wciąż Ukraina – co dalej?

Porządkuję myśli, bo okrutnie mi się rozbiegają przyprawiając o ból głowy; bo z której strony by nie spojrzeć – klocki lego układają się inaczej, przy czym nigdy spójnie. Pytań coraz więcej, kolejne dnie nie przynoszą wielu odpowiedzi, mnożą natomiast znaki zapytania i przydają nowe lęki: o Ukrainę, o wierność wartościom. Ostanie dni przyniosły kolejny lęk, tak nieoczekiwany jak grom z jasnego nieba: o nasze fundamentalne bezpieczeństwo.

Próbuję spojrzeć na dziejącą się na naszych oczach historię – i to nas, Polaków, bezpośrednio dotyczącą – oczami Europy , a może nawet szerzej – mitycznego Zachodu. Oswajanie Rosji – tej konkretnej Rosji pod rządami obecnego dyktatora – sromotnie zawiodło, niemal z dnia na dzień Rosja okazała się innym konceptem politycznym niż ten, jaki Zachód tak bardzo pragnął widzieć i na którym budował całą swoją strategię: światowego pokoju, globalnej gospodarki, równomiernego rozwoju. Coś nagle runęło, a cała wspólnota euroatlantycka tak była przekonana o trwałości światowego ładu, w którym znaczącą rolę przypisywano Rosji, że o jakimkolwiek wariancie B nikt nie myślał. Czy można się więc dziwić, że wobec drobnego na pozór ruchu militarnego i idącej w ślad za nim zaskakującej decyzji politycznej (chodzi oczywiście o Krym) burzącej całą konstrukcję światowego ładu, wobec ewidentnych kłamstw relacjonujących rosyjską „wersję wydarzeń” i – co chyba najbardziej istotne – wobec ogłoszenia światu, już bez żadnego znieczulenia, nowej rosyjskiej strategii politycznej – agresywnej, wyzywającej strategii „wstawania z kolan”, świat zachodni na chwilę osłupiał? Czy jest bezradny? Czy jest w stanie skutecznie wesprzeć europejskie aspiracje Ukrainy?

Demokratyczne młyny mielą niespiesznie, w szczególności w związanej zasadą konsensu, składającej się z 28 podmiotów, wspólnocie europejskiej. To nie tylko ścisłe – choć różne – powiązania gospodarcze; to także różny stereotyp Rosji w odbiorze poszczególnych wspólnot narodowych, różna percepcja tego, co mówi Putin, różna wiara dawana jego potężnej broni – genialnie skonstruowanej machinie propagandy. Moja frustracja i bezsilna złość na to, jak niewiele Europa robi na rzecz wsparcia Ukrainy, która przecież bez niezwłocznej pomocy, jednorazowego bezwarunkowego wsparcia, bez doświadczonych, życzliwych doradców, nie odbije się od dna, nie jest w stanie przesłonić faktu, że te młyny jednak drgnęły. Zaledwie drgnęły, ale to znaczy, że stara ciotka, Europa, ocknęła się z wygodnej drzemki, że amerykański prezydent poczuł się zmuszony do radykalnej zmiany narracji, że dostrzeżone zostało zagrożenie dla światowego porządku. A to znaczy początek wypracowywania brakującego planu B, nowej globalnej strategii wobec Rosji. Choćby anulowanie konceptu G8, choćby przyspieszone rozmowy o wspólnej polityce energetycznej (nie mówię, że łatwe), o umowie o handlu i inwestycjach między Unią i Stanami, choćby militarny „powrót” Ameryki do Europy i wielokrotne przypominanie natowskich zobowiązań…

To strategia na lata, jak to bywa w demokracjach, która – nie mam wątpliwości – zniweczy imperialne plany rosyjskiego satrapy, skróci jego niepodzielne władztwo, sprowadzi rosyjską politykę „z obłoków na ziemię” wyznaczając Rosji miejsce w świecie odpowiadające jej faktycznej kondycji gospodarczej, zmuszając ją do zmian modernizacyjnych, a zatem partnerstwa na warunkach zachodnich demokracji. Długa to droga. A jak się ona przekłada na wsparcie dla aspirującej do świata zachodniego Ukrainy, której niezłomna postawa była przecież spiritus movens tego sygnału, który obudził Zachód w momencie, kiedy – miejmy nadzieję – nie jest jeszcze za późno?

Odpowiedź jest brutalna: fatalnie. Są fakty nie do podważenia, które – choć z bólem – trzeba przyjąć: to powiązania gospodarcze, dla państw Zachodniej Europy korzystne, na które była pełna zgoda w naiwnym przekonaniu, że Rosja się zmienia i zagrożenia nie istnieją. I nie tylko o gaz i ropę chodzi. Przykładów media podają nam bez liku, więc tylko jeden, bo wymowny: obroty handlowe między Rosją a Niemcami – 80 mld. USD (chemia, motoryzacja, know-how), inwestycje niemieckie w Rosji – 20 mld. USD, zatrudnienie w Niemczech na rzecz eksportu do Rosji – 300.000 miejsc pracy. I co, i tak z dnia na dzień można „ciach” nakładając sankcje gospodarcze, nie licząc się z kosztami i politycznymi i społecznymi? Na drugiej szali odważnik z napisem „europejskie wartości na Ukrainie”: przeważy? Raczej nie przeważy. To znów Francuz targuje się z Brytyjczykiem: jak ty odpuścisz w swoim City, ja rozważę przerwanie produkcji wojennych korwet, na co Brytyjczyk reaguje płomienną mową w Izbie Gmin: jeśli Rosjanie posuną się dalej – rozważymy sankcje gospodarcze. Więc nie tą drogą! Więc jaką? Bo Ukraina potrzebuje pilnie wsparcia, już dzisiaj, najdalej jutro – pojutrze może już być za późno! Potrzebuje pierwszej ekstra transzy pożyczki, niczym nie uwarunkowanej, na kupienie gazu po horrendalnych (od kwietnia) cenach, żeby do końca nie uśmiercić gospodarki; na bieżącą obsługę długu; na wypłatę emerytur i urzędniczych pensji. Inaczej będzie kolejny Majdan (przedsmak już widzimy), różnorodny – i socjalny i radykalnie nacjonalistyczny. I będą okrzyki „Janukowycz wróć” i mnóstwo kamer rosyjskiej telewizji. I pierwsza „uwarunkowana” transza pożyczki z MFW, zapowiedziana na lato, na Ukrainę nie dotrze, bo nie będzie już komu pomagać. Więc krzyczę z całej siły: Europo, to mniej kosztowne niż sankcje, a jest tylko jakimś minimum ceny, jaką trzeba zapłacić za „wartości europejskie”; więc drę się na całe gardło: Europo, SPRAWDZAM!

