zima – lektury – Święta

Zima. Czy to słotna, czy mroźna, jak choćby w tej chwili, kiedy słońce zachodzi nad wybielonymi łąkami (czasem zdaje się, że aż błękitne), a w ogrodzie świerki obsypane śniegiem, ani krzty wiatru, psy na spacerze szaleją, cwałują i nagle stop – rozgrzebują ten puch i coś w nim węszą – sprzyja odrabianiu zaniedbanych przez lato lektur. Piętrzy się stos książek (polecam w szczególności: „Tadeusz Mazowiecki, Rok 1989 i lata następne”), drugi z „Tygodnikiem”, oczywiście „Powszechnym” i różnymi innymi. Mowy nie ma, żeby to wszystko strawić, sięgam więc na chybił trafił, czytam tu rozdział, którego tytuł uwagę przyciąga, tam artykuł, gdzieś znów polecony przez kogoś fragment. Ale wystarczą te strzępy, żeby się w głowie kręciło od wyzwań, lęków i nadziei, znaków zapytania. Czy uda się „Oburzonym” – chłopcom z Puerta del Sol, czy tym z Wall Street, wywrócić świat do góry nogami i zaproponować inny, nowy, wspaniały (vide Aldous Huxley)? Czy może nastąpi dyktatura „sieci” z jej nową wykładnią wolności? Czy horyzont nam zbrunatnieje czy zróżowieje? Czy jest wśród europejskiego demosu zapotrzebowanie na tożsamość, czy też wystarcza już tylko poprawność polityczna? Czy „konsumptor” na stałe wejdzie w skórę obywatela, a Powszechną Deklarację Praw Człowieka z jego przyrodzonymi prawami zastąpi Powszechna Deklaracja Praw Konsumenta? Czy Europa pozostanie aktorem w scenie wyścigu do nikąd, czy będzie przy tym niemiecka, francuska, czy może jednak wspólna, czy też przerodzi się w skansen odwiedzany przez klasę średnią z Chin, Indii, Indonezji czy Brazylii, którego atrakcją będą nieliczne istoty pozostałe po wyniszczającej wojnie o obyczaj i tradycję? Czy w naszej cywilizacji, jeśli przetrwa, ostanie się pojęcie rodziny? W jakim kierunku ewoluują pojęcia „patriotyzm”, „suwerenność”? Jak przyszłość rozstrzygnie spór o państwo narodowe i które z jego tradycyjnych atrybutów uznane zostaną za niepodważalne? A co z demokracją, wysoką kulturą, powszechnym uznaniem dla godności osoby ludzkiej, nie tylko na europejskich salonach, ale też w Guantanamo, Kandaharze, w Strefie Gazy?

A na tą sieczkę myśli nakładają się Święta. Święta Bożego Narodzenia. Mówimy o nich „wielkie” i coś jest na rzeczy, bo w powszechnym odczuciu – i tych, co czynią pokłon przed narodzeniem Słowa, i tych, którym ten fakt umyka – stanowią jakąś cezurę czasu, która budzi szacunek, nie rzadko (choć i nie zawsze!) i jednych i drugich skłania do refleksji, wyciszenia. Ludzie jakby miękną. Życzymy sobie „Wesołych Świąt”: ja wolałbym „radosnych”, bo przecież kryje się za tym – jakże często nieuświadamiana, ale intuicyjnie wyczuwana – radość z przesłania, jakie narodzone Słowo przynosi. Nikt go wcześniej nie sformułował, bo przekracza ono ludzką wyobraźnię. To przesłanie nadziei, tak w sensie eschatologicznym, jak doczesnym, „tu i teraz”: czy można pragnąć czegoś bardziej, niż nadziei? I to drugie, uniwersalna recepta „na wszystko”, na rozwiązanie wszystkich problemów, na likwidację wszystkich znaków zapytania, jakie rodzą się z refleksji nad tym, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy: to przesłanie miłości – i tej, którą pragniemy być otuleni, i tej, którą jesteśmy w stanie otulić, obdarować nią „tego drugiego”. Zdawałoby się – jakże proste, a okazuje się – jakże trudne czasem w realizacji, kiedy nie chodzi o tych najbliższych, a tych, z którymi nam nie po drodze, z którymi spór – wyniszczający, nakręcający spiralę konfrontacji – wydaje się nierozwiązywalną kwadraturą koła.

To te dwa największe prezenty, które znajdujemy pod swoją choinką. Czy je dostrzegamy, czy sięgamy po te niepozorne zawiniątka zawierające skarb najcenniejszy? Gdyby jednak je przyjąć, rozwinąć i przełożyć bogactwo, jakie zawierają, na naszą codzienność, na język konkretów: czyż to nie dar empatii, otworzenia się na „tego drugiego”, cierpliwego wysłuchania jego opowieści, spojrzenia na fakty z jego perspektywy? Może skorygowania swego postrzegania rzeczywistości, znalezienia choćby małego „obszaru wspólnego”, od którego zacząłby się dialog miast konfrontacji?

