jad i balsam – z Mazowieckim w tle

Język nienawiści… W ostatnich dniach i tygodniach – to mantra, odmieniana przez wszystkie przypadki we wszystkich polskich mediach. Nikt nie lubi języka nienawiści, wszyscy wzywają, żeby z nim skończyć, nie ma tylko zgody, kto go sieje. Dwa plemiona Polaków coraz bardziej zwierają szeregi, wskazują na siebie jako na sprawców zła nie przebierając w argumentach, posługując się wiadomo jakim językiem – bo innym już nie potrafią. A pomiędzy nimi masa „bezplemiennych”, bezradnych, przerażonych tym, co się wokół nich dzieje. A ponieważ są „pomiędzy”, nie jest jasne, czy to w ogóle są Polacy nie opowiadając się po żadnej ze stron, nie angażując się w bratobójczą kłótnię, nie rozwijając transparentów, nie wykrzykując coraz to nowych prowokujących haseł, które nakręcają spiralę. Czasem ktoś nieśmiało wspomni o symetrii, o proporcjach.

Tymczasem język ów ma się coraz lepiej, a problem w tym, że jak dochodzimy już – zdawałoby się – do dna, znajduje się ktoś, kto odkrywa w nim jakąś dziurę i zjeżdżamy jeszcze niżej. Dno zawaliło się z hukiem w dniu 10 kwietnia, kiedy rozbił się prezydencki samolot. Dramat smoleński wkrótce stał się mitem założycielskim Odzyskanej Rzeczypospolitej, tej prawdziwej; oczywistą oczywistością było zlikwidowanie tej „na niby” i potępienie budujących ją uzurpatorów. „Uzurpatorzy” bronili swoich racji nie tylko wskazując na to, że Rzeczpospolita ma się nieźle tak w obliczu kryzysu, w porównaniu z europejskim otoczeniem, jak w międzynarodowych sondażach opinii i ocenach światowych ekspertów, ale również czasem „waląc na odlew”. Kolejnym wyłomem w dnie było wskazanie miejsc na których stoimy: „my tu gdzie stała ‘Solidarność’„, zjednoczony naród upominający się o swoje przyrodzone prawa, i „oni tam gdzie stało ZOMO”, znienawidzony symbol zła broniący narzuconego porządku. Później był „trotyl” (po „helu” i „sztucznej mgle”), co poprowadziło już prostą drogą do oskarżenia o zbrodnię popełnioną na głowie państwa. Reakcja na to była różna, ale też nie zbrakło w niej narracji formułowanej językiem podobnym. No i znaleźli się tacy wśród przysłuchujących się tej kakofonii dźwięków, którzy wysnuli z niej wniosek wyrazisty, ignorujący wszelkie niuanse. Jeśli są winni takiej zbrodni, kara musi być współmierna. Trzeba zacząć od tych, którzy zbrodniarzy kryją – rozstrzelać kilkudziesięciu dziennikarzy, brutalnie, publicznie, bez pardonu. Wezwanie znanego reżysera do dintojry spotkało się, co prawda, z falą krytyki, ale wcale niejednoznaczną: byli i tacy, którzy przekonywali, że to tylko niefortunna metafora. Ktoś poszedł we wnioskowaniu jeszcze dalej: skoro jest tak źle, trzeba rozwalić wszystko; podjechać z dynamitem pod Sejm, unicestwić skłóconych, zburzyć obiekt, który symbolizuje najwyższy majestat państwa, no i może z tych gruzów jakiś feniks… I znów, niby to ogólne potępienie (przy relatywnie niskiej świadomości, że straszny dramat był blisko), wszak z mnóstwem zastrzeżeń: pokazywane zdjęcia wybuchów tylko straszą, bo są sprzed lat, a prof. Brunon K. mógł być prowokowany, bo cała sprawa mogła być „ustawką” żeby odwrócić uwagę od… i tu wyliczanka potknięć, słabości i zaniechań tych, co rządzą.

I tak język – TEN język – zdaje się spełniać przypisaną mu rolę: rozbudza   wyobraźnię, generuje uczucia i emocje. Powoli, ruchem pełzającym, słowa przekuwa w czyn. A autorzy tych słów – choćby najbrutalniejszych, najbardziej absurdalnych – paradują sobie spokojnie Nowym Światem albo przemieszczają się pod ochroną „borowików” czarnymi limuzynami, celebrują w mediach: w majestacie państwa prawa, w cieniu dramatycznie redefiniującej się demokracji.