A teraz zmieniam lornetkę i spoglądam oczami putinowkiej Rosji.

Wladimir Wladimirowicz, upojony sukcesem „człowiek roku”, rozdający karty w Iranie i Syrii, od lat – skutecznie zwodząc Zachód – konsekwentnie budujący euroazjatyckie imperium pod swoim przywództwem. Niezwykle ważnym, strategicznym elementem tego konceptu jest Ukraina: kraj rozległy, ściśle powiązany produkcją przemysłową, w tym – w sektorze zbrojeniowym, stanowiący najbardziej wysuniętą na zachód flankę przyszłego imperium o najdłuższej granicy z Unią Europejską. W tej sytuacji polityczna zależność Ukrainy jest dla rosyjskiego dyktatora oczywistością. Dotychczas, dzięki wciąż postsowieckim układom i instrumentom gospodarczym przychodziło to bez trudu; „niby państwo” ukraińskie, jak nazywał je Putin, do cna (za jego zgodą) skorumpowane, stawało się coraz bardziej krajem wasalnym, co przekładało się na gospodarczą stagnację i brak jakichkolwiek perspektyw na wychodzenie z cywilizacyjnej zapaści. I nagle, nieoczekiwanie, rzecz wymknęła się spod kontroli, naczelny agent w funkcji prezydenta okazał się nieudolny, przegrał ze społecznym protestem: dla potężnego dyktatora jest to sytuacja niewyobrażalna.
Czy rosyjscy stratedzy brali pod uwagę taki wariant, czy to, co stało się po „zwycięstwie Majdanu” było uruchomieniem przygotowanej na taką okoliczność strategii, czy też błyskawiczną reakcją dyktatora, który nie przebiera w środkach widząc załamanie się realizacji „dzieła życia” – odbudowy imperium i zdestabilizowania w ten sposób Europy? Zaistniały fakty: w swoim orędziu dyktator przyznał sobie prawo do ingerencji terytorialnej w obronie swoich obywateli, uruchomił najpotężniejsze chyba na świecie – wypróbowane w najgorszych czasach dwudziestowiecznych totalitaryzmów – mechanizmy propagandy rzucając światu w twarz ewidentne kłamstwa i przyznane sobie prawo błyskawicznie zrealizował. Obalił tym cały światowy ład – gwarant światowego pokoju i bezpieczeństwa: pogwałcił Kartę Narodów Zjednoczonych i gwarancje helsińskie – a to tylko wierzchołek góry lodowej. Aneksja Krymu, militarna presja poprzez koncentrację nieprawdopodobnej liczby jednostek i instalacji wojskowych na zachodnich granicach Rosji stanowi pogwałcenie kilkunastu międzynarodowych traktatów. Dla mnie – z moim osobistym i historycznym doświadczeniem, Polaka, starego człowieka, który przeżył straszną wojnę, upokorzenie Jałtą, stalinizm, kryzys berliński i kubański, zimną wojnę, jest jasne: ten w swoim mniemaniu kolejny car wszechrosji postawił na jedną kartę. Ukrainy, perły w swoim wyimaginowanym imperium, nie odda.

Czy – opętany swoją wizją – przelicytował? Na coś przecież liczy. Czy na ustępliwość Zachodu wobec „zbójeckiego państwa”, słabość rozmemłanych w swoim dobrobycie demokracji, które – zapatrzone w słupki wzrostu PKB, w lęku przed kolejnym światowym kryzysem, w obronie swego „stanu posiadania”, z którego przykro zrezygnować – przełknie zniewagi i zgodzi się na nowy porządek pod tytułem „pax sovieticus”? Czy na słabość chwilowo upadłego państwa, infiltrowanego od dawna w swoich podstawowych strukturach – siłowych, gospodarczych – przez potężne służby rosyjskiego wywiadu, z agenturalną „piątą kolumną” w postaci ugrupowania skrajnej prawicy, która powołana została przez rosyjskie służby dla straszenia wschodnich regionów Ukrainy faszystowską ideologią „banderyzmu”, a teraz dostała polecenie prowokowania i destabilizowania organizowanej z heroicznym trudem nowej państwowości? Czy się przeliczy? Czy zdobędzie się na cierpliwość czekania na społeczny protest w bolesnym okresie gospodarczej transformacj,i równocześnie nękając kraj działalnością dywersyjnych bojówek i sączonej propagandy, z nadzieją na milczącą zgodę Zachodu na utrzymanie „strefy wpływów”, czy też uzna, że nie ma już na to czasu, że moment jest właściwy – i „wkroczy”, żeby „przywrócić porządek”?

Jedno jest pewne: wolna, suwerenna i demokratyczna Ukraina, której udałby się postęp cywilizacyjny i wzrost dobrobytu w oparciu o wzorce europejskie – dla Wladimira Putina znaczy sromotną klęskę, zniweczenie jego misternie wdrażanej od 15 lat strategii, koszmar rosyjskiego Majdanu na Placu Czerwonym, odejście w niebyt z przekleństwem otumanianego narodu. I on o tym wie. Stawka jest wysoka: o wszystko. Pewne jest również to, że zgoda na „pax sovieticus”, który burzył by całą misterną konstrukcję międzynarodowego prawa i obracał przywoływane chętnie w płomiennych przemówieniach „europejskie wartości” w zmiętą kartkę papieru, zrujnowała by doszczętnie świat, w który uwierzyłem i na fundamentalne pytanie „po co żyć?” nie byłoby już żadnej odpowiedzi.

Putinowska Rosja, globalna „stacja benzynowa” z trudem się modernizująca, bez własnego know-how, z olbrzymimi kłopotami demograficznymi, z pogłębiającą się przepaścią między bogactwem i biedą, z konsumpcją porównywalną z przeciętnej wielkości państwem europejskim, nie ma innej opcji jak dalsze otumanianie izolowanego od świata społeczeństwa i stawiania na dalsze rozbudzanie nacjonalizmu i „snu o potędze”. Na długą metę musi przegrać. Na krótką, tę, która przesądzi o losie Ukrainy…? Odpowiedź wciąż wisi w powietrzu.

Lornetkę odkładam, zmieniam fotel i usiłuję spojrzeć na mknące wydarzenia z perspektywy Kijowa.

