TUTEJSI – film o pruszkowskich Żydach

Droga Pani,  

Czas śmiga jak galopujący po łące rumak, tak też mi śmignął od dnia, kiedy oglądaliśmy „Tutejszych”, co nie znaczy, że refleksje nie pozostały i nie proszą się o jakiś upust. No to im upuszczam adresując je do Pani jako ciąg dalszy jak zawsze interesującej z Panią wymiany myśli, w tym przypadku – „pofilmowych”.

No cóż, film bardziej amatorski niż profesjonalny, ale zrobiony żarliwie i z pasją, co ogromnie sobie cenię, a całe wydarzenie było dla mnie wzruszające, bowiem – dzięki mądrym pedagogom – wciągnęło młodzież, która je autentycznie przeżywała. Myślę, że warstwa filmowa tego reportażu szybko zatrze się w pamięci, natomiast pozostanie w niej – przynajmniej w mojej – komentarz, te głosy, które nakładały się na obraz i przywoływały z pamięci „tamten czas”. W sposób szczególny wybrzmiał mi jeden z nich, starej kobiety, która – jako mała dziewczynka, jeszcze przed wojną – weszła do nowej dla siebie klasy i kazano jej usiąść w ławce koło innej dziewczynki, okazało się – Żydówki. Ta dziewczynka nie chciała siedzieć koło tej Żydówki, tak bez powodu, intuicyjnie, choć oceniła, że jej sąsiadka była nawet czysta. Musiało to być ważne odkrycie, ważne nowe doświadczenie dziecka, które po przeszło 70. latach pamięta ten incydent i powtarza do mikrofonu: ona była nawet czysta. Można sobie dośpiewać, że również nie rozczochrana, w zeszycie nie miała bazgrołów, ani kleksów – może był nawet obłożony. W percepcji dziecka była tak „bardzo inna”, i to  „źle inna”, że siedzenie przy niej sprawiało większy dyskomfort, niż gdyby była to np. Francuzka, Włoszka, ba, nawet może Rosjanka czy Niemka, które nie budziłyby zdziwienia, że są czyste.

Co Pani o tym myśli? Bo mnie przywodzi to na pamięć miłoszowe Campo di fiori czy Wielką niedzielę Słonimskiego: te płonące w dogorywającym po powstaniu getcie „bardzo inne” istoty nie budziły na tyle nawet współczucia, żeby zniechęcić do przyjemności kręcenia się na karuzeli. I jeszcze przywodzi mi na pamięć moją osobistą „żydowską edukację”…

Kiedy brał mnie na kolana stary Żyd, Josek, handlarz starociami, który zajeżdżał czasem swoją dwukółką przed willę, gdzie mieszkała moja mama ze swoim drugim mężem, na dalekim Wołyniu (1935, może 1936). Nosił długi, czarny chałat, jarmułkę i pachniał czosnkiem. Pozwalał dziecku bawić się swoją długa siwą brodą, bo jakoby przypominałem mu jego wnuczka, którego spotkał jakiś tragiczny los.  A ja musiałem po każdej takiej wizycie zmieniać ubranko, a przed tym dokładnie się myć w wielkiej miednicy wynoszonej przed ganek…

Kiedy na przejściowym podwórku, w Radomiu (1938), ganiałem ze starszymi kolegami z kamuszkiem w ręku (często w harcerskim mundurku, z którego byłem dumny) strasząc moich rówieśników, „Żydków”, mieszkańców tej zaniedbanej kamienicy w oficynie. Bywały interwencje ojców – krawca, który szył mi garniturek do Pierwszej Komunii, piekarza z sąsiedniej ulicy, raczej delikatne prośby – …żeby ten grzeczny chłopiec przestał dokuczać naszym dzieciom. Kończyło się lekką reprymendą „nie rób już tego więcej”, lżejszą niż po dwói z klasówki.

Kiedy, wracając z mamą z ewakuacji „na wschód” (znów z Wołynia), po 17 września, przemieszczając się w kierunku centralnej Polski – terenów zajętych przez Niemców – chłopskimi furmankami, bo nasze samochody zarekwirowane były przez Armię Czerwoną, natykaliśmy się na komunistyczne bojówki, bandytów z bronią i czerwonymi opaskami, którzy grabili podróżnych. Jedna taka była wyjątkowo brutalna, choć do egzekucji szczęśliwie nie doszło: zafundowali nam bezpardonową rewizję osobistą sprawdzając, czy wszystkie złote przedmioty wrzucone zostały do czapki. Hersztem był zarośnięty, krępy osobnik, rysy twarzy i akcent nie pozostawiały wątpliwości – Żyd. Znalazł na mojej szyi (miałem 9 lat) cienki złoty łańcuszek z medalikiem, o którym mama zapomniała. Nie usiłował nawet go rozpiąć – szarpnął, zerwał, trochę skaleczył…

Kiedy któregoś dnia wracając do domu (prowincjonalne miasteczko, gdzie mieszkałem z mamą, 1941, miałem 11 lat) byłem świadkiem, jak SS-man jadąc konno piaszczystym poboczem jezdni  strzelił do żydowskiego dziecka idącego tym poboczem z Gwiazdą Dawida na ramieniu – Żydom nie wolno było chodzić chodnikiem. Był zły, bo musiał zwolnić bieg konia. Zabił na miejscu. Na mnie, niepotrzebnego świadka tego wydarzenia, tylko wrzasnął. Przez kilka kolejnych nocy budziłem się z krzykiem…

Kiedy, odwiedzając moją kochaną babcię na warszawskim Żoliborzu (1943), stałem przy niej na balkonie i nie wiedziałem, dlaczego – zawsze skrywająca swoje emocje –  babcia płacze i tak jakoś wyjątkowo czule mnie przytula – zrozumiałem to wiele lat później. Z balkonu doskonale było widać gęsty, czarny dym unoszący się nad płonącym gettem. Z wcześniejszych wspomnień pozostało w pamięci mrowie ludzi, kiedy rozpędzony tramwaj przejeżdżał – z blokującymi wyjście żandarmami na pomostach – przez fragment getta.