Później był jeszcze 11 listopada, scena polityczna znalazła swój upust na ulicy, w proporcji dość zgodnej z sondażami opinii. Dominuje radykalny, narodowo-katolicki Marsz Niepodległości wiedziony przez niesławnej pamięci ONR i nieco tylko bardziej umiarkowaną Młodzież Wszechpolską. Są incydenty wzbudzane przez najbardziej niepokornych (czytaj: bandytów), od których organizatorzy niby się odżegnują, ale znów nie do końca, po policja jakoby prowokowała, choć uśmierzenie rozróby przebiegło profesjonalnie i zapobiegło nieobliczalnym stratom. Później jest wiec: liderzy nawołują do „burzenia” i „niszczenia” po to, żeby „odzyskać”, do napiętnowania „zdrajców”, do powołania wielkiego Ruchu Narodowego. Lewicowe Porozumienie 11 Listopada jest słabsze, zaledwie sygnalizuje swoją obecność manifestując „przeciw faszyzmowi”, szczęśliwie odgrodzone przez policję przed planowanymi atakami narodowych radykałów. Odgrodzony dla bezpieczeństwa od jednych i drugich idzie Prezydent, gromadząc w pochodzie Razem dla Niepodległej wszystkich „nieplemiennych” i składając po drodze hołd tym najwybitniejszym w naszej najnowszej historii i w walce o przywrócenie Polski na mapę świata, którzy swoją postawą wyrażali różny kształt patriotyzmu, ale których łączyła jedna – to prawda, że cienka, ale niezwykle mocna – nić: dopiero co odzyskana niepodległość,   polskie państwo i jego racja stanu ponad różnicami ideowymi i osobistymi urazami.

Małe to pocieszenie, że wszystko to, co dzieje się nad Wisłą (nieco mniej wyraziście nad Odrą i Bugiem) nie jest wyłącznie polską specjalnością, zjawiskiem wyodrębnionym i kuriozalnym; koresponduje z globalnym trendem w naszym kręgu cywilizacyjnym, a już na pewno europejskim, mając tylko narodową specyfikę. Spójrzmy na prawo: fińska Partia Prawdziwych Finów, holenderska ksenofobiczna Partia Wolności (w kraju, który do niedawna pozostawał ikoną otwartości, z jego poprawnością polityczną wobec „obyczaju” i islamu), francuski Front Narodowy z Marine Le Pen, kontynuatorką „dzieła” swego ojca, Jean-Marie, który zasłynął w Parlamencie Europejskim nazwaniem komór gazowych „detalem historii”, Grecki rasistowski „Złoty Świt”, węgierski „Jobbik” z jego hasłem „sporządzić i opublikować listę Żydów mających wpływ na decyzje rządowe” (delikatna tylko dezaprobata rządzącego prawicowego Fideszu premiera Orbana, bo może to być w niedalekiej przyszłości niezbędny do sprawowania rządów koalicjant), a przecież Anders Breivik też nie spadł z obłoków norweskiego nieba. Warto przyjrzeć się również Włochom, Hiszpanom, Brytyjczykom, także wyczulonym na ksenofobię i faszyzującą narracje Niemcom, a w Stanach Zjednoczonych dostrzec Sarah Palin i jej Tea Party.  A teraz spójrzmy na lewo, na ruchy dopominające się o globalną sprawiedliwość, negujące rolę państwa, coraz częściej organizujące się ponadnarodowo, nie rzadko anarchiczne – bez formalnego przywództwa, szermujące hasłami idealnej równości. To alterglobaliści upominający się o sprawiedliwość dla „wykluczonych” we wszystkich regionach świata. To – bliższe naszym problemom – ruchy obywatelskiego oburzenia mające swój początek na madryckim placu Puerta del Sol: w Europie – Porozumienie 15 Października, w Stanach – „Okupuj Wall Street”, w przeważającej większości antysystemowe, wrogie wobec elit, w świetle kryzysu żądające nowego ładu ekonomicznego i zmiany systemu sprawowania władzy. To wreszcie ruchy w obronie „sieci” – realnej przestrzeni wolności, haktywiści, najczęściej rozpoznawani jako „Anonymous”, wirtualni, kryjący się pod maskami Guy Fawkesa: to ci, którzy pokazali swoją siłę w unicestwieniu prób międzynarodowych regulacji ACTA i SOPA. Ich hasła – to „…jesteśmy legionem, … nigdy nie wybaczymy, …nigdy nie zapomnimy, …oczekujcie nas…”  Wiatry wiejące z dwóch odmiennych kierunków, jeszcze nie huragany, ale już skutecznie oddziaływujące na scenę polityczną, zasiadające lub lobbujące w parlamentach narodowych i w Parlamencie Europejskim, wpływające na deficyt solidarności w borykającej się z kryzysem wspólnocie europejskiej.

