wciąż Ukraina – co dalej?

Porządkuję myśli, bo okrutnie mi się rozbiegają przyprawiając o ból głowy; bo z której strony by nie spojrzeć – klocki lego układają się inaczej, przy czym nigdy spójnie. Pytań coraz więcej, kolejne dnie nie przynoszą wielu odpowiedzi, mnożą natomiast znaki zapytania i przydają nowe lęki: o Ukrainę, o wierność wartościom. Ostanie dni przyniosły kolejny lęk, tak nieoczekiwany jak grom z jasnego nieba: o nasze fundamentalne bezpieczeństwo.

Próbuję spojrzeć na dziejącą się na naszych oczach historię – i to nas, Polaków, bezpośrednio dotyczącą – oczami Europy , a może nawet szerzej – mitycznego Zachodu. Oswajanie Rosji – tej konkretnej Rosji pod rządami obecnego dyktatora – sromotnie zawiodło, niemal z dnia na dzień Rosja okazała się innym konceptem politycznym niż ten, jaki Zachód tak bardzo pragnął widzieć i na którym budował całą swoją strategię: światowego pokoju, globalnej gospodarki, równomiernego rozwoju. Coś nagle runęło, a cała wspólnota euroatlantycka tak była przekonana o trwałości światowego ładu, w którym znaczącą rolę przypisywano Rosji, że o jakimkolwiek wariancie B nikt nie myślał. Czy można się więc dziwić, że wobec drobnego na pozór ruchu militarnego i idącej w ślad za nim zaskakującej decyzji politycznej (chodzi oczywiście o Krym) burzącej całą konstrukcję światowego ładu, wobec ewidentnych kłamstw relacjonujących rosyjską „wersję wydarzeń” i – co chyba najbardziej istotne – wobec ogłoszenia światu, już bez żadnego znieczulenia, nowej rosyjskiej strategii politycznej – agresywnej, wyzywającej strategii „wstawania z kolan”, świat zachodni na chwilę osłupiał? Czy jest bezradny? Czy jest w stanie skutecznie wesprzeć europejskie aspiracje Ukrainy?

Demokratyczne młyny mielą niespiesznie, w szczególności w związanej zasadą konsensu, składającej się z 28 podmiotów, wspólnocie europejskiej. To nie tylko ścisłe – choć różne – powiązania gospodarcze; to także różny stereotyp Rosji w odbiorze poszczególnych wspólnot narodowych, różna percepcja tego, co mówi Putin, różna wiara dawana jego potężnej broni – genialnie skonstruowanej machinie propagandy. Moja frustracja i bezsilna złość na to, jak niewiele Europa robi na rzecz wsparcia Ukrainy, która przecież bez niezwłocznej pomocy, jednorazowego bezwarunkowego wsparcia, bez doświadczonych, życzliwych doradców, nie odbije się od dna, nie jest w stanie przesłonić faktu, że te młyny jednak drgnęły. Zaledwie drgnęły, ale to znaczy, że stara ciotka, Europa, ocknęła się z wygodnej drzemki, że amerykański prezydent poczuł się zmuszony do radykalnej zmiany narracji, że dostrzeżone zostało zagrożenie dla światowego porządku. A to znaczy początek wypracowywania brakującego planu B, nowej globalnej strategii wobec Rosji. Choćby anulowanie konceptu G8, choćby przyspieszone rozmowy o wspólnej polityce energetycznej (nie mówię, że łatwe), o umowie o handlu i inwestycjach między Unią i Stanami, choćby militarny „powrót” Ameryki do Europy i wielokrotne przypominanie natowskich zobowiązań…

To strategia na lata, jak to bywa w demokracjach, która – nie mam wątpliwości – zniweczy imperialne plany rosyjskiego satrapy, skróci jego niepodzielne władztwo, sprowadzi rosyjską politykę „z obłoków na ziemię” wyznaczając Rosji miejsce w świecie odpowiadające jej faktycznej kondycji gospodarczej, zmuszając ją do zmian modernizacyjnych, a zatem partnerstwa na warunkach zachodnich demokracji. Długa to droga. A jak się ona przekłada na wsparcie dla aspirującej do świata zachodniego Ukrainy, której niezłomna postawa była przecież spiritus movens tego sygnału, który obudził Zachód w momencie, kiedy – miejmy nadzieję – nie jest jeszcze za późno?

