Zjawisko „Kukiz”

Cynik czy „żarliwy zakręcony”? Palikot au rebours (vide wybory 2011) czy „nowa jakość”? Tego nie wiem. Zaskoczył wszystkich, myślę, że również samego siebie. Zaskakujące, że również wnikliwych analityków, którzy go nie przewidzieli. A kiedy to już się stało, wszystkich jakby nagle olśniło.

Bo od dawna było przecież wiadomo, że postsolidarnościowe pokolenie weszło już w pełną dorosłość. Pokolenie, dla którego bajki o sieci sklepów „Społem” wyłącznie z octem na półkach, o wyczekiwaniu, że „może dzisiaj rzucą” (parówki), o pensjach otrzymywanych w milionach bezwartościowych polskich złotych, o przysłowiowych „polskich drogach”, o polskiej wsi ze sławojkami (nie wszędzie) i rozbłoconym podwórkiem, o szarym, niedoświetlonym polskim mieście, są jakby z innej epoki – a dla mnie to przecież było jakby wczoraj. Pokolenie, dla którego nasze opowieści o stanie gospodarki, którą dokładnie porównać można z zapaścią, jaką dzisiaj przeżywa Ukraina, o Okrągłym Stole, o historycznym kompromisie, o szansie, jaką nam łaskawy los zafundował po stuleciach oczekiwań, a której per saldo nie zmarnowaliśmy, nie mówiąc już o dumie z cywilizacyjnego skoku, są już po prostu nudne. Kazano im się uczyć – uczyli się, kończyć dwa fakultety – skończyli, porozumiewać się w dwóch, trzech językach – przeskoczyli i tę poprzeczkę. I co? I – w ich odczuciu – nic. Co dziesiątemu się udało, co piąty zarejestrowany jest w Urzędzie Zatrudnienia, co trzeci chwyta każdą pracę, choćby i na „śmieciówce”, najbardziej przedsiębiorczy szukają swego miejsca na ziemi zagranicą. Bo nie powiedziano im wszystkiego do końca: że w gospodarce na dorobku, gramolącej się z totalnej zapaści, nie będzie łatwo. I czują się oszukani, bo chcieliby już, szybko, bo takie były miraże. Zawiedzione nadzieje frustrują, miejsca pracy niedostosowane są do pobudzonych obietnicami aspiracji. Więc protest. I bolesne zderzenie: dumnych (i słusznie) z niewątpliwych dokonań architektów transformacji (elity władzy? establishment?) z zawiedzionymi (czemu się trudno dziwić), niespełnionymi, rozczarowanymi rzeczywistością. Więc rodzi się myśl: trzeba zburzyć to, co jest i zacząć wszystko od początku: lepiej, na miarę aspiracji. Odwieczna mrzonka rewolucjonistów. Więc gdyby nie pojawił się autentyczny Kukiz, trzeba byłoby Kukiza wymyślić. Bo to, co niby widać było gołym okiem, a co „starym” wydawało się jednak odległe, okazało się rzeczywistością „tu i teraz”. Dynamiczny proces pokoleniowej zmiany warty właśnie się rozpoczął, a będzie to proces szybki i nieodwracalny, choć nie bez rozczarowań i wstrząsów. Taki polski „niby Majdan”. Czy tylko polski?

Ten ferment odbieram jako zjawisko jednoznacznie pozytywne, albowiem zmiany w zarządzaniu tym wspólnym, drogocennym majątkiem, jakim jest Polska, oczekiwane są powszechnie, świadomie bądź podświadomie. Albowiem ta władza ma swoje korzenie w czasach pięknej Panny „S” i początkach polskiej transformacji, które obfitowały w ostre spory ideologiczne jakie przerodziły się w wyniszczającą wojnę polsko polską: dzisiaj, dla młodego pokolenia, zupełnie niezrozumiałą, w otaczającym nas świecie, który tak dynamicznie się zmienia – archaiczną, dziwaczną. Albowiem każda władza zużywa się podobnie jak tusz w długopisie, jak bateria w zegarku, a jej geneza w Polsce proces ten przyśpieszyła. Tyle tylko, że nie bagatelne jest, jak te zmiany będą przebiegać: destrukcyjnie, przez burzenie wszystkiego na oślep, w złości, która nie pozwala słyszeć racjonalnych argumentów, czy też z poczuciem odpowiedzialności za ogromne dobro wspólne, poprzez – niechby szybkie i zdecydowane, ale jednak – oddzielanie plew od ziarna. Plew jest wiele, ale jednak ziarna więcej.

