moja Ukraina

Ukraina: dlaczego jest mi tak bliska?

Może w poczuciu winy, że tak długo nie uświadamiałem sobie jej odrębności, że jawiła mi się – jakże do niedawna – jako fragment wrogiego żywiołu rosyjskiego na wschodnich granicach Polski? Może na skutek radykalnej rewizji widzenia Ukrainy przez pryzmat literackiej fikcji, pięknej sienkiewiczowskiej bajki pisanej „dla pokrzepienia serc”? Mimo to, jechałem po raz pierwszy na Ukrainę, w końcu lat 90., jako wspomagający misję Amnesty International dla zorganizowania na formalnie niepodległej Ukrainie pierwszych struktur AI, nie bez lęku. Lękałem się wzajemnej wrogości. Bo w zakamarkach pamięci były przeżycia dziecka – paniczny strach przed bojówkami ukraińskich nacjonalistów (w komunistycznej masce) w drodze powrotnej z ewakuacyjnej tułaczki na wschód we wrześniu ‘39 i świadomość, że ujście z życiem znaczyło wówczas łut szczęścia. Bo dobrze znałem ujawnione fakty historyczne o ludobójczych rzeziach ludności polskiej na Wołyniu dokonywanych przez ukraińskie bojówki UPA wyrosłe z radykalnego nacjonalizmu Stepana Bandery, akcjach odwetowych 27 Wołyńskiej Dywizji AK, a później, już w komunistycznej Polsce, zbrodniczych pacyfikacjach Ukraińców w Bieszczadach – dowodzonej przez gen. „Waltera” Świerczewskiego „Akcji Wisła”. Morze wzajemnie przelanej krwi. A na to wszystko nakładała się lektura paryskiej „Kultury”, która piórami Giedrojcia i Mieroszewskiego obalała stereotypy, przypominała tragizm historii narodu od stuleci zniewalanego przez Wielkiego Brata, dla którego „posiadanie” Ukrainy było i pozostaje filarem imperialnej egzystencji i wskazywała na historyczne znaczenie włączenia tego kraju – w powojennych realiach – do europejskiej wspólnoty.

Ta pierwsza wizyta była szokiem, olśnieniem. Ani cienia wrogości, a wręcz przeciwnie – sympatii jakby więcej do mnie niż do sympatycznej Brytyjki, która prowadziła tę misję. I więcej zaufania. W osobistych rozmowach byliśmy „my”, ci z tej części Europy, co w lot się rozumieją i „ona”, która odbiera rzeczywistość trochę inaczej. Język, choć pisany cyrylicą, jakby bliższy niż rosyjski, łatwiej zrozumiały. I prześciganie się w pokazywaniu „polskiego” Lwowa, od fresków i malowideł w dostojnym gmachu Opery poczynając. Wyjechałem z zalążkami pierwszych ukraińskich przyjaźni, z czasem pogłębianych i zwielokrotnianych. To prawda, było to tuż przy granicy tego wielkiego kraju, w Galicji, gdzie przez ponad wiek podlegaliśmy wspólnym doświadczeniom austro-węgierskiego zaboru Rzeczypospolitej. Podczas kolejnych wizyt przemieszczałem się coraz bardziej na wschód i południe: Kamieniec Podolski, Berdyczów, Żytomierz, Kijów, późnej Krym – Symferopol, Jałta, Koktabiel, wreszcie – zupełnie już ostatnio – Donieck, a to już odległe Zaporoże, matecznik „niebieskich” i tuż przy rosyjskiej granicy. Poczucie obcości w miarę przemieszczania się na wschód nieco wzrasta, język ukraiński zanika – rosyjski słyszy się częściej, ale o wrogości nie ma i tam mowy. Jest za to nieustannie pogłębiająca się wiedza o Ukrainie, a choć to wciąż zaledwie wierzchołek góry lodowej – rozbija stereotypy i mity, wiele pomaga zrozumieć, uczy pokory, a co może najważniejsze – wciąż pogłębia sympatię i do kraju i do ludzi.

