kalendarium 2013

Im człowiek starszy, tym czas umyka szybciej, niemal niepostrzeżenie: tak, jakbym przedwczoraj likwidował ubiegłoroczną choinkę, a już trzeba było pomyśleć o nowych światełkach na kolejną, bo ze starymi – jak sobie przypominam – był w ubiegłym roku kłopot. No i tak jakoś „płasko”. Jakby ktoś rzucił pytanie, coś w minionym roku przeżył, chyba bym się zaciukał, bo nic na myśl nie przychodzi, co bym jednym tchem z siebie wyrzucił: żadnej dłuższej wyprawy tak, żeby byli nowi ludzie, inni i swoją innością ubogacający, żadnego dłuższego rajdu, rejsu, spływu co by nieco adrenalinę podniósł i ślad w pamięci pozostawił. Ale czy rzeczywiście tak nic a nic? Oczywiście, rodzina: jak na drożdżach rosną wnuki – to wielka radość. Świętowaliśmy narodziny Marcinka. To jednak inna kategoria, to najwyższe piętro. A codzienność?

Rzucam okiem w kalendarz. Coraz częściej zapiski przypominające o wizytach lekarskich u specjalistów, szczęśliwie na razie tylko rutynowe, kontrolne, choć niestety niezbędne. Wzrok (po „awarii” oka) coraz mnie sokoli, to co się z gardzieli wydobywa coraz bardziej skrzekliwe i głosem trudno się przebić, a wciąż chciałoby się coś powiedzieć, szczególnie jak na towarzyskich spotkaniach ludzie marudzą i głównie mają za złe. Zadyszka coraz częściej dopada i bez inhalacji ani rusz – o innych drobnych dyskomfortach nie mówiąc. Ale jest też odnotowany jakiś dobry spektakl, kilka świetnych filmów, sporo koncertów, trafne myśli z lektur. No i jednak kilka wydarzeń, które choćby na chwilę dawały taki błysk, który zachłystywał urokliwością świata i ładował akumulatory, bądź też przydawał coś istotnego do rozumienia „zakręconej” (skądinąd fascynującej) rzeczywistości, w której – chcemy czy nie chcemy – jesteśmy zanurzeni od pięt po łysinę.

Więc choć kilka tych błysków niechby było ocalonych od zapomnienia, bo z pamięcią kłopot chyba największy – jakoś się dramatycznie skróciła. I tak:

W STYCZNIU – rajd koński do Podkowy w mróz siarczysty, było świetnie, akumulatory podładowane; a tydzień później „Syberiada” z „Ja Wisła” i z Przemkiem Paskiem, dziesięciokilometrowy spacer brzegiem Wisły przez śnieg kopny, z Dziekanowa Polskiego do Czosnowa, widoki dech zapierające, po drodze ognisko, dla pokrzepienia upieczone kiełby i „coś z gwinta”, żeby nadwątlonej mrozem energii do osiągnięcia celu starczyło. A w międzyczasie świetny koncert mozartowski w pruszkowskim Muzeum Starego Hutnictwa Mazowieckiego w wykonaniu kameralistów „Vratislava”.
W LUTYM niewiele: ognisko „porajdowe” w Malichach – jak zawsze atmosfera niepowtarzalna i mimo mrozu gitara nie ustawała i „Somosierra” o północy wybrzmiała gromko. I jeszcze spotkanie w Fundacji Schumana w Ujazdowskich: „Dokąd zmierzasz, Europo?”
W MARCU wydarzenie, które dzisiaj przywołuję z pamięci z uczuciem szczególnym. „Pruszkowska Książnica” powierzyła mi poprowadzenie spotkania z gościem niezwykłym – Tadeuszem Mazowieckim. Kanwą spotkania była książka Pierwszego („naszego”) Premiera, „Rok 1989 i lata następne”, o tamtym czasie, tamtych ludziach i tamtych problemach, a niezwykłość jej polega na tym, że więcej w niej dokumentów, listów, przemówień, notatek z historycznych spotkań do bólu rzetelnie przypominających bieg wydarzeń i stawiających do kąta ideologicznych wymyślaczy najnowszej historii niż zwięzłych, konkretnych odautorskich komentarzy i refleksji. Dla mnie było to autentyczne przeżycie, tym większe, że we wpisanej mi prze Gościa dedykacji zawarta jest recenzja przeprowadzenia tego spotkania, którą – myślę – z przyjemnością, wspominając dziadka, czytać będą moje wnuki. A Mazowiecki, jak wiadomo, w słowach był oszczędny i na wiatr ich nie rzucał. No i w ogóle ten marzec był wybitnie „pruszkowski” – kulturalnie działo się jak w jakiej metropolii: w przeuroczej sali koncertowej Muzeum Starożytnego Hutnictwa – „Golgota Jasnogórska” Ernesta Brylla w znakomitym wykonaniu warszawskich aktorów, tuż po tym – „Koncert wiosenny” śląskich kameralistów, a w „Pałacyku Sokoła” – kolejny „Salonik z kulturą” Tolka Murackiego (jeździ po całej Polsce) oparty na najlepszych kabaretowych tradycjach – dobra piosenka z gitarą, ciekawa poezja, trochę satyry, dwie godziny takiej „ciepłej nierzeczywistości” w którą można uciec przed jakże często kostropatą rzeczywistością.