Życzę więc wszystkim, w pierwszym rzędzie licznemu gronu przyjaciół (jakże jestem szczęśliwy, że – choćby i subiektywnie – tyle wokół siebie czuję przyjaźni), ale nie tylko, bo również – pójdę tu na całość – i tym wszystkim, których decyzje przesądzą, po jakiej trajektorii będą się toczyć losy naszej globalnej wioski, Europy, Polski; i tym, których głosy w nie-do-zagłuszenia przestrzeni medialnej kształtują nasze postrzeganie rzeczywistości; i tym również, którzy zagubili się na pozycjach „my contra oni”. Życzę więc, żeby obok obfitego wora mikołajowych prezentów dostrzegli pod choinką również i ten dar bezcenny, który niesie nam Boże Narodzenie, a więc samą jego istotę, najgłębszy sens naszych wzajemnych życzeń, żeby były radosne. Żeby nam dobrze było razem, bez zamykania się w warownych twierdzach. Żeby tego, co nas dzieli, było coraz mniej, żeby nie stępiało naszej wrażliwości na postrzeganie, jak niepowtarzalnie piękny jest otaczający nas świat dany nam w posiadanie, dany nam wszystkim!

No, to jeszcze tylko o tym worze z prezentami. Zastanawiam się, jaki prezent pod choinką w ciągu bardzo wielu przeżytych lat sprawił mi największą radość i wydaje mi się, że był to gruby, ciepły szalik pracowicie wydziergany z różnych resztek wełny przez moją kochaną babcię – był to czas okupacji, rok 1942, może 1943. I chyba nie tylko dlatego, że zimy bywały wówczas tęgie, a przyodziewek w tych czasach prawdziwej biedy lichy. Dlatego też, że był wyrazem autentycznej troski, darem serca. Musiało być coś „na rzeczy”, że właśnie ten podarunek sprzed 70. lat pozostał gdzieś w zakamarkach dobrej pamięci. A wczoraj byłem w „Złotych tarasach”. Mrowie ludzi – mimo powszechnego utyskiwania na kryzys (którego w istocie nie ma, bo jest tylko „łagodne spowolnienie”), mimo lekko wzrastającego wskaźnika bezrobocia, mimo ostrej zimy. Nie lubię atmosfery zatłoczonych marketów, ale to cieszy – idą w końcu Święta, jest tradycja, stół musi być obfity (byle statystycznie dotychczas 30 % świątecznych smakołyków nie znalazło się w pojemniku na odpady zważywszy, że 80 milionów istnień ludzkich przymiera głodem), no i prezenty. To nie jest, szczęśliwie, dzielenie się biedą, której nie ma (Bogu dzięki), a jakąś jednak, choćby niewielką zamożnością, ale kupowane zapewne z ciepłą myślą o najbliższych. Zwróciłem uwagę na wyjątkowo długą kolejkę: na stoisku piękne pudła, barwne torby z uśmiechniętym świętym w czerwonym kapturze z pomponem, ciągnionym w saniach przez parę reniferów, kolorowe wstążki, kokardy. Tutaj prezenty się pakuje. Profesjonalnie. Tak, żeby robiły wrażenie. Za słoną opłatą. Ku pysznej uciesze obdarowującego – bo nie obdarowanego, jego interesuje tylko zawartość. Zmięty święty i jego dzielne wierzchowce już pojutrze powędrują na olbrzymią stertę śmieci.

I pomyślałem sobie o tym wydzierganym przez babcię wełnianym szaliku. Nie pamiętam, w co był opakowany – chyba w jakiś skrawek szarego papieru.

Życzę moim przyjaciołom, aby w mikołajowym worze pod choinką znaleźli same dary serca.

Radosnych Świąt!

TUTEJSI – film o pruszkowskich Żydach

Droga Pani,  

Czas śmiga jak galopujący po łące rumak, tak też mi śmignął od dnia, kiedy oglądaliśmy „Tutejszych”, co nie znaczy, że refleksje nie pozostały i nie proszą się o jakiś upust. No to im upuszczam adresując je do Pani jako ciąg dalszy jak zawsze interesującej z Panią wymiany myśli, w tym przypadku – „pofilmowych”.

No cóż, film bardziej amatorski niż profesjonalny, ale zrobiony żarliwie i z pasją, co ogromnie sobie cenię, a całe wydarzenie było dla mnie wzruszające, bowiem – dzięki mądrym pedagogom – wciągnęło młodzież, która je autentycznie przeżywała. Myślę, że warstwa filmowa tego reportażu szybko zatrze się w pamięci, natomiast pozostanie w niej – przynajmniej w mojej – komentarz, te głosy, które nakładały się na obraz i przywoływały z pamięci „tamten czas”. W sposób szczególny wybrzmiał mi jeden z nich, starej kobiety, która – jako mała dziewczynka, jeszcze przed wojną – weszła do nowej dla siebie klasy i kazano jej usiąść w ławce koło innej dziewczynki, okazało się – Żydówki. Ta dziewczynka nie chciała siedzieć koło tej Żydówki, tak bez powodu, intuicyjnie, choć oceniła, że jej sąsiadka była nawet czysta. Musiało to być ważne odkrycie, ważne nowe doświadczenie dziecka, które po przeszło 70. latach pamięta ten incydent i powtarza do mikrofonu: ona była nawet czysta. Można sobie dośpiewać, że również nie rozczochrana, w zeszycie nie miała bazgrołów, ani kleksów – może był nawet obłożony. W percepcji dziecka była tak „bardzo inna”, i to  „źle inna”, że siedzenie przy niej sprawiało większy dyskomfort, niż gdyby była to np. Francuzka, Włoszka, ba, nawet może Rosjanka czy Niemka, które nie budziłyby zdziwienia, że są czyste.

