zima – lektury – Święta

Zima. Czy to słotna, czy mroźna, jak choćby w tej chwili, kiedy słońce zachodzi nad wybielonymi łąkami (czasem zdaje się, że aż błękitne), a w ogrodzie świerki obsypane śniegiem, ani krzty wiatru, psy na spacerze szaleją, cwałują i nagle stop – rozgrzebują ten puch i coś w nim węszą – sprzyja odrabianiu zaniedbanych przez lato lektur. Piętrzy się stos książek (polecam w szczególności: „Tadeusz Mazowiecki, Rok 1989 i lata następne”), drugi z „Tygodnikiem”, oczywiście „Powszechnym” i różnymi innymi. Mowy nie ma, żeby to wszystko strawić, sięgam więc na chybił trafił, czytam tu rozdział, którego tytuł uwagę przyciąga, tam artykuł, gdzieś znów polecony przez kogoś fragment. Ale wystarczą te strzępy, żeby się w głowie kręciło od wyzwań, lęków i nadziei, znaków zapytania. Czy uda się „Oburzonym” – chłopcom z Puerta del Sol, czy tym z Wall Street, wywrócić świat do góry nogami i zaproponować inny, nowy, wspaniały (vide Aldous Huxley)? Czy może nastąpi dyktatura „sieci” z jej nową wykładnią wolności? Czy horyzont nam zbrunatnieje czy zróżowieje? Czy jest wśród europejskiego demosu zapotrzebowanie na tożsamość, czy też wystarcza już tylko poprawność polityczna? Czy „konsumptor” na stałe wejdzie w skórę obywatela, a Powszechną Deklarację Praw Człowieka z jego przyrodzonymi prawami zastąpi Powszechna Deklaracja Praw Konsumenta? Czy Europa pozostanie aktorem w scenie wyścigu do nikąd, czy będzie przy tym niemiecka, francuska, czy może jednak wspólna, czy też przerodzi się w skansen odwiedzany przez klasę średnią z Chin, Indii, Indonezji czy Brazylii, którego atrakcją będą nieliczne istoty pozostałe po wyniszczającej wojnie o obyczaj i tradycję? Czy w naszej cywilizacji, jeśli przetrwa, ostanie się pojęcie rodziny? W jakim kierunku ewoluują pojęcia „patriotyzm”, „suwerenność”? Jak przyszłość rozstrzygnie spór o państwo narodowe i które z jego tradycyjnych atrybutów uznane zostaną za niepodważalne? A co z demokracją, wysoką kulturą, powszechnym uznaniem dla godności osoby ludzkiej, nie tylko na europejskich salonach, ale też w Guantanamo, Kandaharze, w Strefie Gazy?

A na tą sieczkę myśli nakładają się Święta. Święta Bożego Narodzenia. Mówimy o nich „wielkie” i coś jest na rzeczy, bo w powszechnym odczuciu – i tych, co czynią pokłon przed narodzeniem Słowa, i tych, którym ten fakt umyka – stanowią jakąś cezurę czasu, która budzi szacunek, nie rzadko (choć i nie zawsze!) i jednych i drugich skłania do refleksji, wyciszenia. Ludzie jakby miękną. Życzymy sobie „Wesołych Świąt”: ja wolałbym „radosnych”, bo przecież kryje się za tym – jakże często nieuświadamiana, ale intuicyjnie wyczuwana – radość z przesłania, jakie narodzone Słowo przynosi. Nikt go wcześniej nie sformułował, bo przekracza ono ludzką wyobraźnię. To przesłanie nadziei, tak w sensie eschatologicznym, jak doczesnym, „tu i teraz”: czy można pragnąć czegoś bardziej, niż nadziei? I to drugie, uniwersalna recepta „na wszystko”, na rozwiązanie wszystkich problemów, na likwidację wszystkich znaków zapytania, jakie rodzą się z refleksji nad tym, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy: to przesłanie miłości – i tej, którą pragniemy być otuleni, i tej, którą jesteśmy w stanie otulić, obdarować nią „tego drugiego”. Zdawałoby się – jakże proste, a okazuje się – jakże trudne czasem w realizacji, kiedy nie chodzi o tych najbliższych, a tych, z którymi nam nie po drodze, z którymi spór – wyniszczający, nakręcający spiralę konfrontacji – wydaje się nierozwiązywalną kwadraturą koła.

