bezmiar i piana – świat au rebours

Kreśliłem coś ostatnio „na bloga” przed trzema miesiącami, a to jakby epoka. Wykryto poważną chorobę u mojej żony, Krystyny, i to zmienia całą perspektywę – to staje się najważniejsze. Radykalnie zmieniają się proporcje, dominuje refleksja – by tak rzec – egzystencjalna. Przypomina mi się ta piękna plaża w Kornwalii nad oceanem, „ten miles of golden sand”, roześmiani, relaksujący plażowicze. Nadciąga sztorm, wyrzuca na brzeg kłęby piany – często brudnej. To chwilowo koncentruje uwagę, ale wzrok pada dalej, a dalej, po horyzont, już tylko bezkresny bezmiar. Pamiętam, jak po raz pierwszy tołpnął mną ten bezmiar kiedy – nastolatek jeszcze – schodziłem na łajbie z „psiej wachty” o czwartej nad ranem (było to chyba na Śródziemnym): gdzieś jeszcze w uszach odchodzący miarowy stukot tłoków i kląskanie zaworów, a na pokładzie idealna cisza i ta łupina prująca spokojne fale (raczej morkę), na horyzoncie brzask, bo jeszcze nie tarcza słońca i właśnie, gdzie okiem  sięgnąć, ten bezmiar. Licho wie, dlaczego te odległe wspomnienia przychodzą na pamięć – jak żywe – właśnie teraz.

Na atlantyckiej plaży też fascynował ten bezmiar – najeżony, groźny, ale wzrok co rusz padał jednak na kłębiącą się na brzegu pianę. Takie dwie różne rzeczywistości: potęga wobec marności, spojrzenie wstecz na szmat życia i w dal, na jego nieuchronne przemijanie wobec tu i teraz, co to się kłębi, drga, rozpala do czerwoności emocje, miesza – jak wiedźma w kotle – zło z dobrem, a w rezultacie jest ulotną chwilą i już jutro wyda się jakże mniej ważne od tego, co przynosi dzisiaj.

Co zrobić, kiedy ta marność, piana, jednak wzrok przyciąga, a kłębi się ostatnio jak rzadko kiedy. Przed równo miesiącem byłem na Ukrainie jako obserwator wyborów prezydenckich. Tam ta piana, przynajmniej przy brzegu, była krystalicznie czysta – obserwowałem to w rejonie bezpiecznym, na Zachodzie tego wielkiego kraju. Radosna atmosfera festynu: bitwa o urzeczywistnienie aspiracji konsolidującego się narodu politycznego wydawała się z góry wygrana, dochodziło do aktu pełnej legitymizacji nowej władzy zrodzonej pod naciskiem rewolucyjnego zrywu najbardziej świadomej i zdeterminowanej warstwy społecznej, która – po raz kolejny – upomniała się o suwerenną państwowość (dość z państwem „na niby”!), o rządy prawa, o poszanowanie narodowej tożsamości. Brutalna ingerencja potężnego wschodniego sąsiada, której jednym z celów taktycznych było niedopuszczenie do tych wyborów, okazała się – mimo jaskrawej przemocy, rozlewu krwi – nie dość skuteczna: wybory się odbyły. To prawda, nie wszędzie w atmosferze festynu: na wschodnich rubieżach trwały walki, terror importowanych seperatystów i garstki otumanionych rosyjską propagandą rusofilów drastycznie obniżył w rejonach Doniecka i Ługańska frekwencję wyborczą, ale do aktu wyborczego i tam doszło. Warto spojrzeć na to z dystansu. Do przełomu wieków o suwerenną Ukrainę dopominał się – mało skutecznie, bo strasząc tendencjami nacjonalistycznymi – jedynie jej Zachód (Galicja, Wołyń, Zakarpacie), który przez stulecia podlegał innym niż reszta kraju doświadczeniom historycznym; ta olbrzymia „reszta” pozostawała w letargu. Rewolucyjny, „pomarańczowy” zryw w 2004 rozbudził Kijów, stolicę państwa, i olbrzymie połacie Naddniestrza. Dekadę później przesłanie Euromajdanu dotarło do uśpionego społecznie, pozostającego pod przemożnym wpływem prorosyjskich oligarchów Charkowa, Doniecka, Odessy. Te linie demarkacyjne kreślę bardzo „z grubsza” i trochę na oślep, zdając sobie sprawę, że specyfika poszczególnych regionów jest znacznie bardziej skomplikowana; chcę jedynie pokazać, jak widzę ten historyczny proces, wydaje się – nieodwracalny. Wbrew swemu założeniu, jego realizacji dopomógł architekt wielkiego planu neoimperialnej Rosji wypowiadając Ukrainie hybrydową wojnę: to ona zjednoczyła żywioł ukraiński bardziej, niż jakikolwiek inny powiew wiatru historii chyba od czasu buntów kozacczyzny.

