Ukraina: moje prywatn kalendarium

Majdan: inny niż tamten, „pomarańczowy”, pogodny, rozśpiewany. Ten był od początku skupiony, poważny, nieufny, choć początkowo nie wydawał się groźny. Chciał tylko jednego, podpisania Traktatu Stowarzyszeniowego z Unią, powrotu do prezydenckich obietnic, których władza nieoczekiwanie nie spełniła wybierając kontrpropozycję ze strony Rosji. A Majdan chciał „do Europy”. Przekładając to na język konkretów – „wolą ludu” było choćby powolne wychodzenie z systemu coraz bardziej represyjnych, oligarchicznych rządów zubażających społeczeństwo, przyzwalających na korupcję w każdym obszarze życia, systematycznie pogłębiających gospodarczą stagnację. „Do Europy” znaczyło dla Majdanu odwrót od autokratycznych wzorców rosyjskich i zmierzanie, choćby powolne, w kierunku rządów prawa.

Został kompletnie zlekceważony, przez władze zignorowany. Kiedy jednak uparcie trwał, doszło do pierwszej siłowej próby „oczyszczenia placu”: padły pierwsze ofiary. Majdan okazał nieoczekiwany opór – władz ustąpiła, natomiast wśród manifestantów narastała determinacja, wściekłość; Majdan się radykalizował, skrajne elementy zorganizowały się pod nazwą „Trzeci sektor”, przybierając na znaczeniu, ale nastrojów nie dominując. Wiadomo już było, że będzie to długi marsz. Majdan w podziwu godny sposób (!) „zorganizował się”, spontanicznie powołał swoje przywództwo, oddziały samoobrony, podzielił się na sektory, przybyło namiotów, kuchni polowych, nie mówiąc o barykadach. Majdan ma też scenę: są przemówienia, ale występują też artyści. Wiadomo już, że Majdan wspierają niektórzy oligarchowie (potrzebne są pieniądze), że w parlamencie kruszy się Partia Regionów. Słychać o lokalnych majdanach, również na wschodzie – w Doniecku i Charkowie. Sztab kijowskiego Majdanu i miejsce gdzie można się ogrzać i opatrzyć rany po incydentalnych na razie starciach z milicją znalazło się w zajętym przez manifestantów budynku Związków Zawodowych. To już zaczęła być rewolucja z hasłem przewodnim: „precz z Janukowyczem!”. Barykad coraz więcej – przechodziły z rąk do rąk, dymią płonące opony. Na dworze do 20 stopni mrozu, a ludzie wciąż czujni – w porywach do stu tysięcy – oblewani przez milicję lodowatą wodą, wracają do swoich baz zesztywniali. Władza nie reaguje – determinacja, upór, złość, radykalizm szybują w górę. Przywódcy parlamentarnej opozycji przyjmowani są z coraz większą rezerwą – nie są ani przywódcami, ani nawet reprezentantami Majdanu (dla manifestujących – to jednak część „starej ekipy”, a teraz wszystko już ma się zmienić, „reset” ma być totalny) – są co najwyżej jego delegatami.

I ten straszny dzień, kiedy władza decyduje się na ostateczne rozwiązanie siłowe, nie bez rosyjskiej presji w postaci zagrożenia zawieszeniem obiecanych dotacji. Ludzie idą pokojowo pod nieodległy budynek parlamentu domagając się przywrócenia „starej”, przedjanukowyczowej konstytucji ograniczającej totalną władzę prezydenta. Na taką akcję przygotowany jest „Berkut”, nie przebierające w środkach ukraińskie złowieszcze ZOMO. I nie tylko: również snajperzy, najlepsi „fachowcy” rosyjskiego „Specnazu”, podobno służący w rosyjskich jednostkach Czeczeńcy. Padają strzały. Celne, mierzone w głowy, niektóre również w kierunku ukraińskiej milicji – to podła prowokacja mająca wskazać, że strzelali również ludzie z Majdanu. Majdanowi radykałowie sięgają po „koktajle mołotowa”. W ciągu kilku godzin leje się krew, blisko sto ofiar śmiertelnych, tysiące rannych, karetki nie nadążają z pomocą, ciężkich operacji, amputacji dokonuje się w hotelowym hallu, w najprymitywniejszych warunkach. Coś nie do wyobrażenia. Masakra, dramat, który porównać można tylko ze Srebrenicą – po raz drugi w ciągu ćwierćwiecza w Europie, niespełna 1000 km. od granic tzw. „wolnego świata”. Wobec nieoczekiwanego heroicznego oporu władza wycofuje się, nie jest przygotowana na „powtórkę z Tiananmen”. Majdan w najgłębszej żałobie i w apogeum złości: „Janukowycz bandyta, Janukowycz z krwią na rękach, Janukowycz pod sąd”. Czy można się dziwić?

