o spotkaniach, historii i o czym może rozmawiać warto

Miłe poświąteczne spotkania ze starymi przyjaciółmi: w przeważającej większości „starymi” ze stażu zaprzyjaźnienia, bo „z metryki” – ździebko, lub bardziej niż ździebko, młodszymi od mego syna. Obu stronom to nie przeszkadza, bo dwie dekady temu lub nieco tylko później wspólnie przeżywaliśmy podobne emocje organizując pierwsze struktury społeczeństwa obywatelskiego i aktywnie wpisując się w nową, przeze mnie wymarzoną – dla nich już oczywistą, rzeczywistość. Wciąż nieskromnie mi się wydaje, że wrzucałem wówczas jakiś maleńki kamuszek w kształtowanie ich „oglądu świata”, w ostateczne dorastanie do odpowiedzialnej dorosłości, ale też nie wykluczam, że to czysto subiektywne dowartościowywanie własnej przeszłości. Dzisiaj patrzę na te spore grono wspaniałych młodych ludzi z różnych środowisk z podziwem i – nie ukrywam – z zazdrością. Z podziwem i szacunkiem – bo nie zmarnowali szansy i nie wytracili pasji, bo każde z nich na swój sposób realizuje jakąś wizję przyszłości, z której ma się wyłonić lepszy, „poprawiony” świat: mądrze zabiegają o środowisko, wskazują, że „ten drugi” – to nie zagrażający „obcy”, a ubogacający swoja innością „inny”, obnażają wsteczność ksenofobii, przywracają społeczeństwu wykluczonych, popularyzują wielką sztukę mediacji i dialogu, monitorują pożytkowanie europejskich funduszy, pokazują, że meandrowanie starą krypą między piaszczystymi wydmami Wisły jest znakomitą alternatywą dla moczenia nóg w hotelowym (all inclusive) basenie w zagranicznym kurorcie, dla porzuconych „braci mniejszych” mają nie tylko dobre słowo, skutecznie lobbują za tymi wszystkim wartościami na najwyższych szczeblach, wszędzie gdzie mogą obalają w swoich działaniach złe, krzywdzące stereotypy. Z zazdrością – bo możliwości działania, które stało się ich codziennością, a jakie dała im nowa polska rzeczywistość, nie mieściły się ani w wyobraźni, ani w marzeniach mojego pokolenia. A często łączą się też te działania z poznawaniem świata, nieustannym poszerzaniem horyzontów, wyprawami od andyjskich faweli począwszy przez birmańskie wsie, górzysty Kaukaz, pustynną Arabię do najdalszych krańców starej, poczciwej Europy.

Więc siedzimy sobie i gwarzymy dobre gruzińskie wino sącząc: ja w fotelu, żeby było wygodnie, niektórym moim gościom bardziej pasuje dywan i pozycja „kwiatu lotosu”. Rozmowa lekka, dowcipna, są co bardziej zabawne wspominki, ale niemal każdy – co naturalne – wrzuca coś z własnej codzienności, czytaj: coś z własnych działań, z realizacji własnych pasji. I tak powstaje obraz polskiej rzeczywistości, której nie uświadczysz na ekranie telewizora (ten mebel został przez większość z nich dość dawno wrzucony do lamusa): fascynującej, różnorodnej i optymistycznej, bo pokazującej Polskę ignorującą plemienne zacietrzewienie, polityczne haki, emocje, którymi żyją pałacowe kuluary. „Telewizyjnej” rzeczywistości nawet się tu nie krytykuje: jej się nie przyjmuje do wiadomości, po prostu ignoruje… i robi się swoje. Gdyby nie te spotkania i nie te kontakty (nie wiem, czemu zawdzięczam, że one – w mojej „grupie wieku” – nie uległy przedawnieniu, że one wciąż są), zbrakłoby mi czegoś niezwykle ważnego w postrzeganiu polskiej współczesności – projekcji w przyszłość; słucham więc z uwagą, nie bez olbrzymiej satysfakcji i rzadko się wtrącam. A jednak się zdarza. To wtedy, kiedy mi się zapala jakaś czerwona dioda, kiedy mi coś zgrzytnie nie pasując do – na ogół – wspólnej, fundamentalnej hierarchii wartości.

Dla przykładu: kiedy mowa o historii, pada, ot tak, trochę na marginesie, uwaga, że w istocie jest ona domeną politycznej prawicy, a w Polsce została wręcz przez nią zawłaszczona, a jej ograniczona wiarygodność stąd się bierze, że uzależniona jest od tego, z jakich światopoglądowych pozycji jest pisana. Wynikałoby z tego: do historii z dystansem, albo wręcz głowy sobie nią nie zawracać. Więc zapytuję, co światopogląd ma wspólnego z tą moją fundamentalną tożsamością, bez której egzystował bym jakby w nieustannej lewitacji nie mając gdzie osiąść, pozbawiony tej mojej „inności”, którą na dobre i złe akceptuję, a to przecież podarowała mi historia: wspólne doświadczenie wspólnoty, która z biegiem stuleci kształtowała wspólne wartości, ustalała własne, odrębne kody. Stąd się chyba bierze to poczucie, że tu mi swojsko, choćby i bardziej siermiężnie niż gdziekolwiek indziej. To prawda, oczywistością oczywistą – jak mawiał klasyk – staje się to wtedy, kiedy mi tę swojskość odbierają, kiedy zaistnieje coś takiego, że skrzykują się swojaki i – być może wbrew myśli chłodnej i racjonalnej – porywają się choćby z motyką na słońce, żeby tej swojskości bronić; wyciągają z szafy ptaka, na płótnie malują dwa kolory, i biegną – jakże często bywało – jak ćmy w ogień. A ja, kiedy już teraz znów pełnymi dłońmi z tej swojskości czerpię, bo wreszcie udało im się dobiec – a jest też ona i coraz mniej siermiężna – biegnę pod „Gloria victis” (gdzież tu myśl chłodna i racjonalna?) i zapalam świecę, a wdzięczności we mnie od łysiny po pięty. A wszystko przez tę historię: może i lżej byłoby bez niej, tyle tylko, że byłoby tak jakoś okrutnie pusto. Więc mi ona bliska, bez dystansu. Wiem, że też i innym swojakom, od prawicy i lewicy kompletnie abstrahując. I tak spełnia historia swoją kolejną rolę: cementuje wspólnotę. Zapomnieć o historii – to unicestwiać wspólnotę. Można i tak: jest postmodernizm, postkomunizm, przebąkuje się o postdemokracji i postparlamentaryźmie, być może – przyjdzie czas na posthistorię. Ale biologia jest łaskawa: mnie już to, szczęśliwie, dotyczyć nie będzie.

Tak, czasem się tę historię lukruje skutecznie do niej zniechęcając, bo staje się mdła, albo wręcz przestaje być historią, a staje się nudnawą opowiastką dla amatorów lektury z patosem i happy endem. Do dokonania takich manipulacji wystarczy gumka „z myszką” i wywabiacz ciemnych plam. Jednak nie czyni tego ani prawica, ani lewica, jeśli cokolwiek z tych tradycyjnych pojęć jeszcze przetrwało. Obie mi równie bliskie, bo do prawidłowego funkcjonowania wspólnoty niezbędne: zarówno republikańskie wartości prawicy (szacunek dla tradycji, myśl o rodzinie) jak lewicowa wrażliwość na los człowieka. Obie z równą atencją pochylają się nad historią. A po gumkę „z myszką” sięgają albo co podlejsi działacze partyjni dla doraźnych korzyści politycznych, albo ci ze skrajów politycznej panoramy: i ci z prawa, którym marzy się anachroniczny świat z wizji przedwojennych działaczy ONR-u i „Polski dla Polaków, i ci z lewa, którzy w zamyśle mają wywrócić świat „na nice” i zorganizować go jakby od początku, ignorując wszelkie dotychczasowe hierarchie wartości.

Kto by jednak chciał uchwycić tę snującą się nić wspólnych losów zwanych historią po to choćby, żeby docenić swój życiowy fart – to, w jak przyjaznym świecie przypadło nam żyć tu i teraz, po wyciągnięciu wniosków z horroru, jakim dla tej części Europy był cały niemal wiek 20-ty, a również i ku przestrodze, iż historyczna amnezja wcale nie wyklucza powtórki z historii w nieco tylko innej wersji – ma taką szansę na wyciągnięcie dłoni. Jakże zachęcam do skorzystania z tej szansy! To kwestia (od czasu do czasu) wyrwania z codziennej gonitwy godziny, dwóch dla odwiedzenia kilku ciekawych miejsc w Warszawie: jeśli potrafisz zostawić tę codzienną gonitwę na zewnątrz, przed drzwiami, przez które za chwilę wejdziesz, zapewniam, że nie wyjdziesz stamtąd bez głębszych refleksji. Te miejsca – to Muzeum Warszawskiego Powstania, to Muzeum Historii Żydów Polskich, to Dom Spotkań z Historią. Jest ich więcej, wymieniam dla przykładu te, do których mi najbardziej po drodze. DSH ma tradycję najdłuższą, bo wywodzi się z „Karty”, znakomitego wydawnictwa, które już w solidarnościowym podziemiu podjęło na swoich łamach dokumentację polskich losów na kresach Rzeczypospolitej, w szczególności może kresach wschodnich, stopniowo rozszerzając zakres tematyki na całą Europę Środkową i obszary byłego ZSRR. W tak zakrojonej tematyce nie mogło zabraknąć wnikliwej analizy dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Przedłużeniem literackiego dzieła „Karty” jest jego wizualizacja, a to właśnie wziął na siebie Dom Spotkań z Historią. Wystawy, filmy, instalacje, a także odczyty i debaty – to kopalnia wiedzy o tak przecież niedalekiej i tak dramatycznej przeszłości Polaków (i nie tylko), dla mnie również wspomnień, szczególnie tam, gdzie dotyczy to losów przedwojennej, wojennej i powojennej Warszawy; jest tego wiele i są wciąż nowe odkrycia zdawałoby się już zamkniętych kart. Było to już dość dawno, atoli wciąż w pamięci pozostaje wystawa (choć były to tylko fotografie) „Oblicza totalitaryzmu”: obiegła cały świat, bo nie tylko Europę, zyskując najznakomitsze recenzje – w Polsce była niemal nie zauważona.

