobrazić. 

Wybieram przyszłość, stawiam na Europę – moją Europę, równie moją, jak do głębi trzewi moją jest Polska.