W KWIETNIU to już się naprawdę działo. Ostatnia „Syberiada” z „Ja Wisła” – tym razem prawym brzegiem Wisły od Mostu Grota po Siekierki przez stary Port Praski po „Grubą Kaśkę” i „Chudego Wojtka”: jakaż inna ta kochana Warszawa z tej perspektywy, jaka jeszcze miejscami dzika, jakby chowająca fragmenty „przedwojnia” przed napierającą cywilizacją, a jaka piękna w spojrzeniu na skarpę, na której „wisi” Stare Miasto. W „demosEUROPA” na Foksal („u dziennikarzy”) kolejna ciekawa debata „Polska w UE”: nie do przecenienia korzyści, dalece nie tylko te materialne, o których się mówi, ale też zagrożenia, a ich skala zależna od wariantów rozwoju europejskich realiów. No i 70. rocznica powstania w warszawskim getcie. Siedemdziesiąte rocznice traumatycznych „wydarzeń zbiorowych” mają znaczenie wyjątkowe, bo to te ostatnie „okrągłe”, w których mają szanse uczestniczyć ci, którzy przetrwali; tak było z „Wołyniem”, tak będzie wkrótce z Powstaniem Warszawskim (już dzisiaj z drżeniem myślę, czy dwa plemiona Polaków będą w stanie godnie, ponad podziałami, uczcić Gloria Victis nie niwecząc pamięci szarpaniną polityczną). Nasi starsi bracia, Żydzi, stanęli na wysokości zadania: były to wielkie obchody, z udziałem żydowskiej diaspory z całego świata, z prawdziwą godnością przypominające o największej hańbie 20. wieku, jakim był Holocaust. To z tej okazji otwarte zostało dla publiczności miejsce w Warszawie niezwykłe – Muzeum Historii Żydów Polskich. Stała wystawa gotowa będzie dopiero w przyszłym roku, co nie przeszkadza, że Muzeum od pierwszej chwili, od 19 kwietnia (dzień, kiedy w gettcie ŻOB oddał pierwsze strzały), od znakomitego koncertu „Tribute to Marek Edelman”, stało się szczególnym miejscem spotkań i refleksji. Szósta edycja żydowskiego festiwalu filmowego, „Jewish Motifs”, organizowanego tradycyjnie w kwietniu (spiritus movens tego – można powiedzieć – światowego wydarzenia – to od lat Mirosław Chojecki: kto jeszcze pamięta jego dziecko, podziemne wydawnictwo „Nova” z okresu stanu wojennego i jego zasługi w animowaniu całego podziemnego ruchu wydawniczego?), również tam miała swój początek zainaugurowana świetnym koncertem w wykonaniu zorganizowanego na tę okoliczność międzynarodowego zespołu muzyków „Festiwal Orchestra”. Nakładały się na siebie każdego niemal dnia, do końca kwietnia, dziesiątki wydarzeń (okoliczne wystawy i instalacje, seminaria, spacery odtwarzające w pamięci starych i w wyobraźni młodych warszawskie realia tamtych lat – choćby ta „kładka” łącząca „duże” i „małe” getto przy Chmielnej 25, widzieliśmy ją odtwarzaną w wielu filmach); a obchody zamykała debata prowadzona przez znaną katolicką publicystkę i teolożkę, Halinę Bortnowską – wielkie audytorium nie mieściło chętnych w jej udziale – „Być świadkiem Zagłady”, w jej tle historyczny esej Jana Błońskiego, jednego z najwybitniejszych krytyków literackich minionego wieku, „Biedni Polacy patrzą na getto” („Tygodnik Powszechny” 1987, początek bolesnej, trwającej do dziś, narodowej debaty na temat polskiego antysemityzmu). No i jeszcze w kwietniu – „sprzątanie świata”: gdyby na całym świecie działo się tak jak w „moich” Malichach – świat w końcu kwietnia byłby przezroczyście czysty.