I tak – w moim bardzo osobistym i subiektywnym odczuciu – mają się rzeczy z historią. I chciałoby się o tym mówić: starym ludziom na ogół chce się mówić – większość twierdzi, że plotą, przynudzają i nic z tego nie wynika. Może mają rację. Ani organoleptycznie ani statystycznie nie da się tego sprawdzić. Ale może jednak choć troszkę się mylą? Może jednak warto czasem, przy lampce wina czy choćby „browarku z gwinta” – szczególnie, gdy ludzie nadmiernie marudzą na temat otaczającej ich rzeczywistości – wspomnieć o tym, że przez 70 lat nie było w Europie (w tym w Polsce!) wojny: fakt niezwykły na miarę historii minionego tysiąclecia. Wojny, to znaczy nie tylko strzałów, bomb czy rakiet, które pozbawiają życia; również bezmiaru ludzkich tragedii – rozłąk, ucieczek, wygnań, przesiedleń, pożarów, gwałtów (a to wszystko jest do przypomnienia, obejrzenia, jakby wręcz dotknięcia w DSH na Karowej). Może warto porozmawiać również o tym, że jest jakaś immanentna sprzeczność między wymarzonym postępem, rosnącymi słupkami PKB, wymarzonym wzrastającym dobrobytem i całym tym rozmachem cywilizacji (dodajmy: konsumpcyjnej), a narastającą w skali globalnej niesprawiedliwością społeczną i samobójczym niszczeniem środowiska: i co z tego może wyniknąć. A może też o egoidalnym człowieku, którego coraz więcej w naszej strefie cywilizacyjnej, wytracającym społeczne więzi, realizującym własne ambicje przede wszystkim przez nieustanne dążenie do podwyższania statusu materialnego. A może w końcu i o tym, na którym miejscu w hierarchii wartości plasuje się dzisiaj dobro wspólne i co ono tak naprawdę znaczy.

Stop gadulstwu. Chciałem wspomnieć jeszcze o „krzyżu z Krakowskiego”, który znalazł się w tle jednego z barwnych opowiadań śmiech wywołujących, ale byłoby to na jeden blogowy wpis za wiele, ponadto tematu bym chyba nie uniósł, bo byłoby trzeba zacząć od istoty tego najświętszego symbolu darzonego najgłębszym szacunkiem nie tylko przez Chrystusowych wyznawców, a skończyć na traumatycznej analizie tego, co się z tym symbolem stało na warszawskim Krakowskim Przedmieściu. Tak więc przerywam… do momentu, kiedy znów mi się adrenalina niebezpiecznie podniesie, bądź w duszy cosik mocniej zagra…

kalendarium 2013

Im człowiek starszy, tym czas umyka szybciej, niemal niepostrzeżenie: tak, jakbym przedwczoraj likwidował ubiegłoroczną choinkę, a już trzeba było pomyśleć o nowych światełkach na kolejną, bo ze starymi – jak sobie przypominam – był w ubiegłym roku kłopot. No i tak jakoś „płasko”. Jakby ktoś rzucił pytanie, coś w minionym roku przeżył, chyba bym się zaciukał, bo nic na myśl nie przychodzi, co bym jednym tchem z siebie wyrzucił: żadnej dłuższej wyprawy tak, żeby byli nowi ludzie, inni i swoją innością ubogacający, żadnego dłuższego rajdu, rejsu, spływu co by nieco adrenalinę podniósł i ślad w pamięci pozostawił. Ale czy rzeczywiście tak nic a nic? Oczywiście, rodzina: jak na drożdżach rosną wnuki – to wielka radość. Świętowaliśmy narodziny Marcinka. To jednak inna kategoria, to najwyższe piętro. A codzienność?

Rzucam okiem w kalendarz. Coraz częściej zapiski przypominające o wizytach lekarskich u specjalistów, szczęśliwie na razie tylko rutynowe, kontrolne, choć niestety niezbędne. Wzrok (po „awarii” oka) coraz mnie sokoli, to co się z gardzieli wydobywa coraz bardziej skrzekliwe i głosem trudno się przebić, a wciąż chciałoby się coś powiedzieć, szczególnie jak na towarzyskich spotkaniach ludzie marudzą i głównie mają za złe. Zadyszka coraz częściej dopada i bez inhalacji ani rusz – o innych drobnych dyskomfortach nie mówiąc. Ale jest też odnotowany jakiś dobry spektakl, kilka świetnych filmów, sporo koncertów, trafne myśli z lektur. No i jednak kilka wydarzeń, które choćby na chwilę dawały taki błysk, który zachłystywał urokliwością świata i ładował akumulatory, bądź też przydawał coś istotnego do rozumienia „zakręconej” (skądinąd fascynującej) rzeczywistości, w której – chcemy czy nie chcemy – jesteśmy zanurzeni od pięt po łysinę.

Więc choć kilka tych błysków niechby było ocalonych od zapomnienia, bo z pamięcią kłopot chyba największy – jakoś się dramatycznie skróciła. I tak:

W STYCZNIU – rajd koński do Podkowy w mróz siarczysty, było świetnie, akumulatory podładowane; a tydzień później „Syberiada” z „Ja Wisła” i z Przemkiem Paskiem, dziesięciokilometrowy spacer brzegiem Wisły przez śnieg kopny, z Dziekanowa Polskiego do Czosnowa, widoki dech zapierające, po drodze ognisko, dla pokrzepienia upieczone kiełby i „coś z gwinta”, żeby nadwątlonej mrozem energii do osiągnięcia celu starczyło. A w międzyczasie świetny koncert mozartowski w pruszkowskim Muzeum Starego Hutnictwa Mazowieckiego w wykonaniu kameralistów „Vratislava”.
W LUTYM niewiele: ognisko „porajdowe” w Malichach – jak zawsze atmosfera niepowtarzalna i mimo mrozu gitara nie ustawała i „Somosierra” o północy wybrzmiała gromko. I jeszcze spotkanie w Fundacji Schumana w Ujazdowskich: „Dokąd zmierzasz, Europo?”
W MARCU wydarzenie, które dzisiaj przywołuję z pamięci z uczuciem szczególnym. „Pruszkowska Książnica” powierzyła mi poprowadzenie spotkania z gościem niezwykłym – Tadeuszem Mazowieckim. Kanwą spotkania była książka Pierwszego („naszego”) Premiera, „Rok 1989 i lata następne”, o tamtym czasie, tamtych ludziach i tamtych problemach, a niezwykłość jej polega na tym, że więcej w niej dokumentów, listów, przemówień, notatek z historycznych spotkań do bólu rzetelnie przypominających bieg wydarzeń i stawiających do kąta ideologicznych wymyślaczy najnowszej historii niż zwięzłych, konkretnych odautorskich komentarzy i refleksji. Dla mnie było to autentyczne przeżycie, tym większe, że we wpisanej mi prze Gościa dedykacji zawarta jest recenzja przeprowadzenia tego spotkania, którą – myślę – z przyjemnością, wspominając dziadka, czytać będą moje wnuki. A Mazowiecki, jak wiadomo, w słowach był oszczędny i na wiatr ich nie rzucał. No i w ogóle ten marzec był wybitnie „pruszkowski” – kulturalnie działo się jak w jakiej metropolii: w przeuroczej sali koncertowej Muzeum Starożytnego Hutnictwa – „Golgota Jasnogórska” Ernesta Brylla w znakomitym wykonaniu warszawskich aktorów, tuż po tym – „Koncert wiosenny” śląskich kameralistów, a w „Pałacyku Sokoła” – kolejny „Salonik z kulturą” Tolka Murackiego (jeździ po całej Polsce) oparty na najlepszych kabaretowych tradycjach – dobra piosenka z gitarą, ciekawa poezja, trochę satyry, dwie godziny takiej „ciepłej nierzeczywistości” w którą można uciec przed jakże często kostropatą rzeczywistością.