A w Kijowie są unijni ministrowie z „trójkąta weimarskiego” – polski, niemiecki, francuski, podejmują dramatyczne negocjacje „ostatniej szansy” – być może to ich obecność skłoniła władze do wycofania jednak „Berkutu” i snajperów, do powstrzymania totalnej anarchii i śmiertelnej masakry nie setek, a tysięcy ludzi. W dramatycznych warunkach, nie bez presji negocjatorów podpisany zostaje „zgniły kompromis”, „śluza” choćby na kilka godzin, żeby powstrzymać brutalną przemoc. Władza uznaje to jednak za porażkę, wie, że przegrała, że nie ma już żadnych szans na przetrwanie i „sprawowanie urzędu”. Panicznie boi się „gniewu ludu” – w ciągu jednej nocy i pod jej osłoną ucieka ze stolicy: prezydent, ministrowie, generalny prokurator, dowódcy „służb”. Rano budynki rządowe stoją otworem i są puste. Majdan zwyciężył. Wczorajsze porozumienie straciło swoją ważność, główny sygnatariusz „zniknął w nieznanym kierunku” i jest nieosiągalny, a zatem niezdolny do wypełnienia warunków umowy – podpisania w trybie natychmiastowym wynegocjowanych aktów prawnych. Sytuacja jest rewolucyjna: janukowyczowa Partia Regionów w parlamencie przechodzi na stronę Majdanu, parlament przejmuje władzę, dokonuje wyboru nowego przewodniczącego (z ław opozycji), który – zgodnie z konstytucją, wobec nieobecności prezydenta – przejmuje obowiązki głowy państwa, w ciągu jednego dnia przyjmuje kilka fundamentalnych ustaw, w euforii, w ekstremalnym napięciu, wśród ekstremalnych emocji, a zatem nie wszystkie sensowne. To jest rewolucja. Kolejny dzień – to powołanie nowego rządu – „starego” po prostu nie ma. Konstytucyjną większością głosów.

Majdan zwyciężył! Czy jest usatysfakcjonowany? Jest przede wszystkim w żałobie – na Majdanie wciąż są ciała ofiar. Jest i płacz, i modlitwa, i zapiekła złość, i radość – jakiś wręcz schizofreniczny konglomerat emocji. Przy tym Majdan jest nieufny. Nowy rząd, choć opozycyjny – to jeszcze nie „jego ludzie”. Ale to okazuje się końcem dopiero pierwszej odsłony. Przegrał nie tylko Janukowycz i jego „familia” sprawująca dyktatorską władzę. Tę walkę – nie wojnę, a zaledwie krwawą potyczkę – przegrała również Rosja: plan włączenia Ukrainy w projekt odbudowy euroazjatyckiego imperium, samej esencji putinowskiej strategii, jakby się zachwiał. Na gniewny pomruk niedźwiedzia nie trzeba było czekać – a to już wykracza poza Ukrainę, kryzys zostaje umiędzynarodowiony.

