… na pewno? … a może?

Daniel Kahneman jest wciąż profesorem psychologii uniwersytetu Princeton. Od 50 lat zajmuje się badaniem związków intuicji z racjonalnym myśleniem i udowadnia w nich druzgocącą przewagę intuicji nad myśleniem w podejmowaniu decyzji i określaniu własnego stanowiska. Uzasadnia to lenistwem umysłowym i brakiem racjonalności (myślenie jest męczące, wymaga czasu i kalorii), czemu zwykle towarzyszy przekonanie człowieka o własnej wyjątkowości i niechęć do wyciągania wniosków z  umysłowych porażek. Otrzymał Nagrodę Nobla (w dziedzinie ekonomii!). Zwierzał się po tym reporterowi „The Vanity Fair”, iż swoje badania opierał przede wszystkim na „oznakach głupoty” zaobserwowanych u siebie. Nawet po uzyskaniu tak prestiżowego wyróżnienia nie wyzbył się wątpliwości co do wartości swoich odkryć: wciąż szukał konfrontacji z krytykami swoich teorii, a nie do końca usatysfakcjonowany – zatrudnił wybitnych psychologów i suto im płacił, by wykazali błędy w jego myśleniu. Jeden z jego uczniów, znany już naukowiec, konkluduje to tak: „Większość ludzi, którzy zdobywają Nobla, zajmuje się do końca życia grą w golfa. Danny – poszukując prawdy – heroicznie usiłuje udowodnić sobie i światu, że nie ma racji. To jest takie urocze…”  

Urocze?  Druzgocące!  Dla tych, którzy po prostu wiedzą… (są ich wśród nas krocie), którzy się znają… (na ekonomii, polityce, prawie, lotnictwie, polityce społecznej –równocześnie), którzy znają „całą prawdę”… (o istocie globalizacji, o wojnach w Iraku i Afganistanie, o przyczynach kryzysu, przyszłości Europy, kondycji Polski 20 lat po rozpoczęciu transformacji, o Tusku, Kaczyńskim, Palikocie – o smoleńskiej katastrofie już nie mówiąc). 

Tylko co począć z tą sokratyczną spuścizną scio me nihil scire, która legła u podstaw naszego cywilizacyjnego rozwoju…  

I tu powinna być kropka, ale przychodzi mi jeszcze na myśl (bo jest a’propos) jedna z buberowskich  „Opowieści chadzydzkich” – będę ją skracał, żeby nie było, że zbyt przynudzam. Otóż: …pewien oświecony człowiek, wielkiej nauki, usłyszawszy o słynnym rabbim z Berdyczowa, postanowił go odwiedzić, aby – jak miał w zwyczaju – odbyć z nim dysputę i unicestwić argumenty, którymi cadyk dowodził słuszności swojej wiary. Zastał cadyka chodzącego z książką w ręku po izbie i pogrążonego w myślach. Wreszcie przystanął, spojrzał na przybysza i rzekł: „A może to jednak prawda”…. (i dalej) „…Uczeni w piśmie, z którymi wiodłeś spór, na próżno z tobą rozmawiali, nie mogli wyłożyć ci na stół Boga i Jego Królestwa. I ja też nie mogę. Ale pomyśl, synu, może to jednak prawda…”  Oświecony zbierał myśli, żeby odpowiedzieć, ale owo „może” tak donośnie brzmiało mu w uszach, że złamało jego wiarę w jedyną prawdę, którą był posiadł. 

Więc może?   

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s