W KWIETNIU to już się naprawdę działo. Ostatnia „Syberiada” z „Ja Wisła” – tym razem prawym brzegiem Wisły od Mostu Grota po Siekierki przez stary Port Praski po „Grubą Kaśkę” i „Chudego Wojtka”: jakaż inna ta kochana Warszawa z tej perspektywy, jaka jeszcze miejscami dzika, jakby chowająca fragmenty „przedwojnia” przed napierającą cywilizacją, a jaka piękna w spojrzeniu na skarpę, na której „wisi” Stare Miasto. W „demosEUROPA” na Foksal („u dziennikarzy”) kolejna ciekawa debata „Polska w UE”: nie do przecenienia korzyści, dalece nie tylko te materialne, o których się mówi, ale też zagrożenia, a ich skala zależna od wariantów rozwoju europejskich realiów. No i 70. rocznica powstania w warszawskim getcie. Siedemdziesiąte rocznice traumatycznych „wydarzeń zbiorowych” mają znaczenie wyjątkowe, bo to te ostatnie „okrągłe”, w których mają szanse uczestniczyć ci, którzy przetrwali; tak było z „Wołyniem”, tak będzie wkrótce z Powstaniem Warszawskim (już dzisiaj z drżeniem myślę, czy dwa plemiona Polaków będą w stanie godnie, ponad podziałami, uczcić Gloria Victis nie niwecząc pamięci szarpaniną polityczną). Nasi starsi bracia, Żydzi, stanęli na wysokości zadania: były to wielkie obchody, z udziałem żydowskiej diaspory z całego świata, z prawdziwą godnością przypominające o największej hańbie 20. wieku, jakim był Holocaust. To z tej okazji otwarte zostało dla publiczności miejsce w Warszawie niezwykłe – Muzeum Historii Żydów Polskich. Stała wystawa gotowa będzie dopiero w przyszłym roku, co nie przeszkadza, że Muzeum od pierwszej chwili, od 19 kwietnia (dzień, kiedy w gettcie ŻOB oddał pierwsze strzały), od znakomitego koncertu „Tribute to Marek Edelman”, stało się szczególnym miejscem spotkań i refleksji. Szósta edycja żydowskiego festiwalu filmowego, „Jewish Motifs”, organizowanego tradycyjnie w kwietniu (spiritus movens tego – można powiedzieć – światowego wydarzenia – to od lat Mirosław Chojecki: kto jeszcze pamięta jego dziecko, podziemne wydawnictwo „Nova” z okresu stanu wojennego i jego zasługi w animowaniu całego podziemnego ruchu wydawniczego?), również tam miała swój początek zainaugurowana świetnym koncertem w wykonaniu zorganizowanego na tę okoliczność międzynarodowego zespołu muzyków „Festiwal Orchestra”. Nakładały się na siebie każdego niemal dnia, do końca kwietnia, dziesiątki wydarzeń (okoliczne wystawy i instalacje, seminaria, spacery odtwarzające w pamięci starych i w wyobraźni młodych warszawskie realia tamtych lat – choćby ta „kładka” łącząca „duże” i „małe” getto przy Chmielnej 25, widzieliśmy ją odtwarzaną w wielu filmach); a obchody zamykała debata prowadzona przez znaną katolicką publicystkę i teolożkę, Halinę Bortnowską – wielkie audytorium nie mieściło chętnych w jej udziale – „Być świadkiem Zagłady”, w jej tle historyczny esej Jana Błońskiego, jednego z najwybitniejszych krytyków literackich minionego wieku, „Biedni Polacy patrzą na getto” („Tygodnik Powszechny” 1987, początek bolesnej, trwającej do dziś, narodowej debaty na temat polskiego antysemityzmu). No i jeszcze w kwietniu – „sprzątanie świata”: gdyby na całym świecie działo się tak jak w „moich” Malichach – świat w końcu kwietnia byłby przezroczyście czysty.
W MAJU, jak wiadomo, natura budzi się do życia i gdzieś człowieka gna – więc pojechałem do wsi Starniczki pod numer 1 (innych zabudowań w tej wsi nie ma) odwiedzić Janeczkę, najdzielniejszą kobietę, jaką dane mi było w życiu poznać, wdowę po moim przyjacielu życia, Januszu. Janusz, kiedy zbuntował się w latach siedemdziesiątych na otaczający go lichy świat, i po rozległym zawale (to długa historia) postanowił zerwać wszelkie więzy łączące go z cywilizacją, znalazł sobie nowe „miejsce na ziemi”, na odludziu w zachodniopomorskim, w rozwalonym, poniemieckim młynie i postanowił kreować rzeczywistość po swojemu. Wykreował własną tytaniczną pracą (własnym pomysłem) wielką, wzorcową hodowlę pstrąga. Żył szybko, z pasją, kochał ryzyko, jak polował na szczupaka – to po to, żeby zwyciężyć przeciwnika, po sukcesie – wpuszczał do rzeki, na ambonie polował głównie lornetką, ale jak strzelił – to celnie. Bezlitośnie szydził z próżności i sztampy, nie przeszedł mimo koło żadnej biedy, potrzeby, wykluczenia. Odszedł nagle. Janeczka, żona już „stąd”, okazała się godną jego spadkobierczynią: wciąż jeszcze młoda, atrakcyjna, nie sprzedała gospodarstwa, nie wybudowała rezydencji za wysokim ogrodzeniem, nawet nie wyszła za mąż – kontynuuje januszowe dzieło. Z nie mniejszą pasją. W dalszym ciągu kreuje, modernizuje. Mieszka w niewielkim, przytulnym domku na zapleczu basenów. Szczupła, drobna, rzekłbyś – krucha, wulkan energii, pomysłów. Ma tylko jeden problem: po co to wszystko? I jedną odpowiedź: nie sposób inaczej. Pisze czasami: wpadnij. Wpadam, utwierdzam w tej odpowiedzi (choć dawno już zasłużyła na godny odpoczynek), sam ładuję akumulatory i podziwiam, że tak można. Ta przyjaźń – to nieoceniona pamiątka po Januszu. Wielka, maleńka Janeczka. Wybieramy się do Gruzji. W Warszawie – niecodzienny koncert w klubie „Sztuki i sztuczki” na Szpitalnej, „Gruzińskie wielogłosy”; pilotażowy – przed szóstą już edycją coraz rozleglej panoszącego się (już po całej Europie, od Ukrainy po Portugalię) festiwalu „Transkaukazja”, a wszystko to pomysł „mojej” fundacji – „Inna Przestrzeń”. Później – z wizytą w nostalgiczno – muzycznym programie mego przyjaciela, Staszka Śnieżki (to również długa opowieść, choć inna od „januszowej”: Staszek był alkoholikiem „w stopniu zaawansowanym”, na skraju przepaści, nic co z ludzkiej nędzy i upadku nie jest mu obce – dzisiaj „emerytowany stróż nocny” w jednej z praskich szkół, dla fantazji prowadzi zespół muzyczny, gra „utwory” wyłącznie własne z własnymi tekstami, którymi opowiada swoje życie (dwa wydania, kilka płyt), śpiewa z gitarą, a raczej charcze głosem Himilsbacha, ma swoją wierną publiczność w praskim Centrum Promocji Kultury na Podskarbińskiej, ostatnio również w kilku innych miastach, statystuje w filmach – świetny w rolach typa spod najciemniejszej gwiazdy: w sumie – wspaniały człowiek o wrażliwości anioła). No i – jak zwykle w maju – już 20. (!) Polskie Spotkania Europejskie na Krakowskim Przedmieściu – doroczna barwna Parada Schumana: polscy europosłowie do dyspozycji przechodniów – oblegani nie wszyscy, najbardziej Komisarz Lewandowski. A na początku i z końcem miesiąca – dwie ciekawe debaty: paneliści powołani przez Fundację im. prof. Geremka debatowali w Nowym BUW-ie (z licznym udziałem publiczności) na temat „Nacjonalizmy w nowoczesnej historii politycznej – co znaczą dzisiaj”, a Fundacja Batorego na Sapieżyńskiej uznała za ważny temat „Chiny – i co dalej?”, publiczności nieco mniej, ale dyskusja arcyciekawa. Cotygodniowe końskie harce w Popówku i nadarzyńskich lasach mają swój wiosenny finał – dwudniowy rajd do zaprzyjaźnionej stajni „Chrapki” (Adamów – Parkiet) przed „ewakuacją” koni do letniej bazy w Łynie – to zawsze ogromna radocha. I jeszcze wyjazd do Pionek, podradomskiej miejscowości w Puszczy Kozienieckiej, gdzie spędzałem lata okupacji i obfitujące w osobiste wydarzenia pierwsze lata powojnia: spotkanie w hufcu ZHP z tymi, co pozostali z pierwszej, zorganizowanej tam w 45-tym drużyny harcerskiej – a było to coś więcej niż harcerstwo. Aj, działo się wówczas, działo – i kształtowało. I tak już pozostało. A w Pruszkowie – kolejny „Salonik z kulturą” Tolka Murackiego, jak zawsze – pozostawiający wrażenia.

W LECIE wydarzeń było mniej, bo albo jest przygoda, albo nieco pusto. Przygody w tym roku zabrakło, co nie znaczy, że było miejsce na nudę. Jako mieszczuch „z urodzenia”, dopiero od kilku lat mam okazję z fascynacją obserwować we własnym (ściślej – jakby własnym) ogrodzie, tak na co dzień, ranek po ranku – dzień po dniu, jak funkcjonuje natura, jak to wszystko nagle, gwałtownie budzi się wiosną, jakie to nieprawdopodobne bogactwo gatunków, barw, odgłosów – nasz „prywatny” trelujący słowik i wprost hałaśliwe kumkanie żab należą do wyjątkowych. I ile w tym piękna. A żeby je w najbliższym choćby otoczeniu – nie psując – bardziej jeszcze wyeksponować – tu trzeba podkosić, tam przyciąć, tu podeprzeć – pracy huk i długiego dnia nie starcza. Trochę powalczyłem o „przestrzeń publiczną” w najbliższym otoczeniu, wzdłuż Utraty aż po tworkowski park, którą niektórzy sąsiedzi – chytruski chcieli sobie zawłaszczyć. No i jednak nie było tak, żeby się nic nie działo.