Wynik wyborów wydawał się optymalny – wygrał już w pierwszej turze, znaczną przewagą głosów, Petro Poroszenko; Ukraińcy, w tej arcy trudnej sytuacji zdecydowali się (raczej może zaryzykowali) pójść na kompromis; mityczni nacjonaliści (w retoryce rosyjskiej propagandy – faszyści i antysemici), zebrali jednocyfrowy procent głosów, radykalna inaczej, krzykliwa i demagogiczna Julia – niewiele więcej. A ryzyko kompromisu wyraża się znakiem zapytania, jak zachowa się nowy prezydent, jak będzie rozwiązywał gordyjski węzeł ukraińskiej układanki, na ile pozostanie wierny fundamentalnemu przesłaniu majdanowej rewolucji. Oligarcha, który przez wiele miesięcy finansował Majdan, polityk, na którym początkowo, po zwycięstwie „pomarańczowej”, wspierał się Juszczenko i który przez pewien czas uczestniczył w rządzie Janukowycza, biznesmen, który prowadzi rozległe interesy w Rosji, z dobrą prasą na Zachodzie, ale też nie najgorszą w otoczeniu Putina, jako nowy „przywódca narodu” deklarujący trzy polityczne priorytety: maksymalne zbliżenie z UE, transformację systemową i unitarność państwa – wszystkie trzy przeciwstawne wobec interesów Rosji. Pierwsze tygodnie nowej władzy rysują się umiarkowanie optymistycznie: Traktat Stowarzyszeniowy z Unią został ostatecznie podpisany (choć to tylko świstek papieru, a jego wartość zależeć będzie w znacznej mierze od bolesnej realizacji polityki wewnętrznej, wdrażania owej transformacji systemowej), Poroszenko zaistniał na europejskich salonach politycznych, pokojowa inicjatywa jednostronnego zawieszenia broni na wschodzie kraju w oczekiwaniu na zaprzestanie terroru ze strony separatystów spotkała się z międzynarodowym uznaniem, po tej nieudanej próbie zażegnania dalszego przelewu krwi – ofensywa armii ukraińskiej (wreszcie nieco odnowionej) w rejonie Ługańska i Doniecka, przynosi umiarkowane rezultaty. Piłka jest jednak w dalszym ciągu w grze, a nad boiskiem nieco chmur – budzi wątpliwości, czy ta piana jest wciąż czysta. W „grupie kontaktowej”, nieustannie deliberującej nad rozwiązaniem wciąż przytłaczającego Ukrainę konfliktu nie ma już zdeterminowanych Amerykanów i „czujących blusa” Polaków, są natomiast inicjujący tę inicjatywę Niemcy ze zdystansowanym do „sprawy ukraińskiej” Steinmaierem i są Rosjanie, którzy „maja czas”, a których trudno posądzić o rezygnację z dążenia do realizacji strategicznego celu utrzymania wpływu na funkcjonowanie ukraińskiego państwa – najlepiej niestabilnego, pozbawionego międzynarodowego autorytetu, uzależnionego gospodarczo (co uniemożliwiało by proces ustrojowej transformacji).

I tak ukraińska kwadratura koła wciąż pozostaje nierozwiązana i – obawiam się – długo jeszcze pozostanie: do wyborów parlamentarnych, do uchwalenia nowej konstytucji? A Ukraina coraz bardziej samotnie szamotać się będzie ze swoim potężnym wschodnim sąsiadem w walce o swoje historyczne racje. Bo Majdan – choć z kijowskiego Placu Niepodległości znikły namioty – wciąż trwa; bo on tkwi w ludziach; bo ta nierówna wojna z Rosją, im dłużej trwa, tym bardziej – wbrew założeniom jej architekta – konsoliduje budzącą się polityczną wspólnotę.

