moje trzy razy TAK

Konstatacja, że przekaz medialny spłaszcza świat – to truizm. Czy słuszne jest obok tego twierdzenie, że erozja polskich mediów jest po prostu katastrofalna – tego nie wiem. Wiem natomiast, że telewizyjnych reklamodawców najbardziej przyciąga permanentna awantura: głosy wciąż się przekrzykują, epitety fruwają, telewidz się nie nudzi i polska pyskówka trwa. Żeby była awantura – musi być protest (dialog jest nudny), jeśli nie da się oprotestować meritum – to choćby imponderabilia, nawet za cenę zagubienia meritum: byle był wrzask, byle „się kręciło”. Ostatnio modnym się stał punkt wyjściowy dla kolejnego podbijania bębenka: „NIE dla…” – dla orzeczenia sądu, regulacji prawnych, podjętej akcji i co by tam jeszcze. No, to ja na przekór, bo bardziej mi pasuje filozofia „na TAK” – bo dostrzegam nagminność manipulowania protestem często nie popartym żadną (lub marną) wiedzą o istocie problemu, bo cenię sobie poszukiwanie zgody dla afirmacji, bo daję wiarę dobrym intencjom tych, którzy cokolwiek kreują. Protestu nie wykluczam, ale w sytuacjach wyjątkowych, gdy słuszność staje się przeciwieństwem legalności, gdy przyzwoleniu przeciwstawia się sumienie bądź choćby poczucie zwykłej przyzwoitości.

Tak więc ostatni „medialny” tydzień prowokuje mnie do złożenia deklaracji: trzy razy „TAK dla…”

TAK dla sędziego Igora Tulei – za mądry i sprawiedliwy wyrok w sprawie arcy trudnej; za odwagę jego uzasadnienia w sposób przejrzysty i zrozumiały; za nie uleganie sprzecznym opiniom i politycznej poprawności; za danie wyrazu godności, niezależności i powadze pełnionego urzędu – trzeciej demokratycznej władzy Rzeczypospolitej.

TAK dla radarów za to, że wreszcie może przestaną śmigać mi – z prawej i lewej wyprzedzać – dziarscy kawalerzyści zapominając o tym, że z jednego konia na sto się przesiedli – a jeżdżę rzadko poniżej dozwolonej szybkości czasem nieco tylko ją przekraczając; że prawo zacznie może wreszcie na polskich drogach prawo znaczyć; że może jednak jakieś ludzkie istnienie zostanie dzięki temu uratowane i nagła, tragiczna śmierć nie nastąpi.

TAK dla Owsiaka, bo nie ma takiej szpitalnej pediatrii w Polsce, gdzie nie dostrzegł byś na jakimś aparacie czerwonego serduszka Wielkiej Orkiestry; bo wyprzedzając nieuchronną narodową debatę dostrzegł bolesny problem geriatrii – wydłużania się życia i braku społecznej świadomości, iż – obok sukcesu medycyny, z czego należy się cieszyć – będzie to pociągało za sobą określone konsekwencje; bo wyzwolił niezwykłe pokłady wrażliwości wśród setek tysięcy młodych Polaków.

Krzykacze „NIE dla…” też mają swoją opowieść, czasem warto jej nawet posłuchać. Warto zauważyć, że lubią w argumentacji zaczepiać się o szczegół, najlepiej wyrwany z kontekstu. Czasem żeby komuś bezinteresownie dokopać, bo go nie lubią. Najczęściej liczy się interes własny i żadna szersza perspektywa, jakieś tam dobro wspólne, w grę nie wchodzi: interes mój, mojej partii, mojej koterii. Czasem – i to chyba przypadek najgorszy – rżnę po oczach, pluję, depczę, insynuuję w imię ideologii, tej jedynie słusznej: środki wówczas nie mają znaczenia, liczy się cel.

