jestem na kontrze

Być może coś jest ze mną nie w porządku, bo kiedy z rzadka trafi mi się brać udział w wymianie myśli, jestem zwykle „na kontrze”; z rzadka, bo tak się jakoś porobiło, że na towarzyskich spotkaniach wygłaszamy zwykle monologi – sztuka słuchania jest w głębokim deficycie…

Tak więc pewien pan, po pięćdziesiątce, inteligent, w świecie bywały, poruszył temat terroryzmu. Nie to, żeby bronił aktów terroru, ale uważa, że krytyka tego zjawiska jest zmanipulowana. Inspiratorem globalnej manipulacji jest Ameryka, a jej źródłem – priorytetowy cel strategiczny, globalna kontrola nad odnawialnymi źródłami energii. Dla jego osiągnięcia dozwolone są wszystkie środki – stąd okrutne wojny (Irak i Afganistan – to tylko wierzchołek góry lodowej), łamanie międzynarodowego prawa, stosowanie tortur. Wszystko to pod hasłem, które ma usprawiedliwić te działania, nadać im wiarygodność, porazić wyobraźnię po to, żeby zyskać aprobatę światowej opinii publicznej: a więc walka z terroryzmem. Konkluzja nasuwa się sama: przyczyną wszelkiego zła na świecie jest Ameryka. A terroryści – jakie inne środki w tym niedoskonałym świecie pozostają do dyspozycji – w swoim odczuciu – bezsilnych w upominaniu się o swoją tożsamość, narodową, etniczną religijną? I tu pada porównanie jeżące rzadki nawet włos na głowie: islamskiego zamachowca – terrorysty do harcerza z Szarych Szeregów wrzucającego granat do sali kinowej pełnej żołnierzy Wehrmachtu… Jednak główny leitmotif tego ciągu myśli – to matecznik zła, Ameryka. Żeby to uzasadnić – dozwolone są wszystkie chwyty, włącznie z chorymi dywagacjami na temat terroryzmu. Coś mi to przypomina z naszego rodzimego podwórka: „zdradzeni o świcie”, „rosyjsko – niemieckie kondominium”, „rząd spełnia zadania agenturalne”, no i ostatnie – „nagonka na polskich naukowców – jak w sześćdziesiątym ósmym”.

Inna rozmowa: młody człowiek, ze sporym powodzeniem – mimo kryzysu – realizujący swoje aspiracje, zachwyca się „rozwiązaniem węgierskim” wskazując na Viktora Orbana jako na męża opatrznościowego tej części Europy, który – jako jedyny europejski polityk – potrafił radykalnie obniżyć dług publiczny. To jedyny w rozmowie argument na rzecz zachwytu węgierskim politykiem, ale wystarcza do snucia marzeń o tym, żeby aktualne słupki poparcia przerodziły się jak najszybciej w polityczną zmianę warty w Polsce: „Budapeszt – Warszawa – wspólna sprawa”. Że inne wskaźniki ekonomiczne nie są już tak optymistyczne, że trend na renacjonalizację obniża poziom inwestycji, że państwo jest coraz bardziej represyjne na wzór krótkiego eksperymentu z IV RP, że nowa konstytucja Węgier jest powszechnie krytykowana jako nie odpowiadająca standardom międzynarodowych konwencji, że młodzież czmycha zagranicę? Nic to, ważne, żeby razem obrazić się na brzydnącą Europę i razem pójść własną drogą ku świetlanej przyszłości – w globalny świat wejść po swojemu nie zważając na ryzyko, że globalny świat może nas w ogóle nie spostrzec.

Co chwila trafiają mi się takie właśnie rozmowy, takie pomieszania z poplątaniem. Bo co krok natykamy się na wyzwania i problemy współczesnego, zglobalizowanego świata, ogromne jak ocean, przerastające naszą wyobraźnię, a złożone jak mechanizm rakiety kosmicznej. I nadziwić się nie mogę pysze Janków Kowalskich, którym się wydało, że cały problem pojęli; mało tego – sformułowali sobie tezę, jak go rozwiązać i gotowi są jej bronić jak Okopów Świętej Trójcy. I tak oto powstają i utrwalają się w naszej wciąż nieokrzepłej narodowej wspólnocie mity i stereotypy, czasem błahe i śmieszne, czasem wyrządzające niepowetowaną społeczną szkodę – od katastrofy smoleńskiej poczynając, na narodowościowych i „europejskich” fobiach kończąc.