Co Pani o tym myśli? Bo mnie przywodzi to na pamięć miłoszowe Campo di fiori czy Wielką niedzielę Słonimskiego: te płonące w dogorywającym po powstaniu getcie „bardzo inne” istoty nie budziły na tyle nawet współczucia, żeby zniechęcić do przyjemności kręcenia się na karuzeli. I jeszcze przywodzi mi na pamięć moją osobistą „żydowską edukację”…

Kiedy brał mnie na kolana stary Żyd, Josek, handlarz starociami, który zajeżdżał czasem swoją dwukółką przed willę, gdzie mieszkała moja mama ze swoim drugim mężem, na dalekim Wołyniu (1935, może 1936). Nosił długi, czarny chałat, jarmułkę i pachniał czosnkiem. Pozwalał dziecku bawić się swoją długa siwą brodą, bo jakoby przypominałem mu jego wnuczka, którego spotkał jakiś tragiczny los.  A ja musiałem po każdej takiej wizycie zmieniać ubranko, a przed tym dokładnie się myć w wielkiej miednicy wynoszonej przed ganek…

Kiedy na przejściowym podwórku, w Radomiu (1938), ganiałem ze starszymi kolegami z kamuszkiem w ręku (często w harcerskim mundurku, z którego byłem dumny) strasząc moich rówieśników, „Żydków”, mieszkańców tej zaniedbanej kamienicy w oficynie. Bywały interwencje ojców – krawca, który szył mi garniturek do Pierwszej Komunii, piekarza z sąsiedniej ulicy, raczej delikatne prośby – …żeby ten grzeczny chłopiec przestał dokuczać naszym dzieciom. Kończyło się lekką reprymendą „nie rób już tego więcej”, lżejszą niż po dwói z klasówki.

Kiedy, wracając z mamą z ewakuacji „na wschód” (znów z Wołynia), po 17 września, przemieszczając się w kierunku centralnej Polski – terenów zajętych przez Niemców – chłopskimi furmankami, bo nasze samochody zarekwirowane były przez Armię Czerwoną, natykaliśmy się na komunistyczne bojówki, bandytów z bronią i czerwonymi opaskami, którzy grabili podróżnych. Jedna taka była wyjątkowo brutalna, choć do egzekucji szczęśliwie nie doszło: zafundowali nam bezpardonową rewizję osobistą sprawdzając, czy wszystkie złote przedmioty wrzucone zostały do czapki. Hersztem był zarośnięty, krępy osobnik, rysy twarzy i akcent nie pozostawiały wątpliwości – Żyd. Znalazł na mojej szyi (miałem 9 lat) cienki złoty łańcuszek z medalikiem, o którym mama zapomniała. Nie usiłował nawet go rozpiąć – szarpnął, zerwał, trochę skaleczył…

Kiedy któregoś dnia wracając do domu (prowincjonalne miasteczko, gdzie mieszkałem z mamą, 1941, miałem 11 lat) byłem świadkiem, jak SS-man jadąc konno piaszczystym poboczem jezdni  strzelił do żydowskiego dziecka idącego tym poboczem z Gwiazdą Dawida na ramieniu – Żydom nie wolno było chodzić chodnikiem. Był zły, bo musiał zwolnić bieg konia. Zabił na miejscu. Na mnie, niepotrzebnego świadka tego wydarzenia, tylko wrzasnął. Przez kilka kolejnych nocy budziłem się z krzykiem…

Kiedy, odwiedzając moją kochaną babcię na warszawskim Żoliborzu (1943), stałem przy niej na balkonie i nie wiedziałem, dlaczego – zawsze skrywająca swoje emocje –  babcia płacze i tak jakoś wyjątkowo czule mnie przytula – zrozumiałem to wiele lat później. Z balkonu doskonale było widać gęsty, czarny dym unoszący się nad płonącym gettem. Z wcześniejszych wspomnień pozostało w pamięci mrowie ludzi, kiedy rozpędzony tramwaj przejeżdżał – z blokującymi wyjście żandarmami na pomostach – przez fragment getta.