W MAJU, jak wiadomo, natura budzi się do życia i gdzieś człowieka gna – więc pojechałem do wsi Starniczki pod numer 1 (innych zabudowań w tej wsi nie ma) odwiedzić Janeczkę, najdzielniejszą kobietę, jaką dane mi było w życiu poznać, wdowę po moim przyjacielu życia, Januszu. Janusz, kiedy zbuntował się w latach siedemdziesiątych na otaczający go lichy świat, i po rozległym zawale (to długa historia) postanowił zerwać wszelkie więzy łączące go z cywilizacją, znalazł sobie nowe „miejsce na ziemi”, na odludziu w zachodniopomorskim, w rozwalonym, poniemieckim młynie i postanowił kreować rzeczywistość po swojemu. Wykreował własną tytaniczną pracą (własnym pomysłem) wielką, wzorcową hodowlę pstrąga. Żył szybko, z pasją, kochał ryzyko, jak polował na szczupaka – to po to, żeby zwyciężyć przeciwnika, po sukcesie – wpuszczał do rzeki, na ambonie polował głównie lornetką, ale jak strzelił – to celnie. Bezlitośnie szydził z próżności i sztampy, nie przeszedł mimo koło żadnej biedy, potrzeby, wykluczenia. Odszedł nagle. Janeczka, żona już „stąd”, okazała się godną jego spadkobierczynią: wciąż jeszcze młoda, atrakcyjna, nie sprzedała gospodarstwa, nie wybudowała rezydencji za wysokim ogrodzeniem, nawet nie wyszła za mąż – kontynuuje januszowe dzieło. Z nie mniejszą pasją. W dalszym ciągu kreuje, modernizuje. Mieszka w niewielkim, przytulnym domku na zapleczu basenów. Szczupła, drobna, rzekłbyś – krucha, wulkan energii, pomysłów. Ma tylko jeden problem: po co to wszystko? I jedną odpowiedź: nie sposób inaczej. Pisze czasami: wpadnij. Wpadam, utwierdzam w tej odpowiedzi (choć dawno już zasłużyła na godny odpoczynek), sam ładuję akumulatory i podziwiam, że tak można. Ta przyjaźń – to nieoceniona pamiątka po Januszu. Wielka, maleńka Janeczka. Wybieramy się do Gruzji. W Warszawie – niecodzienny koncert w klubie „Sztuki i sztuczki” na Szpitalnej, „Gruzińskie wielogłosy”; pilotażowy – przed szóstą już edycją coraz rozleglej panoszącego się (już po całej Europie, od Ukrainy po Portugalię) festiwalu „Transkaukazja”, a wszystko to pomysł „mojej” fundacji – „Inna Przestrzeń”. Później – z wizytą w nostalgiczno – muzycznym programie mego przyjaciela, Staszka Śnieżki (to również długa opowieść, choć inna od „januszowej”: Staszek był alkoholikiem „w stopniu zaawansowanym”, na skraju przepaści, nic co z ludzkiej nędzy i upadku nie jest mu obce – dzisiaj „emerytowany stróż nocny” w jednej z praskich szkół, dla fantazji prowadzi zespół muzyczny, gra „utwory” wyłącznie własne z własnymi tekstami, którymi opowiada swoje życie (dwa wydania, kilka płyt), śpiewa z gitarą, a raczej charcze głosem Himilsbacha, ma swoją wierną publiczność w praskim Centrum Promocji Kultury na Podskarbińskiej, ostatnio również w kilku innych miastach, statystuje w filmach – świetny w rolach typa spod najciemniejszej gwiazdy: w sumie – wspaniały człowiek o wrażliwości anioła). No i – jak zwykle w maju – już 20. (!) Polskie Spotkania Europejskie na Krakowskim Przedmieściu – doroczna barwna Parada Schumana: polscy europosłowie do dyspozycji przechodniów – oblegani nie wszyscy, najbardziej Komisarz Lewandowski. A na początku i z końcem miesiąca – dwie ciekawe debaty: paneliści powołani przez Fundację im. prof. Geremka debatowali w Nowym BUW-ie (z licznym udziałem publiczności) na temat „Nacjonalizmy w nowoczesnej historii politycznej – co znaczą dzisiaj”, a Fundacja Batorego na Sapieżyńskiej uznała za ważny temat „Chiny – i co dalej?”, publiczności nieco mniej, ale dyskusja arcyciekawa. Cotygodniowe końskie harce w Popówku i nadarzyńskich lasach mają swój wiosenny finał – dwudniowy rajd do zaprzyjaźnionej stajni „Chrapki” (Adamów – Parkiet) przed „ewakuacją” koni do letniej bazy w Łynie – to zawsze ogromna radocha. I jeszcze wyjazd do Pionek, podradomskiej miejscowości w Puszczy Kozienieckiej, gdzie spędzałem lata okupacji i obfitujące w osobiste wydarzenia pierwsze lata powojnia: spotkanie w hufcu ZHP z tymi, co pozostali z pierwszej, zorganizowanej tam w 45-tym drużyny harcerskiej – a było to coś więcej niż harcerstwo. Aj, działo się wówczas, działo – i kształtowało. I tak już pozostało. A w Pruszkowie – kolejny „Salonik z kulturą” Tolka Murackiego, jak zawsze – pozostawiający wrażenia.

W LECIE wydarzeń było mniej, bo albo jest przygoda, albo nieco pusto. Przygody w tym roku zabrakło, co nie znaczy, że było miejsce na nudę. Jako mieszczuch „z urodzenia”, dopiero od kilku lat mam okazję z fascynacją obserwować we własnym (ściślej – jakby własnym) ogrodzie, tak na co dzień, ranek po ranku – dzień po dniu, jak funkcjonuje natura, jak to wszystko nagle, gwałtownie budzi się wiosną, jakie to nieprawdopodobne bogactwo gatunków, barw, odgłosów – nasz „prywatny” trelujący słowik i wprost hałaśliwe kumkanie żab należą do wyjątkowych. I ile w tym piękna. A żeby je w najbliższym choćby otoczeniu – nie psując – bardziej jeszcze wyeksponować – tu trzeba podkosić, tam przyciąć, tu podeprzeć – pracy huk i długiego dnia nie starcza. Trochę powalczyłem o „przestrzeń publiczną” w najbliższym otoczeniu, wzdłuż Utraty aż po tworkowski park, którą niektórzy sąsiedzi – chytruski chcieli sobie zawłaszczyć. No i jednak nie było tak, żeby się nic nie działo.