Kiedy więc o te imponderabilia chodzi, z meritum niewiele mające wspólnego, można przyjąć, że Owsiak mógłby bardziej ważyć słowa – nie wspominać o eutanazji, bo choć stanowczo się od niej odciął, pozostawił „przestrzeń do bicia”; może mógłby nie przeznaczać aż tylu środków na promowanie Wielkiego Finału dziesiątkami festynów i tysiącami rac, co oburza poszukiwaczy dziury w całym; może mógłby mniej eksponować swoją „wizualną alternatywność”, która tak drażni „politycznie poprawnych”. Że przylgnie do niego, niemal jak stygmat, tytuł programu prowadzonego dziesięć lat temu w radiowej „Dwójce”, „Róbta co chceta”, nie przewidział. Tyle tylko, że gdyby ważył, rozważał, przewidywał i nie eksponował, gdyby nie był trochę ekscentrycznym celebrytą pod tytułem Jurek Owsiak (którego nie koniecznie trzeba osobiście polubić), nie dokonałby tego dzieła, jakiego dokonał.

Z radarowego jazgotu można wyłowić kilka słusznych uwag krytycznych i dobrze, że dotrą one do uszu decydentów, że opinia publiczna jest ich świadoma i że nie będą mogły być zignorowane: to instalowanie urządzeń ewidentnie nie pod kątem bezpieczeństwa jazdy, a „ściągalności mandatów” (swoją drogą chciałbym wiedzieć, czy jest to casus powszechny, czy wyjątkowy); to chaos w oznakowaniu polskich dróg; to niepotrzebne drażnienie użytkowników dróg preliminowanym wpływem z mandatów. Wojenna retoryka z użyciem dychotomii „zwolennicy śmierci i zwolennicy życia” dolewa tylko oliwy do ognia. Natomiast nie rozumiem oburzenia na radar na „prostej”, gdzie niebezpieczeństwo kolizji jest mniejsze, a dozwolona szybkość większa: czy znaczy to, że tam prawo wolno łamać, bo jest mniejsza możliwość dojścia do tragedii? Czy zapytał ktoś mieszkańców małych miejscowości – a nie tylko kierowców – co myślą o radarowej ich ochronie przed piratami? A w odniesieniu do budżetu: dlaczego nie miałoby w nim być rozsądnego (podkreślam: rozsądnego) zapisu o znacznym zwiększeniu wpływu z mandatów, jeżeli wypowiada się walkę z piractwem, w czym, jak powszechnie wiadomo, dzierżymy palmę pierwszeństwa jak Europa długa i szeroka? Przysłowiowa skandynawska uczciwość i zwyczaj nie zamykania mieszkań miała swój początek w obcinaniu rąk za kradzież: tego nie proponuję – inne czasy, inna wrażliwość, inna świadomość, inne prawa, nieco dojrzeliśmy w międzyczasie i więcej w nas „człowieka”. Atoli rzymskie prawo nie przestaje być europejskim wzorcem, a w sprawie drogowego piractwa pasuje ono jak ulał: dura lex sed lex.