Z tego, co zrozumieć zdołałem dotychczas, najważniejsza chyba konstatacja, to historyczny dramat ludzi, którzy czują swoją odrębność, a od trzech stuleci wtłaczani są w rosyjskość – wbrew woli choć skutecznie, bo uparcie i przebiegle, w imię leczącej kompleksy idei światowego imperium. Te wspólnoty ludzkie – to niegdyś dumna, kozacka Sicz z dnieprzańskich porohów, to potomkowie Rusinów z żyznych ziem halickich, kijowskich, zakarpackich, ze stepów Podola, to krymscy Tatarzy. Zaraniem ich dramatu był perejasławski układ, który oddawał rusińskie ziemie pod carską protekcję i nie wiedzieć czemu charyzmatyczny strateg owych czasów, być może pierwszy, który pod swoim atamańskim berłem potrafił zjednoczyć kozaczyznę, Rusinów i Tatarów walcząc z Rzeczpospolitą, a który w końcu podjął tę tragiczną w skutkach decyzję, która zaowocowała roztapianiem się „rusinskości” w żywiole rosyjskim, czczony jest do dziś w każdym ukraińskim przyczółku jako ojciec narodu. A ileż w tym było winy krótkowzrocznej polityki ówczesnych elit Rzeczypospolitej… Usiłuję dociec, od kiedy i z jakich motywów te ziemie przybrały nazwę „Ukraina” i nie trafiłem na mędrca, który by mi to wytłumaczył. Stworzyłem zatem teorię własną: to „skraj”, krańcowe obszary carskiego imperium. Nazwa niepostrzeżenie weszła do politycznego obiegu i taką już pozostanie kiedy imperium ostatecznie przejdzie do lamusa historii. Ot, taki leksykalny figiel, a ile budzi refleksji…

Czy to roztapianie ostatecznie się powiodło? Trwało zbyt długo, żeby nie mieć wpływu na mentalność zniewolonych wspólnot, ale mimo ponad trzech stuleci nie zatarło poczucia odrębności, nie zniewoliło do tego stopnia, aby wyeliminować odruchy buntu, dramatycznego upominania się o uznanie odrębnej tożsamości. Dramatycznego w całym tego słowa znaczeniu, czasem wręcz rozpaczliwego, ślepo szukającego środków i sojuszy. Skrajnym przykładem takich poszukiwań jest powstanie na terenie II Rzeczypospolitej radykalnie nacjonalistycznej OUN, która nie odżegnywała się w swoich programach od faszyzmu i szukała (nota bene – bez skutku) wsparcia idei powołania ukraińskiego państwa w hitlerowskiej Rzeszy. Choć strategicznym wrogiem ukraińskich nacjonalistów była sowiecka Rosja, powołana przez nich struktura militarna, UPA, dokonywała niewyobrażalnie brutalnych rzezi – czystek etnicznych eliminujących z terenów wymarzonego państwa wszelki „element obcy”, których ofiarą padło ponad sto tysięcy Polaków i Żydów: to głęboka, wciąż nie zagojona rana – opór wobec zniewolenia, który przejawił się w zbrodniczej nienawiści, temat na antyczną tragedię. Rana, która – obawiam się – długo jeszcze będzie poważną barierą w narodowej konsolidacji radykalnie różniącej się w ocenach tych historycznych faktów blisko 50-milionowej ukraińskiej społeczności.

Marzenie pokoleń spełniło się nieoczekiwanie: na naszych oczach zaistniało ukraińskie państwo – Polska była pierwsza deklarująca jego uznanie. Bez wyzwoleńczych armii, bez sojuszników, bez przelewu krwi. Tyle, że początkowo nic nie zmieniło się „u steru”, w elitach politycznych nawet nie drgnęło: ludzie wyznaczeni przez kremlowską centralę do sprawowania wiodących funkcji politycznych i administracyjnych w zniewolonej sowieckiej ukraińskiej republice, podpisali (nie z własnej inicjatywy, a z inicjatywy owej centrali) dokument o rozwiązaniu „Związku” i stanęli na czele formalnie niepodległego państwa. Powiały narodowe flagi, pojawiły się narodowe symbole, uległy zmianie nazwy centralnych urzędów – nie zmieniły się twarze. W elitach władzy nie zmieniło się postrzeganie rzeczywistości. W sferze zarówno politycznej jak gospodarczej pozostały dawne uwikłania, powiązania, sentymenty, zależności. Wolności gospodarczej towarzyszyło powszechne, nie skrywane uwłaszczanie do niedawna partyjnej nomenklatury i równie powszechne przyzwalanie na korupcję. Zniesiona cenzura nie kneblowała już ust, ale na poboczach dróg znajdowano ciała zamordowanych „przez nieznanych sprawców” nieprawomyślnych dziennikarzy, którzy bili na alarm.