W CZERWCU, w pierwszych dniach miesiąca, kolejne porajdowe ognisko w Malichach: jak zwykle, przyjazny gwar, tradycyjny „kociołek”, gitara, o północy Somosierra. A pod koniec – na Krakowskim wielki festyn „Transkaukazji” – występy Gruzinów, Azerów, Ormian, kiermasze, kuchnie etniczne (pyszne wino), najrozmaitsze warsztaty, a wieczorem, na otwartej scenie, wspólny koncert; to każdorazowo niezapomniane przeżycie. Tym razem Festiwal – projekt artystyczny inspirowany kulturą Kaukazu (to już szósta edycja) – rozpoczął się w Kijowie, zakończył we wrześniu, w Wiedniu, po drodze Sztokholm, Londyn, Berlin, Lizbona.
W LIPCU smutek wielki: odszedł Wojtek B. – wypadek, ale przyczyną było serce. Był ode mnie o ponad 10 lat młodszy. Trwałe, męskie, dobre zaprzyjaźnienie, jeszcze z okresu Jugosławii – końcówka lat 70-tych. Nasze dzieci też od tamtych czasów (dla nich – od „podstawówki”) są w przyjaźni. Rozumieliśmy się, potrzebowaliśmy się nawzajem. Mieszkał na drugim krańcu Polski – nie zapomnę długich rozmów telefonicznych, co dla nas obu było zjawiskiem nietypowym. Pogrzeb w Krakowie, na Cmentarzu Rakowickim. Będzie mi go szczerze brak. Wkrótce po tym drugi pogrzeb – Krzysia Cz. Krzyś był starszy – niósł ze sobą kawał historii: „kresowiak”, z ziemiańskiej rodziny gdzieś pod Równem, później miłośnik Tatr. Trudno zapomnieć niektóre z jego opowieści – jak siadywał u Witkacego na kolanach, jak spływał „w dwa kajaki” po bagnistych, wręcz niedostępnych rzekach Polesia i jak napotykał odciętych od świata „miejscowych”, którzy zadawali zaskakujące pytania o „batiuszkę cara”, jak w ’39 czmychał na koniu przed „czerwonymi”. W połowie miesiąca – tradycyjne kwiaty przed tablicą pamiątkową Bronisława Geremka na warszawskiej Starówce, w piątą już chyba rocznicę śmierci. A ponieważ życie nieustępliwie biegnie naprzód – był też spływ krypą „Basonia” z „Ja Wisła” (czytaj – z Przemkiem Paskiem) do Konstancina i wsi Gassy – Kępa Zawadowska, bezkresne wydmy, mnóstwo ptaków. W ubiegłym roku płynąłem tą krypą, z przyjacielem i wspaniałym kompanem Jackiem S., z Dęblina, z noclegiem (ogniskiem) na wydmie – świetna przygoda. Później kilka dni na „obozie Werki” w naszej urokliwej letniej „końskiej’ bazie w Łynie.
W SIERPNIU znów Łyna (no bo gdzie?), jakiś indywidualny „terenik” na „Klaserze” po urokliwych warmińskich lasach; ździebko pobłądziliśmy „wieczorową porą”, a dodatkową atrakcją były niepowtarzalne widoki „burzy z piorunami” gdzieś nad nieodległym Orłowem – do bazy wróciliśmy, jak już ognisko płonęło na całość i miód pitny z niedzickich barci od dawna krążył gardła płucząc przed kolejna zaśpiewką i gitarzyście animuszu dodając. Bardzo zachciało mi się samotnie pokajakować, więc wymyśliłem sobie Biebrzę. Droga przez całe Mazury (Ruciane, Pisz) trochę nostalgiczna, bo bywało, że bywałem w tamtych żeglarskich bazach i na polach namiotowych każdego lata. A Biebrza nie zawiodła: to chyba ostatnia w Polsce rzeka, którą płynąc przez cały dzień spotyka się tylko dwa – trzy kajaki. I nieogarnięte wzrokiem, płaskie bagna. I niezwykłe bogactwo ptaków. A płynąłem z Wrocenia / Dolistkowa (to tuż za śluzą Dąbrowa) przez Dawidowiznę, Goniądz, Twierdzę Osowiec do Białego Grądu – do ujścia do Narwii brakowało tylko Brostowa i Mikołajewa. A w ostatnią niedzielę sierpnia – tradycyjnie już, od lat – barwny, taneczny pochód z Placu Bankowego na Krakowskie, po którym rozlewa się wielki kiermasz. To wielokulturowe „Street Party”, jedna z pierwszych inicjatyw „Innej Przestrzeni”: w głowie się kręci, ile nacji żyje w Warszawie i jakie kulturowe bogactwo mają do zaoferowania, co nie tylko tańcem się przejawia – jakże inaczej postrzega się tu Wietnamczyków, Czeczenów czy Ormian niż na warszawskich targowiskach. No i „Próżna” – Festiwal Singera, już dziesiąta, z każdym rokiem bogatsza edycja Festiwalu Kultury Żydowskiej. W tym roku prawa pierzeja Próżnej pięknie odrestaurowana – lewa wciąż w ruinie. Przebogata oferta najrozmaitszych spotkań, filmów, wystaw, o tym, żeby usiąść z kuflem piwa w narożnej „Próżna Holz” można tylko pomarzyć, ale na straganach żydowskich przysmaków co niemiara, a czulent smakowity wyjątkowo. Najbardziej jednak urzekała muzyka: koncert kantorów w Synagodze Nożyków, „Noc klezmerów” na otwartej scenie, a ostatniego dnia koncert finałowy z występami Cukunft Big Band (chyba z Tel Avivu) i rewelacyjnego, czarnoskórego kantora Jaskura Nelsona – widownia wypełniała cały niemal Plac Grzybowski, rytm porywał, artyści nie dawali się zbytnio prosić o „bisy”. I jeszcze „Kołysanka dla pamięci” – trzeba było przemieścić się pod Pomnik Bohaterów Getta na Anielewicza, ale było warto: niemal już o północy „kadysz” w wykonaniu Nelsona przy palących się zniczach i pochodniach pozostał w pamięci.