Odpowiedź jest brutalna: fatalnie. Są fakty nie do podważenia, które – choć z bólem – trzeba przyjąć: to powiązania gospodarcze, dla państw Zachodniej Europy korzystne, na które była pełna zgoda w naiwnym przekonaniu, że Rosja się zmienia i zagrożenia nie istnieją. I nie tylko o gaz i ropę chodzi. Przykładów media podają nam bez liku, więc tylko jeden, bo wymowny: obroty handlowe między Rosją a Niemcami – 80 mld. USD (chemia, motoryzacja, know-how), inwestycje niemieckie w Rosji – 20 mld. USD, zatrudnienie w Niemczech na rzecz eksportu do Rosji – 300.000 miejsc pracy. I co, i tak z dnia na dzień można „ciach” nakładając sankcje gospodarcze, nie licząc się z kosztami i politycznymi i społecznymi? Na drugiej szali odważnik z napisem „europejskie wartości na Ukrainie”: przeważy? Raczej nie przeważy. To znów Francuz targuje się z Brytyjczykiem: jak ty odpuścisz w swoim City, ja rozważę przerwanie produkcji wojennych korwet, na co Brytyjczyk reaguje płomienną mową w Izbie Gmin: jeśli Rosjanie posuną się dalej – rozważymy sankcje gospodarcze. Więc nie tą drogą! Więc jaką? Bo Ukraina potrzebuje pilnie wsparcia, już dzisiaj, najdalej jutro – pojutrze może już być za późno! Potrzebuje pierwszej ekstra transzy pożyczki, niczym nie uwarunkowanej, na kupienie gazu po horrendalnych (od kwietnia) cenach, żeby do końca nie uśmiercić gospodarki; na bieżącą obsługę długu; na wypłatę emerytur i urzędniczych pensji. Inaczej będzie kolejny Majdan (przedsmak już widzimy), różnorodny – i socjalny i radykalnie nacjonalistyczny. I będą okrzyki „Janukowycz wróć” i mnóstwo kamer rosyjskiej telewizji. I pierwsza „uwarunkowana” transza pożyczki z MFW, zapowiedziana na lato, na Ukrainę nie dotrze, bo nie będzie już komu pomagać. Więc krzyczę z całej siły: Europo, to mniej kosztowne niż sankcje, a jest tylko jakimś minimum ceny, jaką trzeba zapłacić za „wartości europejskie”; więc drę się na całe gardło: Europo, SPRAWDZAM!

A teraz zmieniam lornetkę i spoglądam oczami putinowkiej Rosji.

Wladimir Wladimirowicz, upojony sukcesem „człowiek roku”, rozdający karty w Iranie i Syrii, od lat – skutecznie zwodząc Zachód – konsekwentnie budujący euroazjatyckie imperium pod swoim przywództwem. Niezwykle ważnym, strategicznym elementem tego konceptu jest Ukraina: kraj rozległy, ściśle powiązany produkcją przemysłową, w tym – w sektorze zbrojeniowym, stanowiący najbardziej wysuniętą na zachód flankę przyszłego imperium o najdłuższej granicy z Unią Europejską. W tej sytuacji polityczna zależność Ukrainy jest dla rosyjskiego dyktatora oczywistością. Dotychczas, dzięki wciąż postsowieckim układom i instrumentom gospodarczym przychodziło to bez trudu; „niby państwo” ukraińskie, jak nazywał je Putin, do cna (za jego zgodą) skorumpowane, stawało się coraz bardziej krajem wasalnym, co przekładało się na gospodarczą stagnację i brak jakichkolwiek perspektyw na wychodzenie z cywilizacyjnej zapaści. I nagle, nieoczekiwanie, rzecz wymknęła się spod kontroli, naczelny agent w funkcji prezydenta okazał się nieudolny, przegrał ze społecznym protestem: dla potężnego dyktatora jest to sytuacja niewyobrażalna.
Czy rosyjscy stratedzy brali pod uwagę taki wariant, czy to, co stało się po „zwycięstwie Majdanu” było uruchomieniem przygotowanej na taką okoliczność strategii, czy też błyskawiczną reakcją dyktatora, który nie przebiera w środkach widząc załamanie się realizacji „dzieła życia” – odbudowy imperium i zdestabilizowania w ten sposób Europy? Zaistniały fakty: w swoim orędziu dyktator przyznał sobie prawo do ingerencji terytorialnej w obronie swoich obywateli, uruchomił najpotężniejsze chyba na świecie – wypróbowane w najgorszych czasach dwudziestowiecznych totalitaryzmów – mechanizmy propagandy rzucając światu w twarz ewidentne kłamstwa i przyznane sobie prawo błyskawicznie zrealizował. Obalił tym cały światowy ład – gwarant światowego pokoju i bezpieczeństwa: pogwałcił Kartę Narodów Zjednoczonych i gwarancje helsińskie – a to tylko wierzchołek góry lodowej. Aneksja Krymu, militarna presja poprzez koncentrację nieprawdopodobnej liczby jednostek i instalacji wojskowych na zachodnich granicach Rosji stanowi pogwałcenie kilkunastu międzynarodowych traktatów. Dla mnie – z moim osobistym i historycznym doświadczeniem, Polaka, starego człowieka, który przeżył straszną wojnę, upokorzenie Jałtą, stalinizm, kryzys berliński i kubański, zimną wojnę, jest jasne: ten w swoim mniemaniu kolejny car wszechrosji postawił na jedną kartę. Ukrainy, perły w swoim wyimaginowanym imperium, nie odda.