Przypadek sędziego Tulei ma szczególny ciężar gatunkowy, bo godzi w całą ideologiczną formację. Tu trzeba działać by hook or by crook. Wyrok dotyka niezwykle ważnego problemu, o którym warto mówić – korupcji i odziedziczonego po historii obyczaju, który jej sprzyja. Niewiele słyszę głosów, które podjęły ten temat: jak psuje państwo, ile jej w Polsce jest, gdzie jej szukać, od czego się zaczyna – czy, w służbie zdrowia, od butelki koniaku wręczonej lekarzowi przez wdzięcznego pacjenta już po udanej operacji? Gromko wrzeszczących „NIE dla Tulei” zainteresowały tylko dwa wyrazy w uzasadnieniu wyroku, użyte w oparciu o zeznania świadków, którzy porównywali traktowanie ich podczas przesłuchań, po aresztowaniu doktora G., do „metod stalinowskich”, a zeznania te – przyzna ten, kto się z nimi zapoznał – jeżą włos na głowie. I to te dwa słowa, rzeczywiście mocne, bo przywołujące czas w naszej historii najnowszej okrutny, choć użyte w świetle zeznań świadków nie bez racji, były tym imponderabilium, które usunęło w cień i doktora G. i całą istotę związanej z nim sprawy. Chodziło już tylko o sędziego Tuleyę, który zdobył się na odważną i krytyczną ocenę postępowania funkcjonariuszy określonych służb w okresie sprawowania władzy przez określoną formację polityczną. I zaczęło się niszczenie człowieka. Nie tylko: również niszczenie autorytetu sprawowanego przez niego urzędu, kolejna haniebna próba podważenia w oczach opinii publicznej autorytetu państwa. W środkach nie przebierano. Padały nie tylko słowa, które niszczą – wypowiadane przez ludzi znanych z powtarzania nienawistnej mantry, szczęśliwie, nie wiele ważyły. Były też realne groźby pod adresem Sędziego i jego najbliższych – sięganie po mafijną vendettę. No, i na arenę wszedł mistrz trującego jadu, znany z opowieści o trotylu na kadłubie prezydenckiego TU-154. On się nie minął z prawdą – on nie mówił o zamachu, a tylko o trotylu. On nie ponosi odpowiedzialności za to, że „lud prosty” skojarzy trotyl z zamachem, że wywołało to „narodową awanturę”, że odbiło się złym echem zagranicą, że głębiej jeszcze podzieliło Polaków. Tym razem też, ot, po prostu, ciekawski dziennikarz. Bo cóż złego w napisaniu o koneksjach z SB sprzed ponad ćwierć wieku matki sędziego Tulei? Taka niewinna, wybiórcza, dziennikarska lustracja. Zbieżność w czasie, bo akurat o Tulei się mówi, ale to przecież obok, bez żadnego przełożenia na sentencję wyroku, na narrację jego uzasadnienia. Jest dziennikarzem śledczym, ma prawo. A poważny i ceniony (przeze mnie również, do przedwczoraj) prawicowy publicysta, naczelny tygodnika, w którym ukazał się wspomniany artykuł, sprawę widzi nieco inaczej. W telewizyjnej, dziennikarskiej debacie porównuje ten artykuł z tekstami, jakie ukazały się w całej niemal polskiej prasie, również w strasznej „Gazecie Wyborczej”, po śmierci Marii Kaczyńskiej na temat wpływu, jaki miała na obu synów – tekstami ciepłymi, ukazującymi „dobrą rodzinę”, pełnymi empatii. Redaktor konkluduje: dlaczego, jeśli się pisze, że Maria Kaczyńska, kojarzona z określonymi wartościami, miała wpływ na kształtowanie postaw swoich synów, Lecha i Jarosław, i nie budzi to sprzeciwu, traktuje się jako naganny artykuł mówiący, w jakich wartościach tkwiła Lucyna Tuleya z domniemaniem, że miała wpływ na kształtowanie postawy swego syna, Igora, przyszłego sędziego RP?

Przewrotne to wszystko, podłe, obrzydliwe? Oceń, jak ci dusza śpiewa. Mnie zaśpiewała jednoznacznie. Uśmiercić politycznie, zniszczyć, opluć, wdeptać, zastraszyć, poniżyć – choćby garścią ekskrementów na klamce w drzwiach prowadzących do mieszkania: byle nie unieść płyty nagrobnej, byle nie wypuścić dżina z butelki. I tak się to toczy, pyskówka trwa, a barwność debaty na temat związków partnerskich nie ma sobie równej…

odpowiedź na list: w sprawie islamu – i nie tylko

Przyjacielu drogi i Sąsiedzie,

Zaszalałeś tym razem wrzucając temat nie do udźwignięcia: islam ze wszystkimi jego okropnościami. Wzywasz przy tym do zastanowienia i powiadasz, że przejść wobec tego obojętnie nie sposób. No więc co: rozmawiać? Może to i słuszne pod warunkiem, że te rozmowy będą się multiplikować, przerodzą się w dyskurs, debatę, wielką, zaangażowaną, europejską. Tyle, że jest taki niebagatelny problem: kto dzisiaj chce – i jeszcze umie – rozmawiać, bo przyznasz, że jest to forma międzyludzkiej komunikacji w stanie zaniku – na ogół wystarczają nam monologi wygłaszane z watą w uszach. Bo nudne i żmudne to rozmawianie, nie wytrzymuje tempa życia. Po pierwsze trzeba z czegoś zrezygnować, wyłączyć się ze zgiełku, który wdzięcznie wszystko, co trudne, zagłusza, zdobyć się na dłuższą chwilę skupienia; po drugie trzeba zdobyć się na cierpliwość wysłuchania polemisty i na otwartość na jego argumenty. Byłoby jeszcze i po trzecie i po czwarte, ale nie chcę już tej refleksji przedłużać.