Bo jednak coś pękło, lub choćby znacznie się rozszczelniło – trudna wolność dawała o sobie znać. Powstawały opozycyjne partie polityczne, jak grzyby po deszczu pojawiały się redakcje przeróżnych pism i rozgłośni – w przeróżny sposób tłamszone i represjonowane, ale już legalne i tej nowej rzeczywistości nie da się już cofnąć. Dawały się zauważyć pierwsze symptomy społeczeństwa obywatelskiego – niezależne, z oddolnej inicjatywy powoływane stowarzyszenia – początkowo nieudolne, „na rynek” wchodzące nieśmiało i bez wdzięku, jak choćby pierwsze próby zorganizowania Amnesty International, ale mimo to nieuchronnie i trwale zmieniające rzeczywistość. Krople drążące skałę.

Pierwszy masowy protest społeczny – „pierwszy Majdan”, bo protestujący zgromadzili się na kijowskim Majdanie Svobody (Placu Niepodległości) – wybuchł 10 lat po uzyskaniu niepodległości, w 2001: ludzie zaprotestowali przeciwko zamordowaniu dziennikarza Georgija Gonzadze, jak domniemywano – z inicjatywy niezmiennie rządzących postkomunistycznych elit. Zdławiony przez władze bez trudu i rozgłosu. „Drugi Majdan”, w trzy lata później – ten „pomarańczowy” – zaistniał na skutek oczywistego sfałszowania wyborów; przepadł w wyborach prezydenckich kandydat opozycyjnej partii „Nasza Ukraina”, wygrał kandydat „Partii Regionów” wskazany przez ustępującego (już zgodnie z konstytucją) byłego „pierwszego sekretarza” sowieckiej Ukrainy, a następnie jej prezydenta. Namiotów na Majdanie było znacznie więcej, zaistniała scena, determinacja ludzi ogromna, bo te wybory miały przynieść zasadnicze zmiany, wyprowadzić kraj z sowieckiego systemu władzy. Tym razem Majdan zyskał olbrzymi rozgłos, otrzymał wsparcie światowej opinii publicznej i odniósł sukces: wybory powtórzono przy udziale obserwatorów z zagranicy (byłem na Zakarpaciu), urząd prezydenta objął kandydat opozycji. Olbrzymi entuzjazm – od zaraz miało być inaczej. Tak się nie stało: zmiany nie następowały, opozycja się skłóciła, stare myślenie o koncepcji sprawowania władzy trwale pozostawało z tyłu głowy. Olbrzymi entuzjazm ustąpił miejsca proporcjonalnie olbrzymiemu rozczarowaniu: gospodarka szybowała w dół, ukraińskie PKB stawało się najniższe na świecie, inflacja najwyższa, dług publiczny rósł. Rosja nieustannie szantażowała cenami surowców. Ukraińska szarzyzna stawała się coraz bardziej szara. Nic więc dziwnego, że w kolejnych prezydenckich wyborach zwyciężył niechciany pięć lat wcześniej kandydat „Partii Regionów”, ukorzeniony w dawnej komunistycznej strukturze, uwłaszczony oligarcha, mający za sobą finansową elitę Ukrainy bazującą w jej wschodnich rejonach, najzamożniejszych zagłębiach przemysłowych. I znów nic się nie zmieniało: korupcja pozostawała zjawiskiem powszechnym, nie-praworządność dawała o sobie znać na każdym szczeblu władzy, gospodarka w górę nie poszybowała, przepaść między statusem materialnym oligarchii i „ludu pracującego”, w szczególności w rejonach mniej uprzemysłowionych, coraz bardziej się rozwierała. Nowemu prezydentowi nie można odmówić sporego sprytu. Prorosyjsko ukształtowany od korzeni, nie wyobrażał sobie innego układu i politycznego i gospodarczego, jak wasalny sojusz z Rosją, ale bywał równocześnie w Brukseli, sprawiał wrażenie zainteresowanego „partnerstwem wschodnim” i prowadził obiecujący flirt z Europą. Do czasu. W godzinie próby, kiedy trzeba było złożyć podpis pod z trudem wynegocjowanym Traktatem Stowarzyszeniowym, zaskoczył. Podpisu odmówił. Prezydenckie „niet” było szokiem, i w jakimś sensie policzkiem, nie tylko dla europejskich negocjatorów tego traktatu. Było również – a może przede wszystkim – szokiem dla Ukraińców, przynajmniej tych, którzy po 20 latach niepodległości czują się już w pełni obywatelami swojej – wreszcie! – ojczyzny.