We WRZEŚNIU przypomniała się, w rocznicę powstania w Lhasie, Galeria Tybetańska pod estakadą nad Rondem (Wolego) Tybetu – to doprawdy świetna prezentacja „street artu” kreowana prze fundacje „Inna Przestrzeń” i „Klamra” pod kierunkiem Darka Paczkowskiego, jedyna w swoim rodzaju, przypominająca o tragicznym losie Tybetańczyków: były nowe malowidła, tybetańskie tańce i lampka wina. Wkrótce po tym – niezwykłe wydarzenie w auli „starego” BUW na Krakowskim: spotkanie z legendarną przywódczynią ruchu oporu w Birmie (Myanmar), przez kilkanaście lat – więźniem sumienia autorytarnego reżimu, laureatką Pokojowej Nagrody Nobla, Aung San Suu Kei: była jedną z pierwszych politycznych więźniów sumienia, o których uwolnienie dopominała się w prowadzonej kampanii, w początkach lat 90., dopiero co powstała polska struktura Amnesty International. Powitana została przez Jego Magnificencje, przywitana brawami na stojący przez ponad pół tysiąca uczestników spotkania (młodzież!). Goszczenie jej teraz, po ćwierć wieku, w Polsce, znów wolną, znów działającą na rzecz demokracji w swoim kraju, żarliwie wygłaszającą mądry wykład „Edukacja dla pokoju” – to wielki zastrzyk optymizmu i wiary w to, że świat – mimo wszystkich swoich niedoskonałości – toczy się we właściwym kierunku. A przed Domem Spotkań z Historią na Karowej, na skwerze, kolejna ekspozycja plenerowa „Warszawa 1945 – 1947”: dramat miasta, które stało się gigantycznym gruzowiskiem, a równocześnie niezwykły, całkiem irracjonalny entuzjazm jego mieszkańców, dzięki czemu feniks otrząsał się z popiołów. A w samej siedzibie DSH inna wystawa, jak zawsze przypominająca twarze i wydarzenia z lat wojennej traumy i przebogata oferta historycznych publikacji (dorobek zarówno własny i IPN-u jak zbliżonych profilem i kierunkiem zaangażowania fundacji i stowarzyszeń). Korci mnie, żeby wiele jeszcze z siebie wyrzucić na temat DSH, ale nie tu na to miejsce, więc choćby jedna refleksja: dlaczego zamulani jesteśmy w mediach nieustannym bełkotem o zegarkach ministra Nowaka i rewelacjach posła Macierewicza miast informacji o tym, co w Polsce dzieje się pozytywnego, ile jest świetnych, budzących szacunek europejskiej elity intelektualnej inicjatyw kulturalnych, edukacyjnych, jak choćby te kreowane przez DSH i dziesiątki innych społecznych instytucji i ośrodków ubogacających, harmonijnie łączących otwartość na świat i utrwalanie narodowej tożsamości wbrew tym, którzy ziejąc nienawiścią dzielą i plemiennie kształtują opinię publiczną? A kto nie widział znakomitej ekspozycji sprzed kilku lat, przez DSH wykreowanej, która obiegła świat (bo już nie tylko europejskie stolice) budząc najwyższe uznanie, „Oblicza totalitaryzmu” – niech żałuje, a jeśli są wśród nich marudziarze kontestujący niedosyt wiedzy historycznej w szkolnym curriculum – niech się po prostu wstydzą. Był jeszcze we wrześniu piękny ślub Marysi (nie pierwszy to piękny ślub w gronie moich „przyjaciół od koników” z „Szarży”, ten Izy w ubiegłym roku pozostał w szczególnej pamięci) i uczta weselna w urokliwym klubie „Ona”, schowanym w krętych uliczkach Ochoty (gdzie do niedawna tzw. badylarze sadzili buraki i kapustę), niezwykle ciekawym miejscu spotkań. I jeszcze cykl jesiennych koncertów w Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego w Pruszkowie, któremu organizatorzy nie bez powodu przydali nazwę „Przesilenie”.