W CZERWCU, w pierwszych dniach miesiąca, kolejne porajdowe ognisko w Malichach: jak zwykle, przyjazny gwar, tradycyjny „kociołek”, gitara, o północy Somosierra. A pod koniec – na Krakowskim wielki festyn „Transkaukazji” – występy Gruzinów, Azerów, Ormian, kiermasze, kuchnie etniczne (pyszne wino), najrozmaitsze warsztaty, a wieczorem, na otwartej scenie, wspólny koncert; to każdorazowo niezapomniane przeżycie. Tym razem Festiwal – projekt artystyczny inspirowany kulturą Kaukazu (to już szósta edycja) – rozpoczął się w Kijowie, zakończył we wrześniu, w Wiedniu, po drodze Sztokholm, Londyn, Berlin, Lizbona.
W LIPCU smutek wielki: odszedł Wojtek B. – wypadek, ale przyczyną było serce. Był ode mnie o ponad 10 lat młodszy. Trwałe, męskie, dobre zaprzyjaźnienie, jeszcze z okresu Jugosławii – końcówka lat 70-tych. Nasze dzieci też od tamtych czasów (dla nich – od „podstawówki”) są w przyjaźni. Rozumieliśmy się, potrzebowaliśmy się nawzajem. Mieszkał na drugim krańcu Polski – nie zapomnę długich rozmów telefonicznych, co dla nas obu było zjawiskiem nietypowym. Pogrzeb w Krakowie, na Cmentarzu Rakowickim. Będzie mi go szczerze brak. Wkrótce po tym drugi pogrzeb – Krzysia Cz. Krzyś był starszy – niósł ze sobą kawał historii: „kresowiak”, z ziemiańskiej rodziny gdzieś pod Równem, później miłośnik Tatr. Trudno zapomnieć niektóre z jego opowieści – jak siadywał u Witkacego na kolanach, jak spływał „w dwa kajaki” po bagnistych, wręcz niedostępnych rzekach Polesia i jak napotykał odciętych od świata „miejscowych”, którzy zadawali zaskakujące pytania o „batiuszkę cara”, jak w ’39 czmychał na koniu przed „czerwonymi”. W połowie miesiąca – tradycyjne kwiaty przed tablicą pamiątkową Bronisława Geremka na warszawskiej Starówce, w piątą już chyba rocznicę śmierci. A ponieważ życie nieustępliwie biegnie naprzód – był też spływ krypą „Basonia” z „Ja Wisła” (czytaj – z Przemkiem Paskiem) do Konstancina i wsi Gassy – Kępa Zawadowska, bezkresne wydmy, mnóstwo ptaków. W ubiegłym roku płynąłem tą krypą, z przyjacielem i wspaniałym kompanem Jackiem S., z Dęblina, z noclegiem (ogniskiem) na wydmie – świetna przygoda. Później kilka dni na „obozie Werki” w naszej urokliwej letniej „końskiej’ bazie w Łynie.
W SIERPNIU znów Łyna (no bo gdzie?), jakiś indywidualny „terenik” na „Klaserze” po urokliwych warmińskich lasach; ździebko pobłądziliśmy „wieczorową porą”, a dodatkową atrakcją były niepowtarzalne widoki „burzy z piorunami” gdzieś nad nieodległym Orłowem – do bazy wróciliśmy, jak już ognisko płonęło na całość i miód pitny z niedzickich barci od dawna krążył gardła płucząc przed kolejna zaśpiewką i gitarzyście animuszu dodając. Bardzo zachciało mi się samotnie pokajakować, więc wymyśliłem sobie Biebrzę. Droga przez całe Mazury (Ruciane, Pisz) trochę nostalgiczna, bo bywało, że bywałem w tamtych żeglarskich bazach i na polach namiotowych każdego lata. A Biebrza nie zawiodła: to chyba ostatnia w Polsce rzeka, którą płynąc przez cały dzień spotyka się tylko dwa – trzy kajaki. I nieogarnięte wzrokiem, płaskie bagna. I niezwykłe bogactwo ptaków. A płynąłem z Wrocenia / Dolistkowa (to tuż za śluzą Dąbrowa) przez Dawidowiznę, Goniądz, Twierdzę Osowiec do Białego Grądu – do ujścia do Narwii brakowało tylko Brostowa i Mikołajewa. A w ostatnią niedzielę sierpnia – tradycyjnie już, od lat – barwny, taneczny pochód z Placu Bankowego na Krakowskie, po którym rozlewa się wielki kiermasz. To wielokulturowe „Street Party”, jedna z pierwszych inicjatyw „Innej Przestrzeni”: w głowie się kręci, ile nacji żyje w Warszawie i jakie kulturowe bogactwo mają do zaoferowania, co nie tylko tańcem się przejawia – jakże inaczej postrzega się tu Wietnamczyków, Czeczenów czy Ormian niż na warszawskich targowiskach. No i „Próżna” – Festiwal Singera, już dziesiąta, z każdym rokiem bogatsza edycja Festiwalu Kultury Żydowskiej. W tym roku prawa pierzeja Próżnej pięknie odrestaurowana – lewa wciąż w ruinie. Przebogata oferta najrozmaitszych spotkań, filmów, wystaw, o tym, żeby usiąść z kuflem piwa w narożnej „Próżna Holz” można tylko pomarzyć, ale na straganach żydowskich przysmaków co niemiara, a czulent smakowity wyjątkowo. Najbardziej jednak urzekała muzyka: koncert kantorów w Synagodze Nożyków, „Noc klezmerów” na otwartej scenie, a ostatniego dnia koncert finałowy z występami Cukunft Big Band (chyba z Tel Avivu) i rewelacyjnego, czarnoskórego kantora Jaskura Nelsona – widownia wypełniała cały niemal Plac Grzybowski, rytm porywał, artyści nie dawali się zbytnio prosić o „bisy”. I jeszcze „Kołysanka dla pamięci” – trzeba było przemieścić się pod Pomnik Bohaterów Getta na Anielewicza, ale było warto: niemal już o północy „kadysz” w wykonaniu Nelsona przy palących się zniczach i pochodniach pozostał w pamięci.

We WRZEŚNIU przypomniała się, w rocznicę powstania w Lhasie, Galeria Tybetańska pod estakadą nad Rondem (Wolego) Tybetu – to doprawdy świetna prezentacja „street artu” kreowana prze fundacje „Inna Przestrzeń” i „Klamra” pod kierunkiem Darka Paczkowskiego, jedyna w swoim rodzaju, przypominająca o tragicznym losie Tybetańczyków: były nowe malowidła, tybetańskie tańce i lampka wina. Wkrótce po tym – niezwykłe wydarzenie w auli „starego” BUW na Krakowskim: spotkanie z legendarną przywódczynią ruchu oporu w Birmie (Myanmar), przez kilkanaście lat – więźniem sumienia autorytarnego reżimu, laureatką Pokojowej Nagrody Nobla, Aung San Suu Kei: była jedną z pierwszych politycznych więźniów sumienia, o których uwolnienie dopominała się w prowadzonej kampanii, w początkach lat 90., dopiero co powstała polska struktura Amnesty International. Powitana została przez Jego Magnificencje, przywitana brawami na stojący przez ponad pół tysiąca uczestników spotkania (młodzież!). Goszczenie jej teraz, po ćwierć wieku, w Polsce, znów wolną, znów działającą na rzecz demokracji w swoim kraju, żarliwie wygłaszającą mądry wykład „Edukacja dla pokoju” – to wielki zastrzyk optymizmu i wiary w to, że świat – mimo wszystkich swoich niedoskonałości – toczy się we właściwym kierunku. A przed Domem Spotkań z Historią na Karowej, na skwerze, kolejna ekspozycja plenerowa „Warszawa 1945 – 1947”: dramat miasta, które stało się gigantycznym gruzowiskiem, a równocześnie niezwykły, całkiem irracjonalny entuzjazm jego mieszkańców, dzięki czemu feniks otrząsał się z popiołów. A w samej siedzibie DSH inna wystawa, jak zawsze przypominająca twarze i wydarzenia z lat wojennej traumy i przebogata oferta historycznych publikacji (dorobek zarówno własny i IPN-u jak zbliżonych profilem i kierunkiem zaangażowania fundacji i stowarzyszeń). Korci mnie, żeby wiele jeszcze z siebie wyrzucić na temat DSH, ale nie tu na to miejsce, więc choćby jedna refleksja: dlaczego zamulani jesteśmy w mediach nieustannym bełkotem o zegarkach ministra Nowaka i rewelacjach posła Macierewicza miast informacji o tym, co w Polsce dzieje się pozytywnego, ile jest świetnych, budzących szacunek europejskiej elity intelektualnej inicjatyw kulturalnych, edukacyjnych, jak choćby te kreowane przez DSH i dziesiątki innych społecznych instytucji i ośrodków ubogacających, harmonijnie łączących otwartość na świat i utrwalanie narodowej tożsamości wbrew tym, którzy ziejąc nienawiścią dzielą i plemiennie kształtują opinię publiczną? A kto nie widział znakomitej ekspozycji sprzed kilku lat, przez DSH wykreowanej, która obiegła świat (bo już nie tylko europejskie stolice) budząc najwyższe uznanie, „Oblicza totalitaryzmu” – niech żałuje, a jeśli są wśród nich marudziarze kontestujący niedosyt wiedzy historycznej w szkolnym curriculum – niech się po prostu wstydzą. Był jeszcze we wrześniu piękny ślub Marysi (nie pierwszy to piękny ślub w gronie moich „przyjaciół od koników” z „Szarży”, ten Izy w ubiegłym roku pozostał w szczególnej pamięci) i uczta weselna w urokliwym klubie „Ona”, schowanym w krętych uliczkach Ochoty (gdzie do niedawna tzw. badylarze sadzili buraki i kapustę), niezwykle ciekawym miejscu spotkań. I jeszcze cykl jesiennych koncertów w Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie, któremu organizatorzy nie bez powodu przydali nazwę „Przesilenie”.