Powracam jednak do naszych polskich trosk, tego koszmaru, co sen zakłóca. Ktoś  mądry napisał: „…prowadzimy ze sobą gwałtowne spory o wybór idei, polityki z niej wynikającej, o światopogląd, o prawie wszystko. Ale – na Boga – dwie kwestie nie mogą podlegać podważaniu – wolność naszych polskich decyzji i niepodległość obecnego państwa…” Zastanawiam się, ile skumulowanej nienawiści musi towarzyszyć słowom, które te oczywiste wartości, cudem, trudem i nie bez ofiar  pozyskane, stanowiące realizację marzeń kilku pokoleń Polaków, jednak podważają. Ktoś inny, doświadczony psycholog społeczny, podzielił się swoją wiedzą: zrywanie więzi społecznych prowadzi do erozji narodu. Zastanawiam się, jak to być może, że na moich oczach więzi społeczne zrywają – poprzez wykluczanie „innych” i z polskości i z godności – ci, którzy na swoich sztandarach piszą „naród”. I jak się tak zastanawiam, otrzymuję „info” czyli „niusa”, że wydawnictwo Prószyński i S-ka wydało nową pozycję: Tadeusz Mazowiecki, Rok 1989 i lata następne, Teksty wybrane i nowe. Wydawca, chyba z udziałem Centrum im. Prof. Bronisława Geremka, zapraszają na spotkanie z Autorem, gościny udziela Uniwersytet Warszawski, w prestiżowej auli „starego” BUW.  Jako, że Autor jest jednym z ostatnich autorytetów, których deficyt w życiu publicznym dotkliwie daje się we znaki, a tytuł jest fascynujący – na spotkanie pobiegłem.

Aula na co najmniej 500 osób wypełniona po brzegi, a raczej po schodki, które z braku miejsc siedzących obległa młodzież. Spotkanie prowadzi Jarosław Kurski, o komentarz Autor zwrócił się do prof. Andrzeja Friszke i do Adama Michnika. Na sali przewaga ludzi starszych, dobrze pamiętających „tamten czas”, wśród nich liderzy solidarnościowej opozycji, działacze „tamtego czasu”, profesura, aktywni wówczas pisarze, aktorzy – i młodzież. Autor – kto pamięta żółwia z polskich Muppetów? – mówi powoli, odpowiada na zaczepne pytania komentatorów i prowadzącego, a w świetle krytyki „Rzeczpospolitej Okrągłostołowej” w toczącej się publicznej debacie (jeśli można to tak szlachetnie nazwać) – pytać jest o co. Mówi więc o wielkich nadziejach na lepsze życie, co dla „naszego” Pierwszego Premiera stanowiło wyzwanie najtrudniejsze wobec istniejących wówczas realiów: wyniszczonej gospodarki (60 % jej infrastruktury było „w gruzach”), kolosalnym „gierkowskim” długu, braku towarów – kłopotach z zaopatrzeniem, szalejącej inflacji, wciąż jeszcze nieprzyjaznym otoczeniu zewnętrznym, stutysięcznym kontyngencie wojsk radzieckich wciąż stacjonujących w Polsce, resortach siłowych wciąż pozostających w rękach ludzi „ancien règime”. Mówi też o tytanicznym wysiłku całego „kontraktowego” gabinetu, bez różnicy, z jakiej puli pochodził, w przezwyciężaniu trudności, o bolesnych decyzjach, jakie trzeba było podejmować na rzecz lepszej przyszłości, a jakie godziły w interesy tej warstwy społecznej (wielkoprzemysłowych robotników), która stanowiła jądro „Solidarności”, o kłopotach z obsadą teki ministra finansów, którą – po długich wahaniach – zgodził się przyjąć dopiero kolejny kandydat, Leszek Balcerowicz, o jego równie bolesnych choć ozdrowieńczych reformach. Mówi o „grubej kresce”, w oryginale – „grubej linii”, która od początku podlegała i wciąż podlega szkodliwej manipulacji interpretacyjnej zmieniającej jej głęboki sens, nie chodziło bowiem o abolicję dla przestępców, a o odcięcie się od obowiązującego w PRL, dyskryminującego szerokie warstwy społeczne, opartego na „nomenklaturze” systemu wartości, od państwa „partyjnego”, które ustępowało miejsca państwu prawa. Mówi o tym, co było w jego wizji państwa, Trzeciej Rzeczpospolitej, najważniejsze: społeczeństwo bez wykluczeń, równa szansa realizowania się i pracy dla Polski dana wszystkim – zwycięzcom i zwyciężonym, naród bez podziałów, bez pęknięć: nie tylko ze względu na zapewnienie spokojnej transformacji ustrojowej, bez „rokoszu pokonanych” (wówczas jeszcze nie do końca), a po to również żeby pokazać, że można inaczej, a nie „á rebours”, zgodnie z fundamentalnymi zasadami demokracji i nakazami chrześcijaństwa, z poszanowaniem starożytnej zasady „pacta sunt servanda”. Mówił o pierwszych sukcesach – wprowadzaniu wolnego rynku, uwolnieniu handlu, stabilizowaniu się złotego, ustanowieniu samorządu – całkowitym oddaniu w pierwszych wolnych wyborach (samorządowych) lokalnej władzy w ręce wspólnot obywatelskich.