To te dwa największe prezenty, które znajdujemy pod swoją choinką. Czy je dostrzegamy, czy sięgamy po te niepozorne zawiniątka zawierające skarb najcenniejszy? Gdyby jednak je przyjąć, rozwinąć i przełożyć bogactwo, jakie zawierają, na naszą codzienność, na język konkretów: czyż to nie dar empatii, otworzenia się na „tego drugiego”, cierpliwego wysłuchania jego opowieści, spojrzenia na fakty z jego perspektywy? Może skorygowania swego postrzegania rzeczywistości, znalezienia choćby małego „obszaru wspólnego”, od którego zacząłby się dialog miast konfrontacji?

Życzę więc wszystkim, w pierwszym rzędzie licznemu gronu przyjaciół (jakże jestem szczęśliwy, że – choćby i subiektywnie – tyle wokół siebie czuję przyjaźni), ale nie tylko, bo również – pójdę tu na całość – i tym wszystkim, których decyzje przesądzą, po jakiej trajektorii będą się toczyć losy naszej globalnej wioski, Europy, Polski; i tym, których głosy w nie-do-zagłuszenia przestrzeni medialnej kształtują nasze postrzeganie rzeczywistości; i tym również, którzy zagubili się na pozycjach „my contra oni”. Życzę więc, żeby obok obfitego wora mikołajowych prezentów dostrzegli pod choinką również i ten dar bezcenny, który niesie nam Boże Narodzenie, a więc samą jego istotę, najgłębszy sens naszych wzajemnych życzeń, żeby były radosne. Żeby nam dobrze było razem, bez zamykania się w warownych twierdzach. Żeby tego, co nas dzieli, było coraz mniej, żeby nie stępiało naszej wrażliwości na postrzeganie, jak niepowtarzalnie piękny jest otaczający nas świat dany nam w posiadanie, dany nam wszystkim!

No, to jeszcze tylko o tym worze z prezentami. Zastanawiam się, jaki prezent pod choinką w ciągu bardzo wielu przeżytych lat sprawił mi największą radość i wydaje mi się, że był to gruby, ciepły szalik pracowicie wydziergany z różnych resztek wełny przez moją kochaną babcię – był to czas okupacji, rok 1942, może 1943. I chyba nie tylko dlatego, że zimy bywały wówczas tęgie, a przyodziewek w tych czasach prawdziwej biedy lichy. Dlatego też, że był wyrazem autentycznej troski, darem serca. Musiało być coś „na rzeczy”, że właśnie ten podarunek sprzed 70. lat pozostał gdzieś w zakamarkach dobrej pamięci. A wczoraj byłem w „Złotych tarasach”. Mrowie ludzi – mimo powszechnego utyskiwania na kryzys (którego w istocie nie ma, bo jest tylko „łagodne spowolnienie”), mimo lekko wzrastającego wskaźnika bezrobocia, mimo ostrej zimy. Nie lubię atmosfery zatłoczonych marketów, ale to cieszy – idą w końcu Święta, jest tradycja, stół musi być obfity (byle statystycznie dotychczas 30 % świątecznych smakołyków nie znalazło się w pojemniku na odpady zważywszy, że 80 milionów istnień ludzkich przymiera głodem), no i prezenty. To nie jest, szczęśliwie, dzielenie się biedą, której nie ma (Bogu dzięki), a jakąś jednak, choćby niewielką zamożnością, ale kupowane zapewne z ciepłą myślą o najbliższych. Zwróciłem uwagę na wyjątkowo długą kolejkę: na stoisku piękne pudła, barwne torby z uśmiechniętym świętym w czerwonym kapturze z pomponem, ciągnionym w saniach przez parę reniferów, kolorowe wstążki, kokardy. Tutaj prezenty się pakuje. Profesjonalnie. Tak, żeby robiły wrażenie. Za słoną opłatą. Ku pysznej uciesze obdarowującego – bo nie obdarowanego, jego interesuje tylko zawartość. Zmięty święty i jego dzielne wierzchowce już pojutrze powędrują na olbrzymią stertę śmieci.

I pomyślałem sobie o tym wydzierganym przez babcię wełnianym szaliku. Nie pamiętam, w co był opakowany – chyba w jakiś skrawek szarego papieru.

Życzę moim przyjaciołom, aby w mikołajowym worze pod choinką znaleźli same dary serca.

Radosnych Świąt!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s