Nie sposób dalej snuć tę koszmarną bajkę Grimma bez próby odpowiedzi na fundamentalne pytanie: co, a może raczej – kto to jest kijowski Majdan, o którym tu od początku mowa, bohater tych dramatycznych wydarzeń, albowiem dalsza, umiędzynarodowiona odsłona „walki o Ukrainę” – to również próba zdefiniowania Majdanu. Również ze strony Rosji – z użyciem całego arsenału kłamstw i insynuacji i z zaangażowaniem najpotężniejszego chyba w świecie aparatu propagandy i dezinformacji. Czy Majdan, to naród? Nie: bo co to jest naród, w szczególności w fazie konsolidacji i poszukiwania swojej tożsamości? Czy Majdan, to cała Ukraina? Również nie. Czy Majdan, to jej Zachód z przypisywanymi mu nacjonalistycznymi ciągotami? Nic bardziej mylnego. Stereotyp podziału tego wielkiego kraju na „nacjonalistyczny Zachód” i „prorosyjski Wschód” dawno odszedł do lamusa, a wciąż, niestety, w naszym myśleniu pokutuje. Ukraina jest głęboko podzielona (i to jest jej wielki problem), ale inaczej: na bogaczy – to setki, niechby i tysiące Ukraińców konsumujących 80 procent narodowego bogactwa – i pozostałe 47 milionów, którym pozostawia się tylko mizerną resztę. Na młodych, którzy bądź z autopsji, bądź z Internetu mają wiedzę o świecie i w większym lub mniejszym stopniu zdają sobie sprawę, w jakiej żyją zapaści i starych, do których to dociera w znacznie mniejszym stopniu, którzy nie mają aspiracji „dołączenia”. Na „miasto”, które ma bez porównania większy kontakt ze światem zewnętrznym i „wieś”, która pozostaje w niemal 19-wiecznym zacofaniu i stagnacji. Nie trudno więc wskazać, „kto” to jest Majdan: to ci najbardziej świadomi ograbiania ich z należnego udziału w narodowym dochodzie, deptania ich osobistej i obywatelskiej godności, pozbawiania szans na dołączenie do tej choć trochę lepiej funkcjonującej części świata. To młode, uparte, zdeterminowane i gotowe na poniesienie ofiar, rodzące się i skonsolidowane na Majdanie społeczeństwo obywatelskie nowej Ukrainy, coraz bardziej czującej narodową więź, narodową odrębność i tożsamość. To elita elit – w równym stopniu ze Wschodu jak z Zachodu: nie finansowych, nie politycznych – obywatelskich. Są oczywiście skrzydła – jak w każdym wielkim ruchu społecznym: i nacjonalistyczne, i z pro-rosyjskimi sentymentami (wychowani w rodzinnych domach w kulcie „wojny ojczyźnianej”); bo taka była tam historia – trudna, bolesna, wciąż stanowiąca wyzwanie do przepracowania. To jednak tylko skrzydła, marginesy: to nie Majdan. A genialnie zarządzana machina wojny psychologicznej i dezinformacji kreuje jakąś równoległą, zupełnie odmienną rzeczywistość z faszystowskimi bojówkami, emblematami „Galizien SS” sprzed siedmiu dekad, zbrojnym zamachem stanu i samozwańczym ukraińskim rządem sprawowanym przez nacjonalistów. Straszne to, bo – wiem to z historycznego doświadczenia – ta „równoległa rzeczywistość” implantowana będzie nie tylko w głowy Rosjan (już przecież jest i widzimy na Krymie tego rezultaty); kupi ją również wielu zachodnich „demokratów”, którzy w „niezależnych gronach” prowadzić będą debaty, czy to krawiec ukradł, czy krawcowi ukradli. Groźny to oręż, wobec którego „zachodnia demokracja” jest wciąż i niezmiennie bardziej bezbronna niż wobec najnowocześniejszych rakiet dalekiego zasięgu.

I tak rozpoczyna się druga odsłona walki dojrzewającego w przyspieszonym, rewolucyjnym tempie narodu o suwerenny byt; równie, być może bardziej jeszcze dramatyczna, choć szczęśliwie do dzisiaj nie przyniosła ofiar śmiertelnych. W tej odsłonie zmagania Ukraińców są już tylko jakby w tle; to starcie o Ukrainę, o jej przyszły kształt, dwóch jakby różnych światów, które nijak do siebie nie przystają – świata brutalnej siły, przemocy, porażającego kłamstwa i świata wartości poddanego pokusie liczenia strat i zysków.