Ukraina zniknęła z telewizyjnych i prasowych ramówek, bo jak można było utrzymać reklamodawców ciągnąc w nieskończoność ten monotemat? Europa bez reszty zajęta jest sama sobą, a najsmutniejsze w tych brukselskich personalnych przetargach – to amnezja tycząca „europejskich wartości”, na które rzadko kto się już powołuje. Interes z Rosją się kręci i będzie się kręcił dokąd będzie intratny. O tym, że to Ukraińcy, przez swój narodowy zryw – jakby mimochodem – zdarli z putinowskiej Rosji maskę Europejczyka, zburzyli iluzję wiarygodnego partnera, która ciągnęła Europę w przepaść, będą już pisać tylko historycy i analitycy od politycznych strategii: pozostał co prawda business as usual, ale to już z inną Rosją, z partnerem, któremu się nie ufa, któremu trzeba patrzeć na ręce pilnie rozglądając się za alternatywą. I to jest, na długą metę, sromotna porażka anachronicznego w 21. wieku, w globalnym świecie, euroazjatyckiego carstwa. Pyszny car fatalnie przelicytował i zapłaci za to słony rachunek – to tylko kwestia czasu. A czymże jest dla historii dekada, lub choćby dwie?

I tak znów popłynąłem w moja kochaną Ukrainę, bo wciąż na ukraińską nutę w duszy mi gra, choć zdaję sobie sprawę, że zatracam proporcje, bo ziemia się trzęsie – i to znacznie bardziej – nie tylko u naszego wschodniego sąsiada, w świecie wcale od nas nie tak znów odległym. Ofensywa radykalnego islamu w Iraku i perspektywa zaistnienia  politycznego bytu pod nazwą Islamskiego Państwa Lewantu i Iraku do tego stopnia przeraziła globalną wioskę, że runęły znane od dekad konstalacje polityczne, co zagraża stabilności współczesnego świata (w tym Europy) nie mniej, niż pogwałcenie przez Putina międzynarodowego porządku prawnego. Po tej samej stronie barykady znalazł się szyicki Iran i obłożona przez ajatollahów najsurowszą fatmą Ameryka (co nie wyklucza do wczoraj niewyobrażalnych tajnych porozumień). Po przeciwnej – tradycyjny sojusznik Ameryki, dający jej militarne oparcie w regionie, sunnicka Arabia Saudyjska. Wojna religijna między dwoma odłamami islamu dominuje wszelkie inne strategie polityczne. To nagle i nieoczekiwanie umacnia pozycję szyickiego dyktatora Syrii, gdzie od trzech lat trwa krwawa wojna, która pociągnęła już za sobą ponad sto tysięcy ofiar i spowodowała migrację zewnętrzną i wewnętrzną ponad miliona istnień ludzkich. Okrucieństwo walk trwających w Iraku porównać można chyba tylko z ludobójczym konfliktem Hutu i Tutsi, do jakiego świat miał już nigdy nie dopuścić. Dopuścił! W rejonie wyłania się nowa (szyicka) państwowość, Kurdystan, czemu nie przeciwstawia się historyczny wróg Kurdów, również pro-szyicka Turcja, a co zasadniczo zmienia polityczną mapę tego regionu. Do tego dochodzą narastające konflikty plemienne (również na tle religijnym) w całej wschodniej Afryce: znów Południowy Sudan, znów Rwanda i Zair – tysiące ofiar walk, mordów i porwań, dziesiątki tysięcy ginie z głodu i epidemicznych chorób, mamy kolejny kryzys humanitarny. Żeby tego było mało – brutalny mord dokonany na trzech izraelskich nastolatkach i równie brutalny odwet dolał oliwy do ognia w konflikcie izraelsko-palestyńskim, zakłócił na lata arcy trudny proces pokojowy, uaktywnił radykalny Hamas, wzniecił znów pożar w Stefie Gazy. I wszędzie giną ludzie – setki, tysiące ludzi, i wzrasta fala uchodźców.