A później, już po 45-tym, znów takie migawki, jakby przewrotny reporter strzelał swoje fotki biegając od prawa do lewa. A to przejmująca lektura Kwiatów polskich Tuwima z jego westchnieniem „..niech prawo zawsze prawo znaczy / a sprawiedliwość – sprawiedliwość…”, o którym szedł złowieszczy szept „…Żyd…”. A to pogrom kielecki, podła komunistyczna prowokacja, ale mord dokonany rękami rodaków. A to ujawnienie zbrodniarzy ze stalinowskich kazamatów na Rakowieckiej, polskich komunistów o żydowskich korzeniach, o złowrogo brzmiących nazwiskach Berman, Fejgin, zainstalowanych przez samego Stalina w organach represji, katów tysięcy polskich patriotów i dowódców Polski Podziemnej. A jeszcze później, w marcu ’68, szlachetny zryw polskich intelektualistów i studentów i znów zgrzyt – fatalne nazwiska Blumsztajn, Szlajfer, no, przecież Żydzi. I potworna, antysemicka hucpa, która wygnała z Polski tych, którzy mimo traumatycznych wspomnień postanowili trwać w Starym Kraju, bo w nim czuli swoje korzenie: to w większości byli piekarze i krawcy osiedli na Ziemiach Odzyskanych. A ja byłem świadkiem obrzydliwego sekowania w Londynie PRL-owskiego ambasadora, mojego szefa, Jerzego Morawskiego, nie tylko przyzwoitego człowieka, ale też „Puławianina”, partyjnego „rewizjonistę” z przełomu lat 1955/56, który odważnie przeciwstawiał się stalinowskiemu terrorowi kiedy październikowy przełom daleki był jeszcze od urzeczywistnienia. Daję sobie  maleńki plus za to, że wstrzymałem się od głosu kiedy tłuszcza głosowała „na szafot z nim” – na protest stać mnie jeszcze nie było.

A już w wolnej Polsce, kiedy runęły bariery informacyjne, doszły wieści o Yad Vashem i setkach drzew zasadzonych przez Polaków w „Ogrodzie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, i tysiącach polskich nazwisk na tablicach wmurowanych tam w akcie wdzięczności za niezwykłą odwagę w obronie człowieczeństwa, w czasie najokrutniejszym z okrutnych. Później znów lektura książek Tomasza Grossa i Barbary Edelking, tragiczna prawda o Jedwabnem i dziesiątkach podobnych wsi i podobnych „wydarzeń”.  I kilka filmów, jakże różnych w swoim wyrazie: „W ciemnościach” Agnieszki Holland, dokument o bohaterce tamtego czasu, Irenie Sendlerowej, wreszcie Pasikowski i jego „Pokłosie”, wstrząsające „face to face” z rzeczywistością już nam bliską, łyżka gorzkiego dziegciu wrzucona do beczki miodu: odważne zmierzenie się z prawdą, całym bogactwem jej barw i odcieni aż po głęboką czerń (na co stać tylko wielkie narody – patrz filmy amerykańskie „rozliczające” Wietnam) czy kalanie własnego, plemiennego gniazda?

Czy, z punktu widzenia psychologii społecznej, może dziwić złudny miraż sprawiedliwości, jaką dostrzegali wykluczeni, żyjący w ciągłym lęku przed niewiadomym, w czerwonej pożodze jaka zalała część polskich ziem po 17 września? To prawda, radykalny margines tych wykluczonych przystał do oprawców – bo nie byli to ci, którzy chwalili Pana w swoich synagogach. I stanowił wystarczający impuls dla radykalnego marginesu po drugiej stronie barykady. Jad nienawiści wygenerował emocje, które przełożyły się na zbrodnie. Podglebie było przygotowane: dystans wobec „innego”, który istniał jakby za szybą, nie w moim świecie, obojętność wobec losu nie-współplemieńca…

I teraz ta stara kobieta, po wszystkich tych doświadczeniach, które też przecież jakoś, na swój sposób, przeżywała w ciągu minionych 75 lat, wciąż się dziwi wspominając tę żydowska dziewczynkę, obok której przyszło jej usiąść w szkolnej klasie: ona była nawet czysta… Przyjmuję, że codziennie powtarza „… i odpuść nam nasze winy jako i my…”, że chodzi do Kościoła, słucha Słowa, między innymi tego pawłowego, że nie masz już Greka ani niewolnika, może nawet coś słyszała o Soborze, a już na pewno modli się do polskiego papieża, błogosławionego JPII.

I cierpnę. I tak sobie myślę, czym bardziej zagrożone jest MOJE chrześcijaństwo, MOJA chrześcijańska tradycja w rozchwianej Europie: płynącymi z Brukseli liberalnymi trendami z ich głupią poprawnością polityczną, czy postrzeganiem świata, przekazanym nam w filmie „Tutejsi” przez ową starą mieszkankę Pruszkowa?             

Tak sobie myślę i z kimś muszę się tymi kudłatymi myślami podzielić, no – i pamiętając naszą rozmowę – wyszło mi, że z Panią.

Łącze wyrazy głębokiego szacunku

podsłuchane, przeczytane

… słowa generują emocje, a emocje – rzadziej zachwyt, częściej agresję

… debata publiczna coraz częściej przechodzi we wrzask, w którym argumenty zagłuszane są przez inwektywy, a to przecież wina braku rozjemców. Rozjemców, to znaczy autorytetów. Gdzie się podziały autorytety? Odpowiedź jest smutna: okazaliśmy się znakomici w ich spostponowaniu, zniszczeniu, wdeptaniu w ziemię. Co więcej, ten dramatyczny deficyt będzie trwał, bowiem każdy przejaw autorytetu zostaje unicestwiony już w zarodku. Tylko co z dalszą debatą, a szerzej – z demokracją?