Zwyciężyli na Majdanie! I prawdziwie zadziwili: nie tylko swoją nieprawdopodobną determinacją (oni wręcz chcieli marznąć na potężnym mrozie dając sygnał, że zniosą wszystko, że nie ustąpią), również zdolnością do niezwykłej samoorganizacji, dyscypliną, rozsądkiem – przy rewolucyjnym napięciu jakże rzadko ulegali prowokacjom, a wiadomo już dzisiaj, że mieli między sobą wyspecjalizowaną „piątą kolumnę”. Stawka była fundamentalna – walka szła o ludzką godność, o radykalną zmianę kursu, o zwrot o 180 stopni. To było stanowcze „nie” dla dalszego postsowieckiego marazmu we wszystkich obszarach życia – dla niemal systemowej korupcji, rozkradania państwa, zapaści cywilizacyjnej, ubożenia społeczeństwa, co sprowadzało się do jednej praprzyczyny: pogłębiającego się wasalstwa wobec Rosji. Tam byli najlepsi z najlepszych – ze wschodu i zachodu, południa i północy tego wielkiego kraju. Rosyjska machina propagandowa zadziałała „z grubej rury”: podłe oszczerstwo „banderowcy, faszyści, antysemici” dotarło nie tylko do Rosjan – również do Europejczyków. Nagłaśniał je znany niemiecki polityk, przyjaciel Polski, Gunter Verheugen, niestety, powtarzało również wielu moich rodaków. Machina działa z zegarmistrzowską precyzją: kłamstwo, żeby być przekonywujące, musi mieć jakiś pozór prawdy. Pośród dziesiątków tysięcy demonstrujących na Majdanie była kilkuset osobowa zorganizowana grupa, skrajnie prawicowa, radykalna, od dawna sterowana przez agenturę sąsiedniego mocarstwa: prowokowała, ciskała „koktajlami Mołotowa”, wznosiła radykalne hasła.

Zwyciężyli. Znienawidzona władza czmychnęła pod osłoną nocy, wybrany w demokratycznych wyborach, nieustannie obradujący parlament powołał nowy rząd, który niezwłocznie wszedł do opustoszałych ministerialnych gabinetów. I co dalej?

Gospodarka w ruinie. Idące w miliardy zadłużenie wobec Rosji – groźba zakręcenia kurka z ropą i gazem. Wiadomo jest, że wielu funkcjonariuszy resortów siłowych i gospodarczych i wielu przedstawicieli władz we wschodnich regionach infiltruje rosyjski wywiad. Zorganizowane grupy prowokatorów – licznie napływający w pierwszych dniach przez niestrzeżone granice „polityczni turyści” – otwarcie, bez osłonek, destabilizują sytuację w Charkowie, Łubieńsku, Doniecku. W niemal całym kraju grasują kilkuosobowe, uzbrojone grupy dywersyjne. Krym „płonie” – z wiadomymi dzisiaj rezultatami. Armia niepewna, bo wiele jej formacji – to „spadek” po armii rosyjskiej, to te jednostki, które stacjonowały na terytorium Ukrainy w chwili ogłoszenia niepodległości, pod starym dowództwem, jedynie z nowymi naszywkami. Rezerwy budżetowe na skraju możliwości wypłacenia pensji i emerytur. Europa wcale nie mówi jednym głosem: są gesty, padają słowa – konkrety przychodzą z oporami.

Na to przede wszystkim liczy strateg rosyjskiego imperium. Żeby tego było mało – psychoza wojny, niebywała koncentracja wojsk rosyjskich wzdłuż granicy z Ukrainą, groźne pohukiwania, presja siły dla wzmocnienia ewentualnej pozycji negocjacyjnej. W odpowiedzi niewielkie przemieszczenia jednostek NATO na wschodnich obrzeżach Paktu, jednak z zapowiedzią: na Ukrainę nie wkroczymy. Prowokacje „piątej kolumny” sięgają Kijowa: siłowe wtargnięcie do gmachu telewizji, identyfikowany przez spięte z tyłu włosy „w kitkę” osobnik szarpie dyrektora rozgłośni, wymusza jakiś podpis; demonstracja przed gmachem parlamentu w proteście przeciwko śmierci działacza „Prawego Sektora”, prawdopodobnie bandyty, a na pewno agenturalnego prowokatora, podczas próby jego zatrzymania; skandaliczny przeciek z twittera najbardziej rozpoznawanej postaci wśród polityków zaliczających się do niedawna do grona opozycji, kandydatki na prezydenta państwa, wypowiedź – gdyby taką myśl w ogóle dopuścić – jakby włożona w usta kolejnego agenta rosyjskiego wywiadu. Wszystko to szeroko nagłaśniane w rosyjskiej telewizji, dociera również na Zachód.

Tymczasem rząd – ta grupa straceńców dobrana jakby „z łapanki”, w ciągu doby, bez politycznego doświadczenia, bez profesjonalnych doradców – nadspodziewanie daje sobie radę i znów zadziwia. Doprowadził do podpisania choćby symbolicznej, „politycznej” części Traktatu Stowarzyszeniowego, podjął rozmowy z MFW, wynegocjował „taryfy ulgowe”, przygotował wstępny pakiet niezbędnych, bolesnych reform, przystąpił do ich wdrażania. W znacznej mierze opanował prowokacyjne separatystyczne demonstracje na wschodzie kraju. Zainicjował tworzenie nowych struktur wojskowych, Gwardii Narodowej. Egzekwuje rozbrojenie „pomajdanowych” bojówek. To zaledwie kropla w morzu najpilniejszych reformatorskich potrzeb, a jakże wiele w sytuacji rozchwianego państwa, władzy, której legitymizacja nieustannie jest atakowana przez potężną propagandową tubę rosyjskiej propagandy. Niewyobrażalnie trudne kolejne wyzwania – to nie tylko uporanie się z zapaścią gospodarczą i deficytem budżetowym; trudno sobie wyobrazić zręby ukraińskiego demokratycznego państwa prawa bez totalnej reformy sądów i prokuratury, bez wzmocnienia zdyscyplinowanych, profesjonalnych struktur zapewniających porządek publiczny, bez kompromisowego znalezienia miejsca dla wpływowej grupy dotychczasowych oligarchów, bez powołania autentycznego samorządu, w szczególności w odpowiedzi na wrogie pomruki o federalizacji państwa. Czego mi jednak boleśnie brakuje „na już”, na dzisiaj – to adekwatny odpór na powtarzane uparcie, „systemowo” i z coraz większą siłą obelgi i oszczerstwa wobec rodzącego się z takim trudem i w takich bólach nowego ukraińskiego ładu, sprowadzające się do propagandowego hasła: „banderowcy i faszyści”. Dlaczego na cały świat nie wykrzyczeć, że prawicowa partia „Svoboda” ze stygmatem „nacjonalistyczna” ma wśród Ukraińców zaledwie 6 procent poparcia, a to statystycznie o połowę mniej niż Francuzów popierających prawicowy, skrajnie radykalny Front Narodowy Marine Le Pen? Że Dmytro Jarosz, twarz skrajnie radykalnego, agenturalnego „Prawego Sektora”, który ośmiela się kandydować na prezydencki fotel, zyskuje w sondażach zaledwie niespełna jeden procent?