Czy – opętany swoją wizją – przelicytował? Na coś przecież liczy. Czy na ustępliwość Zachodu wobec „zbójeckiego państwa”, słabość rozmemłanych w swoim dobrobycie demokracji, które – zapatrzone w słupki wzrostu PKB, w lęku przed kolejnym światowym kryzysem, w obronie swego „stanu posiadania”, z którego przykro zrezygnować – przełknie zniewagi i zgodzi się na nowy porządek pod tytułem „pax sovieticus”? Czy na słabość chwilowo upadłego państwa, infiltrowanego od dawna w swoich podstawowych strukturach – siłowych, gospodarczych – przez potężne służby rosyjskiego wywiadu, z agenturalną „piątą kolumną” w postaci ugrupowania skrajnej prawicy, która powołana została przez rosyjskie służby dla straszenia wschodnich regionów Ukrainy faszystowską ideologią „banderyzmu”, a teraz dostała polecenie prowokowania i destabilizowania organizowanej z heroicznym trudem nowej państwowości? Czy się przeliczy? Czy zdobędzie się na cierpliwość czekania na społeczny protest w bolesnym okresie gospodarczej transformacj,i równocześnie nękając kraj działalnością dywersyjnych bojówek i sączonej propagandy, z nadzieją na milczącą zgodę Zachodu na utrzymanie „strefy wpływów”, czy też uzna, że nie ma już na to czasu, że moment jest właściwy – i „wkroczy”, żeby „przywrócić porządek”?

Jedno jest pewne: wolna, suwerenna i demokratyczna Ukraina, której udałby się postęp cywilizacyjny i wzrost dobrobytu w oparciu o wzorce europejskie – dla Wladimira Putina znaczy sromotną klęskę, zniweczenie jego misternie wdrażanej od 15 lat strategii, koszmar rosyjskiego Majdanu na Placu Czerwonym, odejście w niebyt z przekleństwem otumanianego narodu. I on o tym wie. Stawka jest wysoka: o wszystko. Pewne jest również to, że zgoda na „pax sovieticus”, który burzył by całą misterną konstrukcję międzynarodowego prawa i obracał przywoływane chętnie w płomiennych przemówieniach „europejskie wartości” w zmiętą kartkę papieru, zrujnowała by doszczętnie świat, w który uwierzyłem i na fundamentalne pytanie „po co żyć?” nie byłoby już żadnej odpowiedzi.

Putinowska Rosja, globalna „stacja benzynowa” z trudem się modernizująca, bez własnego know-how, z olbrzymimi kłopotami demograficznymi, z pogłębiającą się przepaścią między bogactwem i biedą, z konsumpcją porównywalną z przeciętnej wielkości państwem europejskim, nie ma innej opcji jak dalsze otumanianie izolowanego od świata społeczeństwa i stawiania na dalsze rozbudzanie nacjonalizmu i „snu o potędze”. Na długą metę musi przegrać. Na krótką, tę, która przesądzi o losie Ukrainy…? Odpowiedź wciąż wisi w powietrzu.