A później, już po 45-tym, znów takie migawki, jakby przewrotny reporter strzelał swoje fotki biegając od prawa do lewa. A to przejmująca lektura Kwiatów polskich Tuwima z jego westchnieniem „..niech prawo zawsze prawo znaczy / a sprawiedliwość – sprawiedliwość…”, o którym szedł złowieszczy szept „…Żyd…”. A to pogrom kielecki, podła komunistyczna prowokacja, ale mord dokonany rękami rodaków. A to ujawnienie zbrodniarzy ze stalinowskich kazamatów na Rakowieckiej, polskich komunistów o żydowskich korzeniach, o złowrogo brzmiących nazwiskach Berman, Fejgin, zainstalowanych przez samego Stalina w organach represji, katów tysięcy polskich patriotów i dowódców Polski Podziemnej. A jeszcze później, w marcu ’68, szlachetny zryw polskich intelektualistów i studentów i znów zgrzyt – fatalne nazwiska Blumsztajn, Szlajfer, no, przecież Żydzi. I potworna, antysemicka hucpa, która wygnała z Polski tych, którzy mimo traumatycznych wspomnień postanowili trwać w Starym Kraju, bo w nim czuli swoje korzenie: to w większości byli piekarze i krawcy osiedli na Ziemiach Odzyskanych. A ja byłem świadkiem obrzydliwego sekowania w Londynie PRL-owskiego ambasadora, mojego szefa, Jerzego Morawskiego, nie tylko przyzwoitego człowieka, ale też „Puławianina”, partyjnego „rewizjonistę” z przełomu lat 1955/56, który odważnie przeciwstawiał się stalinowskiemu terrorowi kiedy październikowy przełom daleki był jeszcze od urzeczywistnienia. Daję sobie  maleńki plus za to, że wstrzymałem się od głosu kiedy tłuszcza głosowała „na szafot z nim” – na protest stać mnie jeszcze nie było.

A już w wolnej Polsce, kiedy runęły bariery informacyjne, doszły wieści o Yad Vashem i setkach drzew zasadzonych przez Polaków w „Ogrodzie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”, i tysiącach polskich nazwisk na tablicach wmurowanych tam w akcie wdzięczności za niezwykłą odwagę w obronie człowieczeństwa, w czasie najokrutniejszym z okrutnych. Później znów lektura książek Tomasza Grossa i Barbary Edelking, tragiczna prawda o Jedwabnem i dziesiątkach podobnych wsi i podobnych „wydarzeń”.  I kilka filmów, jakże różnych w swoim wyrazie: „W ciemnościach” Agnieszki Holland, dokument o bohaterce tamtego czasu, Irenie Sendlerowej, wreszcie Pasikowski i jego „Pokłosie”, wstrząsające „face to face” z rzeczywistością już nam bliską, łyżka gorzkiego dziegciu wrzucona do beczki miodu: odważne zmierzenie się z prawdą, całym bogactwem jej barw i odcieni aż po głęboką czerń (na co stać tylko wielkie narody – patrz filmy amerykańskie „rozliczające” Wietnam) czy kalanie własnego, plemiennego gniazda?

Czy, z punktu widzenia psychologii społecznej, może dziwić złudny miraż sprawiedliwości, jaką dostrzegali wykluczeni, żyjący w ciągłym lęku przed niewiadomym, w czerwonej pożodze jaka zalała część polskich ziem po 17 września? To prawda, radykalny margines tych wykluczonych przystał do oprawców – bo nie byli to ci, którzy chwalili Pana w swoich synagogach. I stanowił wystarczający impuls dla radykalnego marginesu po drugiej stronie barykady. Jad nienawiści wygenerował emocje, które przełożyły się na zbrodnie. Podglebie było przygotowane: dystans wobec „innego”, który istniał jakby za szybą, nie w moim świecie, obojętność wobec losu nie-współplemieńca…

I teraz ta stara kobieta, po wszystkich tych doświadczeniach, które też przecież jakoś, na swój sposób, przeżywała w ciągu minionych 75 lat, wciąż się dziwi wspominając tę żydowska dziewczynkę, obok której przyszło jej usiąść w szkolnej klasie: ona była nawet czysta… Przyjmuję, że codziennie powtarza „… i odpuść nam nasze winy jako i my…”, że chodzi do Kościoła, słucha Słowa, między innymi tego pawłowego, że nie masz już Greka ani niewolnika, może nawet coś słyszała o Soborze, a już na pewno modli się do polskiego papieża, błogosławionego JPII.

I cierpnę. I tak sobie myślę, czym bardziej zagrożone jest MOJE chrześcijaństwo, MOJA chrześcijańska tradycja w rozchwianej Europie: płynącymi z Brukseli liberalnymi trendami z ich głupią poprawnością polityczną, czy postrzeganiem świata, przekazanym nam w filmie „Tutejsi” przez ową starą mieszkankę Pruszkowa?             

Tak sobie myślę i z kimś muszę się tymi kudłatymi myślami podzielić, no – i pamiętając naszą rozmowę – wyszło mi, że z Panią.

Łącze wyrazy głębokiego szacunku

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s