To sytuacja na wczoraj, a dzisiaj Wladymir Wladymirowicz prosi Baraka Obamę o rozmowę w sprawia rozwiązania „kwestii ukraińskiej”. Nie „kryzysu”, a „kwestii”. W ślad za tym znany z „pryncypialności” rosyjski minister spraw zagranicznych mówi: „czas skończyć z popieraniem samozwańczych uzurpatorów”, a były ukraiński prezydent, już nie marionetka, a „pacynka” (jak określił to jeden z komentatorów) w putinowskich rękach wzywa do referendum we wszystkich regionach Ukrainy, czyli do podziału własnego kraju – rozbioru unitarnego państwa, otwarcia bramy do odzyskania rosyjskich wpływów na znacznym obszarze Ukrainy bez operacji militarnej, bez spektakularnych pogwałceń integralności terytorialnej. Przechodzi mnie mrowie, kiedy słyszę o „kwestii ukraińskiej” rozwiązywanej w dyplomatycznych gabinetach, z dala od Kijowa. Otwieram karty historii mego własnego kraju, sięgam do schyłku I Wojny Światowej, kiedy zwycięstwo państw ententy było już przesądzone, a ówcześni decydenci polityczni, Lloyd George i Clemenceau, nie dostrzegając ani polskich aspiracji niepodległościowych, ani polskich zmagań zbrojnych na wszystkich wojennych frontach, poważnie się zastanawiali, czy Polacy zasługują na niepodległe państwo i czy jest sens osłabiania w ten sposób Niemiec, bądź Rosji; i wcale nie jest powiedziane, że – gdyby nie Orędzie amerykańskiego prezydenta i jego punkt 13 domagający się niepodległej Polski – nie znajdowali byśmy się dzisiaj w sytuacji podobnej do tej, w jakiej jest aspirująca do pełnej niepodległości i suwerenności Ukraina. I ciarki mnie przechodzą, kiedy słyszę o rozważaniach grupy niemieckich historyków, czy tak naprawdę istnieje naród ukraiński. A gdyby ktokolwiek – manipulując historią – miał nawet jakiekolwiek wątpliwości: czy oba, w odstępie dekady, ukraińskie „Majdany”, a w szczególności ten ostatni, dojrzalszy, który poniósł ofiarę krwi, który ma swoich poległych bohaterów, swoją „niebiańską sotnię”, której nazwiskami będzie znaczył ukraińskie ulice, o czymś bardzo wyraźnie nie mówi? O tym, że naród ukraiński, jeśli nawet w historii rozmywany przez zaborczy żywioł rosyjski, ostatecznie utrwalił na „Majdanach” i scementował swoją tożsamość, otrąbił światu swoją odrębność i ogłosił wolę suwerennego bytu opartego na podręcznikowych wzorcach zachodnich demokracji? I czy to nie zasługuje na szacunek, jednoznaczne uznanie i solidarność ze strony świata odwołującego się do europejskich wartości, „helsińskiego” ładu i praw człowieka?

Ukraina: jest mi z każdym dniem, z każdym wydarzeniem bliższa, czuję się coraz bardziej jednym z tych, którzy stali na Majdanie tak, jakbym tam walczył „o swoje i oczywiste”, o własną godność. Bezsilnie czuję, jak bardzo jest osamotniona w sytuacji, kiedy w odpowiedzi na ukraińskie „dziękujemy”, chciałbym wykrzyczeć pod jej adresem swoje „dziękuję” za to, co mimochodem, jakby jako niezaplanowany efekt uboczny, zrobiła dla mnie, dla „mojej” wymarzonej Europy: do tego stopnia ugodziła ambicję „imperatora”, że zdecydował się ściągnąć maskę, rzucić w twarz światu „Rosja wstaje z kolan”, wyrwać ze snu całą wspólnotę euroatlantycką, zburzyć mit putinowskiej Rosji jako normalnego, przewidywalnego, przyjaznego i modernizującego się państwa; ogłosić wszem i wobec, że zmienia bieg rzeki, powraca do dwudziestowiecznej polityki „siły i pałki”. Co z tym owa wspólnota zrobi – tego już nie wiem. Wiem natomiast, że wasalna wobec Rosji, przy obywatelskiej bierności, Ukraina odeszła już na karty historii.

A to już tylko post scriptum, z ostatniej chwili: dzisiejsze serwisy prasowe, które relacjonują zgłoszoną już bez osłonek przez Ławrowa propozycję federalizacji Ukrainy, obnażają bezczelność rosyjskiej narracji przekraczającą wszelkie granice wyobraźni. Nie trzeba być politykiem, żeby rozumieć, że federalizacja w przypadku Ukrainy – to skazanie unitarnego państwa na rezygnację z suwerenności na rzecz „dzielnicowego rozdrobnienia”, na utratę wpływu na „sterowność polityczną”, na systemowy chaos wykluczający jakiekolwiek reformy, jakikolwiek postęp cywilizacyjny i gospodarczy. To już się nie mieści w głowie. Internetowe plotki mówią, że na Kremlu jest już gotowy projekt nowej ukraińskiej konstytucji. I co z tym zrobi „wolny świat”? Noc będzie krótka – poczekam do jutra.

Slava Ukraini!