A Europa, po nieudanym eksperymencie z multi-kulti, staje się coraz bardziej ksenofobiczna, coraz bardziej barykaduje swoje granice. Osiem procent światowej populacji, konsumującej 60 procent światowych zasobów przeznaczanych na pomoc socjalną, krótkowzrocznie, ze stoicką obojętnością wobec globalnych procesów, broni swojej zawrotnej zamożności uzyskanej dzięki powojennej koniunkturze wynikającej z ówczesnego układu sił. Afery szpiegowskie i podsłuchy w gronie euroatlantyckich sojuszników osłabiają i bez tego słabnące więzi niezbędne do solidarnego stawienia czoła już istniejącym i nadchodzącym wyzwaniom. Świat w ciągu ubiegłych kilku miesięcy stanął na głowie, zmienił się bardziej, niż w ciągu minionych kilku lat, jak nie dekad. Quo vadis, współczesny świecie – bo ja już przestaję cokolwiek rozumieć. Niezmienne pozostają tylko telewizyjne reklamy radośnie zachęcające do zakupu genialnej prezerwatywy zapewniającej seksualne rozkosze, do wakacyjnej wyprawy na Karaiby z agencją turystyczną Travago bądź do otwarcia konta w Alior Banku, który zadba o mój nieustanny dobrobyt.

A na rodzimym podwórku jakby projekcja tego światowego trzęsienia ziemi w mini skali, w wymiarze lokalnym i w lokalnych klimatach. Był Czwarty Czerwca pod hasłem obchodów 25. lat wolności, w moim najgłębszym przekonaniu – szczodrze nam przez dobry los darowanej i w wielu aspektach boleśnie marnotrawionej. Z tą rocznicą identyfikuje się do głębi trzewi i nijak pojąć nie mogę, jak można ją dla doraźnych celów politycznych kontestować i pokoleniu, które tamtych dramatycznych zmagań i realizującej się nadziei nie przeżyło, odbierać dumę z historycznego sukcesu Polaków na miarę stuleci. Amerykański prezydent, w obecności ponad 50. przedstawicieli państw i rządów – koronowanych głów, prezydentów i premierów, dał nam znakomitą wykładnię współczesnej polskiej historii, o której my sami mówimy –  tak w szkole jak w towarzyskich rozmowach – jakby z zażenowaniem. Gospodarz tych obchodów, prezydent RP, stanął na wysokości zadania: nie było ani o jedno słowo za dużo i ani o jedno za mało. Spotkanie dopiero co wybranego, jeszcze nie zaprzysiężonego, Poroszenko z Obamą, właśnie w Warszawie, było i symboliczne, i potrzebne, i idealnie trafione w czasie. Echo tej wizyty pobrzmiewało jeszcze następnego dnia na szczycie G7 (bez Putina) w Brukseli i dnia kolejnego, podczas obchodów 70. rocznicy krwawej operacji lądowania aliantów w Normandii (już z Putinem, którego nie można było na ten historyczny salon nie zaprosić). To była krystalicznie czysta piana, haust świeżego powietrza, jakby po lipcowej burzy. Rozbiła się ta czysta piana o skalisty brzeg i wkrótce znikła, a dalej już fale niosły pianę coraz brudniejszą, jakby spod zenzy cieknącego tankowca.

Wybory „europejskie”. Do strasburskiego parlamentu wchodzi polska partia, której lider nie waha się krytykować demokratyczny porządek, głosić pochwałę dyktatury, podzielać racje Putina w konflikcie ukraińskim, dystansować się od jednoznacznego potępienia nazistowskiego rasizmu, obrażać an bloc godność kobiety, nie mówiąc już o jawnym deklarowaniu działań na rzecz rozbicia Unii. Ma poparcie młodzieży, i to nie tylko tej nastoletniej buntującej się przeciw wszystkiemu w procesie hormonalnego dorastania. Wyrasta na potencjalnego koalicjanta wiodącej partii opozycyjnej w przypadku jej sukcesu w wyborach parlamentarnych.

