moje trzy razy TAK

Konstatacja, że przekaz medialny spłaszcza świat – to truizm. Czy słuszne jest obok tego twierdzenie, że erozja polskich mediów jest po prostu katastrofalna – tego nie wiem. Wiem natomiast, że telewizyjnych reklamodawców najbardziej przyciąga permanentna awantura: głosy wciąż się przekrzykują, epitety fruwają, telewidz się nie nudzi i polska pyskówka trwa. Żeby była awantura – musi być protest (dialog jest nudny), jeśli nie da się oprotestować meritum – to choćby imponderabilia, nawet za cenę zagubienia meritum: byle był wrzask, byle „się kręciło”. Ostatnio modnym się stał punkt wyjściowy dla kolejnego podbijania bębenka: „NIE dla…” – dla orzeczenia sądu, regulacji prawnych, podjętej akcji i co by tam jeszcze. No, to ja na przekór, bo bardziej mi pasuje filozofia „na TAK” – bo dostrzegam nagminność manipulowania protestem często nie popartym żadną (lub marną) wiedzą o istocie problemu, bo cenię sobie poszukiwanie zgody dla afirmacji, bo daję wiarę dobrym intencjom tych, którzy cokolwiek kreują. Protestu nie wykluczam, ale w sytuacjach wyjątkowych, gdy słuszność staje się przeciwieństwem legalności, gdy przyzwoleniu przeciwstawia się sumienie bądź choćby poczucie zwykłej przyzwoitości.

Tak więc ostatni „medialny” tydzień prowokuje mnie do złożenia deklaracji: trzy razy „TAK dla…”

TAK dla sędziego Igora Tulei – za mądry i sprawiedliwy wyrok w sprawie arcy trudnej; za odwagę jego uzasadnienia w sposób przejrzysty i zrozumiały; za nie uleganie sprzecznym opiniom i politycznej poprawności; za danie wyrazu godności, niezależności i powadze pełnionego urzędu – trzeciej demokratycznej władzy Rzeczypospolitej.

TAK dla radarów za to, że wreszcie może przestaną śmigać mi – z prawej i lewej wyprzedzać – dziarscy kawalerzyści zapominając o tym, że z jednego konia na sto się przesiedli – a jeżdżę rzadko poniżej dozwolonej szybkości czasem nieco tylko ją przekraczając; że prawo zacznie może wreszcie na polskich drogach prawo znaczyć; że może jednak jakieś ludzkie istnienie zostanie dzięki temu uratowane i nagła, tragiczna śmierć nie nastąpi.

TAK dla Owsiaka, bo nie ma takiej szpitalnej pediatrii w Polsce, gdzie nie dostrzegł byś na jakimś aparacie czerwonego serduszka Wielkiej Orkiestry; bo wyprzedzając nieuchronną narodową debatę dostrzegł bolesny problem geriatrii – wydłużania się życia i braku społecznej świadomości, iż – obok sukcesu medycyny, z czego należy się cieszyć – będzie to pociągało za sobą określone konsekwencje; bo wyzwolił niezwykłe pokłady wrażliwości wśród setek tysięcy młodych Polaków.

Krzykacze „NIE dla…” też mają swoją opowieść, czasem warto jej nawet posłuchać. Warto zauważyć, że lubią w argumentacji zaczepiać się o szczegół, najlepiej wyrwany z kontekstu. Czasem żeby komuś bezinteresownie dokopać, bo go nie lubią. Najczęściej liczy się interes własny i żadna szersza perspektywa, jakieś tam dobro wspólne, w grę nie wchodzi: interes mój, mojej partii, mojej koterii. Czasem – i to chyba przypadek najgorszy – rżnę po oczach, pluję, depczę, insynuuję w imię ideologii, tej jedynie słusznej: środki wówczas nie mają znaczenia, liczy się cel.

Kiedy więc o te imponderabilia chodzi, z meritum niewiele mające wspólnego, można przyjąć, że Owsiak mógłby bardziej ważyć słowa – nie wspominać o eutanazji, bo choć stanowczo się od niej odciął, pozostawił „przestrzeń do bicia”; może mógłby nie przeznaczać aż tylu środków na promowanie Wielkiego Finału dziesiątkami festynów i tysiącami rac, co oburza poszukiwaczy dziury w całym; może mógłby mniej eksponować swoją „wizualną alternatywność”, która tak drażni „politycznie poprawnych”. Że przylgnie do niego, niemal jak stygmat, tytuł programu prowadzonego dziesięć lat temu w radiowej „Dwójce”, „Róbta co chceta”, nie przewidział. Tyle tylko, że gdyby ważył, rozważał, przewidywał i nie eksponował, gdyby nie był trochę ekscentrycznym celebrytą pod tytułem Jurek Owsiak (którego nie koniecznie trzeba osobiście polubić), nie dokonałby tego dzieła, jakiego dokonał.