Ukraina: moje prywatn kalendarium

Majdan: inny niż tamten, „pomarańczowy”, pogodny, rozśpiewany. Ten był od początku skupiony, poważny, nieufny, choć początkowo nie wydawał się groźny. Chciał tylko jednego, podpisania Traktatu Stowarzyszeniowego z Unią, powrotu do prezydenckich obietnic, których władza nieoczekiwanie nie spełniła wybierając kontrpropozycję ze strony Rosji. A Majdan chciał „do Europy”. Przekładając to na język konkretów – „wolą ludu” było choćby powolne wychodzenie z systemu coraz bardziej represyjnych, oligarchicznych rządów zubażających społeczeństwo, przyzwalających na korupcję w każdym obszarze życia, systematycznie pogłębiających gospodarczą stagnację. „Do Europy” znaczyło dla Majdanu odwrót od autokratycznych wzorców rosyjskich i zmierzanie, choćby powolne, w kierunku rządów prawa.

Został kompletnie zlekceważony, przez władze zignorowany. Kiedy jednak uparcie trwał, doszło do pierwszej siłowej próby „oczyszczenia placu”: padły pierwsze ofiary. Majdan okazał nieoczekiwany opór – władz ustąpiła, natomiast wśród manifestantów narastała determinacja, wściekłość; Majdan się radykalizował, skrajne elementy zorganizowały się pod nazwą „Trzeci sektor”, przybierając na znaczeniu, ale nastrojów nie dominując. Wiadomo już było, że będzie to długi marsz. Majdan w podziwu godny sposób (!) „zorganizował się”, spontanicznie powołał swoje przywództwo, oddziały samoobrony, podzielił się na sektory, przybyło namiotów, kuchni polowych, nie mówiąc o barykadach. Majdan ma też scenę: są przemówienia, ale występują też artyści. Wiadomo już, że Majdan wspierają niektórzy oligarchowie (potrzebne są pieniądze), że w parlamencie kruszy się Partia Regionów. Słychać o lokalnych majdanach, również na wschodzie – w Doniecku i Charkowie. Sztab kijowskiego Majdanu i miejsce gdzie można się ogrzać i opatrzyć rany po incydentalnych na razie starciach z milicją znalazło się w zajętym przez manifestantów budynku Związków Zawodowych. To już zaczęła być rewolucja z hasłem przewodnim: „precz z Janukowyczem!”. Barykad coraz więcej – przechodziły z rąk do rąk, dymią płonące opony. Na dworze do 20 stopni mrozu, a ludzie wciąż czujni – w porywach do stu tysięcy – oblewani przez milicję lodowatą wodą, wracają do swoich baz zesztywniali. Władza nie reaguje – determinacja, upór, złość, radykalizm szybują w górę. Przywódcy parlamentarnej opozycji przyjmowani są z coraz większą rezerwą – nie są ani przywódcami, ani nawet reprezentantami Majdanu (dla manifestujących – to jednak część „starej ekipy”, a teraz wszystko już ma się zmienić, „reset” ma być totalny) – są co najwyżej jego delegatami.

I ten straszny dzień, kiedy władza decyduje się na ostateczne rozwiązanie siłowe, nie bez rosyjskiej presji w postaci zagrożenia zawieszeniem obiecanych dotacji. Ludzie idą pokojowo pod nieodległy budynek parlamentu domagając się przywrócenia „starej”, przedjanukowyczowej konstytucji ograniczającej totalną władzę prezydenta. Na taką akcję przygotowany jest „Berkut”, nie przebierające w środkach ukraińskie złowieszcze ZOMO. I nie tylko: również snajperzy, najlepsi „fachowcy” rosyjskiego „Specnazu”, podobno służący w rosyjskich jednostkach Czeczeńcy. Padają strzały. Celne, mierzone w głowy, niektóre również w kierunku ukraińskiej milicji – to podła prowokacja mająca wskazać, że strzelali również ludzie z Majdanu. Majdanowi radykałowie sięgają po „koktajle mołotowa”. W ciągu kilku godzin leje się krew, blisko sto ofiar śmiertelnych, tysiące rannych, karetki nie nadążają z pomocą, ciężkich operacji, amputacji dokonuje się w hotelowym hallu, w najprymitywniejszych warunkach. Coś nie do wyobrażenia. Masakra, dramat, który porównać można tylko ze Srebrenicą – po raz drugi w ciągu ćwierćwiecza w Europie, niespełna 1000 km. od granic tzw. „wolnego świata”. Wobec nieoczekiwanego heroicznego oporu władza wycofuje się, nie jest przygotowana na „powtórkę z Tiananmen”. Majdan w najgłębszej żałobie i w apogeum złości: „Janukowycz bandyta, Janukowycz z krwią na rękach, Janukowycz pod sąd”. Czy można się dziwić?

A w Kijowie są unijni ministrowie z „trójkąta weimarskiego” – polski, niemiecki, francuski, podejmują dramatyczne negocjacje „ostatniej szansy” – być może to ich obecność skłoniła władze do wycofania jednak „Berkutu” i snajperów, do powstrzymania totalnej anarchii i śmiertelnej masakry nie setek, a tysięcy ludzi. W dramatycznych warunkach, nie bez presji negocjatorów podpisany zostaje „zgniły kompromis”, „śluza” choćby na kilka godzin, żeby powstrzymać brutalną przemoc. Władza uznaje to jednak za porażkę, wie, że przegrała, że nie ma już żadnych szans na przetrwanie i „sprawowanie urzędu”. Panicznie boi się „gniewu ludu” – w ciągu jednej nocy i pod jej osłoną ucieka ze stolicy: prezydent, ministrowie, generalny prokurator, dowódcy „służb”. Rano budynki rządowe stoją otworem i są puste. Majdan zwyciężył. Wczorajsze porozumienie straciło swoją ważność, główny sygnatariusz „zniknął w nieznanym kierunku” i jest nieosiągalny, a zatem niezdolny do wypełnienia warunków umowy – podpisania w trybie natychmiastowym wynegocjowanych aktów prawnych. Sytuacja jest rewolucyjna: janukowyczowa Partia Regionów w parlamencie przechodzi na stronę Majdanu, parlament przejmuje władzę, dokonuje wyboru nowego przewodniczącego (z ław opozycji), który – zgodnie z konstytucją, wobec nieobecności prezydenta – przejmuje obowiązki głowy państwa, w ciągu jednego dnia przyjmuje kilka fundamentalnych ustaw, w euforii, w ekstremalnym napięciu, wśród ekstremalnych emocji, a zatem nie wszystkie sensowne. To jest rewolucja. Kolejny dzień – to powołanie nowego rządu – „starego” po prostu nie ma. Konstytucyjną większością głosów.