… obserwując radykalizację życia publicznego łatwo zauważyć, że brunatnieje ten typ ludzi, którzy onegdaj byli żarliwie czerwoni

jad i balsam – z Mazowieckim w tle

Język nienawiści… W ostatnich dniach i tygodniach – to mantra, odmieniana przez wszystkie przypadki we wszystkich polskich mediach. Nikt nie lubi języka nienawiści, wszyscy wzywają, żeby z nim skończyć, nie ma tylko zgody, kto go sieje. Dwa plemiona Polaków coraz bardziej zwierają szeregi, wskazują na siebie jako na sprawców zła nie przebierając w argumentach, posługując się wiadomo jakim językiem – bo innym już nie potrafią. A pomiędzy nimi masa „bezplemiennych”, bezradnych, przerażonych tym, co się wokół nich dzieje. A ponieważ są „pomiędzy”, nie jest jasne, czy to w ogóle są Polacy nie opowiadając się po żadnej ze stron, nie angażując się w bratobójczą kłótnię, nie rozwijając transparentów, nie wykrzykując coraz to nowych prowokujących haseł, które nakręcają spiralę. Czasem ktoś nieśmiało wspomni o symetrii, o proporcjach.

Tymczasem język ów ma się coraz lepiej, a problem w tym, że jak dochodzimy już – zdawałoby się – do dna, znajduje się ktoś, kto odkrywa w nim jakąś dziurę i zjeżdżamy jeszcze niżej. Dno zawaliło się z hukiem w dniu 10 kwietnia, kiedy rozbił się prezydencki samolot. Dramat smoleński wkrótce stał się mitem założycielskim Odzyskanej Rzeczypospolitej, tej prawdziwej; oczywistą oczywistością było zlikwidowanie tej „na niby” i potępienie budujących ją uzurpatorów. „Uzurpatorzy” bronili swoich racji nie tylko wskazując na to, że Rzeczpospolita ma się nieźle tak w obliczu kryzysu, w porównaniu z europejskim otoczeniem, jak w międzynarodowych sondażach opinii i ocenach światowych ekspertów, ale również czasem „waląc na odlew”. Kolejnym wyłomem w dnie było wskazanie miejsc na których stoimy: „my tu gdzie stała ‘Solidarność’„, zjednoczony naród upominający się o swoje przyrodzone prawa, i „oni tam gdzie stało ZOMO”, znienawidzony symbol zła broniący narzuconego porządku. Później był „trotyl” (po „helu” i „sztucznej mgle”), co poprowadziło już prostą drogą do oskarżenia o zbrodnię popełnioną na głowie państwa. Reakcja na to była różna, ale też nie zbrakło w niej narracji formułowanej językiem podobnym. No i znaleźli się tacy wśród przysłuchujących się tej kakofonii dźwięków, którzy wysnuli z niej wniosek wyrazisty, ignorujący wszelkie niuanse. Jeśli są winni takiej zbrodni, kara musi być współmierna. Trzeba zacząć od tych, którzy zbrodniarzy kryją – rozstrzelać kilkudziesięciu dziennikarzy, brutalnie, publicznie, bez pardonu. Wezwanie znanego reżysera do dintojry spotkało się, co prawda, z falą krytyki, ale wcale niejednoznaczną: byli i tacy, którzy przekonywali, że to tylko niefortunna metafora. Ktoś poszedł we wnioskowaniu jeszcze dalej: skoro jest tak źle, trzeba rozwalić wszystko; podjechać z dynamitem pod Sejm, unicestwić skłóconych, zburzyć obiekt, który symbolizuje najwyższy majestat państwa, no i może z tych gruzów jakiś feniks… I znów, niby to ogólne potępienie (przy relatywnie niskiej świadomości, że straszny dramat był blisko), wszak z mnóstwem zastrzeżeń: pokazywane zdjęcia wybuchów tylko straszą, bo są sprzed lat, a prof. Brunon K. mógł być prowokowany, bo cała sprawa mogła być „ustawką” żeby odwrócić uwagę od… i tu wyliczanka potknięć, słabości i zaniechań tych, co rządzą.

I tak język – TEN język – zdaje się spełniać przypisaną mu rolę: rozbudza   wyobraźnię, generuje uczucia i emocje. Powoli, ruchem pełzającym, słowa przekuwa w czyn. A autorzy tych słów – choćby najbrutalniejszych, najbardziej absurdalnych – paradują sobie spokojnie Nowym Światem albo przemieszczają się pod ochroną „borowików” czarnymi limuzynami, celebrują w mediach: w majestacie państwa prawa, w cieniu dramatycznie redefiniującej się demokracji.

Później był jeszcze 11 listopada, scena polityczna znalazła swój upust na ulicy, w proporcji dość zgodnej z sondażami opinii. Dominuje radykalny, narodowo-katolicki Marsz Niepodległości wiedziony przez niesławnej pamięci ONR i nieco tylko bardziej umiarkowaną Młodzież Wszechpolską. Są incydenty wzbudzane przez najbardziej niepokornych (czytaj: bandytów), od których organizatorzy niby się odżegnują, ale znów nie do końca, po policja jakoby prowokowała, choć uśmierzenie rozróby przebiegło profesjonalnie i zapobiegło nieobliczalnym stratom. Później jest wiec: liderzy nawołują do „burzenia” i „niszczenia” po to, żeby „odzyskać”, do napiętnowania „zdrajców”, do powołania wielkiego Ruchu Narodowego. Lewicowe Porozumienie 11 Listopada jest słabsze, zaledwie sygnalizuje swoją obecność manifestując „przeciw faszyzmowi”, szczęśliwie odgrodzone przez policję przed planowanymi atakami narodowych radykałów. Odgrodzony dla bezpieczeństwa od jednych i drugich idzie Prezydent, gromadząc w pochodzie Razem dla Niepodległej wszystkich „nieplemiennych” i składając po drodze hołd tym najwybitniejszym w naszej najnowszej historii i w walce o przywrócenie Polski na mapę świata, którzy swoją postawą wyrażali różny kształt patriotyzmu, ale których łączyła jedna – to prawda, że cienka, ale niezwykle mocna – nić: dopiero co odzyskana niepodległość,   polskie państwo i jego racja stanu ponad różnicami ideowymi i osobistymi urazami.