Więc – jest coś na rzeczy i to jeszcze jak. Nie od dzisiaj przecież. Problem narasta od kilku dziesięcioleci, zintensyfikował się od dwóch. Dlaczego zaistniał, skąd się wziął i dlaczego dzwony, które od dawna przecież biją na alarm, maja siłę przebicia dzwoneczków na choince?

Wydaje mi się, że źródło problemu – to nie filozoficzna czy religijna koncepcja islamu. Źródła szukajmy bliżej, na własnym podwórku, w kondycji, w jakiej znajduje się nasza europejska cywilizacja. Czynniki uboczne, choć ogromnej wagi – to postęp, globalna wiedza o „stanie świata”, jaka dotarła do najdalszych jego zakątków, błyskawiczny przepływ informacji i wręcz niewyobrażalna zdolność przemieszczania się.

A islam był przecież wyzwaniem dla chrześcijaństwa – filaru naszej europejskiej tożsamości – od swego zarania i przez ponad tysiąc lat pozostawał jego „zwycięskim konkurentem”. To się zmieniło dopiero w czasach nowożytnych, o rzut kamieniem, w połowie 19. wieku, kiedy Europa – korzystając ze swoich „pięciu minut” – skolonizowała obszary zamieszkałe przez wyznawców Allacha zagrażając ich islamskiej tożsamości, która w swojej kolebce nie uznaje rozdziału religii od państwa. Towarzyszyło temu upokorzenie i zubożenie, zapaść cywilizacyjna, ich „pozycje startowe” przesuwały się o całe mile do tyłu wobec „białych” i „bogatych”. A to zaczęło się zmieniać dopiero po II Wojnie Światowej: polityczna emancypacja świata arabskiego i rozbudzenie świadomości dało początek narodowej dumie; nierozwiązywalny konflikt bliskowschodni – nowe państwo Izrael (cywilizacyjnie obce) kojarzone z pełnym poparciem świata zachodniego, a więc również Europy (Żydzi – to wróg islamu numer jeden), rzeczywiste i domniemane krzywdy z niedawnej przeszłości, a równocześnie pogłębiająca się przepaść w poziomie życia i wzrastająca o tym samowiedza stworzyło podglebie dla rodzącej się nienawiści podsycanej przez manipulatorów politycznych. Rodzi się islamski fundamentalizm, a stąd już tylko krok do terroryzmu, jednego z największych zagrożeń naszych czasów. Łagodny totalitaryzm zawarty w samym koncepcie islamu – narzucanie jednostce wszelkich reguł postępowania włącznie z zasadami funkcjonowania własnego państwa – przybiera formę „hard”.

A co na to my, Europejczycy? Dzieci we mgle, niby wyedukowane, a tak, jak byśmy nigdy o tym wszystkim nie słyszeli i budzimy się (jeśli się w ogóle budzimy) z ręką tu i ówdzie.