Majdan zwyciężył! Czy jest usatysfakcjonowany? Jest przede wszystkim w żałobie – na Majdanie wciąż są ciała ofiar. Jest i płacz, i modlitwa, i zapiekła złość, i radość – jakiś wręcz schizofreniczny konglomerat emocji. Przy tym Majdan jest nieufny. Nowy rząd, choć opozycyjny – to jeszcze nie „jego ludzie”. Ale to okazuje się końcem dopiero pierwszej odsłony. Przegrał nie tylko Janukowycz i jego „familia” sprawująca dyktatorską władzę. Tę walkę – nie wojnę, a zaledwie krwawą potyczkę – przegrała również Rosja: plan włączenia Ukrainy w projekt odbudowy euroazjatyckiego imperium, samej esencji putinowskiej strategii, jakby się zachwiał. Na gniewny pomruk niedźwiedzia nie trzeba było czekać – a to już wykracza poza Ukrainę, kryzys zostaje umiędzynarodowiony.

Nie sposób dalej snuć tę koszmarną bajkę Grimma bez próby odpowiedzi na fundamentalne pytanie: co, a może raczej – kto to jest kijowski Majdan, o którym tu od początku mowa, bohater tych dramatycznych wydarzeń, albowiem dalsza, umiędzynarodowiona odsłona „walki o Ukrainę” – to również próba zdefiniowania Majdanu. Również ze strony Rosji – z użyciem całego arsenału kłamstw i insynuacji i z zaangażowaniem najpotężniejszego chyba w świecie aparatu propagandy i dezinformacji. Czy Majdan, to naród? Nie: bo co to jest naród, w szczególności w fazie konsolidacji i poszukiwania swojej tożsamości? Czy Majdan, to cała Ukraina? Również nie. Czy Majdan, to jej Zachód z przypisywanymi mu nacjonalistycznymi ciągotami? Nic bardziej mylnego. Stereotyp podziału tego wielkiego kraju na „nacjonalistyczny Zachód” i „prorosyjski Wschód” dawno odszedł do lamusa, a wciąż, niestety, w naszym myśleniu pokutuje. Ukraina jest głęboko podzielona (i to jest jej wielki problem), ale inaczej: na bogaczy – to setki, niechby i tysiące Ukraińców konsumujących 80 procent narodowego bogactwa – i pozostałe 47 milionów, którym pozostawia się tylko mizerną resztę. Na młodych, którzy bądź z autopsji, bądź z Internetu mają wiedzę o świecie i w większym lub mniejszym stopniu zdają sobie sprawę, w jakiej żyją zapaści i starych, do których to dociera w znacznie mniejszym stopniu, którzy nie mają aspiracji „dołączenia”. Na „miasto”, które ma bez porównania większy kontakt ze światem zewnętrznym i „wieś”, która pozostaje w niemal 19-wiecznym zacofaniu i stagnacji. Nie trudno więc wskazać, „kto” to jest Majdan: to ci najbardziej świadomi ograbiania ich z należnego udziału w narodowym dochodzie, deptania ich osobistej i obywatelskiej godności, pozbawiania szans na dołączenie do tej choć trochę lepiej funkcjonującej części świata. To młode, uparte, zdeterminowane i gotowe na poniesienie ofiar, rodzące się i skonsolidowane na Majdanie społeczeństwo obywatelskie nowej Ukrainy, coraz bardziej czującej narodową więź, narodową odrębność i tożsamość. To elita elit – w równym stopniu ze Wschodu jak z Zachodu: nie finansowych, nie politycznych – obywatelskich. Są oczywiście skrzydła – jak w każdym wielkim ruchu społecznym: i nacjonalistyczne, i z pro-rosyjskimi sentymentami (wychowani w rodzinnych domach w kulcie „wojny ojczyźnianej”); bo taka była tam historia – trudna, bolesna, wciąż stanowiąca wyzwanie do przepracowania. To jednak tylko skrzydła, marginesy: to nie Majdan. A genialnie zarządzana machina wojny psychologicznej i dezinformacji kreuje jakąś równoległą, zupełnie odmienną rzeczywistość z faszystowskimi bojówkami, emblematami „Galizien SS” sprzed siedmiu dekad, zbrojnym zamachem stanu i samozwańczym ukraińskim rządem sprawowanym przez nacjonalistów. Straszne to, bo – wiem to z historycznego doświadczenia – ta „równoległa rzeczywistość” implantowana będzie nie tylko w głowy Rosjan (już przecież jest i widzimy na Krymie tego rezultaty); kupi ją również wielu zachodnich „demokratów”, którzy w „niezależnych gronach” prowadzić będą debaty, czy to krawiec ukradł, czy krawcowi ukradli. Groźny to oręż, wobec którego „zachodnia demokracja” jest wciąż i niezmiennie bardziej bezbronna niż wobec najnowocześniejszych rakiet dalekiego zasięgu.

I tak rozpoczyna się druga odsłona walki dojrzewającego w przyspieszonym, rewolucyjnym tempie narodu o suwerenny byt; równie, być może bardziej jeszcze dramatyczna, choć szczęśliwie do dzisiaj nie przyniosła ofiar śmiertelnych. W tej odsłonie zmagania Ukraińców są już tylko jakby w tle; to starcie o Ukrainę, o jej przyszły kształt, dwóch jakby różnych światów, które nijak do siebie nie przystają – świata brutalnej siły, przemocy, porażającego kłamstwa i świata wartości poddanego pokusie liczenia strat i zysków.