Małe to pocieszenie, że wszystko to, co dzieje się nad Wisłą (nieco mniej wyraziście nad Odrą i Bugiem) nie jest wyłącznie polską specjalnością, zjawiskiem wyodrębnionym i kuriozalnym; koresponduje z globalnym trendem w naszym kręgu cywilizacyjnym, a już na pewno europejskim, mając tylko narodową specyfikę. Spójrzmy na prawo: fińska Partia Prawdziwych Finów, holenderska ksenofobiczna Partia Wolności (w kraju, który do niedawna pozostawał ikoną otwartości, z jego poprawnością polityczną wobec „obyczaju” i islamu), francuski Front Narodowy z Marine Le Pen, kontynuatorką „dzieła” swego ojca, Jean-Marie, który zasłynął w Parlamencie Europejskim nazwaniem komór gazowych „detalem historii”, Grecki rasistowski „Złoty Świt”, węgierski „Jobbik” z jego hasłem „sporządzić i opublikować listę Żydów mających wpływ na decyzje rządowe” (delikatna tylko dezaprobata rządzącego prawicowego Fideszu premiera Orbana, bo może to być w niedalekiej przyszłości niezbędny do sprawowania rządów koalicjant), a przecież Anders Breivik też nie spadł z obłoków norweskiego nieba. Warto przyjrzeć się również Włochom, Hiszpanom, Brytyjczykom, także wyczulonym na ksenofobię i faszyzującą narracje Niemcom, a w Stanach Zjednoczonych dostrzec Sarah Palin i jej Tea Party.  A teraz spójrzmy na lewo, na ruchy dopominające się o globalną sprawiedliwość, negujące rolę państwa, coraz częściej organizujące się ponadnarodowo, nie rzadko anarchiczne – bez formalnego przywództwa, szermujące hasłami idealnej równości. To alterglobaliści upominający się o sprawiedliwość dla „wykluczonych” we wszystkich regionach świata. To – bliższe naszym problemom – ruchy obywatelskiego oburzenia mające swój początek na madryckim placu Puerta del Sol: w Europie – Porozumienie 15 Października, w Stanach – „Okupuj Wall Street”, w przeważającej większości antysystemowe, wrogie wobec elit, w świetle kryzysu żądające nowego ładu ekonomicznego i zmiany systemu sprawowania władzy. To wreszcie ruchy w obronie „sieci” – realnej przestrzeni wolności, haktywiści, najczęściej rozpoznawani jako „Anonymous”, wirtualni, kryjący się pod maskami Guy Fawkesa: to ci, którzy pokazali swoją siłę w unicestwieniu prób międzynarodowych regulacji ACTA i SOPA. Ich hasła – to „…jesteśmy legionem, … nigdy nie wybaczymy, …nigdy nie zapomnimy, …oczekujcie nas…”  Wiatry wiejące z dwóch odmiennych kierunków, jeszcze nie huragany, ale już skutecznie oddziaływujące na scenę polityczną, zasiadające lub lobbujące w parlamentach narodowych i w Parlamencie Europejskim, wpływające na deficyt solidarności w borykającej się z kryzysem wspólnocie europejskiej.

Powracam jednak do naszych polskich trosk, tego koszmaru, co sen zakłóca. Ktoś  mądry napisał: „…prowadzimy ze sobą gwałtowne spory o wybór idei, polityki z niej wynikającej, o światopogląd, o prawie wszystko. Ale – na Boga – dwie kwestie nie mogą podlegać podważaniu – wolność naszych polskich decyzji i niepodległość obecnego państwa…” Zastanawiam się, ile skumulowanej nienawiści musi towarzyszyć słowom, które te oczywiste wartości, cudem, trudem i nie bez ofiar  pozyskane, stanowiące realizację marzeń kilku pokoleń Polaków, jednak podważają. Ktoś inny, doświadczony psycholog społeczny, podzielił się swoją wiedzą: zrywanie więzi społecznych prowadzi do erozji narodu. Zastanawiam się, jak to być może, że na moich oczach więzi społeczne zrywają – poprzez wykluczanie „innych” i z polskości i z godności – ci, którzy na swoich sztandarach piszą „naród”. I jak się tak zastanawiam, otrzymuję „info” czyli „niusa”, że wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało nową pozycję: Tadeusz Mazowiecki, Rok 1989 i lata następne, Teksty wybrane i nowe. Wydawca, chyba z udziałem Centrum im. Prof. Bronisława Geremka, zapraszają na spotkanie z Autorem, gościny udziela Uniwersytet Warszawski, w prestiżowej auli „starego” BUW.  Jako, że Autor jest jednym z ostatnich autorytetów, których deficyt w życiu publicznym dotkliwie daje się we znaki, a tytuł jest fascynujący – na spotkanie pobiegłem.