Słuchałem tego, a przed oczami jakby film wypożyczony z archiwum, przesuwają się kadry, coraz to nowe obrazy, jakby inny świat niż ten, z którego tu wszedłem i do którego zaraz powrócę. I nie przeszkadzał w tym nawet krzyk dwóch pieniaczy, którzy wbrew ustalonej procedurze spotkania wrzeszczeli coś z tylnych rzędów o rozkradzionej Polsce, o braku demokracji. Sala chciała ich głośnymi brawami zagłuszyć, ale Autor się temu sprzeciwił. Otrzymali mikrofon, wykrzyczeli swoje żale i otrzymali odpowiedź, a odpowiedź Autora była zaskakująca i brzmiała mniej więcej tak: …ja się z panami w wielu sprawach zgadzam, bo nie wszystko nam się udało, tylko proszę powiedzieć, komu i gdzie udało się wszystko? Z jednym się tylko nie mogę zgodzić, z brakiem demokracji, bo gdyby jej brakowało, ani panowie, ani ja nie moglibyśmy wypowiedzieć tutaj swoich kwestii. I mam prośbę, przeczytajcie moją książkę, zapewniam was, że znajdziecie w niej odpowiedzi na większość waszych wątpliwości. Żadnych rugań z pozycji autorytetu i bohatera tego szczególnego wieczoru, żadnych kpin z absurdalnych, agresywnych pokrzykiwań – partnerska rozmowa, bez jakichkolwiek wykluczeń, jakby idąc tropem jednego z napomnień mądrej Dezyderaty „…wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść…”

Więc można było inaczej. I wciąż można inaczej… Wkrótce po tym spotkaniu przeczytałem w „Tygodniku Powszechnym” fragment listu otwartego Haliny Bortnowskiej do prof. Magdaleny Środy i fragment odpowiedzi pani profesor. Piszą do siebie przedstawicielki dwóch światów z dwóch różnych galaktyk – politycznych, światopoglądowych. Nie wyrzekając się własnych tożsamości, ale też z szacunkiem dla inności, szukają wspólnego obszaru, gdzie mogłyby wpłynąć na przyhamowanie morderczej destrukcji życia publicznego, zminimalizować skutki płynących stąd zagrożeń dla państwa, dla wspólnoty. A później jakiś fragment telewizyjnej rozmowy na jakiś bardzo kontrowersyjny, polityczny temat – rozmawiają Marek Jurek i Marek  Borowski. Znów różne galaktyki, jest spór, bo o to przecież dziennikarce chodzi. Panowie się, oczywiście, skrajnie różnią w poglądach, w zajmowanym stanowisku, ale jak pięknie się różnią, z jaką uwagą siebie słuchają, jak bardzo chcą znaleźć choćby jakiś przyczynek, gdzie mogliby się zgodzić.

Więc można inaczej. Z uporem powtarzam: nadzieja umiera ostatnia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s