Z radarowego jazgotu można wyłowić kilka słusznych uwag krytycznych i dobrze, że dotrą one do uszu decydentów, że opinia publiczna jest ich świadoma i że nie będą mogły być zignorowane: to instalowanie urządzeń ewidentnie nie pod kątem bezpieczeństwa jazdy, a „ściągalności mandatów” (swoją drogą chciałbym wiedzieć, czy jest to casus powszechny, czy wyjątkowy); to chaos w oznakowaniu polskich dróg; to niepotrzebne drażnienie użytkowników dróg preliminowanym wpływem z mandatów. Wojenna retoryka z użyciem dychotomii „zwolennicy śmierci i zwolennicy życia” dolewa tylko oliwy do ognia. Natomiast nie rozumiem oburzenia na radar na „prostej”, gdzie niebezpieczeństwo kolizji jest mniejsze, a dozwolona szybkość większa: czy znaczy to, że tam prawo wolno łamać, bo jest mniejsza możliwość dojścia do tragedii? Czy zapytał ktoś mieszkańców małych miejscowości – a nie tylko kierowców – co myślą o radarowej ich ochronie przed piratami? A w odniesieniu do budżetu: dlaczego nie miałoby w nim być rozsądnego (podkreślam: rozsądnego) zapisu o znacznym zwiększeniu wpływu z mandatów, jeżeli wypowiada się walkę z piractwem, w czym, jak powszechnie wiadomo, dzierżymy palmę pierwszeństwa jak Europa długa i szeroka? Przysłowiowa skandynawska uczciwość i zwyczaj nie zamykania mieszkań miała swój początek w obcinaniu rąk za kradzież: tego nie proponuję – inne czasy, inna wrażliwość, inna świadomość, inne prawa, nieco dojrzeliśmy w międzyczasie i więcej w nas „człowieka”. Atoli rzymskie prawo nie przestaje być europejskim wzorcem, a w sprawie drogowego piractwa pasuje ono jak ulał: dura lex sed lex.

Przypadek sędziego Tulei ma szczególny ciężar gatunkowy, bo godzi w całą ideologiczną formację. Tu trzeba działać by hook or by crook. Wyrok dotyka niezwykle ważnego problemu, o którym warto mówić – korupcji i odziedziczonego po historii obyczaju, który jej sprzyja. Niewiele słyszę głosów, które podjęły ten temat: jak psuje państwo, ile jej w Polsce jest, gdzie jej szukać, od czego się zaczyna – czy, w służbie zdrowia, od butelki koniaku wręczonej lekarzowi przez wdzięcznego pacjenta już po udanej operacji? Gromko wrzeszczących „NIE dla Tulei” zainteresowały tylko dwa wyrazy w uzasadnieniu wyroku, użyte w oparciu o zeznania świadków, którzy porównywali traktowanie ich podczas przesłuchań, po aresztowaniu doktora G., do „metod stalinowskich”, a zeznania te – przyzna ten, kto się z nimi zapoznał – jeżą włos na głowie. I to te dwa słowa, rzeczywiście mocne, bo przywołujące czas w naszej historii najnowszej okrutny, choć użyte w świetle zeznań świadków nie bez racji, były tym imponderabilium, które usunęło w cień i doktora G. i całą istotę związanej z nim sprawy. Chodziło już tylko o sędziego Tuleyę, który zdobył się na odważną i krytyczną ocenę postępowania funkcjonariuszy określonych służb w okresie sprawowania władzy przez określoną formację polityczną. I zaczęło się niszczenie człowieka. Nie tylko: również niszczenie autorytetu sprawowanego przez niego urzędu, kolejna haniebna próba podważenia w oczach opinii publicznej autorytetu państwa. W środkach nie przebierano. Padały nie tylko słowa, które niszczą – wypowiadane przez ludzi znanych z powtarzania nienawistnej mantry, szczęśliwie, nie wiele ważyły. Były też realne groźby pod adresem Sędziego i jego najbliższych – sięganie po mafijną vendettę. No, i na arenę wszedł mistrz trującego jadu, znany z opowieści o trotylu na kadłubie prezydenckiego TU-154. On się nie minął z prawdą – on nie mówił o zamachu, a tylko o trotylu. On nie ponosi odpowiedzialności za to, że „lud prosty” skojarzy trotyl z zamachem, że wywołało to „narodową awanturę”, że odbiło się złym echem zagranicą, że głębiej jeszcze podzieliło Polaków. Tym razem też, ot, po prostu, ciekawski dziennikarz. Bo cóż złego w napisaniu o koneksjach z SB sprzed ponad ćwierć wieku matki sędziego Tulei? Taka niewinna, wybiórcza, dziennikarska lustracja. Zbieżność w czasie, bo akurat o Tulei się mówi, ale to przecież obok, bez żadnego przełożenia na sentencję wyroku, na narrację jego uzasadnienia. Jest dziennikarzem śledczym, ma prawo. A poważny i ceniony (przeze mnie również, do przedwczoraj) prawicowy publicysta, naczelny tygodnika, w którym ukazał się wspomniany artykuł, sprawę widzi nieco inaczej. W telewizyjnej, dziennikarskiej debacie porównuje ten artykuł z tekstami, jakie ukazały się w całej niemal polskiej prasie, również w strasznej „Gazecie Wyborczej”, po śmierci Marii Kaczyńskiej na temat wpływu, jaki miała na obu synów – tekstami ciepłymi, ukazującymi „dobrą rodzinę”, pełnymi empatii. Redaktor konkluduje: dlaczego, jeśli się pisze, że Maria Kaczyńska, kojarzona z określonymi wartościami, miała wpływ na kształtowanie postaw swoich synów, Lecha i Jarosław, i nie budzi to sprzeciwu, traktuje się jako naganny artykuł mówiący, w jakich wartościach tkwiła Lucyna Tuleya z domniemaniem, że miała wpływ na kształtowanie postawy swego syna, Igora, przyszłego sędziego RP?

Przewrotne to wszystko, podłe, obrzydliwe? Oceń, jak ci dusza śpiewa. Mnie zaśpiewała jednoznacznie. Uśmiercić politycznie, zniszczyć, opluć, wdeptać, zastraszyć, poniżyć – choćby garścią ekskrementów na klamce w drzwiach prowadzących do mieszkania: byle nie unieść płyty nagrobnej, byle nie wypuścić dżina z butelki. I tak się to toczy, pyskówka trwa, a barwność debaty na temat związków partnerskich nie ma sobie równej…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s