Zaczęło się szlachetnie. Upadają imperia, faktyczni przegrani II WŚ – najpierw brytyjskie, później francuskie. Indie zyskują niepodległość, ale z uszczupleniem 1/3 terytorium subkontynentu – architekci powojennego światowego porządku dla świętego spokoju, dla uniknięcia konfliktów religijnych (jakże się mylili), kreślą na mapie kolejną linie graniczną i powołują do życia nowy twór państwowy, islamski Pakistan. Pozostaje jednak papierowa Brytyjska Wspólnota Narodów, słynny Commonwealth, który do czegoś jednak zobowiązuje. „Zielona Wyspa”, uosobienie tradycji i konserwatyzmu, przyjmuje bez wiz, bez ograniczeń, istny potok emigrantów ze swoich byłych kolonii, szukających w byłej macierzy lepszego życiowego startu – w przeważającej większości są to Muzułmanie. W podświadomym poczuciu winy Wyspiarzy za kolonizację, w powojennym dominującym klimacie nadrzędnej wartości praw człowieka, otrzymują pełnię praw. Przypominam sobie swoje niebotyczne zdziwienie, kiedy po raz pierwszy, w latach 60., lądowałem na londyńskim Hethrow: przybywałem z kraju, gdzie oficjalną doktryną była solidarność z Trzecim Światem i potępienie odradzającego się zachodniego imperializmu, co nie przeszkadzało, że „ciemnoskóry” nie czuł się do końca bezpieczny na ulicach Warszawy, tymczasem na lotnisku wpuszczała mnie na terytorium brytyjskie urzędniczka straży granicznej, życzliwie uśmiechnięta Azjatka – chusta wokół twarzy nie pozostawiała wątpliwości co do wyznawanej religii. W dekadę po emigracyjnym boomie na Wyspy Brytyjskie wstrząs przeżywa Francja: kryzys algierski na przełomie dekad, skraj wojny domowej, OAS destabilizują funkcjonowanie państwa. Wkracza do akcji mąż opatrznościowy, de Gaulle, kryzys przezwycięża, ale za cenę „układów w Evian” i samostanowienia Algierii, po czym – jak grzyby po deszczu – powstają na gruzach francuskiego imperium sztuczne twory państwowe (wyliczyć by ich trudno – może Mali i Togo dla przykładu). Powstaje V Republika, a w jej ramach znów Francuskojęzyczna Wspólnota Państw Afrykańskich – i znów wypływające z niej zobowiązania: fala algierskich (i nie tylko) emigrantów zalewa Francję, a są to w większości Muzułmanie. Oświeceniowy liberalizm francuski nie pozwala traktować ich inaczej, jak równych w prawach. W kolejnej późniejszej dekadzie – nie wiem już z jakich przyczyn, głównie chyba ekonomicznych, może również historycznych, tradycyjnych sympatii – RFN, najlepiej gospodarczo prosperujące państwo europejskie zalewa fala Turków: to też Muzułmanie. Niemcy są szczególnie wyczulone na problem dyskryminacji rasowej – udzielają emigrantom pełni praw.

I tak to się zaczęło. A mogło być „normalnie”, tak jak przez wieki bywało w różnych wieloreligijnych i wieloetnicznych wspólnotach, choćby na terytoriach Europy środkowej i wschodniej, gdyby nie błędy popełnione u samego zarania i gdyby nie fatalne reakcje Europy na dalszy bieg wydarzeń. Przybyszom zaproponowano integrację, nie asymilację, ale nie stworzono żadnych instrumentów, żeby tak naprawdę do niej doprowadzić. Nie stawiano żadnych warunków wstępnych, nie wprowadzano żadnych ograniczeń w udzielaniu gościnności – na autentyczną integrację Europejczycy nie byli przygotowani. Przybyszom dano „social” i pozostawiono ich samym sobie – pozwolono na tworzenie się etnicznych gett i „róbta w nich co chceta”. To było wręcz zaproszeniem fundamentalistycznych ideologów z terenów konfliktów i wojen do przenoszenia do tych gett narastającej wrogości. Zaczęły się mnożyć roszczenia inspirowane nadinterpretacją religijnych wolności. Był to ostateczny sygnał alarmowy, żeby zdecydowanie powiedzieć „non possumus”. Tymczasem Europie coraz bardziej zaczęły umykać ideały, „europejskie wartości” stawały się coraz bardziej werbalną dekoracją, coraz bardziej prorocza stawała się opinia Miłosza skreślona na temat Europy w latach chyba osiemdziesiątych: „…ciasna, wyzbyta ideałów, spragniona tylko spokoju i bogacenia się…” I tak w imię spokoju, miast „non possumus” następowały ustępstwa, w debacie publicznej (dla ukrycia oczywistej defensywy) określane eufemistycznie jako „poprawność polityczna”. Zaczęliśmy krok po kroku rezygnować z atrybutów gospodarza, który nie uchybiając zasadzie gościnności winien jednoznacznie oczekiwać uszanowania własnych tradycji i podporządkowania się ustanowionemu prawu. Przykłady można mnożyć – począwszy od likwidowania z miejsc publicznych własnych symboli religijnych stanowiących równocześnie o naszej tradycji kulturowej (dla nie drażnienia przybyszów) po przymrużanie oka na łamanie prawa (dla uniknięcia posądzenia o dyskryminację rasową). Przychodzi nam to tym łatwiej, im bardziej okazujemy obojętność wobec własnej – europejskiej i narodowej – tradycji, historii, korzeni z których wyrośliśmy, kultury która stanowi o naszej tożsamości i im bardziej nasila się spór toczący się wśród wąskich elit na temat tego, jacy jesteśmy i dokąd zmierzamy. Coraz dalej odpływa nam wymarzona wspólnota oparta w równej mierze na elementach tradycji, co na niezwykłych wyzwaniach nowoczesności, a odpływa, bo zbyt wielkim wysiłkiem jest choćby myślenie o niej nie mówiąc o trudzie podjętym dla jej realizacji. Coraz bardziej leniwi, coraz mniej obywatele, coraz bardziej konsumenci – jeśli już jakaś wspólnota, to interesów, nie idei – koncentrujemy się przede wszystkim na własnym dobrostanie; z planowaniem rodziny jesteśmy ostrożni, bo to kosztowne i mało komfortowe. I tak sobie beztrosko tańczymy na tym naszym europejskim Titanicu pozostawiając wokół siebie ideową próżnię, z wartości wyzutą. Natura próżni nie lubi – no i mamy to, co mamy.