Weźmy choćby ten z przytoczonej rozmowy: Ameryka i terroryzm. Najpierw Ameryka. Pozwolę sobie przez chwile bezczelnie pouprawiać taką intelektualną krotochwilę i „rozłożyć rzecz na czynniki pierwsze” – bezczelnie, bo nikła w tym będzie wiedza, a jedynie odrobina intuicji i refleksji. Nie podobają się Jankowi Kowalskiemu naganne praktyki stosowane w okrutnych więzieniach Guantanamo, Abu Ghraib czy Bagram? Mnie się też nie podobają, nawet bardzo. Żarliwie angażowałem się w kampanię przeciwko łamaniu praw człowieka w Stanach Zjednoczonych, podpisywałem i wciąż podpisuję różne protesty i petycje. No, i być może straszne jest to, co teraz powiem, ale stanowi właśnie miarę złożoności świata, w którym przyszło nam żyć. Nic poradzić na to nie mogę, że, równocześnie, wciąż siedzi mi w głowie, jakich tragedii moglibyśmy być świadkami, gdyby nie owe okrutne metody służb specjalnych, gdyby nie ujawniony niedawno, globalny system inwigilacji PRISM. Ilu powtórek z WTC, Londynu czy Madrytu, których (na razie!) uniknęliśmy, ilu destabilizujących państwa ataków na parlamenty, siedziby rządów, przedstawicielstwa dyplomatyczne? Ilu dziesiątków, może setek tysięcy niewinnych ofiar paraliżujących aktów przemocy w centrach wielkich aglomeracji miejskich – może również w Warszawie?

Myślę sobie, że najbardziej przerażający jest fakt narzucenia metod prowadzenia tej niewypowiedzianej wojny, której celem jest totalna destrukcja judeochrześcijańskiej cywilizacji – wyzwania rzuconego „zachodniemu światu” przez widmowego przeciwnika, terroryzm, kojarzony w jego współczesnym wydaniu ze skrajnie radykalnym odłamem islamu (to niewielki procent, być może promile światowej populacji wyznawców Allacha). Nie ma w tej wojnie przesuwających się frontów, linii demarkacyjnych, nie mówiąc już o jakichkolwiek zasadach. Nie ma w niej twarzy. Przeciwnika nie sposób odeprzeć frontalnym atakiem, bo może być wszędzie. Świetnie zamaskowany przenika do najbardziej hermetycznych środowisk pod każdą szerokością geograficzną. Pozbawiony wszelkich skrupułów działa z ukrycia: im większa hekatomba niewinnych ofiar – tym większy ogłasza sukces. Uderza w najmiększe podbrzusze cywilizacji, która w swoim rozwoju doszła do etapu skodyfikowania uniwersalnych praw człowieka: zmusza ją do odwrotu, do gwałcenia – w lęku przed kolejną hekatombą – dopiero co przyjętych fundamentalnych zasad w funkcjonowaniu wspólnoty ludzkiej, sprowadzających się do bezwzględnego szacunku dla ludzkiej godności. I tak właśnie jesteśmy wewnętrznie rozdarci, tym bardziej, im bardziej świadomi zagrożeń (chyba, że idziemy na skróty, formułujemy sobie własną tezę i „bronimy Okopów”): to, czego najbardziej oczekujemy od struktury państwa i struktur międzynarodowej wspólnoty – to zapewnienie poczucia osobistego bezpieczeństwa, a równocześnie, powodowani naturalną wrażliwością i świadomi uniwersalnych ludzkich praw protestujemy przeciwko globalnej inwigilacji, bezprawnemu więzieniu potencjalnych strategów i sprawców potencjalnych hekatomb, brutalnym metodom prewencji – choć o alternatywnych tak, żeby były skuteczne (uwaga: walka prowadzona jest z widmem), nie słyszałem Ale też jakieś strzępy tej prewencji – ograniczenie naszych obywatelskich swobód i prawa do prywatności – już, o zgrozo, powszechnie akceptujemy. Choćby to: możliwość wglądu w naszą elektroniczna korespondencję, różne „bramki” w miejscach publicznych, opróżnianie kieszeni, grzebanie w naszym bagażu, śledzące nas nieustannie radary…