I tak powstał „trzeci Majdan”, początkowo społeczny, obywatelski, na którym politycy, nawet opozycyjni, nie byli chętnie widziani: po zawodzie „pomarańczową” niechęć do polityków jest powszechna. Od początku świetnie zorganizowany – doświadczenia dwóch poprzednich masowych protestów nie poszły na marne. Wokół miasteczka namiotów pojawiły się barykady – nie żeby bronić przed „służbami”, dla których nie stanowią bariery; żeby chronić pokojową demonstrację przed prowokatorami. Opozycyjni politycy doproszeni zostali dopiero po tym, jak „służby” dopuściły się agresji – brutalnych pobić i aresztowań. Ten Majdan gromadzi w porywach ponad 100.000 ludzi; i on wciąż trwa, już wiele tygodni. Nie powstrzymał prezydenta przed podpisaniem w Moskwie wasalnych dokumentów, ale nikt zapewne nigdy nie dojdzie, o ile gorzej mogłyby wybrzmiewać dla dalszych losów Ukrainy, gdyby w Kijowie nie „stał” Majdan. Choć nie odniósł, i zapewne tym razem jeszcze nie odniesie spektakularnego zwycięstwa, odniósł już przeogromny sukces. Przez sam fakt, że wciąż trwa, przez wiele tygodni, wbrew coraz bardziej niechcianej (żeby nie rzec – wrogiej) władzy, w niezwykle trudnych, zimowych warunkach. Przez wymuszenie uwolnienia wszystkich zatrzymanych na Majdanie podczas brutalnej próby pacyfikacji 30 listopada, przez choćby deklaracje pociągnięcia winnych – odpowiedzialnych za tę próbę – do odpowiedzialności. Przez fakt, że przyciągnął do siebie znanych i najbardziej na Ukrainie cenionych dziennikarzy, naukowców, ludzi kultury – elitę intelektualną. Ale też przez fakt poparcia „majdanowych” żądań skierowania Ukrainy ku Europie – przełożenia zwrotnicy ze Wschodu na Zachód – przez tych, od których to poparcie najmniej było oczekiwane: przez znaczącą grupę oligarchów. To prawda, ich pierwsze miliony pochodziły z grabieży narodowego majątku, z przekrętów, którym sprzyjała korupcja. Jednak teraz już ich ten arbitralny układ, całkowita zależność od łaskawości i humoru władzy i brak poczucia bezpieczeństwa uwiera, ich biznesowy los związany jest z Europą. Wielki – w moim rozumieniu – „majdanowy” sukces – to również obalenie stereotypu „proeuropejski zachód – prorosyjski wschód” – coś, co być może odpowiadało prawdzie jeszcze przed dekadą. Już nie dzisiaj – to już passé. To prawda, różnice w postrzeganiu rzeczywistości między Wschodem i Zachodem tego wielkiego kraju jeszcze nie znikły, zbyt krótki to czas, żeby zniwelować bardzo osobiste doświadczenia, żeby wypracować wspólne, zobiektywizowane widzenie historii: wschodnie lęki przed nacjonalistycznymi „banderowcami”, którzy w pamiętanej jeszcze historii odwoływali się do nazistowskiego faszyzmu, wciąż trwają; sentymenty starszego pokolenia tych ze wschodu dla „wojny ojczyźnianej”, w której uczestniczyli w krasnoarmiejskich uniformach, są ponad możliwości zrozumienia przez tych z zachodu. Nie są to już jednak wartości fundamentalne, które dzielą. Ten Majdan odkrył natomiast, ujawnił, uwypuklił fundamentalne wartości, które łączą (byłem niedawno w Doniecku i tego problemu jakby dotknąłem): chcemy żyć nie tylko w niepodległym państwie obejmującym pradawne ziemie Rusinów / Ukraińców, w równym stopniu pragniemy żyć w normalnym kraju, w państwie prawa penalizującym korupcję, chcemy mieć niezawisłe sądy wymierzające sprawiedliwość niezależnie od politycznych układów, chcemy korzystać z fundamentalnych dobrodziejstw demokracji, chcemy mieć dostęp do światowej kultury i nauki, co zapewni nam możliwości rozwojowe, chcemy żyć uczciwie i bez lęków. I to są te wyzwania, które jednoczą Ukraińców w prozachodniej opcji, to są te oczekiwania od zbliżenia się do Europy, od choćby pierwszych sformalizowanych więzów z UE. Społeczeństwo obywatelskie dało o sobie potężnie znać, głos dało młode pokolenie Ukraińców z zachodu i ze wschodu, które nie pozwoli już swego głosu uciszyć.