Lornetkę odkładam, zmieniam fotel i usiłuję spojrzeć na mknące wydarzenia z perspektywy Kijowa.

Zwyciężyli na Majdanie! I prawdziwie zadziwili: nie tylko swoją nieprawdopodobną determinacją (oni wręcz chcieli marznąć na potężnym mrozie dając sygnał, że zniosą wszystko, że nie ustąpią), również zdolnością do niezwykłej samoorganizacji, dyscypliną, rozsądkiem – przy rewolucyjnym napięciu jakże rzadko ulegali prowokacjom, a wiadomo już dzisiaj, że mieli między sobą wyspecjalizowaną „piątą kolumnę”. Stawka była fundamentalna – walka szła o ludzką godność, o radykalną zmianę kursu, o zwrot o 180 stopni. To było stanowcze „nie” dla dalszego postsowieckiego marazmu we wszystkich obszarach życia – dla niemal systemowej korupcji, rozkradania państwa, zapaści cywilizacyjnej, ubożenia społeczeństwa, co sprowadzało się do jednej praprzyczyny: pogłębiającego się wasalstwa wobec Rosji. Tam byli najlepsi z najlepszych – ze wschodu i zachodu, południa i północy tego wielkiego kraju. Rosyjska machina propagandowa zadziałała „z grubej rury”: podłe oszczerstwo „banderowcy, faszyści, antysemici” dotarło nie tylko do Rosjan – również do Europejczyków. Nagłaśniał je znany niemiecki polityk, przyjaciel Polski, Gunter Verheugen, niestety, powtarzało również wielu moich rodaków. Machina działa z zegarmistrzowską precyzją: kłamstwo, żeby być przekonywujące, musi mieć jakiś pozór prawdy. Pośród dziesiątków tysięcy demonstrujących na Majdanie była kilkuset osobowa zorganizowana grupa, skrajnie prawicowa, radykalna, od dawna sterowana przez agenturę sąsiedniego mocarstwa: prowokowała, ciskała „koktajlami Mołotowa”, wznosiła radykalne hasła.

Zwyciężyli. Znienawidzona władza czmychnęła pod osłoną nocy, wybrany w demokratycznych wyborach, nieustannie obradujący parlament powołał nowy rząd, który niezwłocznie wszedł do opustoszałych ministerialnych gabinetów. I co dalej?

Gospodarka w ruinie. Idące w miliardy zadłużenie wobec Rosji – groźba zakręcenia kurka z ropą i gazem. Wiadomo jest, że wielu funkcjonariuszy resortów siłowych i gospodarczych i wielu przedstawicieli władz we wschodnich regionach infiltruje rosyjski wywiad. Zorganizowane grupy prowokatorów – licznie napływający w pierwszych dniach przez niestrzeżone granice „polityczni turyści” – otwarcie, bez osłonek, destabilizują sytuację w Charkowie, Łubieńsku, Doniecku. W niemal całym kraju grasują kilkuosobowe, uzbrojone grupy dywersyjne. Krym „płonie” – z wiadomymi dzisiaj rezultatami. Armia niepewna, bo wiele jej formacji – to „spadek” po armii rosyjskiej, to te jednostki, które stacjonowały na terytorium Ukrainy w chwili ogłoszenia niepodległości, pod starym dowództwem, jedynie z nowymi naszywkami. Rezerwy budżetowe na skraju możliwości wypłacenia pensji i emerytur. Europa wcale nie mówi jednym głosem: są gesty, padają słowa – konkrety przychodzą z oporami.