Afera podsłuchowa. Setki godzin nagrań prowadzonych latami, dziesiątki nagrywanych osób z najwyższej półki w obszarze polityki państwa i narodowej gospodarki. Mamy więc swojego Snowdena i swoje wiki-leaks ὰ la polonaise . Spisek trzech kelnerów i jednego biznesmena? Zakrawa na kpinę. Więc kto to robił i po co, kto wybrał termin ujawnienia tych materiałów i kto je odpowiednio dawkował, dawkuje i – być może – długo jeszcze dawkować będzie? Rzeczpospolita w konwulsjach, światowe zawirowania polityczne pozostają na marginesie serwisów informacyjnych, nawet dylemat „sumienie contra prawo” z prof. Chosenem w roli głównej, w polskiej rzeczywistości hit medialny, przechodzi jakoś bokiem. Ważna jest tylko „afera”. Nie dręczy mnie w niej zarzut złamania konstytucji, bo nie wygląda na to, żeby do tego doszło: prof. Belka pieniędzy dla PO nie dodrukował, o dymisji min. Rostowskiego mówiło się od roku. Nie dręczy mnie też specjalnie treść ujawnionych rozmów: lęk przed rządzącym PiS-em w kontekście prognoz gospodarczych (i nie tylko) jest wśród liberałów (i nie tylko) powszechny, marzenia min. Sikorskiego o amerykańskim wsparciu dla polskiej obronności i gospodarki znane, choć wiadomo, że nierealne: sam to powiedział publicznie, że „marzą mu się” amerykańskie brygady  na wschodnich rubieżach Polski – jest zbyt pragmatyczny, żeby nie wiedzieć mówiąc to, iż marzenia realizują się głównie w bajkach. Panowie mówili sobie to, co powszechnie wiadomo, tyle że wyrażali to inaczej niż w publicznych wystąpieniach i wywiadach prasowych: dosadnie, bez ogródek, kawa na ławę, a przy tym wulgarnie; nie bądźmy hipokrytami – tak, jak często faceci po dużej wódce. Czy mi się to podoba? Nie. Czy się to podoba opinii publicznej? Oczywiście, że nie. Opinia publiczna na ogół nie kojarzy księżniczki w pozycji na sedesie, ani księcia gustującego w „browarku z gwinta”, a tu zasłona opadła: defekująca księżniczka i podchmielony piwkiem książę. Nagie życie, a tego nie lubimy. Elity polityczne krytykujemy wściekle, ale dopóki są władcze, postrzegane są jako byty nieco abstrakcyjne, różne od nas, nieco odczłowieczone; a tu bęc!. Czepianie się kto i z jakich środków zapłacił tysiąc złotych za kolację jest świętym prawem opozycji – to samograj. Dręczy mnie co innego: słabość mojego państwa. Możliwość uprawiania procederu podsłuchu ważnych polityków rządzącej formacji przez lata, bez reakcji właściwych organów. Brak odpowiedzi na pytanie, kto i po co to robił. Zagrożenie tym procederem bezpieczeństwa państwa i elementarnej stabilności sceny politycznej. Anarchizacja nastrojów, postępujące zniechęcenie społeczeństwa do udziału w demokratycznych mechanizmach funkcjonowania państwa. No i – co dalej, co po PO, które teraz już na pewno straci elektorat, wobec turbulencji i księżycowych „pomysłów na Polskę” tak po prawej, jak po lewej stronie politycznej barykady; co dalej z naszą historyczną szansą?

Obawiam się, że bryza brudnej piany, która nas teraz ochlapuje, nigdy – w ciągu minionego ćwierćwiecza – nie była tak rozległa: mrowie chodzi po karku. Choć to przecież tylko piana. Cóż znaczy wobec bezmiaru, perspektywy odległej po krańce czasu…

No i najwyższa pora już kończyć, choć tyle spostrzeżeń – gdyby je notować na gorąco – wciąż mi umyka. Choćby setna rocznica wybuchu „pierwszej światowej”, odbieranej przez nas głównie przez pryzmat Pierwszej Kadrowej; Wielkiej Wojny, która wyznaczyła granice dwóm epokom, zmieniła świat, pochłonęła miliony istnień ludzkich (na jednym tyko cmentarzu pod Verdun pochowanych jest 170.000 ofiar, a zginęło tam znacznie więcej), a która i tak pozostała „niedokończona”, bo finał tej wojennej hekatomby rozegrał się dopiero podczas „drugiej”. Choćby – na zupełnie innym piętrze – znakomita rola w ukraińskiej euromajdanowej rewolucji odgrywana przez ukraińskich Żydów (to głównie w kontekście rosyjskiej propagandy wrzeszczącej o faszystach i antysemitach), czy migracja na Ukrainę krymskich Tatarów i troska, jaką są otaczani – obserwowałem to z podziwem w biednym Drohobyczu.

Nie wiem, czy jeszcze do tego bloga powrócę, coraz mniej czuję motywacji, żeby zajmować się pianą, coraz bardziej przyciąga mnie bezmiar, a to już nie „na bloga”. Czas pokaże.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s