o spotkaniach, historii i o czym może rozmawiać warto

Miłe poświąteczne spotkania ze starymi przyjaciółmi: w przeważającej większości „starymi” ze stażu zaprzyjaźnienia, bo „z metryki” – ździebko, lub bardziej niż ździebko, młodszymi od mego syna. Obu stronom to nie przeszkadza, bo dwie dekady temu lub nieco tylko później wspólnie przeżywaliśmy podobne emocje organizując pierwsze struktury społeczeństwa obywatelskiego i aktywnie wpisując się w nową, przeze mnie wymarzoną – dla nich już oczywistą, rzeczywistość. Wciąż nieskromnie mi się wydaje, że wrzucałem wówczas jakiś maleńki kamuszek w kształtowanie ich „oglądu świata”, w ostateczne dorastanie do odpowiedzialnej dorosłości, ale też nie wykluczam, że to czysto subiektywne dowartościowywanie własnej przeszłości. Dzisiaj patrzę na te spore grono wspaniałych młodych ludzi z różnych środowisk z podziwem i – nie ukrywam – z zazdrością. Z podziwem i szacunkiem – bo nie zmarnowali szansy i nie wytracili pasji, bo każde z nich na swój sposób realizuje jakąś wizję przyszłości, z której ma się wyłonić lepszy, „poprawiony” świat: mądrze zabiegają o środowisko, wskazują, że „ten drugi” – to nie zagrażający „obcy”, a ubogacający swoja innością „inny”, obnażają wsteczność ksenofobii, przywracają społeczeństwu wykluczonych, popularyzują wielką sztukę mediacji i dialogu, monitorują pożytkowanie europejskich funduszy, pokazują, że meandrowanie starą krypą między piaszczystymi wydmami Wisły jest znakomitą alternatywą dla moczenia nóg w hotelowym (all inclusive) basenie w zagranicznym kurorcie, dla porzuconych „braci mniejszych” mają nie tylko dobre słowo, skutecznie lobbują za tymi wszystkim wartościami na najwyższych szczeblach, wszędzie gdzie mogą obalają w swoich działaniach złe, krzywdzące stereotypy. Z zazdrością – bo możliwości działania, które stało się ich codziennością, a jakie dała im nowa polska rzeczywistość, nie mieściły się ani w wyobraźni, ani w marzeniach mojego pokolenia. A często łączą się też te działania z poznawaniem świata, nieustannym poszerzaniem horyzontów, wyprawami od andyjskich faweli począwszy przez birmańskie wsie, górzysty Kaukaz, pustynną Arabię do najdalszych krańców starej, poczciwej Europy.

Więc siedzimy sobie i gwarzymy dobre gruzińskie wino sącząc: ja w fotelu, żeby było wygodnie, niektórym moim gościom bardziej pasuje dywan i pozycja „kwiatu lotosu”. Rozmowa lekka, dowcipna, są co bardziej zabawne wspominki, ale niemal każdy – co naturalne – wrzuca coś z własnej codzienności, czytaj: coś z własnych działań, z realizacji własnych pasji. I tak powstaje obraz polskiej rzeczywistości, której nie uświadczysz na ekranie telewizora (ten mebel został przez większość z nich dość dawno wrzucony do lamusa): fascynującej, różnorodnej i optymistycznej, bo pokazującej Polskę ignorującą plemienne zacietrzewienie, polityczne haki, emocje, którymi żyją pałacowe kuluary. „Telewizyjnej” rzeczywistości nawet się tu nie krytykuje: jej się nie przyjmuje do wiadomości, po prostu ignoruje… i robi się swoje. Gdyby nie te spotkania i nie te kontakty (nie wiem, czemu zawdzięczam, że one – w mojej „grupie wieku” – nie uległy przedawnieniu, że one wciąż są), zbrakłoby mi czegoś niezwykle ważnego w postrzeganiu polskiej współczesności – projekcji w przyszłość; słucham więc z uwagą, nie bez olbrzymiej satysfakcji i rzadko się wtrącam. A jednak się zdarza. To wtedy, kiedy mi się zapala jakaś czerwona dioda, kiedy mi coś zgrzytnie nie pasując do – na ogół – wspólnej, fundamentalnej hierarchii wartości.