Na to przede wszystkim liczy strateg rosyjskiego imperium. Żeby tego było mało – psychoza wojny, niebywała koncentracja wojsk rosyjskich wzdłuż granicy z Ukrainą, groźne pohukiwania, presja siły dla wzmocnienia ewentualnej pozycji negocjacyjnej. W odpowiedzi niewielkie przemieszczenia jednostek NATO na wschodnich obrzeżach Paktu, jednak z zapowiedzią: na Ukrainę nie wkroczymy. Prowokacje „piątej kolumny” sięgają Kijowa: siłowe wtargnięcie do gmachu telewizji, identyfikowany przez spięte z tyłu włosy „w kitkę” osobnik szarpie dyrektora rozgłośni, wymusza jakiś podpis; demonstracja przed gmachem parlamentu w proteście przeciwko śmierci działacza „Prawego Sektora”, prawdopodobnie bandyty, a na pewno agenturalnego prowokatora, podczas próby jego zatrzymania; skandaliczny przeciek z twittera najbardziej rozpoznawanej postaci wśród polityków zaliczających się do niedawna do grona opozycji, kandydatki na prezydenta państwa, wypowiedź – gdyby taką myśl w ogóle dopuścić – jakby włożona w usta kolejnego agenta rosyjskiego wywiadu. Wszystko to szeroko nagłaśniane w rosyjskiej telewizji, dociera również na Zachód.

Tymczasem rząd – ta grupa straceńców dobrana jakby „z łapanki”, w ciągu doby, bez politycznego doświadczenia, bez profesjonalnych doradców – nadspodziewanie daje sobie radę i znów zadziwia. Doprowadził do podpisania choćby symbolicznej, „politycznej” części Traktatu Stowarzyszeniowego, podjął rozmowy z MFW, wynegocjował „taryfy ulgowe”, przygotował wstępny pakiet niezbędnych, bolesnych reform, przystąpił do ich wdrażania. W znacznej mierze opanował prowokacyjne separatystyczne demonstracje na wschodzie kraju. Zainicjował tworzenie nowych struktur wojskowych, Gwardii Narodowej. Egzekwuje rozbrojenie „pomajdanowych” bojówek. To zaledwie kropla w morzu najpilniejszych reformatorskich potrzeb, a jakże wiele w sytuacji rozchwianego państwa, władzy, której legitymizacja nieustannie jest atakowana przez potężną propagandową tubę rosyjskiej propagandy. Niewyobrażalnie trudne kolejne wyzwania – to nie tylko uporanie się z zapaścią gospodarczą i deficytem budżetowym; trudno sobie wyobrazić zręby ukraińskiego demokratycznego państwa prawa bez totalnej reformy sądów i prokuratury, bez wzmocnienia zdyscyplinowanych, profesjonalnych struktur zapewniających porządek publiczny, bez kompromisowego znalezienia miejsca dla wpływowej grupy dotychczasowych oligarchów, bez powołania autentycznego samorządu, w szczególności w odpowiedzi na wrogie pomruki o federalizacji państwa. Czego mi jednak boleśnie brakuje „na już”, na dzisiaj – to adekwatny odpór na powtarzane uparcie, „systemowo” i z coraz większą siłą obelgi i oszczerstwa wobec rodzącego się z takim trudem i w takich bólach nowego ukraińskiego ładu, sprowadzające się do propagandowego hasła: „banderowcy i faszyści”. Dlaczego na cały świat nie wykrzyczeć, że prawicowa partia „Svoboda” ze stygmatem „nacjonalistyczna” ma wśród Ukraińców zaledwie 6 procent poparcia, a to statystycznie o połowę mniej niż Francuzów popierających prawicowy, skrajnie radykalny Front Narodowy Marine Le Pen? Że Dmytro Jarosz, twarz skrajnie radykalnego, agenturalnego „Prawego Sektora”, który ośmiela się kandydować na prezydencki fotel, zyskuje w sondażach zaledwie niespełna jeden procent?