Przebieg wydarzeń znamy aż nazbyt dobrze z migających bez przerwy obrazków na ekranie telewizora – już wprost nie można się na nie patrzyć. Niedźwiedź ryknął i ryczy coraz potężniej, a wobec świata wartości pada znane wśród pokerzystów pytanie: „sprawdzam”. Dzielnym Ukraińcom na ich historycznym Majdanie nie przychodziło zapewne na myśl, że ich ofiara będzie aż tak brzemienna w skutki. Wywalczyli nie tylko swoją Ukrainę, która – jaka by w przyszłości nie była (a to się dopiero okaże) – nie będzie już nigdy taka, jaką była w przeszłości: uległa, dająca się nieść na fali pogrążającej ją w chaosie, z podstępnie rozmywaną tożsamością. Spowodowali jakby przypadkiem, niechcący, efekt lawiny: Rosja w swoim obecnym, groźnym dla świata (dla Polski w szczególności) kształcie politycznym musiała zdjąć maskę, pokazać się w całej swojej „krasie i okazałości”. Iluzja „sympatycznego Rosjanina”, z którym można prowadzić bezpieczne interesy, lokującego środki w londyńskim City, wypoczywającego na Lazurowym Wybrzeżu, kształcącego dzieci w elitarnych brytyjskich i francuskich szkołach prysnęła, jak bańka mydlana. Jest nieprawdopodobne, żeby zachodnie służby wywiadu nie identyfikowały uzbrojonych po zęby krymskich jednostek „samoobrony” rozbrajających ukraińskie jednostki wojskowe i masowego napływu rosyjskich „turystów” – dobrze zbudowanych i w wieku poborowym – na Krym, do Doniecka i Charkowa. Dla tych, którzy chcą wiedzieć, którzy nie wypierają prawdy, sytuacja jest jasna: dla realizacji nadrzędnych celów rosyjskiej strategii politycznej nastąpiło pogwałcenie podstaw wielokrotnie potwierdzanego, powojennego międzynarodowego ładu (nienaruszalność granic), fundamentalnych praw i umów międzynarodowych – zbrojny zabór ościennego terytorium (po raz pierwszy w powojennej Europie!) i podjęcie planowych działań dywersyjnych prowadzących do destabilizacji ościennego państwa. Wizerunek budowany latami kosztem dziesiątek miliardów dolarów runął w ciągu kilku dni. Jakkolwiek by się sytuacja dalej nie potoczyła, polityczne klimaty w Europie nie będą już nigdy takie, jak były dotychczas, „reiting” zaufania do putinowskiej Rosji jest w pobliżu dolnej kreski. Na długą metę – rosyjski despota przelicytował; swoje miejsce w historii, które z właściwym Rosji dyplomatycznym sprytem przez wiele lat sobie mościł – przegrał. Slava Ukraini!

Napisało mi się: „dla tych, którzy chcą wiedzieć i nie wypierają prawdy”. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z politycznych decydentów o losach naszej części świata nie przyjmował najnowszej wiedzy i prawdy o tym, że kryzys ukraiński ujawnił próbę zakwestionowania całej konstrukcji powojennego ładu w obszarze euroatlantyckim: zamiany raz na zawsze wojowników na kupców, a czołgi i rakiety na międzynarodowe fora negocjacji i rywalizację na rynkach finansowych; próbę powrotu do rozwiązywania konfliktów drogą przemocy. Nie mieści mi się w głowie, żeby ta dramatyczna nowa wiedza i ujawniona prawda nie spowodowała zmiany strategii w relacjach z putinowską Rosją. Nie mam wątpliwości, że zamach na suwerenność niepodległego państwa stanie tej Rosji kością w gardle i w ostateczności zniweczy imperialne marzenia – marzenia o zawróceniu biegu historii. To przyszłość: być może nieodległa, ale jednak przyszłość, wynik procesu, a nie zmian w trybie rewolucyjnym. Pozostaje „tu i teraz”, pozostaje doraźna pokusa wypierania całej prawdy niewygodnej dla wszystkich poza Ukraińcami, pozostaje kwadratura koła przy podejmowaniu taktycznych decyzji, które przesądzą o losie Ukrainy.

350 miliardów euro obrotów handlowych między UE i Rosją, obowiązujące umowy eksportowe zachodnich firm na kolejne miliardy, których natychmiastowe zamrożenie zaskutkowało by wzrostem bezrobocia, znacznym obniżeniem PKB, spadkiem stopy życiowej, miliardowe straty na światowych giełdach, przede wszystkim w londyńskim City w wyniku zamrożenia rosyjskich aktywów we wstępnym okresie wychodzenia z globalnego kryzysu, ze skutkami nie do przewidzenia, znaczne uzależnienie surowcowe i energetyczne sięgające 1/3 zapotrzebowania zachodniej gospodarki. Taki jest ból głowy europejskich politycznych decydentów. Z drugiej strony – fundamentalne „wartości europejskie”, łamanie fundamentów międzynarodowego prawa, zagrożenie dla całego europejskiego ładu politycznego, kto wie, czy w dalszej perspektywie również dla światowego pokoju, wreszcie – co istotne – wiarygodność wobec świata, nie mówiąc już o Ukrainie. Takie są realia. I jak tu nie drżeć? Ile procent Europejczyków (Polaków!) gotowych jest ponieść odczuwalne ofiary na rzecz Ukrainy, wartości, zasad, międzynarodowej solidarności? I ile pociechy w tym, że putinowską Rosję też boli głowa – o zagrożenie niepowetowanymi stratami dla słabej, głównie surowcowej gospodarki, o wzrastającą nieufność „żelaznych” sojuszników – Kazachstanu, Białorusi – w lęku o „wariant ukraiński”, o rozczarowanie własnego społeczeństwa, choćby i otumanionego, porażką ich idealizowanej „silnej władzy”? Szczęśliwi ci, którzy spokojnie usypiają nieświadomi beczki prochu, na której śpią, podłożonej im przez chytrego, przebiegłego i bezwzględnego despotę.

Krym: niewielki skrawek ziemi, infrastrukturalnie całkowicie uzależniony od Ukrainy, przynoszący minimalne zyski – kosztowny w utrzymaniu, przyczółek strategiczny. Wszyscy znamy przebieg wydarzeń kształtowanych przez niewyobrażalnie brutalną przemoc i równie niewyobrażalną lawinę dezinformacji i na oczach świata absurdalne zaprzeczanie oczywistej oczywistości. Świat przeciera oczy i pyta, kto tu oszalał. Tymczasem nikt nie oszalał: następuje dokonywany z premedytacją zabór terytorium suwerennego państwa (na razie – wciąż próba, ostateczne badanie „odporności materii”). A to znaczy siłowe wywrócenie do góry nogami całego europejskiego ładu – to już nie tylko obrona wartości. Bez względu na koszty – polityczne, gospodarcze, wizerunkowe. Gdyby to się powiodło – stanowiłoby milowy krok do przodu w putinowskiej strategii odbudowy sowieckiego imperium, już nie tylko przez wchłonięcie Ukrainy; z jego wpływami tym razem przekraczającymi linię Łaby – być może po Ren. Rękawica została już rzucona – gra idzie o niewyobrażalnie wielką stawkę. Tu już kończą się żarty, co niemalże zupełnie nie przenika do powszechnej świadomości. Wojna, której groźba w myśleniu pokolenia obecnych trzydziestolatków nie istnieje, wciąż jest mało prawdopodobna, ale nie wykluczona: w końcu 70 lat „bezwojnia” – to w całej historii kontynentu fakt bez precedensu. A nie wykluczona, bo jak konkludował wybitny amerykański komentator wskazując na rosyjskiego przywódcę: „He is not afraid of tanks, but only of banks”. Wydaje się, że to się nie może powieść: dyktator przelicytował w ocenie determinacji bezbronnego Majdanu, wszystko wskazuje na to, że znacznie przelicytował idąc tutaj va banque. Atoli, czy w tzw. wielkiej polityce cokolwiek jest niemożliwe? Czy historyczna amnezja, zaczadzenie, uśpienie w ciepełku uzyskanego dobrobytu, kunktatorstwo elit politycznych w obronie plemiennych i osobistych interesów nie zapalało nam już w przeszłości czerwonej diody w sytuacjach bez żadnego porównania mniej krytycznych?