W PAŹDZIERNIKU Fundacja „Otwarty dialog”, z niezwykłą determinacją zabiegająca o przestrzeganie praw człowieka w rządzonym autorytarnie Kazachstanie, przebiła się, żeby zaistnieć jako „side event” w programie cyklicznej konferencji OBWE pod nazwą Human Dimension Implementation Meeting. Nie wiem, czy głos polskich działaczy w obronie kazachskich więźniów sumienia i przeciw ekstradycji z krajów Zachodniej Europy kazachskich dysydentów (grożą im tortury i więzienie) wybrzmiał w tym międzynarodowym gronie polityków dość silnie, żeby być skuteczny; wiem, że był żarliwy i robił wrażenie. A ja, chętnie korzystając z zaproszenia, nurzałem się w świecie teraz już dla mnie wręcz egzotycznym, a przed laty stanowiącym przecież codzienność: miękkie dywany, recepcje ze sztabem dobranych wedle urody i językowych sprawności sekretarek, identyfikatory bez których poruszanie się po konferencyjnym obszarze nie jest możliwe, sterty rzadko czytanych dokumentów zalegające w przegródkach delegatów, standardowa elegancja strojów, wokół szepty kuluarowych rozmów, od których zależą wyniki głosowań na „plenarkach”, na sali rząd kabin, a w nich wyrzucający z siebie w tempie serii z „kałasznikowa” przekład na pięć konferencyjnych języków symultaniczni tłumacze, za stołem prezydialnym – „chairman” z dyplomatyczną kurtuazją udzielający głosu, rozparci w fotelach, ze słuchawkami na uszach (często przysypiający, bo siły oszczędzić trzeba na kuluary) „distinguished delegates”, na pulpitach laptopy miast – jak za moich czasów – poczciwych notatników otrzymywanych w „delegackich” pakietach z serią firmowych długopisów. Ach, życie! W kilka dni później, znów w Muzeum Historii Żydów Polskich (niezwykłe to miejsce zaistniałe na kulturalnej mapie stolicy), pierwsze z cyklu seminariów inspirowanych cytatami z Księgi Rodzaju bądź Tory, prowadzone znów przez Halinę Bortnowską, a gościem specjalnym jest kś. prof. Michał Heller – teolog, kosmolog, erudyta: „Czy świat został stworzony?” Temat, zdawało by się, mało przyciągający szeroką publiczność, a audytorium znów pełne, brakło czasu na wszystkie pytania, jakie uczestnicy chcieli by zadać. W pruszkowskim Urzędzie Miasta ważna debata inspirowana przez powołane przez „grupę inicjatywną” (w moim pokoju!) Stowarzyszenie Mieszkańców Osiedla Malichy nad Planem Przestrzennego Zagospodarowania, a chodzi o ukrócenie samowoli deweloperów. I jeszcze comiesięczne spotkanie w Klubie „Ona”, której „duszą” jest właścicielka Klubu i Galerii „Pomieszane, poplątane…”, Pani Grażyna – jakiś występ artystyczny, a później ludzie czytają swoje wiersze, nie rzadko już publikowane – jest konkurs na najlepszą przeczytaną poezję, są skromne nagrody, wyróżnienia; lampka wina, poczęstunek, ognisko przed budynkiem, najkrócej mówiąc – klimaty… i ludzie lgną. Bo szukają alternatywy, bo coraz bardziej nudzi, zniesmacza odrzuca nieustanny thriller w okienku telewizora, nieustanna prowokacja do kłótni, przedziwna satysfakcja z pokazywania świata – a już Polski w szczególności – na „nie”. A właśnie, że on jest – proszę coraz bardziej skundlone media z waszym cynicznym wizjonerstwem – na „tak”. I jeszcze ciekawy spektakl w MHŻP, „Utopia” w reżyserii Andrzeja Pakuły, w podtekście ze znakiem zapytania: czy damy radę sprostać wyzwaniom, jakie stawia przed nami cywilizacyjnie rozpędzony 21. wiek? A w „Południku Zero” na Wilczej Magda, nasz szarżowy „Miś” – nie tylko znakomity jeździec i instruktor, także spragniony świata nieustanny podróżnik – zaprezentowała fascynujące slajdy z Islandii ze swoim niepowtarzalnym komentarzem, po którym poznałbym ją – nie widząc – na dalekich antypodach. No i ostatniego dnia miesiąca smutek wielki, tym większy, że nieoczekiwany, żal, który powalił na kolana: odszedł Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niezwykły Premier odrodzonej Rzeczypospolitej, mądry sternik, który sprostał karkołomnemu zadaniu meandrowania w wąskim przesmyku najeżonym rafami – do brzegu nie przybił, ale dane mu było wyprowadzić łódź na otwarte (choć wciąż wzburzone) wody: mądry mądrością człowieka mądrego kompromisu, ale równocześnie twardych zasad, od których nie odstąpił, do bólu stanowczy tam, gdzie szło o dobro wspólne, mówiąc wprost – o Polskę. Autorytet moralny nie na miarę codzienności, w słowach oszczędny, ale tam, gdzie wymagała tego racja stanu – padały słowa twarde i jednoznaczne. Strata wielka, bo po odejściu Premiera – horyzont, w tym aspekcie, wydaje się pusty.
W LISTOPADZIE – dni narodowej żałoby, pożegnanie Tadeusza Mazowieckiego, które stanowiło choć na mgnienie oka przerwanie waśni, wyciszenie medialnego bełkotu. W ceremonii pogrzebu wzięli udział „wszyscy”, choć na moment byliśmy znów narodową wspólnotą, w dostojnej ciszy uznaliśmy wspólne wartości. Właśnie w ciszy, bo słów padło dokładnie tyle, ile wymagała chwila, ani o jedno słowo za wiele. W katedrze żegnał Premiera Prezydent Rzeczypospolitej – słów niewiele, a i to głos się załamał. Później wnuczka w imieniu rodziny – słowa proste, bez patosu, tak, jak zwykł mówić Ten, który odszedł. Z katedry droga wiodła do Lasek, miejsca, które Tadeusza Mazowieckiego inspirowało w chwilach najtrudniejszych. Narodowa flaga na trumnie, salwa kompanii honorowej. Koniec ceremonii – pozostał ogromny żal i głęboki smutek. Co nie przeszkadza, że kilka dni później, w święto narodowe, znów „się zaczęło” i znów zgrozą powiało. A życie znów poszło swoim torem. W Pruszkowie kolejny „Salonik z kulturą”. A w połowie miesiąca – wyprawa na wschodnie rubieże Ukrainy, do „janukowiczowego, błękitnego” Doniecka. Trudno by zliczyć polskie inicjatywy wychodzące naprzeciw temu, czego naszym wschodnim, najbliższym sąsiadom potrzeba najbardziej: przełamania zaszczepionej przez sowietyzm bierności, wiary w skuteczność działań zorganizowanych społecznych wspólnot, w to, że tylko w ten sposób – choć krok po kroku – da się zmieniać rzeczywistość, tworzyć lepsze państwo, choćby i wbrew autorytarnej władzy. Nieco łatwiej z tym w zachodniej, bezpośrednio graniczącej z nami części tego wielkiego kraju, znacznie trudniej na wschodzie. Zaproponowano mi udział w rozmowach na donieckim uniwersytecie, który w zarysowanej wstępnej koncepcji miałby być partnerem we wdrażaniu kolejnego polsko – ukraińskiego projektu działań prowadzących do budowania społecznej wspólnoty i przełamywania poczucia niemocy. Trochę się przed tym broniłem, bo moje „braki w rosyjskim” nie rokowały mi sukcesu w roli „przekonywacza” do podjęcia wyzwania, ale tylko trochę, bo wyprawa na wschodnią Ukrainę była zbyt nęcąca. Najpierw był Kijów – nie po raz pierwszy, ale wciąż ciekawy; nie odmówiłem zdjęcia z rozpędzonym na pomnikowym rumaku „nieszczęściem Ukrainy”, atamanem Bohdanem Chmielnickim, na Sofijskiej Płoszczy. Później długa podróż niespiesznym pociągiem przez Lozowę, Połtawę, Krasnodarsk do najbogatszego (podobno) miasta Ukrainy, Doniecka – historycznie to Dzikie Pola i skraj stepów Zaporoża. Polaków przyjęto życzliwie a początkowy lekki dystans wkrótce ustąpił „słowiańskiemu zbrataniu”. Projekt został wstępnie ustalony i uzyskał placet zaskakująco młodego rektora – „magnificencji” (urocza sekretarka, anglistka – Irina Sikorskaja), a przede mną wyrosło wyzwanie: pogadanka – wykład dla najstarszej grupy studentów. O czym miałbym mówić? Coś z polskiego doświadczenia transformacji, drogi do Unii. Zaproponowałem: „Jak zmienialiśmy rzeczywistość i co z tego wynikło”. I tak pozostało, tylko w jakim narzeczu to przekazać? Angielski nie rokował zrozumienia, miało być tłumaczenie na Ukraiński, co bardzo mi nie odpowiadało, bo przekaz traci swoją autentyczność i od razu jest sztywno. Trzeba było jeszcze jakoś temat ogarnąć, przez pół nocki powstał konspekt, a w ostatniej chwili postanowiłem „pójść na całość” i spróbować po prostu – po polsku. Po pierwszych kilku zdaniach pytanie: „rozumiecie”? Sala przytaknęła, więc kontynuowałem, widziałem, że słuchają, nawet notują. No i jakoś się udało, bo pytaniom nie było końca i trzeba było czas spotkania przedłużyć ponad wszelkie normy. A ileż ja się z tych pytań o Ukrainie nauczyłem – jakże takie doświadczenie łamie bałamutne stereotypy! Koniecznie musiało być wspólne zdjęcie i zrobiło się jakoś tak ciepło pozostawiając naprawdę miłe wspomnienie. Była jeszcze później samochodowa przejażdżka po donieckim zagłębiu (Makijevo, Harcisk, gdzie projekt ma być realizowany – mer harciska nie robił wrażenia intelektualisty), suto zakrapiany ukraiński obiad ze świetnymi „pielmeni”, „pampuszkami” i czosnkowym „sało”, a na koniec – nawet zaproszenie na rodzinny obiad, co na Ukrainie jest dalece poza standardem. Po trzech dniach – ciepłe pożegnanie i …do zobaczenia w Polsce. I niekłamane wspólne życzenie: oby już na przetartej ścieżce do Unii. Najbliższe dni pokazały, że na spełnienie tego życzenia trzeba będzie jeszcze nieco poczekać.
Do Warszawy wróciłem, niestety, o jeden dzień za późno, żeby posłuchać znakomitego ukraińskiego zespołu „Drevo” sprowadzonego przez aktorkę Teatru Narodowego, Magdę Warzechę, niestrudzoną działaczkę na rzecz pokazywania w Polsce bliskiej naszej wrażliwości kultury ukraińskiej. Natomiast zdążyłem, żeby choć rzucić okiem na przebogatą ofertę publikacji historycznych prezentowaną na kolejnej edycji Targów Książki Historycznej w Arkadach Kubickiego: adresuję to szczególnie do tych, którzy marudzą o zaniedbaniach w edukacji historycznej!

