smoleńskiej tragedii ciąg dalszy

O zagrożeniach wiemy od dawna: terroryzm… niszczenie środowiskaglobalny kryzys?To pestki. Nam do unicestwienia wystarczy Smoleńsk”. I oby ten prorok był fałszywy.

 

Albowiem: największy nawet absurd, powtarzany jak mantra, nagłaśniany przez wszystkie media – obojętnie, z jakim komentarzem – nabiera posmaku prawdy, bo zasiewa wątpliwość czy krawiec ukradł, czy krawcowi ukradli?

 

Już 21procent Polaków daje wiarę, że był to zamach. Wbrew mozolnie wypracowanemu raportowi autoryzowanemu przez najwyższe organy państwa, zatem całym autorytetem Rzeczypospolitej. Wbrew oświadczeniu niezależnej prokuratury, tak wojskowej jak cywilnej (jedynemu wobec oczywistego utajnienia procedury dochodzeń do momentu zakończenia śledztwa), iż  badania wraka przez polskich ekspertów jednoznacznie temu zaprzeczają. Last but not least – wbrew elementarnemu rozsądkowi, elementarnemu poczuciu rzeczywistości, elementarnej politycznej kalkulacji zysków i strat.  21 procent – to z grubsza osiem milionów obywateli RP. Załóżmy, że tylko ¼ tej liczby daje temu wiarę bez żadnych wątpliwości: czyniło by to dwa miliony. Załóżmy dalej, że tylko połowa z tej liczby byłaby skłonna w jakiś sposób czynnie bronić „tej prawdy”: czyni to milion. Idźmy dalej i wyobraźmy sobie milionowy tłum demonstrujący na ulicach polskich miast, rozgrzany hasłami, ulegający magii sztandarów i pochodni, w stanie najwyższej euforii, w stanie emocjonalnym rugującym resztki rozsądku… Czy trudno to sobie wyobrazić obserwując „rocznicowe” zgromadzenia na Krakowskim Przedmieściu? Ileż tragicznych zdarzeń może zaistnieć… Panie, miej nas w Swej najłaskawszej opiece!  

 

Zamach… to znaczy celowe i precyzyjnie ukartowane działania na rzecz politycznej zbrodni – ukartowane w drodze spisku między najwyższymi organami dwóch europejskich państw (charakteryzujących się wzajemną historyczną nieufnością i wzajemnym brakiem sympatii); jednym z nich jest licząca się europejska potęga. Ukartowane także między służbami specjalnymi tych państw, przy niezbędnym wtajemniczeniu w przygotowywaną operację sporego grona osób. Zbrodnia dokonana ma być na głowie państwa i blisko setce osób z jego otoczenia, w tym grona przyjaciół jednego z głównych autorów spisku. Jest oczywiste, że wywoła poruszenie, a choćby zainteresowanie szerokiej światowej opinii publicznej, w tym głównych aktorów światowej sceny politycznej. Motywem operacji nie są domniemane losy toczącej się wojny, w której codziennie giną tysiące ludzi, nie jest domniemane zagrożenie atakiem terrorystycznym z użyciem broni jądrowej, nie jest wreszcie wyeliminowanie wspólnego politycznego wroga, który stoi na przeszkodzie istotnej zmiany w międzynarodowej konfiguracji politycznej: motywem operacji jest osobista niechęć do polityka przeciwstawnej opcji, który – nawiasem mówiąc – nie jest powszechnie lubiany i nie stwarza zagrożenia dla ciągłości sprawowanej władzy.  

 