Podobnie jak „pomarańczowy” Majdan – mimo wszystkich późniejszych rozczarowań – przeorał świadomość Ukraińców, był już nie kroplą, a strumieniem drążącym skałę, przesunął Ukrainę o kilka mil w kierunku demokracji, bo trudno byłoby już sobie dzisiaj wyobrazić prezydenckie czy parlamentarne wybory na Ukrainie, które stanowiłyby tylko listek figowy dla autorytarnego władcy, tak obecny „trzeci” Majdan jest już rwącym potokiem: nie tylko konsoliduje społeczeństwo obywatelskie – ten Majdan cementuje naród, o którym w momencie wyłaniania się niepodległej Ukrainy trudno było mówić. A to również dobra wieść dla Polaków. Wyrzucam to z siebie, bo nie tylko cieszę się tymi sukcesami Ukraińców, których darzę gorącą sympatią – bo to również leży w interesie racji stanu mojego kraju.

Wiem to, wiem dobrze: nie jest to wszystko tak proste i optymistyczne, jakby może z tego emocjonalnego tekstu wynikało – nie wszystko da się zawrzeć na tych kilku stronach, a i kompetencji brak na głębszą analizę; dzielę się po prostu tym, co mi moja dusza śpiewa i trochę podpowiada intuicja. Ale wiem to, wiem: jest Rosja, wciąż potężne mocarstwo, które bez wpływu na Ukrainę traci swój mocarstwowy status i będzie o ten wpływ walczyć do końca, wszelkimi, właściwymi jej, brutalnymi metodami. Jest dramatyczna sytuacja gospodarcza Ukrainy, która wymaga niezwłocznego wsparcia. Jest uwikłana w swoje procedury (28 państw – 28 w każdej poważnej sprawie decydentów), w związku z tym mało elastyczna i powolna w swoich decyzjach Unia Europejska. Jest ogólny deficyt międzynarodowej solidarności. Jest wreszcie – co może najważniejsze – trudna konieczność zrozumienia przez Ukraińców, że nawet po przełamaniu tych wszystkich arcy trudnych dylematów czeka ich arcy trudny okres transformacji. Zrozumienia tego, że przestawienie zwrotnicy na zachód, czego tak bardzo oczekują i czego gorąco im życzę, to nie szybka zamiana biedy na dobrobyt, a kilka lat zaciśnięcia pasa, przechodzenia z finansowego chaosu w budżetowy ład, co jest społecznie niezwykle kosztowne. Skąd my to znamy? Tam nad Dnieprem, Dniestrem i Donem jest dopiero nasz rok 1976, kiedy rodził się KOR, być może już 1988, kiedy zjednoczona opozycja dumnie opuszczał Stocznię po ostatnim przegranym strajku. Wierzę w to mocno, że wkrótce przeżyją swój 1989, że entuzjastycznie powitają tak bardzo oczekiwany Nowy Porządek. Ale czekają ich jeszcze nasze trudne wczesne lata 90., kiedy było już praworządnie, ale oczekiwany dobrobyt jeszcze nie nadchodził, a wiele grup społecznych wpadło na chwilę w biedę, bo trwało porządkowanie gospodarki i z chaosu dopiero wyłaniał się jakiś ład. Ale wierzę i w to, że dadzą radę, że przez to wszystko przebrną, a wiara ta opiera się na tym, co widzę tu i teraz, na ich „trzecim” Majdanie. Jest to nie tylko podziwu godna determinacja: również dyscyplina, z jaką prowadzą ten trudny protest piszący ich historię, niezwykłe poczucie odpowiedzialności, zdolność do samoograniczenia, utrzymanie pokojowego charakteru protestu, powściąganie emocji, które prowadzić by mogły do destrukcyjnego radykalizmu. Życzę im gorąco, aby tak dotrwali do końca tego wielkiego wydarzenia, albowiem niczym bardziej nie przysporzą sobie tak potrzebnego im uznania i wsparcia ze strony Europy, jak właśnie taką postawą. I gorąco pragnę, żeby mój kraj był nieustannie i na wszystkich piętrach w awangardzie tego wsparcia.

To jeszcze długi marsz, ale ten Majdan wytyczył drogę. Prostą. I jednoznacznie zdefiniowaną. Albo inaczej – tak jak określił to w wymienianej w tych dniach korespondencji jeden z moich ukraińskich przyjaciół: no pasaran! Choć to niegdysiejsze zawołanie ukraińskich nacjonalistów z faszyzującego UNO, ale na Majdanie się przyjęło, bez konotacji historycznych: Slava Ukraïni!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s