W GRUDNIU – a tak naprawdę od końcowych dni listopada – śledzenie ze ściśniętym sercem tego, co dzieje się na Ukrainie. Tutaj tylko wzmianka: napisałem o tym dłuższy tekst na tego „bloga”, bo dawno już nie przeżywałem tak emocjonalnie wydarzenia, które zaistniało w przestrzeni publicznej. W potoku komentarzy jest polityka i ekonomia, chłodne rozważania opcji, pragmatyczne przewidywania skutków ukraińskiego zrywu. A mnie jak żywe stają przed oczami nasze „Majdany” sprzed ponad już ćwierć wieku, nasze emocje przy braku świadomości, co o tym myślą pragmatyczni komentatorzy. I trzymam czasem ukraińską flagę na warszawskiej demonstracji, i przyłączam się do skandowania „Slava Ukraĩni”. Cóż mogę więcej? W początku miesiąca fascynująca konferencja zorganizowana przez „demosEUROPA” w wytwornej sali malinowej Hotelu Bristol „How to build a modern European Union”. W pruszkowskim Pałacyku Sokoła film dokumentalny „Paderewski” – cenny dokument (znów historia, codzienne projekcje w Domu Spotkań z Historią). W „Narodowym”, w dość niezwykłej scenerii – „Duszyczka” Różewicza – przeskok w rozważania egzystencjalne. W „Cafe Kulturalna” (foyer Teatru Studio) doroczne wydarzenie Amnesty International z okazji Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka (10 grudnia), 24-godzinny „maraton pisania listów”. Zaczęło się skromnie przed 13. laty, w Warszawie, z inicjatywy lokalnej grupy AI, wówczas to współorganizowałem: inicjatywa chwyciła nie tylko w Polsce – ma już charakter międzynarodowy, generuje setki tysięcy listów, ratuje życie wielu więźniów sumienia, wielu uwalnia od tortur. I jeszcze zaległy film, który trzeba było zobaczyć: „Wałęsa” – w moim przekonaniu świetny, bo przy trwającej od lat kakofonii krzyku i inwektyw wprowadza proporcje, przypomina jakże szybko zacierającą się w pamięci najnowszą polską historię i to nie na wysokich koturnach, a widzianą przez pryzmat ludzkich uczuć i emocji. I jeszcze spotkanie w geremkowskiej fundacji z Danielem Rotfeldem, który mówił o sztuce i meandrach negocjacji i dialogu: każde spotkanie z Danielem przywołuje na pamięć jakże odległe wspomnienia „genewskie”, (lata ’72–’75), kiedy siedząc obok siebie przy wielkim „okrągłym stole” (35 państw) negocjowaliśmy historyczny „Akt Helsiński”, a w weekendy smakowaliśmy alpejskie widoki i szwajcarskie sery prosto od producentów – choć teraz to już jakże inny Adam Daniel Rotfeld. A tradycyjna „wigilia w Szarży” (nasze kochane konie dostają prezenty!) wprowadza już w ciepłą, rodzinną atmosferę Świąt – zaczyna pachnieć choinką, Bóg się rodzi. Tym razem w Święta przeżywaliśmy wielka uroczystość – chrzciny najmłodszego wnusia, Marcinka. A na Świąt zakończenie – mój ulubiony musical „Skrzypek na dachu” w Teatrze Żydowskim.

Zima na razie łagodna, dzień dłuższy, a to symbol nadziei; z nadzieją witam 2014. Przede wszystkim z nadzieją na szczyptę więcej solidarności z tymi, którzy najbardziej jej oczekują: wyliczanka szerokości geograficznych, pod którymi żyją, zajęłaby sporo miejsca, więc nie wyliczam… Również z nadzieją, że 2014, który wieńczyć będzie ćwierćwiecze odzyskania suwerennego bytu i historycznej polskiej bezkrwawej cywilizacyjnej transformacji – wydarzenia na miarę stuleci – przyniesie choć szczyptę narodowego pojednania i wizję przyszłości, która znów nas Polaków będzie łączyć, nie dzielić. Nadzieja umiera ostatnia…

moja Ukraina

Ukraina: dlaczego jest mi tak bliska?

Może w poczuciu winy, że tak długo nie uświadamiałem sobie jej odrębności, że jawiła mi się – jakże do niedawna – jako fragment wrogiego żywiołu rosyjskiego na wschodnich granicach Polski? Może na skutek radykalnej rewizji widzenia Ukrainy przez pryzmat literackiej fikcji, pięknej sienkiewiczowskiej bajki pisanej „dla pokrzepienia serc”? Mimo to, jechałem po raz pierwszy na Ukrainę, w końcu lat 90., jako wspomagający misję Amnesty International dla zorganizowania na formalnie niepodległej Ukrainie pierwszych struktur AI, nie bez lęku. Lękałem się wzajemnej wrogości. Bo w zakamarkach pamięci były przeżycia dziecka – paniczny strach przed bojówkami ukraińskich nacjonalistów (w komunistycznej masce) w drodze powrotnej z ewakuacyjnej tułaczki na wschód we wrześniu ‘39 i świadomość, że ujście z życiem znaczyło wówczas łut szczęścia. Bo dobrze znałem ujawnione fakty historyczne o ludobójczych rzeziach ludności polskiej na Wołyniu dokonywanych przez ukraińskie bojówki UPA wyrosłe z radykalnego nacjonalizmu Stepana Bandery, akcjach odwetowych 27 Wołyńskiej Dywizji AK, a później, już w komunistycznej Polsce, zbrodniczych pacyfikacjach Ukraińców w Bieszczadach – dowodzonej przez gen. „Waltera” Świerczewskiego „Akcji Wisła”. Morze wzajemnie przelanej krwi. A na to wszystko nakładała się lektura paryskiej „Kultury”, która piórami Giedrojcia i Mieroszewskiego obalała stereotypy, przypominała tragizm historii narodu od stuleci zniewalanego przez Wielkiego Brata, dla którego „posiadanie” Ukrainy było i pozostaje filarem imperialnej egzystencji i wskazywała na historyczne znaczenie włączenia tego kraju – w powojennych realiach – do europejskiej wspólnoty.

Ta pierwsza wizyta była szokiem, olśnieniem. Ani cienia wrogości, a wręcz przeciwnie – sympatii jakby więcej do mnie niż do sympatycznej Brytyjki, która prowadziła tę misję. I więcej zaufania. W osobistych rozmowach byliśmy „my”, ci z tej części Europy, co w lot się rozumieją i „ona”, która odbiera rzeczywistość trochę inaczej. Język, choć pisany cyrylicą, jakby bliższy niż rosyjski, łatwiej zrozumiały. I prześciganie się w pokazywaniu „polskiego” Lwowa, od fresków i malowideł w dostojnym gmachu Opery poczynając. Wyjechałem z zalążkami pierwszych ukraińskich przyjaźni, z czasem pogłębianych i zwielokrotnianych. To prawda, było to tuż przy granicy tego wielkiego kraju, w Galicji, gdzie przez ponad wiek podlegaliśmy wspólnym doświadczeniom austro-węgierskiego zaboru Rzeczypospolitej. Podczas kolejnych wizyt przemieszczałem się coraz bardziej na wschód i południe: Kamieniec Podolski, Berdyczów, Żytomierz, Kijów, późnej Krym – Symferopol, Jałta, Koktabiel, wreszcie – zupełnie już ostatnio – Donieck, a to już odległe Zaporoże, matecznik „niebieskich” i tuż przy rosyjskiej granicy. Poczucie obcości w miarę przemieszczania się na wschód nieco wzrasta, język ukraiński zanika – rosyjski słyszy się częściej, ale o wrogości nie ma i tam mowy. Jest za to nieustannie pogłębiająca się wiedza o Ukrainie, a choć to wciąż zaledwie wierzchołek góry lodowej – rozbija stereotypy i mity, wiele pomaga zrozumieć, uczy pokory, a co może najważniejsze – wciąż pogłębia sympatię i do kraju i do ludzi.