W PAŹDZIERNIKU Fundacja „Otwarty dialog”, z niezwykłą determinacją zabiegająca o przestrzeganie praw człowieka w rządzonym autorytarnie Kazachstanie, przebiła się, żeby zaistnieć jako „side event” w programie cyklicznej konferencji OBWE pod nazwą Human Dimension Implementation Meeting. Nie wiem, czy głos polskich działaczy w obronie kazachskich więźniów sumienia i przeciw ekstradycji z krajów Zachodniej Europy kazachskich dysydentów (grożą im tortury i więzienie) wybrzmiał w tym międzynarodowym gronie polityków dość silnie, żeby być skuteczny; wiem, że był żarliwy i robił wrażenie. A ja, chętnie korzystając z zaproszenia, nurzałem się w świecie teraz już dla mnie wręcz egzotycznym, a przed laty stanowiącym przecież codzienność: miękkie dywany, recepcje ze sztabem dobranych wedle urody i językowych sprawności sekretarek, identyfikatory bez których poruszanie się po konferencyjnym obszarze nie jest możliwe, sterty rzadko czytanych dokumentów zalegające w przegródkach delegatów, standardowa elegancja strojów, wokół szepty kuluarowych rozmów, od których zależą wyniki głosowań na „plenarkach”, na sali rząd kabin, a w nich wyrzucający z siebie w tempie serii z „kałasznikowa” przekład na pięć konferencyjnych języków symultaniczni tłumacze, za stołem prezydialnym – „chairman” z dyplomatyczną kurtuazją udzielający głosu, rozparci w fotelach, ze słuchawkami na uszach (często przysypiający, bo siły oszczędzić trzeba na kuluary) „distinguished delegates”, na pulpitach laptopy miast – jak za moich czasów – poczciwych notatników otrzymywanych w „delegackich” pakietach z serią firmowych długopisów. Ach, życie! W kilka dni później, znów w Muzeum Historii Żydów Polskich (niezwykłe to miejsce zaistniałe na kulturalnej mapie stolicy), pierwsze z cyklu seminariów inspirowanych cytatami z Księgi Rodzaju bądź Tory, prowadzone znów przez Halinę Bortnowską, a gościem specjalnym jest kś. prof. Michał Heller – teolog, kosmolog, erudyta: „Czy świat został stworzony?” Temat, zdawało by się, mało przyciągający szeroką publiczność, a audytorium znów pełne, brakło czasu na wszystkie pytania, jakie uczestnicy chcieli by zadać. W pruszkowskim Urzędzie Miasta ważna debata inspirowana przez powołane przez „grupę inicjatywną” (w moim pokoju!) Stowarzyszenie Mieszkańców Osiedla Malichy nad Planem Przestrzennego Zagospodarowania, a chodzi o ukrócenie samowoli deweloperów. I jeszcze comiesięczne spotkanie w Klubie „Ona”, której „duszą” jest właścicielka Klubu i Galerii „Pomieszane, poplątane…”, Pani Grażyna – jakiś występ artystyczny, a później ludzie czytają swoje wiersze, nie rzadko już publikowane – jest konkurs na najlepszą przeczytaną poezję, są skromne nagrody, wyróżnienia; lampka wina, poczęstunek, ognisko przed budynkiem, najkrócej mówiąc – klimaty… i ludzie lgną. Bo szukają alternatywy, bo coraz bardziej nudzi, zniesmacza odrzuca nieustanny thriller w okienku telewizora, nieustanna prowokacja do kłótni, przedziwna satysfakcja z pokazywania świata – a już Polski w szczególności – na „nie”. A właśnie, że on jest – proszę coraz bardziej skundlone media z waszym cynicznym wizjonerstwem – na „tak”. I jeszcze ciekawy spektakl w MHŻP, „Utopia” w reżyserii Andrzeja Pakuły, w podtekście ze znakiem zapytania: czy damy radę sprostać wyzwaniom, jakie stawia przed nami cywilizacyjnie rozpędzony 21. wiek? A w „Południku Zero” na Wilczej Magda, nasz szarżowy „Miś” – nie tylko znakomity jeździec i instruktor, także spragniony świata nieustanny podróżnik – zaprezentowała fascynujące slajdy z Islandii ze swoim niepowtarzalnym komentarzem, po którym poznałbym ją – nie widząc – na dalekich antypodach. No i ostatniego dnia miesiąca smutek wielki, tym większy, że nieoczekiwany, żal, który powalił na kolana: odszedł Tadeusz Mazowiecki, pierwszy niezwykły Premier odrodzonej Rzeczypospolitej, mądry sternik, który sprostał karkołomnemu zadaniu meandrowania w wąskim przesmyku najeżonym rafami – do brzegu nie przybił, ale dane mu było wyprowadzić łódź na otwarte (choć wciąż wzburzone) wody: mądry mądrością człowieka mądrego kompromisu, ale równocześnie twardych zasad, od których nie odstąpił, do bólu stanowczy tam, gdzie szło o dobro wspólne, mówiąc wprost – o Polskę. Autorytet moralny nie na miarę codzienności, w słowach oszczędny, ale tam, gdzie wymagała tego racja stanu – padały słowa twarde i jednoznaczne. Strata wielka, bo po odejściu Premiera – horyzont, w tym aspekcie, wydaje się pusty.