Przebieg wydarzeń znamy aż nazbyt dobrze z migających bez przerwy obrazków na ekranie telewizora – już wprost nie można się na nie patrzyć. Niedźwiedź ryknął i ryczy coraz potężniej, a wobec świata wartości pada znane wśród pokerzystów pytanie: „sprawdzam”. Dzielnym Ukraińcom na ich historycznym Majdanie nie przychodziło zapewne na myśl, że ich ofiara będzie aż tak brzemienna w skutki. Wywalczyli nie tylko swoją Ukrainę, która – jaka by w przyszłości nie była (a to się dopiero okaże) – nie będzie już nigdy taka, jaką była w przeszłości: uległa, dająca się nieść na fali pogrążającej ją w chaosie, z podstępnie rozmywaną tożsamością. Spowodowali jakby przypadkiem, niechcący, efekt lawiny: Rosja w swoim obecnym, groźnym dla świata (dla Polski w szczególności) kształcie politycznym musiała zdjąć maskę, pokazać się w całej swojej „krasie i okazałości”. Iluzja „sympatycznego Rosjanina”, z którym można prowadzić bezpieczne interesy, lokującego środki w londyńskim City, wypoczywającego na Lazurowym Wybrzeżu, kształcącego dzieci w elitarnych brytyjskich i francuskich szkołach prysnęła, jak bańka mydlana. Jest nieprawdopodobne, żeby zachodnie służby wywiadu nie identyfikowały uzbrojonych po zęby krymskich jednostek „samoobrony” rozbrajających ukraińskie jednostki wojskowe i masowego napływu rosyjskich „turystów” – dobrze zbudowanych i w wieku poborowym – na Krym, do Doniecka i Charkowa. Dla tych, którzy chcą wiedzieć, którzy nie wypierają prawdy, sytuacja jest jasna: dla realizacji nadrzędnych celów rosyjskiej strategii politycznej nastąpiło pogwałcenie podstaw wielokrotnie potwierdzanego, powojennego międzynarodowego ładu (nienaruszalność granic), fundamentalnych praw i umów międzynarodowych – zbrojny zabór ościennego terytorium (po raz pierwszy w powojennej Europie!) i podjęcie planowych działań dywersyjnych prowadzących do destabilizacji ościennego państwa. Wizerunek budowany latami kosztem dziesiątek miliardów dolarów runął w ciągu kilku dni. Jakkolwiek by się sytuacja dalej nie potoczyła, polityczne klimaty w Europie nie będą już nigdy takie, jak były dotychczas, „reiting” zaufania do putinowskiej Rosji jest w pobliżu dolnej kreski. Na długą metę – rosyjski despota przelicytował; swoje miejsce w historii, które z właściwym Rosji dyplomatycznym sprytem przez wiele lat sobie mościł – przegrał. Slava Ukraini!

Napisało mi się: „dla tych, którzy chcą wiedzieć i nie wypierają prawdy”. Nie sądzę, żeby ktokolwiek z politycznych decydentów o losach naszej części świata nie przyjmował najnowszej wiedzy i prawdy o tym, że kryzys ukraiński ujawnił próbę zakwestionowania całej konstrukcji powojennego ładu w obszarze euroatlantyckim: zamiany raz na zawsze wojowników na kupców, a czołgi i rakiety na międzynarodowe fora negocjacji i rywalizację na rynkach finansowych; próbę powrotu do rozwiązywania konfliktów drogą przemocy. Nie mieści mi się w głowie, żeby ta dramatyczna nowa wiedza i ujawniona prawda nie spowodowała zmiany strategii w relacjach z putinowską Rosją. Nie mam wątpliwości, że zamach na suwerenność niepodległego państwa stanie tej Rosji kością w gardle i w ostateczności zniweczy imperialne marzenia – marzenia o zawróceniu biegu historii. To przyszłość: być może nieodległa, ale jednak przyszłość, wynik procesu, a nie zmian w trybie rewolucyjnym. Pozostaje „tu i teraz”, pozostaje doraźna pokusa wypierania całej prawdy niewygodnej dla wszystkich poza Ukraińcami, pozostaje kwadratura koła przy podejmowaniu taktycznych decyzji, które przesądzą o losie Ukrainy.

350 miliardów euro obrotów handlowych między UE i Rosją, obowiązujące umowy eksportowe zachodnich firm na kolejne miliardy, których natychmiastowe zamrożenie zaskutkowało by wzrostem bezrobocia, znacznym obniżeniem PKB, spadkiem stopy życiowej, miliardowe straty na światowych giełdach, przede wszystkim w londyńskim City w wyniku zamrożenia rosyjskich aktywów we wstępnym okresie wychodzenia z globalnego kryzysu, ze skutkami nie do przewidzenia, znaczne uzależnienie surowcowe i energetyczne sięgające 1/3 zapotrzebowania zachodniej gospodarki. Taki jest ból głowy europejskich politycznych decydentów. Z drugiej strony – fundamentalne „wartości europejskie”, łamanie fundamentów międzynarodowego prawa, zagrożenie dla całego europejskiego ładu politycznego, kto wie, czy w dalszej perspektywie również dla światowego pokoju, wreszcie – co istotne – wiarygodność wobec świata, nie mówiąc już o Ukrainie. Takie są realia. I jak tu nie drżeć? Ile procent Europejczyków (Polaków!) gotowych jest ponieść odczuwalne ofiary na rzecz Ukrainy, wartości, zasad, międzynarodowej solidarności? I ile pociechy w tym, że putinowską Rosję też boli głowa – o zagrożenie niepowetowanymi stratami dla słabej, głównie surowcowej gospodarki, o wzrastającą nieufność „żelaznych” sojuszników – Kazachstanu, Białorusi – w lęku o „wariant ukraiński”, o rozczarowanie własnego społeczeństwa, choćby i otumanionego, porażką ich idealizowanej „silnej władzy”? Szczęśliwi ci, którzy spokojnie usypiają nieświadomi beczki prochu, na której śpią, podłożonej im przez chytrego, przebiegłego i bezwzględnego despotę.