Z tego, co zrozumieć zdołałem dotychczas, najważniejsza chyba konstatacja, to historyczny dramat ludzi, którzy czują swoją odrębność, a od trzech stuleci wtłaczani są w rosyjskość – wbrew woli choć skutecznie, bo uparcie i przebiegle, w imię leczącej kompleksy idei światowego imperium. Te wspólnoty ludzkie – to niegdyś dumna, kozacka Sicz z dnieprzańskich porohów, to potomkowie Rusinów z żyznych ziem halickich, kijowskich, zakarpackich, ze stepów Podola, to krymscy Tatarzy. Zaraniem ich dramatu był perejasławski układ, który oddawał rusińskie ziemie pod carską protekcję i nie wiedzieć czemu charyzmatyczny strateg owych czasów, być może pierwszy, który pod swoim atamańskim berłem potrafił zjednoczyć kozaczyznę, Rusinów i Tatarów walcząc z Rzeczpospolitą, a który w końcu podjął tę tragiczną w skutkach decyzję, która zaowocowała roztapianiem się „rusinskości” w żywiole rosyjskim, czczony jest do dziś w każdym ukraińskim przyczółku jako ojciec narodu. A ileż w tym było winy krótkowzrocznej polityki ówczesnych elit Rzeczypospolitej… Usiłuję dociec, od kiedy i z jakich motywów te ziemie przybrały nazwę „Ukraina” i nie trafiłem na mędrca, który by mi to wytłumaczył. Stworzyłem zatem teorię własną: to „skraj”, krańcowe obszary carskiego imperium. Nazwa niepostrzeżenie weszła do politycznego obiegu i taką już pozostanie kiedy imperium ostatecznie przejdzie do lamusa historii. Ot, taki leksykalny figiel, a ile budzi refleksji…

Czy to roztapianie ostatecznie się powiodło? Trwało zbyt długo, żeby nie mieć wpływu na mentalność zniewolonych wspólnot, ale mimo ponad trzech stuleci nie zatarło poczucia odrębności, nie zniewoliło do tego stopnia, aby wyeliminować odruchy buntu, dramatycznego upominania się o uznanie odrębnej tożsamości. Dramatycznego w całym tego słowa znaczeniu, czasem wręcz rozpaczliwego, ślepo szukającego środków i sojuszy. Skrajnym przykładem takich poszukiwań jest powstanie na terenie II Rzeczypospolitej radykalnie nacjonalistycznej OUN, która nie odżegnywała się w swoich programach od faszyzmu i szukała (nota bene – bez skutku) wsparcia idei powołania ukraińskiego państwa w hitlerowskiej Rzeszy. Choć strategicznym wrogiem ukraińskich nacjonalistów była sowiecka Rosja, powołana przez nich struktura militarna, UPA, dokonywała niewyobrażalnie brutalnych rzezi – czystek etnicznych eliminujących z terenów wymarzonego państwa wszelki „element obcy”, których ofiarą padło ponad sto tysięcy Polaków i Żydów: to głęboka, wciąż nie zagojona rana – opór wobec zniewolenia, który przejawił się w zbrodniczej nienawiści, temat na antyczną tragedię. Rana, która – obawiam się – długo jeszcze będzie poważną barierą w narodowej konsolidacji radykalnie różniącej się w ocenach tych historycznych faktów blisko 50-milionowej ukraińskiej społeczności.

Marzenie pokoleń spełniło się nieoczekiwanie: na naszych oczach zaistniało ukraińskie państwo – Polska była pierwsza deklarująca jego uznanie. Bez wyzwoleńczych armii, bez sojuszników, bez przelewu krwi. Tyle, że początkowo nic nie zmieniło się „u steru”, w elitach politycznych nawet nie drgnęło: ludzie wyznaczeni przez kremlowską centralę do sprawowania wiodących funkcji politycznych i administracyjnych w zniewolonej sowieckiej ukraińskiej republice, podpisali (nie z własnej inicjatywy, a z inicjatywy owej centrali) dokument o rozwiązaniu „Związku” i stanęli na czele formalnie niepodległego państwa. Powiały narodowe flagi, pojawiły się narodowe symbole, uległy zmianie nazwy centralnych urzędów – nie zmieniły się twarze. W elitach władzy nie zmieniło się postrzeganie rzeczywistości. W sferze zarówno politycznej jak gospodarczej pozostały dawne uwikłania, powiązania, sentymenty, zależności. Wolności gospodarczej towarzyszyło powszechne, nie skrywane uwłaszczanie do niedawna partyjnej nomenklatury i równie powszechne przyzwalanie na korupcję. Zniesiona cenzura nie kneblowała już ust, ale na poboczach dróg znajdowano ciała zamordowanych „przez nieznanych sprawców” nieprawomyślnych dziennikarzy, którzy bili na alarm.

Bo jednak coś pękło, lub choćby znacznie się rozszczelniło – trudna wolność dawała o sobie znać. Powstawały opozycyjne partie polityczne, jak grzyby po deszczu pojawiały się redakcje przeróżnych pism i rozgłośni – w przeróżny sposób tłamszone i represjonowane, ale już legalne i tej nowej rzeczywistości nie da się już cofnąć. Dawały się zauważyć pierwsze symptomy społeczeństwa obywatelskiego – niezależne, z oddolnej inicjatywy powoływane stowarzyszenia – początkowo nieudolne, „na rynek” wchodzące nieśmiało i bez wdzięku, jak choćby pierwsze próby zorganizowania Amnesty International, ale mimo to nieuchronnie i trwale zmieniające rzeczywistość. Krople drążące skałę.

Pierwszy masowy protest społeczny – „pierwszy Majdan”, bo protestujący zgromadzili się na kijowskim Majdanie Svobody (Placu Niepodległości) – wybuchł 10 lat po uzyskaniu niepodległości, w 2001: ludzie zaprotestowali przeciwko zamordowaniu dziennikarza Georgija Gonzadze, jak domniemywano – z inicjatywy niezmiennie rządzących postkomunistycznych elit. Zdławiony przez władze bez trudu i rozgłosu. „Drugi Majdan”, w trzy lata później – ten „pomarańczowy” – zaistniał na skutek oczywistego sfałszowania wyborów; przepadł w wyborach prezydenckich kandydat opozycyjnej partii „Nasza Ukraina”, wygrał kandydat „Partii Regionów” wskazany przez ustępującego (już zgodnie z konstytucją) byłego „pierwszego sekretarza” sowieckiej Ukrainy, a następnie jej prezydenta. Namiotów na Majdanie było znacznie więcej, zaistniała scena, determinacja ludzi ogromna, bo te wybory miały przynieść zasadnicze zmiany, wyprowadzić kraj z sowieckiego systemu władzy. Tym razem Majdan zyskał olbrzymi rozgłos, otrzymał wsparcie światowej opinii publicznej i odniósł sukces: wybory powtórzono przy udziale obserwatorów z zagranicy (byłem na Zakarpaciu), urząd prezydenta objął kandydat opozycji. Olbrzymi entuzjazm – od zaraz miało być inaczej. Tak się nie stało: zmiany nie następowały, opozycja się skłóciła, stare myślenie o koncepcji sprawowania władzy trwale pozostawało z tyłu głowy. Olbrzymi entuzjazm ustąpił miejsca proporcjonalnie olbrzymiemu rozczarowaniu: gospodarka szybowała w dół, ukraińskie PKB stawało się najniższe na świecie, inflacja najwyższa, dług publiczny rósł. Rosja nieustannie szantażowała cenami surowców. Ukraińska szarzyzna stawała się coraz bardziej szara. Nic więc dziwnego, że w kolejnych prezydenckich wyborach zwyciężył niechciany pięć lat wcześniej kandydat „Partii Regionów”, ukorzeniony w dawnej komunistycznej strukturze, uwłaszczony oligarcha, mający za sobą finansową elitę Ukrainy bazującą w jej wschodnich rejonach, najzamożniejszych zagłębiach przemysłowych. I znów nic się nie zmieniało: korupcja pozostawała zjawiskiem powszechnym, nie-praworządność dawała o sobie znać na każdym szczeblu władzy, gospodarka w górę nie poszybowała, przepaść między statusem materialnym oligarchii i „ludu pracującego”, w szczególności w rejonach mniej uprzemysłowionych, coraz bardziej się rozwierała. Nowemu prezydentowi nie można odmówić sporego sprytu. Prorosyjsko ukształtowany od korzeni, nie wyobrażał sobie innego układu i politycznego i gospodarczego, jak wasalny sojusz z Rosją, ale bywał równocześnie w Brukseli, sprawiał wrażenie zainteresowanego „partnerstwem wschodnim” i prowadził obiecujący flirt z Europą. Do czasu. W godzinie próby, kiedy trzeba było złożyć podpis pod z trudem wynegocjowanym Traktatem Stowarzyszeniowym, zaskoczył. Podpisu odmówił. Prezydenckie „niet” było szokiem, i w jakimś sensie policzkiem, nie tylko dla europejskich negocjatorów tego traktatu. Było również – a może przede wszystkim – szokiem dla Ukraińców, przynajmniej tych, którzy po 20 latach niepodległości czują się już w pełni obywatelami swojej – wreszcie! – ojczyzny.