Przejdźmy jednak jeszcze na chwilę do Ameryki, z którą najbardziej kojarzona jest ta okropna, defensywna walka z widmem i która – w konsekwencji – coraz częściej obarczana jest winą za całe zło, jakie z tej walki wynika. A nawet dalej: za wywołanie z niebytu tego widma, z którym walczy. Niech więc sczeźnie, przepadnie – wołają radykalni krytycy: może świat wówczas będzie lepszy? Załóżmy więc hipotetycznie wielki kataklizm, w którym kontynent amerykański, od Alaski po Meksyk, pogrąża się w odmętach oceanów. Nie ma Ameryki! I co wówczas? Natura próżni nie lubi, kto więc wejdzie w rolę policjanta – profesja nigdzie na świecie nie lubiana – który zapewni naszemu rozedrganemu światu chwiejną choćby równowagę; narodom Europy – poczucie bezpieczeństwa, możliwość beztroskiego kreowania programów socjalnych i budowania na kredyt dobrobytu; narodom Azji – powstrzymanie totalnej ekspansji totalitarnych reżimów, a niektórym – nawet wybicie się na nowoczesność; krajom Lewantu, gdzie wojny wpisane są w normalność – choćby chwilowe łagodzenie konfliktów; Żydom – ich Ziemię Obiecaną po straszonym czasie Holocaustu? Kto będzie trzymał w szachu imperialną potęgę panującą nad jedną czwartą połaci ziemskiego globu, kto wymusi stałą redukcje arsenałów jądrowych i powstrzyma użycie być może jeszcze groźniejszych w skutkach zasobów chemicznych, kto – mimo kryzysu i gospodarczego i politycznego – będzie wciąż inspirował świat innowacyjnością, kto jako pierwszy będzie spieszył z pomocą humanitarną tam, gdzie śmierć głodowa grozi milionom istnień ludzkich? No kto?

Szczęśliwie jest jeszcze trochę czasu na udzielenie odpowiedzi na to trudne pytanie, albowiem wieszczyciele jej upadku będą musieli jeszcze jakiś czas na to poczekać. W jednym jednak mają rację: owa coraz powszechniej krytykowana Ameryka nie jest aniołem pokoju. Tyle tylko, że żandarmom nie przypisuje się cech anielskich. Pytanie jest inne: czy skutecznie chronią środowisko – a w tym przypadku świat – przed totalnym chaosem, globalną destrukcją, upadkiem wszelkiej cywilizacji, marszem wstecz – nie wiadomo jak daleko, byle nie do epoki kamienia łupanego.

A terroryzm? W jakichś swoich przejawach istnieje od zawsze, terrorystą nazwano w starożytności Brutusa i innych zabójców Cezara, bo terro- terrare (to pierwsza koniugacja, tyle z łaciny pamiętam) – to budzić lęk, siać postrach. Siali postrach w proteście przeciwko tyranii. A żądni krwi jakobini posługujący się gilotyną i szafotem w obronie demokracji pod hasłem „wolność, równość, braterstwo” zapoczątkowując „nową generację” terroru, który – coraz okrutniej – towarzyszyć będzie odtąd każdej rewolucji? Tysiące niewinnych ofiar ginie zawsze po to, aby siać postrach, ale szaleni stratedzy tych masowych zbrodni zawsze wskazują na ich szlachetny cel ostateczny: równość, ludowładztwo, wyrównywanie dziejowych krzywd, odwrócenie „porządku rzeczy”. To przecież tak nieodległa przeszłość: krwawy terror epoki Stalina, ludobójstwo Pol Pota. Czyż nie taki kontekst ma wyzwanie rzucone współczesnemu światu przez skrajnie radykalny odłam islamu pragnący zawładnąć światem? Właśnie – światem, bowiem ta „edycja” terroryzmu ma po raz pierwszy w historii zasięg globalny: strategom zbrodni jest wszystko jedno, czy jest to pokład Boeinga 747 nad Lockerb, czy synagogi w Buenos Aires czy w Stambule, czy wielkie targowiska w Sri Lance, Izraelu, Wladykaukazie, czy stacje metra w Paryżu, Londynie, Moskwie bądź dworce kolejowe w Madrycie, Bombaju, Luandzie, czy plaża na indonezyjskiej wyspie Bali, czy bomby w autobusach w Tel Awiwie, czy wybuchy samochodów – pułapek w centrach miast bądź przed ambasadami w Tanzanii, Kenii, Iranie, czy to jest Teatr na Dubrowce czy szkoła w Biesłanie, nowojorskie WTC, czy wielkie centrum handlowe w Nairobi. Im większa hekatomba przypadkowych ofiar, im bardziej krwawe sceny, im więcej w nich dzieci, im szerzej pokazują to światowe media – tym większy paraliż, lęk przed niewiadomym (a i tak, szczęśliwie, ludzka wyobraźnia jest ograniczona), tym więcej antyterrorystycznych ustaw i przyzwolenia na ingerencję w moją prywatność – zgodnego, a choćby i niezgodnego z prawem. Tysiące, dziesiątki tysięcy ofiar, a nikt nam nie powie, jak dramatycznie liczba ta mogłaby być zmultyplikowana, ilu katastrof i nieszczęść dało się jednak uniknąć.