 Wyrafinowanie tej zbrodni nie ma sobie równej. Jej cynizm przekracza możliwości wyobraźni. Precyzja wykonania nie ma precedensu. Nie ma też precedensu podobne zdarzenie w annałach historii stosunków międzynarodowych: miały miejsce zabójstwa prezydentów, zamachy na najbardziej znane światowe osobistości – pojedyncze osoby, przy oczywistych motywach zbrodni. Czegoś takiego historia nie zna. A zaczęło się od nieśmiałych hipotez: „może jednak zamach? … należy zbadać, wykluczyć…” Hipotezy przybierały na sile wbrew ustalanym faktom, w oparciu o tworzone teorie i mitycznie rozbudowywane domniemania. W ostatnich dniach przerodziły się w tezę, zakomunikowane publicznie stwierdzenie o jedynie możliwej przyczynie tragicznej katastrofy. Z tezy wypływają oczywiste wnioski, równie publicznie ogłaszane nie tylko przez opętanego wizją zamachu lidera „smoleńskiej formacji” – nawet przez trzeciorzędnych tej „formacji” polityków: kraj rządzony jest przez zdrajców, kolaborujących z obcą, wrogą potęgą. Publicznie lżeni są najwyżsi dostojnicy państwa, wybrany dopiero co w demokratycznych wyborach Prezydent Rzeczypospolitej i jej Prezes Rady Ministrów. I nic się (na razie!) nie dzieje, i w bezsile demokratycznych procedur wolno lżyć, wolno ogłaszać światu, że Polska – której po wiekach historycznych niepowodzeń i narodowych dramatów w końcu tak wspaniale się udało – znów, na własne życzenie, staje się błaznem narodów.  

 

Ludzie, róbcie coś, krzyczcie!

A może nie powinno to zaskakiwać, słyszeliśmy już bowiem „…zdradzeni o świcie…”, „…Polsko, obudź się…” „…stoimy tu, gdzie stała ‘Solidarność’, a oni (to znaczy demokratycznie wybrane władze Rzeczpospolitej, a jednak pozbawiane legitymizacji!) tam gdzie stało ZOMO…”, pieśń śpiewaną czasem w świątyniach podobnie jak w koszmarnych latach osiemdziesiątych „…Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie…”? A jednak zaskakuje, boli, przeraża, albowiem przekracza wszelkie wyobrażalne granice i wieje grozą: dzisiaj nie odbieram już tego, co się wokół mnie dzieje, w kategorii ocen „nikczemne, podłe”, tylko właśnie w kategoriach grozy.

Rozglądam się dokoła i coraz wyraźniej dostrzegam przełom epoki, świat jakby wpadł  w drgawki, boryka się z wartościami, stoi wobec tytanicznych wyzwań: globalna ekonomia, nowe „centra świata”, globalny kryzys na wielu piętrach, ekologia, genetyka, cyfryzacja, sfera wolności i praw człowieka. Polaryzacja ocen i opcji jest w tej sytuacji nieunikniona: nigdy nie było tak ostrego podziału na „czerwoną” i „niebieską” Amerykę, jaki obserwujemy obecnie. Przez świat przetacza się globalna debata na temat jego przyszłości w kolejnych dekadach – jaki będzie, co z minionej epoki pójdzie w zapomnienie, co się ostanie, jakie zrodzą się nowe standardy. Tymczasem w średniej wielkości europejskim kraju, któremu się powiodło, którego gospodarczy i cywilizacyjny skok był przez chwilę dla świata przykładem transformacyjnego sukcesu, toczy się destrukcyjna debata debata na zupełnie innym piętrze. Domniemania, ba – ogłoszenie werdyktu o zdradzie stanu tej rangi, o świadomie dokonanej zbrodni na głowie państwa przez elity polityczne z udziałem elit ościennego państwa: to się nie zdarzyło nigdzie na świecie, sięgając nawet czasu wojny.