I tak powstał „trzeci Majdan”, początkowo społeczny, obywatelski, na którym politycy, nawet opozycyjni, nie byli chętnie widziani: po zawodzie „pomarańczową” niechęć do polityków jest powszechna. Od początku świetnie zorganizowany – doświadczenia dwóch poprzednich masowych protestów nie poszły na marne. Wokół miasteczka namiotów pojawiły się barykady – nie żeby bronić przed „służbami”, dla których nie stanowią bariery; żeby chronić pokojową demonstrację przed prowokatorami. Opozycyjni politycy doproszeni zostali dopiero po tym, jak „służby” dopuściły się agresji – brutalnych pobić i aresztowań. Ten Majdan gromadzi w porywach ponad 100.000 ludzi; i on wciąż trwa, już wiele tygodni. Nie powstrzymał prezydenta przed podpisaniem w Moskwie wasalnych dokumentów, ale nikt zapewne nigdy nie dojdzie, o ile gorzej mogłyby wybrzmiewać dla dalszych losów Ukrainy, gdyby w Kijowie nie „stał” Majdan. Choć nie odniósł, i zapewne tym razem jeszcze nie odniesie spektakularnego zwycięstwa, odniósł już przeogromny sukces. Przez sam fakt, że wciąż trwa, przez wiele tygodni, wbrew coraz bardziej niechcianej (żeby nie rzec – wrogiej) władzy, w niezwykle trudnych, zimowych warunkach. Przez wymuszenie uwolnienia wszystkich zatrzymanych na Majdanie podczas brutalnej próby pacyfikacji 30 listopada, przez choćby deklaracje pociągnięcia winnych – odpowiedzialnych za tę próbę – do odpowiedzialności. Przez fakt, że przyciągnął do siebie znanych i najbardziej na Ukrainie cenionych dziennikarzy, naukowców, ludzi kultury – elitę intelektualną. Ale też przez fakt poparcia „majdanowych” żądań skierowania Ukrainy ku Europie – przełożenia zwrotnicy ze Wschodu na Zachód – przez tych, od których to poparcie najmniej było oczekiwane: przez znaczącą grupę oligarchów. To prawda, ich pierwsze miliony pochodziły z grabieży narodowego majątku, z przekrętów, którym sprzyjała korupcja. Jednak teraz już ich ten arbitralny układ, całkowita zależność od łaskawości i humoru władzy i brak poczucia bezpieczeństwa uwiera, ich biznesowy los związany jest z Europą. Wielki – w moim rozumieniu – „majdanowy” sukces – to również obalenie stereotypu „proeuropejski zachód – prorosyjski wschód” – coś, co być może odpowiadało prawdzie jeszcze przed dekadą. Już nie dzisiaj – to już passé. To prawda, różnice w postrzeganiu rzeczywistości między Wschodem i Zachodem tego wielkiego kraju jeszcze nie znikły, zbyt krótki to czas, żeby zniwelować bardzo osobiste doświadczenia, żeby wypracować wspólne, zobiektywizowane widzenie historii: wschodnie lęki przed nacjonalistycznymi „banderowcami”, którzy w pamiętanej jeszcze historii odwoływali się do nazistowskiego faszyzmu, wciąż trwają; sentymenty starszego pokolenia tych ze wschodu dla „wojny ojczyźnianej”, w której uczestniczyli w krasnoarmiejskich uniformach, są ponad możliwości zrozumienia przez tych z zachodu. Nie są to już jednak wartości fundamentalne, które dzielą. Ten Majdan odkrył natomiast, ujawnił, uwypuklił fundamentalne wartości, które łączą (byłem niedawno w Doniecku i tego problemu jakby dotknąłem): chcemy żyć nie tylko w niepodległym państwie obejmującym pradawne ziemie Rusinów / Ukraińców, w równym stopniu pragniemy żyć w normalnym kraju, w państwie prawa penalizującym korupcję, chcemy mieć niezawisłe sądy wymierzające sprawiedliwość niezależnie od politycznych układów, chcemy korzystać z fundamentalnych dobrodziejstw demokracji, chcemy mieć dostęp do światowej kultury i nauki, co zapewni nam możliwości rozwojowe, chcemy żyć uczciwie i bez lęków. I to są te wyzwania, które jednoczą Ukraińców w prozachodniej opcji, to są te oczekiwania od zbliżenia się do Europy, od choćby pierwszych sformalizowanych więzów z UE. Społeczeństwo obywatelskie dało o sobie potężnie znać, głos dało młode pokolenie Ukraińców z zachodu i ze wschodu, które nie pozwoli już swego głosu uciszyć.

Podobnie jak „pomarańczowy” Majdan – mimo wszystkich późniejszych rozczarowań – przeorał świadomość Ukraińców, był już nie kroplą, a strumieniem drążącym skałę, przesunął Ukrainę o kilka mil w kierunku demokracji, bo trudno byłoby już sobie dzisiaj wyobrazić prezydenckie czy parlamentarne wybory na Ukrainie, które stanowiłyby tylko listek figowy dla autorytarnego władcy, tak obecny „trzeci” Majdan jest już rwącym potokiem: nie tylko konsoliduje społeczeństwo obywatelskie – ten Majdan cementuje naród, o którym w momencie wyłaniania się niepodległej Ukrainy trudno było mówić. A to również dobra wieść dla Polaków. Wyrzucam to z siebie, bo nie tylko cieszę się tymi sukcesami Ukraińców, których darzę gorącą sympatią – bo to również leży w interesie racji stanu mojego kraju.

Wiem to, wiem dobrze: nie jest to wszystko tak proste i optymistyczne, jakby może z tego emocjonalnego tekstu wynikało – nie wszystko da się zawrzeć na tych kilku stronach, a i kompetencji brak na głębszą analizę; dzielę się po prostu tym, co mi moja dusza śpiewa i trochę podpowiada intuicja. Ale wiem to, wiem: jest Rosja, wciąż potężne mocarstwo, które bez wpływu na Ukrainę traci swój mocarstwowy status i będzie o ten wpływ walczyć do końca, wszelkimi, właściwymi jej, brutalnymi metodami. Jest dramatyczna sytuacja gospodarcza Ukrainy, która wymaga niezwłocznego wsparcia. Jest uwikłana w swoje procedury (28 państw – 28 w każdej poważnej sprawie decydentów), w związku z tym mało elastyczna i powolna w swoich decyzjach Unia Europejska. Jest ogólny deficyt międzynarodowej solidarności. Jest wreszcie – co może najważniejsze – trudna konieczność zrozumienia przez Ukraińców, że nawet po przełamaniu tych wszystkich arcy trudnych dylematów czeka ich arcy trudny okres transformacji. Zrozumienia tego, że przestawienie zwrotnicy na zachód, czego tak bardzo oczekują i czego gorąco im życzę, to nie szybka zamiana biedy na dobrobyt, a kilka lat zaciśnięcia pasa, przechodzenia z finansowego chaosu w budżetowy ład, co jest społecznie niezwykle kosztowne. Skąd my to znamy? Tam nad Dnieprem, Dniestrem i Donem jest dopiero nasz rok 1976, kiedy rodził się KOR, być może już 1988, kiedy zjednoczona opozycja dumnie opuszczał Stocznię po ostatnim przegranym strajku. Wierzę w to mocno, że wkrótce przeżyją swój 1989, że entuzjastycznie powitają tak bardzo oczekiwany Nowy Porządek. Ale czekają ich jeszcze nasze trudne wczesne lata 90., kiedy było już praworządnie, ale oczekiwany dobrobyt jeszcze nie nadchodził, a wiele grup społecznych wpadło na chwilę w biedę, bo trwało porządkowanie gospodarki i z chaosu dopiero wyłaniał się jakiś ład. Ale wierzę i w to, że dadzą radę, że przez to wszystko przebrną, a wiara ta opiera się na tym, co widzę tu i teraz, na ich „trzecim” Majdanie. Jest to nie tylko podziwu godna determinacja: również dyscyplina, z jaką prowadzą ten trudny protest piszący ich historię, niezwykłe poczucie odpowiedzialności, zdolność do samoograniczenia, utrzymanie pokojowego charakteru protestu, powściąganie emocji, które prowadzić by mogły do destrukcyjnego radykalizmu. Życzę im gorąco, aby tak dotrwali do końca tego wielkiego wydarzenia, albowiem niczym bardziej nie przysporzą sobie tak potrzebnego im uznania i wsparcia ze strony Europy, jak właśnie taką postawą. I gorąco pragnę, żeby mój kraj był nieustannie i na wszystkich piętrach w awangardzie tego wsparcia.

To jeszcze długi marsz, ale ten Majdan wytyczył drogę. Prostą. I jednoznacznie zdefiniowaną. Albo inaczej – tak jak określił to w wymienianej w tych dniach korespondencji jeden z moich ukraińskich przyjaciół: no pasaran! Choć to niegdysiejsze zawołanie ukraińskich nacjonalistów z faszyzującego UNO, ale na Majdanie się przyjęło, bez konotacji historycznych: Slava Ukraïni!