To pełzające zło, jedno z podstawowych wyzwań rzuconych naszej współczesności, nie wzięło się znikąd. Ma swoje podglebie. Jest nim – mówią o tym najmędrsi tego świata – pogłębiająca się przepaść między nędzą a bogactwem. Nieprzeliczone masy ludzkie, żyjące za dolara dziennie bądź przymierające głodem, wiedzą już dzisiaj, że gdzieś tam, na dalekiej północy, ludzie nurzają się w obfitości. Nie wiedzą co prawda, że ci na północy sami z sobą nie mogą się uporać, że to wszystko jest na kredyt tak już wielki, że nie do spłacenia, że wytracili cnoty, które im tę obfitość przyniosły – pracowitość, cierpliwość, umiarkowanie, że zamienili je na bożka zysku i konsumpcji, który przyćmiewa wzrok i odciąga od myśli „co dalej”. Świadomość obfitości „gdzieś tam” przy nędzy „tutaj” budzi narastającą frustrację. Frustracja skłania do radykalizmu: zdobyć eldorado, sięgnąć po obfitość. Sięgają po ten radykalizm szaleńcy, którym się marzy zapanowanie nad światem, zburzenie starego, zmurszałego porządku. Esencją tego eldorado jest Ameryka, gdzie obfitość sięga szczytów, a więc sparaliżować, obezwładnić strachem przede wszystkim Amerykę. Ofiary nie mają znaczenia. Żeby zachęcić do walki, trzeba jeszcze stworzyć ideologię, trzeba sięgnąć po coś, co jest wspólne i święte dla obszaru nędzy – a więc Allach, bo nędzarze – to w swojej masie wyznawcy Allacha. Trzeba wyrwać z koranicznego kontekstu dżihad i wypisać na sztandarach: „za mord czeka cię raj”.

Półki się dzisiaj uginają od dzieł opisujących szaleńcze utopie, zbrodnicze ideologie, morze krwi i ludzkich cierpień, jakie mają na sumieniu. Szczęśliwie, wszystkie kończyły w podobny sposób, na śmietniku historii. Atoli jakieś siły musiały się im przeciwstawić. Nie bez ofiar. Dobrym zrządzeniem losu wciąż istnieje Ameryka. Co prawda w głębokim kryzysie wartości i w kryzysie politycznym (bo i tam odżywają demony skrajnej prawicy) i nie bez grzechu, (bo wobec dramatycznych wyzwań podejmuje dramatyczne decyzje i czasem się myli). Jest to jednak wciąż ta Ameryka, wciąż – mimo licznych przeciwności – potęga gospodarcza i militarna nie mająca sobie równej, która nie uchyla się od przyjmowania globalnej odpowiedzialności. Ofiary ponosi ogromne. Nie tylko te, które przekładają się na rosnący deficyt budżetowy i za które płacą amerykańscy podatnicy i sprawujący władzę. Myślę, że co najmniej równie dotkliwa, a bardziej szkodliwa dla całego cywilizowanego świata, jest skaza na jej wizerunku, jej poddawana w wątpliwość wiarygodność. Myślę, że zły sygnał wysyłają w eter wrażliwe pięknoduchy, szlachetni pacyfiści i wszyscy ci – coraz liczniejsi wobec złożoności świata, w którym żyjemy i w tej złożoności zagubieni – którzy „wiedzą swoje”. Nic tylko na to poradzić nie mogą, że – w dalszym ciągu – kiedy Ameryka kichnie, to cały świat ma katar. I niechby to zagrożenie katarem trwało jak najdłużej…

A jeszcze z tyłu głowy mi siedzi, ile z tych domorosłych „globalnych” rozważań można by żywcem przenieść na rodzime podwórko: przyjmuję wyzwania, podejmuję niewiarygodnie trudne decyzje, czasem się mylę – i tracę wiarygodność, wdeptany jestem w ziemię. Ci co wdeptują – po prostu „wiedzą – i już”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s