Postawiłbym tu kropkę, bo naplotłem już sporo, a świadom jestem, że nie wszystko w tym spójne (ot, tak myśli biegną i układają się w zdania), żeby nie oskoma spojrzenia na problem z jeszcze innej perspektywy, co by rzec – bardziej może globalnej. Asumpt do tego dała mi zapamiętana rozmowa z moim przygodnym znajomym, jaka zdarzyła mi się niedawno gdzieś na pozaeuropejskich antypodach, a ów znajomy – człowiek światły i w świecie bywały – z euroatlantycką cywilizacją się nie identyfikował. Wypowiedział on mniej więcej takie zdanie: „…Jeśli nie podzielicie się waszą stabilnością i waszym sukcesem gospodarczym z nędzarzami w innych częściach świata, tam, dokąd postęp w pełni jeszcze nie dotarł, oni podzielą się wkrótce z wami swoją niestabilnością… Jeśli zaniechacie wysiłku przekonywania ich waszą postawą do waszych wartości, oni narzucą wam swoje…”

O wartościach trochę już było, więc dam im spokój – choć nigdy o nich za wiele. Pomyślałem o czym innym: o tych setkach milionów – tak, setkach milionów – ludzi wciąż przymierających głodem, o milionach dzieci umierających na skutek braku pitnej wody, o sudańskim Darfurze, Somali – najbiedniejszym państwie świata, afrykańskiej Krainie Wielkich Jezior (do dnia dzisiejszego po krwawych walkach Tutsi z Hutu w dżungli tuła się ok. pięciu milionów tzw. „uchodźców wewnętrznych”), o dnie ludzkiej egzystencji, jaką widziałem w Kalkucie – wymieniać by tak można długo. I pomyślałem sobie o tych pięciu procentach bogaczy korzystających z 60 procent światowych zasobów bogactwa. O europejskim i amerykańskim kryzysie, na temat którego tyle wrzawy, który przejawia się w niewielkim zubożeniu niewielkiego procenta bogatej populacji (o śmierci głodowej nie słyszałem) i lekkim spadku produkcji luksusowych samochodów; podczas którego w pojemnikach na śmiecie wciąż ląduje ok. 30 procent zakupowanej żywności. O organizowanych w szczytnych celach międzynarodowych konferencjach pochłaniających miliony dolarów. O niebotycznych honorariach naszych deputowanych działających w światowych centrach podejmowania decyzji za ich misję na rzecz wspólnego dobra. O zyskach niektórych korporacji, których wysokość przewyższa budżety wielu biednych państw. O założeniu, iż produkcja dóbr, nawet luksusowych, musi zakładać ich szybkie zniszczenie i wrzucenie na złom po to, żeby produkować więcej i więcej i więcej – i żeby „sze krenciło”.

I tak rozsypują się te klocki lego i coraz mniej chcą się złożyć w jakąś spójną całość. O niezgodzie na taki „stan świata” daje znać nie tylko walczący islam z wypisanymi na swoich sztandarach hasłami wzywającymi do jego totalnej destrukcji. Są też głosy „Oburzonych” nieśmiało przebijające się do opinii publicznej wtedy tylko, kiedy uda im się zorganizować spektakularny happening w Madrycie czy Nowym Jorku – wystarczająco spektakularny, aby przyciągnąć wybredne kamery telewizyjne (jedyne ich narzędzia – to happeningi i haktywizm): warto się im przysłuchać. I tak brniemy w ślepą uliczkę konsumpcjonizmu pogłębiając przepaść między bogactwem a nędzą, choć wiadomo przecież, komu ona zagraża, kto w nią wpaść może. Rodzą się nawet pierwsze poważniejsze refleksje, powstaje ruch „corporal social responsibility”: jakie ma szanse?