Aula na co najmniej 500 osób wypełniona po brzegi, a raczej po schodki, które z braku miejsc siedzących obległa młodzież. Spotkanie prowadzi Jarosław Kurski, o komentarz Autor zwrócił się do prof. Andrzeja Friszke i do Adama Michnika. Na sali przewaga ludzi starszych, dobrze pamiętających „tamten czas”, wśród nich liderzy solidarnościowej opozycji, działacze „tamtego czasu”, profesura, aktywni wówczas pisarze, aktorzy – i młodzież. Autor – kto pamięta żółwia z polskich Muppetów? – mówi powoli, odpowiada na zaczepne pytania komentatorów i prowadzącego, a w świetle krytyki „Rzeczpospolitej Okrągłostołowej” w toczącej się publicznej debacie (jeśli można to tak szlachetnie nazwać) – pytać jest o co. Mówi więc o wielkich nadziejach na lepsze życie, co dla „naszego” Pierwszego Premiera stanowiło wyzwanie najtrudniejsze wobec istniejących wówczas realiów: wyniszczonej gospodarki (60 % jej infrastruktury było „w gruzach”), kolosalnym „gierkowskim” długu, braku towarów – kłopotach z zaopatrzeniem, szalejącej inflacji, wciąż jeszcze nieprzyjaznym otoczeniu zewnętrznym, stutysięcznym kontyngencie wojsk radzieckich wciąż stacjonujących w Polsce, resortach siłowych wciąż pozostających w rękach ludzi „ancien règime”. Mówi też o tytanicznym wysiłku całego „kontraktowego” gabinetu, bez różnicy, z jakiej puli pochodził, w przezwyciężaniu trudności, o bolesnych decyzjach, jakie trzeba było podejmować na rzecz lepszej przyszłości, a jakie godziły w interesy tej warstwy społecznej (wielkoprzemysłowych robotników), która stanowiła jądro „Solidarności”, o kłopotach z obsadą teki ministra finansów, którą – po długich wahaniach – zgodził się przyjąć dopiero kolejny kandydat, Leszek Balcerowicz, o jego równie bolesnych choć ozdrowieńczych reformach. Mówi o „grubej kresce”, w oryginale – „grubej linii”, która od początku podlegała i wciąż podlega szkodliwej manipulacji interpretacyjnej zmieniającej jej głęboki sens, nie chodziło bowiem o abolicję dla przestępców, a o odcięcie się od obowiązującego w PRL, dyskryminującego szerokie warstwy społeczne, opartego na „nomenklaturze” systemu wartości, od państwa „partyjnego”, które ustępowało miejsca państwu prawa. Mówi o tym, co było w jego wizji państwa, Trzeciej Rzeczpospolitej, najważniejsze: społeczeństwo bez wykluczeń, równa szansa realizowania się i pracy dla Polski dana wszystkim – zwycięzcom i zwyciężonym, naród bez podziałów, bez pęknięć: nie tylko ze względu na zapewnienie spokojnej transformacji ustrojowej, bez „rokoszu pokonanych” (wówczas jeszcze nie do końca), a po to również żeby pokazać, że można inaczej, a nie „á rebours”, zgodnie z fundamentalnymi zasadami demokracji i nakazami chrześcijaństwa, z poszanowaniem starożytnej zasady „pacta sunt servanda”. Mówił o pierwszych sukcesach – wprowadzaniu wolnego rynku, uwolnieniu handlu, stabilizowaniu się złotego, ustanowieniu samorządu – całkowitym oddaniu w pierwszych wolnych wyborach (samorządowych) lokalnej władzy w ręce wspólnot obywatelskich.

Słuchałem tego, a przed oczami jakby film wypożyczony z archiwum, przesuwają się kadry, coraz to nowe obrazy, jakby inny świat niż ten, z którego tu wszedłem i do którego zaraz powrócę. I nie przeszkadzał w tym nawet krzyk dwóch pieniaczy, którzy wbrew ustalonej procedurze spotkania wrzeszczeli coś z tylnych rzędów o rozkradzionej Polsce, o braku demokracji. Sala chciała ich głośnymi brawami zagłuszyć, ale Autor się temu sprzeciwił. Otrzymali mikrofon, wykrzyczeli swoje żale i otrzymali odpowiedź, a odpowiedź Autora była zaskakująca i brzmiała mniej więcej tak: …ja się z panami w wielu sprawach zgadzam, bo nie wszystko nam się udało, tylko proszę powiedzieć, komu i gdzie udało się wszystko? Z jednym się tylko nie mogę zgodzić, z brakiem demokracji, bo gdyby jej brakowało, ani panowie, ani ja nie moglibyśmy wypowiedzieć tutaj swoich kwestii. I mam prośbę, przeczytajcie moją książkę, zapewniam was, że znajdziecie w niej odpowiedzi na większość waszych wątpliwości. Żadnych rugań z pozycji autorytetu i bohatera tego szczególnego wieczoru, żadnych kpin z absurdalnych, agresywnych pokrzykiwań – partnerska rozmowa, bez jakichkolwiek wykluczeń, jakby idąc tropem jednego z napomnień mądrej Dezyderaty „…wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść…”