Dla przykładu: kiedy mowa o historii, pada, ot tak, trochę na marginesie, uwaga, że w istocie jest ona domeną politycznej prawicy, a w Polsce została wręcz przez nią zawłaszczona, a jej ograniczona wiarygodność stąd się bierze, że uzależniona jest od tego, z jakich światopoglądowych pozycji jest pisana. Wynikałoby z tego: do historii z dystansem, albo wręcz głowy sobie nią nie zawracać. Więc zapytuję, co światopogląd ma wspólnego z tą moją fundamentalną tożsamością, bez której egzystował bym jakby w nieustannej lewitacji nie mając gdzie osiąść, pozbawiony tej mojej „inności”, którą na dobre i złe akceptuję, a to przecież podarowała mi historia: wspólne doświadczenie wspólnoty, która z biegiem stuleci kształtowała wspólne wartości, ustalała własne, odrębne kody. Stąd się chyba bierze to poczucie, że tu mi swojsko, choćby i bardziej siermiężnie niż gdziekolwiek indziej. To prawda, oczywistością oczywistą – jak mawiał klasyk – staje się to wtedy, kiedy mi tę swojskość odbierają, kiedy zaistnieje coś takiego, że skrzykują się swojaki i – być może wbrew myśli chłodnej i racjonalnej – porywają się choćby z motyką na słońce, żeby tej swojskości bronić; wyciągają z szafy ptaka, na płótnie malują dwa kolory, i biegną – jakże często bywało – jak ćmy w ogień. A ja, kiedy już teraz znów pełnymi dłońmi z tej swojskości czerpię, bo wreszcie udało im się dobiec – a jest też ona i coraz mniej siermiężna – biegnę pod „Gloria victis” (gdzież tu myśl chłodna i racjonalna?) i zapalam świecę, a wdzięczności we mnie od łysiny po pięty. A wszystko przez tę historię: może i lżej byłoby bez niej, tyle tylko, że byłoby tak jakoś okrutnie pusto. Więc mi ona bliska, bez dystansu. Wiem, że też i innym swojakom, od prawicy i lewicy kompletnie abstrahując. I tak spełnia historia swoją kolejną rolę: cementuje wspólnotę. Zapomnieć o historii – to unicestwiać wspólnotę. Można i tak: jest postmodernizm, postkomunizm, przebąkuje się o postdemokracji i postparlamentaryźmie, być może – przyjdzie czas na posthistorię. Ale biologia jest łaskawa: mnie już to, szczęśliwie, dotyczyć nie będzie.

Tak, czasem się tę historię lukruje skutecznie do niej zniechęcając, bo staje się mdła, albo wręcz przestaje być historią, a staje się nudnawą opowiastką dla amatorów lektury z patosem i happy endem. Do dokonania takich manipulacji wystarczy gumka „z myszką” i wywabiacz ciemnych plam. Jednak nie czyni tego ani prawica, ani lewica, jeśli cokolwiek z tych tradycyjnych pojęć jeszcze przetrwało. Obie mi równie bliskie, bo do prawidłowego funkcjonowania wspólnoty niezbędne: zarówno republikańskie wartości prawicy (szacunek dla tradycji, myśl o rodzinie) jak lewicowa wrażliwość na los człowieka. Obie z równą atencją pochylają się nad historią. A po gumkę „z myszką” sięgają albo co podlejsi działacze partyjni dla doraźnych korzyści politycznych, albo ci ze skrajów politycznej panoramy: i ci z prawa, którym marzy się anachroniczny świat z wizji przedwojennych działaczy ONR-u i „Polski dla Polaków, i ci z lewa, którzy w zamyśle mają wywrócić świat „na nice” i zorganizować go jakby od początku, ignorując wszelkie dotychczasowe hierarchie wartości.

Kto by jednak chciał uchwycić tę snującą się nić wspólnych losów zwanych historią po to choćby, żeby docenić swój życiowy fart – to, w jak przyjaznym świecie przypadło nam żyć tu i teraz, po wyciągnięciu wniosków z horroru, jakim dla tej części Europy był cały niemal wiek 20-ty, a również i ku przestrodze, iż historyczna amnezja wcale nie wyklucza powtórki z historii w nieco tylko innej wersji – ma taką szansę na wyciągnięcie dłoni. Jakże zachęcam do skorzystania z tej szansy! To kwestia (od czasu do czasu) wyrwania z codziennej gonitwy godziny, dwóch dla odwiedzenia kilku ciekawych miejsc w Warszawie: jeśli potrafisz zostawić tę codzienną gonitwę na zewnątrz, przed drzwiami, przez które za chwilę wejdziesz, zapewniam, że nie wyjdziesz stamtąd bez głębszych refleksji. Te miejsca – to Muzeum Warszawskiego Powstania, to Muzeum Historii Żydów Polskich, to Dom Spotkań z Historią. Jest ich więcej, wymieniam dla przykładu te, do których mi najbardziej po drodze. DSH ma tradycję najdłuższą, bo wywodzi się z „Karty”, znakomitego wydawnictwa, które już w solidarnościowym podziemiu podjęło na swoich łamach dokumentację polskich losów na kresach Rzeczypospolitej, w szczególności może kresach wschodnich, stopniowo rozszerzając zakres tematyki na całą Europę Środkową i obszary byłego ZSRR. W tak zakrojonej tematyce nie mogło zabraknąć wnikliwej analizy dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Przedłużeniem literackiego dzieła „Karty” jest jego wizualizacja, a to właśnie wziął na siebie Dom Spotkań z Historią. Wystawy, filmy, instalacje, a także odczyty i debaty – to kopalnia wiedzy o tak przecież niedalekiej i tak dramatycznej przeszłości Polaków (i nie tylko), dla mnie również wspomnień, szczególnie tam, gdzie dotyczy to losów przedwojennej, wojennej i powojennej Warszawy; jest tego wiele i są wciąż nowe odkrycia zdawałoby się już zamkniętych kart. Było to już dość dawno, atoli wciąż w pamięci pozostaje wystawa (choć były to tylko fotografie) „Oblicza totalitaryzmu”: obiegła cały świat, bo nie tylko Europę, zyskując najznakomitsze recenzje – w Polsce była niemal nie zauważona.