To sytuacja na wczoraj, a dzisiaj Wladymir Wladymirowicz prosi Baraka Obamę o rozmowę w sprawia rozwiązania „kwestii ukraińskiej”. Nie „kryzysu”, a „kwestii”. W ślad za tym znany z „pryncypialności” rosyjski minister spraw zagranicznych mówi: „czas skończyć z popieraniem samozwańczych uzurpatorów”, a były ukraiński prezydent, już nie marionetka, a „pacynka” (jak określił to jeden z komentatorów) w putinowskich rękach wzywa do referendum we wszystkich regionach Ukrainy, czyli do podziału własnego kraju – rozbioru unitarnego państwa, otwarcia bramy do odzyskania rosyjskich wpływów na znacznym obszarze Ukrainy bez operacji militarnej, bez spektakularnych pogwałceń integralności terytorialnej. Przechodzi mnie mrowie, kiedy słyszę o „kwestii ukraińskiej” rozwiązywanej w dyplomatycznych gabinetach, z dala od Kijowa. Otwieram karty historii mego własnego kraju, sięgam do schyłku I Wojny Światowej, kiedy zwycięstwo państw ententy było już przesądzone, a ówcześni decydenci polityczni, Lloyd George i Clemenceau, nie dostrzegając ani polskich aspiracji niepodległościowych, ani polskich zmagań zbrojnych na wszystkich wojennych frontach, poważnie się zastanawiali, czy Polacy zasługują na niepodległe państwo i czy jest sens osłabiania w ten sposób Niemiec, bądź Rosji; i wcale nie jest powiedziane, że – gdyby nie Orędzie amerykańskiego prezydenta i jego punkt 13 domagający się niepodległej Polski – nie znajdowali byśmy się dzisiaj w sytuacji podobnej do tej, w jakiej jest aspirująca do pełnej niepodległości i suwerenności Ukraina. I ciarki mnie przechodzą, kiedy słyszę o rozważaniach grupy niemieckich historyków, czy tak naprawdę istnieje naród ukraiński. A gdyby ktokolwiek – manipulując historią – miał nawet jakiekolwiek wątpliwości: czy oba, w odstępie dekady, ukraińskie „Majdany”, a w szczególności ten ostatni, dojrzalszy, który poniósł ofiarę krwi, który ma swoich poległych bohaterów, swoją „niebiańską sotnię”, której nazwiskami będzie znaczył ukraińskie ulice, o czymś bardzo wyraźnie nie mówi? O tym, że naród ukraiński, jeśli nawet w historii rozmywany przez zaborczy żywioł rosyjski, ostatecznie utrwalił na „Majdanach” i scementował swoją tożsamość, otrąbił światu swoją odrębność i ogłosił wolę suwerennego bytu opartego na podręcznikowych wzorcach zachodnich demokracji? I czy to nie zasługuje na szacunek, jednoznaczne uznanie i solidarność ze strony świata odwołującego się do europejskich wartości, „helsińskiego” ładu i praw człowieka?

Ukraina: jest mi z każdym dniem, z każdym wydarzeniem bliższa, czuję się coraz bardziej jednym z tych, którzy stali na Majdanie tak, jakbym tam walczył „o swoje i oczywiste”, o własną godność. Bezsilnie czuję, jak bardzo jest osamotniona w sytuacji, kiedy w odpowiedzi na ukraińskie „dziękujemy”, chciałbym wykrzyczeć pod jej adresem swoje „dziękuję” za to, co mimochodem, jakby jako niezaplanowany efekt uboczny, zrobiła dla mnie, dla „mojej” wymarzonej Europy: do tego stopnia ugodziła ambicję „imperatora”, że zdecydował się ściągnąć maskę, rzucić w twarz światu „Rosja wstaje z kolan”, wyrwać ze snu całą wspólnotę euroatlantycką, zburzyć mit putinowskiej Rosji jako normalnego, przewidywalnego, przyjaznego i modernizującego się państwa; ogłosić wszem i wobec, że zmienia bieg rzeki, powraca do dwudziestowiecznej polityki „siły i pałki”. Co z tym owa wspólnota zrobi – tego już nie wiem. Wiem natomiast, że wasalna wobec Rosji, przy obywatelskiej bierności, Ukraina odeszła już na karty historii.

A to już tylko post scriptum, z ostatniej chwili: dzisiejsze serwisy prasowe, które relacjonują zgłoszoną już bez osłonek przez Ławrowa propozycję federalizacji Ukrainy, obnażają bezczelność rosyjskiej narracji przekraczającą wszelkie granice wyobraźni. Nie trzeba być politykiem, żeby rozumieć, że federalizacja w przypadku Ukrainy – to skazanie unitarnego państwa na rezygnację z suwerenności na rzecz „dzielnicowego rozdrobnienia”, na utratę wpływu na „sterowność polityczną”, na systemowy chaos wykluczający jakiekolwiek reformy, jakikolwiek postęp cywilizacyjny i gospodarczy. To już się nie mieści w głowie. Internetowe plotki mówią, że na Kremlu jest już gotowy projekt nowej ukraińskiej konstytucji. I co z tym zrobi „wolny świat”? Noc będzie krótka – poczekam do jutra.

Slava Ukraini!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s