W LISTOPADZIE – dni narodowej żałoby, pożegnanie Tadeusza Mazowieckiego, które stanowiło choć na mgnienie oka przerwanie waśni, wyciszenie medialnego bełkotu. W ceremonii pogrzebu wzięli udział „wszyscy”, choć na moment byliśmy znów narodową wspólnotą, w dostojnej ciszy uznaliśmy wspólne wartości. Właśnie w ciszy, bo słów padło dokładnie tyle, ile wymagała chwila, ani o jedno słowo za wiele. W katedrze żegnał Premiera Prezydent Rzeczypospolitej – słów niewiele, a i to głos się załamał. Później wnuczka w imieniu rodziny – słowa proste, bez patosu, tak, jak zwykł mówić Ten, który odszedł. Z katedry droga wiodła do Lasek, miejsca, które Tadeusza Mazowieckiego inspirowało w chwilach najtrudniejszych. Narodowa flaga na trumnie, salwa kompanii honorowej. Koniec ceremonii – pozostał ogromny żal i głęboki smutek. Co nie przeszkadza, że kilka dni później, w święto narodowe, znów „się zaczęło” i znów zgrozą powiało. A życie znów poszło swoim torem. W Pruszkowie kolejny „Salonik z kulturą”. A w połowie miesiąca – wyprawa na wschodnie rubieże Ukrainy, do „janukowiczowego, błękitnego” Doniecka. Trudno by zliczyć polskie inicjatywy wychodzące naprzeciw temu, czego naszym wschodnim, najbliższym sąsiadom potrzeba najbardziej: przełamania zaszczepionej przez sowietyzm bierności, wiary w skuteczność działań zorganizowanych społecznych wspólnot, w to, że tylko w ten sposób – choć krok po kroku – da się zmieniać rzeczywistość, tworzyć lepsze państwo, choćby i wbrew autorytarnej władzy. Nieco łatwiej z tym w zachodniej, bezpośrednio graniczącej z nami części tego wielkiego kraju, znacznie trudniej na wschodzie. Zaproponowano mi udział w rozmowach na donieckim uniwersytecie, który w zarysowanej wstępnej koncepcji miałby być partnerem we wdrażaniu kolejnego polsko – ukraińskiego projektu działań prowadzących do budowania społecznej wspólnoty i przełamywania poczucia niemocy. Trochę się przed tym broniłem, bo moje „braki w rosyjskim” nie rokowały mi sukcesu w roli „przekonywacza” do podjęcia wyzwania, ale tylko trochę, bo wyprawa na wschodnią Ukrainę była zbyt nęcąca. Najpierw był Kijów – nie po raz pierwszy, ale wciąż ciekawy; nie odmówiłem zdjęcia z rozpędzonym na pomnikowym rumaku „nieszczęściem Ukrainy”, atamanem Bohdanem Chmielnickim, na Sofijskiej Płoszczy. Później długa podróż niespiesznym pociągiem przez Lozowę, Połtawę, Krasnodarsk do najbogatszego (podobno) miasta Ukrainy, Doniecka – historycznie to Dzikie Pola i skraj stepów Zaporoża. Polaków przyjęto życzliwie a początkowy lekki dystans wkrótce ustąpił „słowiańskiemu zbrataniu”. Projekt został wstępnie ustalony i uzyskał placet zaskakująco młodego rektora – „magnificencji” (urocza sekretarka, anglistka – Irina Sikorskaja), a przede mną wyrosło wyzwanie: pogadanka – wykład dla najstarszej grupy studentów. O czym miałbym mówić? Coś z polskiego doświadczenia transformacji, drogi do Unii. Zaproponowałem: „Jak zmienialiśmy rzeczywistość i co z tego wynikło”. I tak pozostało, tylko w jakim narzeczu to przekazać? Angielski nie rokował zrozumienia, miało być tłumaczenie na Ukraiński, co bardzo mi nie odpowiadało, bo przekaz traci swoją autentyczność i od razu jest sztywno. Trzeba było jeszcze jakoś temat ogarnąć, przez pół nocki powstał konspekt, a w ostatniej chwili postanowiłem „pójść na całość” i spróbować po prostu – po polsku. Po pierwszych kilku zdaniach pytanie: „rozumiecie”? Sala przytaknęła, więc kontynuowałem, widziałem, że słuchają, nawet notują. No i jakoś się udało, bo pytaniom nie było końca i trzeba było czas spotkania przedłużyć ponad wszelkie normy. A ileż ja się z tych pytań o Ukrainie nauczyłem – jakże takie doświadczenie łamie bałamutne stereotypy! Koniecznie musiało być wspólne zdjęcie i zrobiło się jakoś tak ciepło pozostawiając naprawdę miłe wspomnienie. Była jeszcze później samochodowa przejażdżka po donieckim zagłębiu (Makijevo, Harcisk, gdzie projekt ma być realizowany – mer harciska nie robił wrażenia intelektualisty), suto zakrapiany ukraiński obiad ze świetnymi „pielmeni”, „pampuszkami” i czosnkowym „sało”, a na koniec – nawet zaproszenie na rodzinny obiad, co na Ukrainie jest dalece poza standardem. Po trzech dniach – ciepłe pożegnanie i …do zobaczenia w Polsce. I niekłamane wspólne życzenie: oby już na przetartej ścieżce do Unii. Najbliższe dni pokazały, że na spełnienie tego życzenia trzeba będzie jeszcze nieco poczekać.