Tymczasem współcześni barbarzyńcy ruszają na podbój rozleniwionego, opasłego Cesarstwa – bo co niby mają robić te miliony wykluczonych, nie mających nic do stracenia, wiedzionych kompasem jaki stanowi powszechna dzisiaj wiedza o tym, gdzie jest dobrze, a gdzie źle? Tak się złożyło, że większość z nich, to Muzułmanie. W początkach swojej wędrówki wcale nie agresywni, zmierzający do swego Eldorado, w którym oczekują sutej miski ryżu i pewności, że nigdy im jej nie zbraknie, a więc poczucia podstawowego bezpieczeństwa; może również, gdzieś w podświadomości, nadziei na sprawiedliwość i poszanowanie ich ludzkiej godności. Idą czcząc swego Allacha, a więc Boga, swoje sacrum, które nakazuje im stałą walkę dobra ze złem, co się w świętej księdze Koranu nazywa dżihad. Co im mamy do zaoferowania poza niezbyt pewną miską ryżu? Jakie wzorce moralne? Na ile ich uodparniamy na zbrodnicze przesłanie politycznych manipulatorów, którzy z ideologii uczynili potężny taran zagrażający naszej cywilizacji? Wzorców nie musieli szukać daleko – wiadomo nawet gdzie: wystarczy sięgnąć po dramatyczną historię „naszego” 20. wieku.

Kim są owi zbrodniczy manipulatorzy? Oszaleli z nienawiści ideolodzy, którzy przekuli dżihad na walkę z Ameryką i z „białą cywilizacją” jako esencją zła? Cyniczni stratedzy zawładnięci rządzą panowania nad światem, całkowicie oddani wizji, iż cel uświęca środki? Skąd biorą siłę argumenty o ich szatańskiej racji? Tego nie wiem – może ktoś wie. Wiem natomiast, że nie lękam się islamu, a powiem nawet więcej: wydaje mi się, że bliższy z nim kontakt może przynieść nam, Chrześcijanom, kilka pozytywnych refleksji na temat praktykowania naszego chrześcijaństwa (szacunek dla sacrum, niezachwiana pozycja rodziny). Lękam się fundamentalizmu – wszelkiego fundamentalizmu. Lękam się słabnięcia naszej cywilizacji, wytracania tworzących ją wartości. Lękam się wytracania naszych zdolności do przeciwstawiania się źródłom, z jakich fundamentalizm – islamski w szczególności – czerpie swoje siły. Lękam się „ślepej uliczki”, w jaką brniemy, przepaści między „my” i „oni” jaką pogłębiamy. Komu grozi ta przepaść?

Lękam się, ale nie do końca. Końca świata nie będzie. Jesteśmy zbyt kreatywni, zbyt ciekawi świata, my ludzkość, żeby godzić się na status quo ante, żeby przystać na sukces wstecznictwa z jego ponurą, średniowieczną obrzędowością. Jesteśmy zbyt pochłonięci pasją odkrywczą i poznawczą – chęcią zdobywania nowych himalajskich szczytów, penetrowania głębin oceanów, zgłębiania źródeł naszych początków, tworzenia nowych teorii kreujących postęp, odkrywania tajników DNA, poszukiwania bozonu Higgsa – cząstki elementarnej brakującej do kompletnego opisu wszechświata – żeby przystać na warunki dyktowane nam przez fundamentalistyczny islam, nawet pod groźbą terroryzmu, najbardziej dramatycznego wyzwania, jakie stoi przed światem. Jak sobie z terroryzmem wreszcie poradzimy, po porażkach w Iraku i Afganistanie – nie wiem.

A czy poradzimy sobie z wszystkimi innymi wyzwaniami, jakie niesie nam nasza „ślepa uliczka” i „rozwarta przepaść” – my, w tej małej cząstce świata, kontynuatorzy tradycji greckiej filozofii i rzymskiego prawa, wyznawcy chrześcijańskiego przykazania miłości, chętnie przywołujący europejskie wartości – tego też nie wiem.

Pozdrawiam Cię