Więc można było inaczej. I wciąż można inaczej… Wkrótce po tym spotkaniu przeczytałem w „Tygodniku Powszechnym” fragment listu otwartego Haliny Bortnowskiej do prof. Magdaleny Środy i fragment odpowiedzi pani profesor. Piszą do siebie przedstawicielki dwóch światów z dwóch różnych galaktyk – politycznych, światopoglądowych. Nie wyrzekając się własnych tożsamości, ale też z szacunkiem dla inności, szukają wspólnego obszaru, gdzie mogłyby wpłynąć na przyhamowanie morderczej destrukcji życia publicznego, zminimalizować skutki płynących stąd zagrożeń dla państwa, dla wspólnoty. A później jakiś fragment telewizyjnej rozmowy na jakiś bardzo kontrowersyjny, polityczny temat – rozmawiają Marek Jurek i Marek  Borowski. Znów różne galaktyki, jest spór, bo o to przecież dziennikarce chodzi. Panowie się, oczywiście, skrajnie różnią w poglądach, w zajmowanym stanowisku, ale jak pięknie się różnią, z jaką uwagą siebie słuchają, jak bardzo chcą znaleźć choćby jakiś przyczynek, gdzie mogliby się zgodzić.

Więc można inaczej. Z uporem powtarzam: nadzieja umiera ostatnia.

zmiana warty, przełom epok

11 listopada… niedzielna msza z „Ojczyznę wolną…”, później Plac Piłsudskiego, trochę świątecznego patosu – Grób Nieznanego…, przemówienie Prezydenta Rzeczpospolitej (dobre, pojednawcze), szwadrony ułanów z różnych pułków i epok, wreszcie „Razem dla Niepodległej”, pogodny pochód Traktem Królewskim z oddaniem hołdu tym, co Ją przywrócili. Później kluczenie taksówką na dworzec tak, żeby wyminąć „narodowych” bandytów. Rodzinny obiad. Spektakl w pruszkowskim Pałacyku Sokoła – piękne czytanie „Nocy listopadowej” przez aktorów z Narodowego… A przed północą, jak zwykle w niedzielę – „Inny punkt widzenia”, jak zawsze – trochę jak błyskawiczny wyjazd na jakie antypody, odrywający od siermiężnej, bywa, że odrażającej codzienności.

Tym razem Redaktor poprosił o rozmowę prof. Elżbietę Mączyńską, wykładowcę SGH i prezesa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. Tezą główną tego, co miała do powiedzenie, uczyniła Pani Profesor własną konstatację, do której jakby z różnych stron powracała: nasz globalny świat pozostaje w okresie przełomu podobnego do przechodzenia feudalizmu w kapitalizm, tyle, że jeszcze głębszego, a przekłada się to na funkcjonowanie państwa, społeczeństwa, biznesu, rodziny.

Odpowiednikiem przemian, jakie wprowadziła maszyna parowa i prądnica elektryczna jest konsekwencja zaistnienia komputera i układów elektronicznych. Przemiany w komunikowaniu się, jakimi przez stulecia torował drogę wynalazek Gutenberga – druk, dzisiaj następują błyskawicznie poprzez zaistnienie komunikacji cyfrowej, internetu i przekazu satelitarnego w ogóle. Dodając do tego szybkość przemieszczania się, nieunikniona wydaje się masowa migracja, nowa „wędrówka ludów” na niespotykaną skalę. Rolę kapitalisty przejął netokrata, rolę proletariatu – konsumpter i (nowa niebezpieczna klasa społeczna) prekariat: nie sytuuje się w kategoriach „obywateli”, a „mieszkańców”. Wyłania się nowa stratyfikacja społeczna – rozwiera się przepaść między luksusem a przeciętną egzystencją, mimo, że bieda zmieniła swoją skalę; choć wciąż ocenia się liczbę głodujących na ok. 800 milionów. Nagromadzona wiedza, dość łatwo dostępna, przekracza możliwości indywidualnej percepcji, niemal w każdej dziedzinie. Niestety, mało przekłada się na mądrość: gdyby tak się stało, ludzkość byłaby wręcz doskonała.

A nie jest. Natomiast z zaistniałej i wciąż dynamicznie zmieniającej się – w takim kierunku jak wyżej – sytuacji wyłania się całkiem nowy świat, z wieloma znakami zapytania, z wieloma zagrożeniami, przede wszystkim ze strony radykalnych ruchów społecznych upominających się o zmiany, podatnych na kuszenie przez nacjonalistycznych populistów hasłami, iż wszelkiemu złu winne są „elity” i „obcy”. Trzeba te zagrożenia jak najszybciej rozpoznać, nie skrywać ich pod dywan i rozpocząć wielką debatę, jak można im przeciwdziałać.

A przy okazji kilka świetnych bon motów:

„…zazwyczaj nie liczy się to, co się liczy, natomiast tak naprawdę liczy się to, co się  nie liczy…”  – to Einstein

„…pieniądze po to są, żeby ich nie mieć…”  – to Kotarbiński