Krym: niewielki skrawek ziemi, infrastrukturalnie całkowicie uzależniony od Ukrainy, przynoszący minimalne zyski – kosztowny w utrzymaniu, przyczółek strategiczny. Wszyscy znamy przebieg wydarzeń kształtowanych przez niewyobrażalnie brutalną przemoc i równie niewyobrażalną lawinę dezinformacji i na oczach świata absurdalne zaprzeczanie oczywistej oczywistości. Świat przeciera oczy i pyta, kto tu oszalał. Tymczasem nikt nie oszalał: następuje dokonywany z premedytacją zabór terytorium suwerennego państwa (na razie – wciąż próba, ostateczne badanie „odporności materii”). A to znaczy siłowe wywrócenie do góry nogami całego europejskiego ładu – to już nie tylko obrona wartości. Bez względu na koszty – polityczne, gospodarcze, wizerunkowe. Gdyby to się powiodło – stanowiłoby milowy krok do przodu w putinowskiej strategii odbudowy sowieckiego imperium, już nie tylko przez wchłonięcie Ukrainy; z jego wpływami tym razem przekraczającymi linię Łaby – być może po Ren. Rękawica została już rzucona – gra idzie o niewyobrażalnie wielką stawkę. Tu już kończą się żarty, co niemalże zupełnie nie przenika do powszechnej świadomości. Wojna, której groźba w myśleniu pokolenia obecnych trzydziestolatków nie istnieje, wciąż jest mało prawdopodobna, ale nie wykluczona: w końcu 70 lat „bezwojnia” – to w całej historii kontynentu fakt bez precedensu. A nie wykluczona, bo jak konkludował wybitny amerykański komentator wskazując na rosyjskiego przywódcę: „He is not afraid of tanks, but only of banks”. Wydaje się, że to się nie może powieść: dyktator przelicytował w ocenie determinacji bezbronnego Majdanu, wszystko wskazuje na to, że znacznie przelicytował idąc tutaj va banque. Atoli, czy w tzw. wielkiej polityce cokolwiek jest niemożliwe? Czy historyczna amnezja, zaczadzenie, uśpienie w ciepełku uzyskanego dobrobytu, kunktatorstwo elit politycznych w obronie plemiennych i osobistych interesów nie zapalało nam już w przeszłości czerwonej diody w sytuacjach bez żadnego porównania mniej krytycznych?