Nie jestem członkiem rządzącej partii, jej przywódca i premier mojego (bo polskiego) rządu nie jest moim politycznym idolem. Mam sporo uwag krytycznych pod adresem rządzących, nie tyle może tyczących się efektu, co sposobu sprawowania władzy: świetnie rozumiem, że może ich być więcej. Równocześnie wiem, bo widzę to nieuprzedzonym okiem – i tutaj mam rzadko towarzyszącą mi pewność, że w niezwykle trudnych zabiegach o wykorzystanie danej nam, jak rzadko, przez historię szansy dołączenia do „europejskiej średniej” (o „czołówce” na razie nie mówiąc) Polska – w tym rozedrganym świecie, o którym wyżej – daje sobie radę zupełnie nieźle. To, oczywiście, nie tylko zasługa rządu, to również zbieg całego szeregu pomyślnych okoliczności, którym trzeba jednak nieustannie, w procesie rządzenia, wychodzić naprzeciw. I ze zgrozą wyobrażam sobie polskiego premiera siadającego do kolejnych trudnych negocjacji oskarżanego przez lidera opozycji – z całą mocą, bez cienia wątpliwości – o zdradę stanu i kolaborację z obcym mocarstwem na rzecz zabójstwa własnego prezydenta. A podjęty proces reformy państwa i jego finansów, od dawna oczekiwany, wiadomo, że trudny, dla wielu bolesny, nie przebiegający bez zgrzytów, nie wolny od ubolewania godnych uchybień – ale jednak podjęty! To także nie bagatelny fragment wykorzystywania historycznej szansy – unowocześniania państwa. Wymaga spokoju, skupienia, racjonalnego – z wyciszeniem emocji – ścierania się argumentów, klimatu społecznego zaufania (do rządzących, iż kierują się interesem wspólnego dobra obecnych i przyszłych pokoleń Polaków, do profesjonalizmu ekspertów wyjaśniających skomplikowane problemy demografii, rynku pracy, makroekonomii). Czy można o tym marzyć słysząc gromkie pohukiwania, iż Polacy żyją w zniewolonym kraju porównywanym do PRL (ileż w tym uznania dla owej PRL!), rządzonym przez zbrodniarzy i kolaborantów (to gorzej, niż „przywódcy” niesuwerennej Polski Ludowej – kolaboranci, ale jednak nie zbrodniarze)? Czy jakoś przedziwnie nie uchodzi uwagi dwudziestu (na razie!) procentom Polaków, że pohukujący korzystają ze sfery wolności, której nie można porównać nawet z wewnętrzną sytuacja polityczną niewątpliwie suwerennej, stanowiącej dla wielu chwalebny punkt odniesienia II  Rzeczpolitej? 

W szumie medialnym wokół łopocących narodowych sztandarów i potoku złych słów uwłaczających polskiej państwowości niemal zaginęło kilka wydarzeń budujących, przypominających o polskiej rzeczywistości stanowiącej realizację marzeń wielu polskich pokoleń. Jednym z nich było dzisiejsze spotkanie na Zamku Królewskim zorganizowane przez Prezydenta Rzeczypospolitej z okazji 85. rocznicy urodzin Tadeusza Mazowieckiego, którego działalność – nie tylko samo powierzenie mu zaszczytnej funkcji Pierwszego Premiera III RP – wpisuje się złotymi zgłoskami w dzieło odzyskania niepodległości i pokojowej transformacji ustroju politycznego. Chciałoby się wśród tych wydarzeń wspomnieć również o dwudziestoleciu Polskiego Klubu Biznesu, zrealizowanej inspiracji Zbigniewa Brzezińskiego, i przyznania z tej okazji pierwszych nagród im. Jana Wejcherta dla najwybitniejszych kreatorów polskiego sukcesu gospodarczego; pozostańmy jednak przy prezydenckiej uroczystości i benefisie na rzecz Pierwszego Premiera. Na sali niemal wszystkie twarze żyjących jeszcze współtwórców i liderów demokratycznej opozycji lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, tych pierwszych, którzy wzięli na swoje niedoświadczone w rządzeniu barki odpowiedzialność za dalsze losy kraju. Atmosfera niezwykła – łzy, uściski, wspomnienia (podpatrywałem to, gdzie się dało). I kilka prostych słów wypowiedzianych ze wzruszeniem przez bohatera tego wieczoru, a ze szczególnym drżeniem głosu wypowiedziane zostały i te – odnotowuję je tak, jak zdołałem zapamiętać: „…życzę Polsce przede wszystkim, aby się w Niej nie utrwalił trwający już przez jakiś czas pełzający rokosz…”.

Pozostaje tylko mieć nadzieję, że te życzenia się spełnią: ona umiera ostatnia…

Jedna myśl na temat “smoleńskiej tragedii ciąg dalszy

  1. Z przyjemnością przeczytałem i w pełni podzielam wyrażone opinie przez Bogusława.
    Stawiam ciągle pytanie, jak dotrzeć do świadomości tej części społeczeństwa, które mimo trudności, nie dostrzega pozytywnych zmian w rozwoju jak nigdy, w historii Rzeczpospolitej. Dzięki Ci za przytoczenie słów, które padają często w nocnych rozmowach Polaków.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s