I tak – w moim bardzo osobistym i subiektywnym odczuciu – mają się rzeczy z historią. I chciałoby się o tym mówić: starym ludziom na ogół chce się mówić – większość twierdzi, że plotą, przynudzają i nic z tego nie wynika. Może mają rację. Ani organoleptycznie ani statystycznie nie da się tego sprawdzić. Ale może jednak choć troszkę się mylą? Może jednak warto czasem, przy lampce wina czy choćby „browarku z gwinta” – szczególnie, gdy ludzie nadmiernie marudzą na temat otaczającej ich rzeczywistości – wspomnieć o tym, że przez 70 lat nie było w Europie (w tym w Polsce!) wojny: fakt niezwykły na miarę historii minionego tysiąclecia. Wojny, to znaczy nie tylko strzałów, bomb czy rakiet, które pozbawiają życia; również bezmiaru ludzkich tragedii – rozłąk, ucieczek, wygnań, przesiedleń, pożarów, gwałtów (a to wszystko jest do przypomnienia, obejrzenia, jakby wręcz dotknięcia w DSH na Karowej). Może warto porozmawiać również o tym, że jest jakaś immanentna sprzeczność między wymarzonym postępem, rosnącymi słupkami PKB, wymarzonym wzrastającym dobrobytem i całym tym rozmachem cywilizacji (dodajmy: konsumpcyjnej), a narastającą w skali globalnej niesprawiedliwością społeczną i samobójczym niszczeniem środowiska: i co z tego może wyniknąć. A może też o egoidalnym człowieku, którego coraz więcej w naszej strefie cywilizacyjnej, wytracającym społeczne więzi, realizującym własne ambicje przede wszystkim przez nieustanne dążenie do podwyższania statusu materialnego. A może w końcu i o tym, na którym miejscu w hierarchii wartości plasuje się dzisiaj dobro wspólne i co ono tak naprawdę znaczy.

Stop gadulstwu. Chciałem wspomnieć jeszcze o „krzyżu z Krakowskiego”, który znalazł się w tle jednego z barwnych opowiadań śmiech wywołujących, ale byłoby to na jeden blogowy wpis za wiele, ponadto tematu bym chyba nie uniósł, bo byłoby trzeba zacząć od istoty tego najświętszego symbolu darzonego najgłębszym szacunkiem nie tylko przez Chrystusowych wyznawców, a skończyć na traumatycznej analizie tego, co się z tym symbolem stało na warszawskim Krakowskim Przedmieściu. Tak więc przerywam… do momentu, kiedy znów mi się adrenalina niebezpiecznie podniesie, bądź w duszy cosik mocniej zagra…

2 myśli na temat “o spotkaniach, historii i o czym może rozmawiać warto

  1. Bardzo piekny wpis! Racja z historia,nie chodzi o to,zeby ja ignorowac, o niej zapominac, ale jednak zeby uczyc sie z niej – nie, nie tylko patriotyzmu, ale przede wszystkim uczyc sie pewnej ponadvzasowej wiedzy o ludziacj jako wspolnocie i jednostkach.

    Polubienie

  2. Może to tez kwestia tego, że to co najciekawsze jest trudne do wygrzebania. W Muzeum Powstania Warszawskiego dokopałem sie kiedyś w niechcianym pudle na przecenie do ksiażki Emila Kumora. W środku, trochę mimochodem, adresy mieszkań konspiracyjnych, sposoby robienia skrytek, wsypy, ucieczki, podrabianie dokumentów -wszystko z pierwszej ręki. U Karskiego (też zapomniana lektura), też kilka mocnych kawałkow – matura z kompletów napisana w formie kartki z podziękowaniami za wizytę, spotkanie rządowe na najwyższym szczeblu w okupowanej Warszawie, wizyta w przebraniu strażnika w obozie koncentracyjnym. Ale niech się Pan nie martwi o młode pokolenie, w końcu to ono zrobiło Warszawę 1935 i udało się.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s