A ja bezsilnie zaciskam pięści, świadom kolejnej nocy pełnej koszmarnych snów i mam już tylko kłębiące się pytania, bądź tłumione emocje. I tak:
– Czy Europa w chwili próby zda egzamin z elementarnej przyzwoitości, czy nie straci z oczu tej czerwonej linii, którą – choć z zygzakami – drżącą ręka nakreśliła, czy też ją rozmyje; czy umocni w oczach świata swoją wiarygodność, czy też uprawni bluzg, jaki wyrzucił z siebie w kreślonym do mnie liście – w poczuciu bezsilnej złości i beznadziei – mój ukraiński przyjaciel, intelektualista: „ta kurwa Europa”?
– Czy Europa – i jej narodowe wspólnoty – gotowa jest ponieść ofiary na rzecz walczącej o swoje miejsce na ziemi Ukrainy, demokratycznych wartości, obrony międzynarodowego porządku prawnego i europejskiego ładu (a nie chodzi o to, żeby od razu „na stos… swój życia los”, tylko o rezygnację choćby ze szczypty uzyskanego dobrobytu, bo przecież w tym tkwi opór we wprowadzaniu sankcji ekonomicznych, które mogą Rosję zaboleć)?
– Czy wspólnota euroatlantycka potrafi wznieść się ponad wewnętrzne animozje i solidarnie przeciwstawić się historycznemu wyzwaniu – bo nie mam osobiście wątpliwości, że na naszych oczach dzieje się historia, która określi kształt naszej bliskiej przyszłości; czy twardsze i miększe (jak dotychczas) reakcje na zaistniały kryzys ze strony Ameryki i Europy – to podział ról odpowiadający militarnej potencji i skali gospodarczego ryzyka, czy niespójne strategie „wolnego świata”?
– Czy Rosja jednak się opamięta, uzna porażkę tego dramatycznego starcia, skorzysta z wciąż uchylonych drzwi do wyjścia z kryzysu jaki spowodowała z choćby na wpół otwartą przyłbicą, czy też pójdzie dalej „w zaparte”, w kierunku świadomej konfrontacji, która doprowadzi do co najmniej zimnej wojny?
– Czy Ukraina, po zdanej próbie z odwagi i determinacji, zdzierży do końca upokorzenia, jakim na Krymie poddany jest jej żołnierz, czy zda do końca egzamin z powściągnięcia trudnej do wyobrażenia, nagromadzonej złości, czy wytrzyma jawne, brutalne akty prowokacji, czy do końca powstrzyma się od oddania strzału, który stanowiłby pretekst do zbrojnego konfliktu, o którym marzy się rosyjskim strategom?
– Czy ten „rząd straceńców” Arsenija Jacyniuka, który stanął wobec wyzwań – wydawałoby się – nie do sprostania, zdoła zapanować nad chaosem panującym w Doniecku i Charkowie, położyć kres napływowi z Rosji „politycznych turystów”, przemocy rosyjskich nacjonalistycznych bojówek, bandytyzmowi, prowokacjom, zastraszaniu; czy zdoła zapewnić na nieustannie nękanym obszarze kraju graniczącym z Rosją, niezwykle ważnym gospodarczo, minimum stabilizacji niezbędnej do przeprowadzenia majowych wyborów prezydenckich?
– Czy Unia zdobędzie się na wysłanie na krótki urlop swoich księgowych, na lekkie choćby uchylenie swoich skomplikowanych procedur, na umniejszenie roli taktyki na rzecz myślenia strategicznego i w rezultacie tego udzieli nowej, wciąż chwiejnej ukraińskiej władzy adekwatnego do sytuacji wsparcia finansowego i logistycznego dla szybkiego opanowania sytuacji w kraju, zapanowania nad chaosem na jego południowo – wschodnim terytorium, jednoznacznego i widocznego wsparcia okupionych krwią aspiracji społecznych?
– Wreszcie, jeśli nawet wszystko potoczyło by się zgodnie z najbardziej optymistycznymi prognozami – czy zdeterminowani, odważni i nad podziw do dziś roztropni i powściągliwi Ukraińcy wytrzymają trudne lata niezbędnych „balcerowiczowych” reform, koniecznego zaciskania pasa na drodze do lepszego bytu, praworządnego państwa i gospodarczego wzrostu; czy zniecierpliwieni koniecznością chwilowych wyrzeczeń nie wyjdą znów na Majdan wykrzykując swoje rozczarowanie „europejskimi perspektywami”?

Czy… czy… czy…? Pytań jest znacznie więcej, to tylko wierzchołek góry lodowej. A mając w głowie przede wszystkim to, co wydarza się dziś i co może wydarzyć się jutro, miałem ubiegłej nocy sen, jeden z tych koszmarnych. Śnił mi się Neville Chamberlain, ale jakby z twarzą Davida Cemorona. Nie było jasne w tym śnie, skąd wracał – z Monachium, Kijowa czy Moskwy, były natomiast wiwaty: uratował stabilność nie tylko Europy, również londyńskiego rynku nieruchomości i brytyjskiej giełdy. Śnił mi się również marszałek Philippe Pétain, bohater spod Verdun, Szef Państwa Francuskiego i kolaboranckiego rządu Vichy w latach wojny, za co otrzymał wyrok śmierci: i znów, jakoś przypominał sylwetkę François Hollande. Również ratował stabilność, głównie Francji – jakieś miliardowe kontrakty na wojenne korwety. Również były okrzyki: „…nie chcemy umierać za Gdańsk czy Krym… – to w moim nocnym koszmarku nie było jasne. Joachim von Ribbentrop mi się nie przyśnił – pani Kanclerz Merkel nie widziałem. Nie jedna noc jeszcze przede mną.

No, ale to przecież tylko senna mara: chłodny prysznic i jakoś można się z niej otrząsnąć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s