A ja bezsilnie zaciskam pięści, świadom kolejnej nocy pełnej koszmarnych snów i mam już tylko kłębiące się pytania, bądź tłumione emocje. I tak:
– Czy Europa w chwili próby zda egzamin z elementarnej przyzwoitości, czy nie straci z oczu tej czerwonej linii, którą – choć z zygzakami – drżącą ręka nakreśliła, czy też ją rozmyje; czy umocni w oczach świata swoją wiarygodność, czy też uprawni bluzg, jaki wyrzucił z siebie w kreślonym do mnie liście – w poczuciu bezsilnej złości i beznadziei – mój ukraiński przyjaciel, intelektualista: „ta kurwa Europa”?
– Czy Europa – i jej narodowe wspólnoty – gotowa jest ponieść ofiary na rzecz walczącej o swoje miejsce na ziemi Ukrainy, demokratycznych wartości, obrony międzynarodowego porządku prawnego i europejskiego ładu (a nie chodzi o to, żeby od razu „na stos… swój życia los”, tylko o rezygnację choćby ze szczypty uzyskanego dobrobytu, bo przecież w tym tkwi opór we wprowadzaniu sankcji ekonomicznych, które mogą Rosję zaboleć)?
– Czy wspólnota euroatlantycka potrafi wznieść się ponad wewnętrzne animozje i solidarnie przeciwstawić się historycznemu wyzwaniu – bo nie mam osobiście wątpliwości, że na naszych oczach dzieje się historia, która określi kształt naszej bliskiej przyszłości; czy twardsze i miększe (jak dotychczas) reakcje na zaistniały kryzys ze strony Ameryki i Europy – to podział ról odpowiadający militarnej potencji i skali gospodarczego ryzyka, czy niespójne strategie „wolnego świata”?
– Czy Rosja jednak się opamięta, uzna porażkę tego dramatycznego starcia, skorzysta z wciąż uchylonych drzwi do wyjścia z kryzysu jaki spowodowała z choćby na wpół otwartą przyłbicą, czy też pójdzie dalej „w zaparte”, w kierunku świadomej konfrontacji, która doprowadzi do co najmniej zimnej wojny?
– Czy Ukraina, po zdanej próbie z odwagi i determinacji, zdzierży do końca upokorzenia, jakim na Krymie poddany jest jej żołnierz, czy zda do końca egzamin z powściągnięcia trudnej do wyobrażenia, nagromadzonej złości, czy wytrzyma jawne, brutalne akty prowokacji, czy do końca powstrzyma się od oddania strzału, który stanowiłby pretekst do zbrojnego konfliktu, o którym marzy się rosyjskim strategom?
– Czy ten „rząd straceńców” Arsenija Jacyniuka, który stanął wobec wyzwań – wydawałoby się – nie do sprostania, zdoła zapanować nad chaosem panującym w Doniecku i Charkowie, położyć kres napływowi z Rosji „politycznych turystów”, przemocy rosyjskich nacjonalistycznych bojówek, bandytyzmowi, prowokacjom, zastraszaniu; czy zdoła zapewnić na nieustannie nękanym obszarze kraju graniczącym z Rosją, niezwykle ważnym gospodarczo, minimum stabilizacji niezbędnej do przeprowadzenia majowych wyborów prezydenckich?
– Czy Unia zdobędzie się na wysłanie na krótki urlop swoich księgowych, na lekkie choćby uchylenie swoich skomplikowanych procedur, na umniejszenie roli taktyki na rzecz myślenia strategicznego i w rezultacie tego udzieli nowej, wciąż chwiejnej ukraińskiej władzy adekwatnego do sytuacji wsparcia finansowego i logistycznego dla szybkiego opanowania sytuacji w kraju, zapanowania nad chaosem na jego południowo – wschodnim terytorium, jednoznacznego i widocznego wsparcia okupionych krwią aspiracji społecznych?
– Wreszcie, jeśli nawet wszystko potoczyło by się zgodnie z najbardziej optymistycznymi prognozami – czy zdeterminowani, odważni i nad podziw do dziś roztropni i powściągliwi Ukraińcy wytrzymają trudne lata niezbędnych „balcerowiczowych” reform, koniecznego zaciskania pasa na drodze do lepszego bytu, praworządnego państwa i gospodarczego wzrostu; czy zniecierpliwieni koniecznością chwilowych wyrzeczeń nie wyjdą znów na Majdan wykrzykując swoje rozczarowanie „europejskimi perspektywami”?

Czy… czy… czy…? Pytań jest znacznie więcej, to tylko wierzchołek góry lodowej. A mając w głowie przede wszystkim to, co wydarza się dziś i co może wydarzyć się jutro, miałem ubiegłej nocy sen, jeden z tych koszmarnych. Śnił mi się Neville Chamberlain, ale jakby z twarzą Davida Cemorona. Nie było jasne w tym śnie, skąd wracał – z Monachium, Kijowa czy Moskwy, były natomiast wiwaty: uratował stabilność nie tylko Europy, również londyńskiego rynku nieruchomości i brytyjskiej giełdy. Śnił mi się również marszałek Philippe Pétain, bohater spod Verdun, Szef Państwa Francuskiego i kolaboranckiego rządu Vichy w latach wojny, za co otrzymał wyrok śmierci: i znów, jakoś przypominał sylwetkę François Hollande. Również ratował stabilność, głównie Francji – jakieś miliardowe kontrakty na wojenne korwety. Również były okrzyki: „…nie chcemy umierać za Gdańsk czy Krym… – to w moim nocnym koszmarku nie było jasne. Joachim von Ribbentrop mi się nie przyśnił – pani Kanclerz Merkel nie widziałem. Nie jedna noc jeszcze przede mną.

No, ale to przecież tylko senna mara: chłodny prysznic i jakoś można się z niej otrząsnąć.