Do Warszawy wróciłem, niestety, o jeden dzień za późno, żeby posłuchać znakomitego ukraińskiego zespołu „Drevo” sprowadzonego przez aktorkę Teatru Narodowego, Magdę Warzechę, niestrudzoną działaczkę na rzecz pokazywania w Polsce bliskiej naszej wrażliwości kultury ukraińskiej. Natomiast zdążyłem, żeby choć rzucić okiem na przebogatą ofertę publikacji historycznych prezentowaną na kolejnej edycji Targów Książki Historycznej w Arkadach Kubickiego: adresuję to szczególnie do tych, którzy marudzą o zaniedbaniach w edukacji historycznej!

W GRUDNIU – a tak naprawdę od końcowych dni listopada – śledzenie ze ściśniętym sercem tego, co dzieje się na Ukrainie. Tutaj tylko wzmianka: napisałem o tym dłuższy tekst na tego „bloga”, bo dawno już nie przeżywałem tak emocjonalnie wydarzenia, które zaistniało w przestrzeni publicznej. W potoku komentarzy jest polityka i ekonomia, chłodne rozważania opcji, pragmatyczne przewidywania skutków ukraińskiego zrywu. A mnie jak żywe stają przed oczami nasze „Majdany” sprzed ponad już ćwierć wieku, nasze emocje przy braku świadomości, co o tym myślą pragmatyczni komentatorzy. I trzymam czasem ukraińską flagę na warszawskiej demonstracji, i przyłączam się do skandowania „Slava Ukraĩni”. Cóż mogę więcej? W początku miesiąca fascynująca konferencja zorganizowana przez „demosEUROPA” w wytwornej sali malinowej Hotelu Bristol „How to build a modern European Union”. W pruszkowskim Pałacyku Sokoła film dokumentalny „Paderewski” – cenny dokument (znów historia, codzienne projekcje w Domu Spotkań z Historią). W „Narodowym”, w dość niezwykłej scenerii – „Duszyczka” Różewicza – przeskok w rozważania egzystencjalne. W „Cafe Kulturalna” (foyer Teatru Studio) doroczne wydarzenie Amnesty International z okazji Międzynarodowego Dnia Praw Człowieka (10 grudnia), 24-godzinny „maraton pisania listów”. Zaczęło się skromnie przed 13. laty, w Warszawie, z inicjatywy lokalnej grupy AI, wówczas to współorganizowałem: inicjatywa chwyciła nie tylko w Polsce – ma już charakter międzynarodowy, generuje setki tysięcy listów, ratuje życie wielu więźniów sumienia, wielu uwalnia od tortur. I jeszcze zaległy film, który trzeba było zobaczyć: „Wałęsa” – w moim przekonaniu świetny, bo przy trwającej od lat kakofonii krzyku i inwektyw wprowadza proporcje, przypomina jakże szybko zacierającą się w pamięci najnowszą polską historię i to nie na wysokich koturnach, a widzianą przez pryzmat ludzkich uczuć i emocji. I jeszcze spotkanie w geremkowskiej fundacji z Danielem Rotfeldem, który mówił o sztuce i meandrach negocjacji i dialogu: każde spotkanie z Danielem przywołuje na pamięć jakże odległe wspomnienia „genewskie”, (lata ’72–’75), kiedy siedząc obok siebie przy wielkim „okrągłym stole” (35 państw) negocjowaliśmy historyczny „Akt Helsiński”, a w weekendy smakowaliśmy alpejskie widoki i szwajcarskie sery prosto od producentów – choć teraz to już jakże inny Adam Daniel Rotfeld. A tradycyjna „wigilia w Szarży” (nasze kochane konie dostają prezenty!) wprowadza już w ciepłą, rodzinną atmosferę Świąt – zaczyna pachnieć choinką, Bóg się rodzi. Tym razem w Święta przeżywaliśmy wielka uroczystość – chrzciny najmłodszego wnusia, Marcinka. A na Świąt zakończenie – mój ulubiony musical „Skrzypek na dachu” w Teatrze Żydowskim.

Zima na razie łagodna, dzień dłuższy, a to symbol nadziei; z nadzieją witam 2014. Przede wszystkim z nadzieją na szczyptę więcej solidarności z tymi, którzy najbardziej jej oczekują: wyliczanka szerokości geograficznych, pod którymi żyją, zajęłaby sporo miejsca, więc nie wyliczam… Również z nadzieją, że 2014, który wieńczyć będzie ćwierćwiecze odzyskania suwerennego bytu i historycznej polskiej bezkrwawej cywilizacyjnej transformacji – wydarzenia na miarę stuleci – przyniesie choć szczyptę narodowego pojednania i wizję przyszłości, która znów nas Polaków będzie łączyć, nie dzielić. Nadzieja umiera ostatnia…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s