Tak wyszło – i to jest moje wielkie zmartwienie – że ten pozytywny ferment dał o sobie znać w fatalnym momencie, bo na ostatniej prostej budzącej spore emocje kampanii wyborczej. Że istnieje niebezpieczeństwo, iż to właśnie emocje, a nie rozsądek, rozstrzygnąć mogą o polskich losach w ciągu najbliższej dekady, o naszej „twarzy” w Europie i świecie. Bo wybory prezydenckie – to nie dawanie mandatu do rozwiązywania kwestii służby zdrowia, edukacji, wieku emerytalnego czy poziomu zatrudnienia. To właśnie wybór „twarzy” kogoś, kto jakby personifikuje majestat Rzeczypospolitej, uosabia polskie państwo. Czy będzie optował za Polską bardziej otwartą i liberalną i gospodarczo i światopoglądowo, czy bardziej zamkniętą, by nie rzec ksenofobiczną? Czy będzie optował za Polską bardziej europejską, upatrującą interes kraju i dobrostan jego obywateli w szukaniu kompromisu z wielopaństwową europejską wspólnotą, czy bardziej „narodową”, odwołującą się to patriotycznych haseł, wybierającą własną drogę, co automatycznie ustawia polską politykę w kontrze do zglobalizowanej Europy, która pozostaje faktem niezależnie od tego, czy nam się ten fakt podoba, czy nie?

Jest pytanie, do której „twarzy” bliżej jest ludziom, którzy w pierwszej turze wyborów prezydenckich wzniecili ten pozytywny ferment i otrąbili początek pokoleniowej zmiany warty; z którą z nich ewolucyjne przejęcie pałeczki, bez „burzenia muru” i społecznych wstrząsów, jest bardziej wyobrażalne, realne, by nie rzec – oczywiste, bo wypływające ze sposobu postrzegania świata i otaczającej nas rzeczywistości.  O odpowiedzi na nie przesądzą rozsądek i racjonalne argumenty, bądź też irracjonalne emocje, rozumowanie, że władzę trzeba odebrać tym, którzy ją sprawują bez oglądania się na to, komu się ją powierza. No właśnie, komu.

Jak wiadomo, w drugiej turze obecnych wyborów prezydenckich są tylko dwie opcje. Pierwsza – to Bronisław Komorowski, Prezydent RP, licznych, pełnionych dotychczas wysokich urzędów państwowych nie ma co wyliczać, bo są powszechnie znane, warto może tylko przypomnieć sprawowany urząd Ministra Obrony Narodowej: na wojsku Bronisław Komorowski zna się, jak rzadko kto – fakt w trudnym czasie zagrożeń nie bagatelny. Jak każdego polityka – można Bronisława Komorowskiego lubić lub nie lubić, kilku jego cechom jako polityka nie sposób jednak zaprzeczyć nawet wobec szargania osobistej godności, inwektyw i oczywistych  kłamstw, jakie dało się słyszeć w brutalnej kampanii wyborczej. Te cechy, to – może przede wszystkim – przewidywalność: nigdy nie zaskoczył opinii publicznej jakąkolwiek zmianą wyznawanej hierarchii wartości czy opcji politycznej; a stąd i wiarygodność. To poczucie odpowiedzialności za wspólne dobro, jakim jest Polska. To samodzielność myślenia, o czym świadczy choćby mocne, choć nie powszechne poparcie ze strony politycznego zaplecza  formacji, którą współtworzył, jak też chwile „szorstkiej przyjaźni” z byłym premierem i liderem partii, z którą współrządził krajem. To odwaga podejmowania trudnych decyzji bez oglądania się na słupki popularności kiedy był przekonany, że jest to niezbędne dla dobra kraju i zapewnienia godnej przyszłości kolejnym pokoleniom, nie uleganie presji środowisk tak nawet wpływowych, jak konserwatywne skrzydło instytucjonalnego Kościoła. To rozwaga w prezentowaniu własnych opcji w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa kraju. To konsekwentne zabieganie o konsensus przy podejmowaniu fundamentalnych decyzji dotyczących polityki państwa i o narodową zgodę. To wyborcze obietnice składane z poczuciem odpowiedzialności za budżet państwa i z dokładnym wskazaniem na źródła ich finansowania. I może jeszcze klasyczne last but not least: to po prostu przyzwoitość, tak w życiu osobistym jak „politycznym”, cecha obecnie wśród polityków niestandardowa, a cenna na wagę złota.

Druga opcja – to nominowany przez PiS, na wniosek Prezesa, Andrzej Duda, młody, dynamiczny, doktor nauk prawnych. Szlify polityczne zdobywał w Unii Wolności, po kilku latach dokonał wolty politycznej wiążąc się z PiS-em, gdzie z doradcy Klubu Parlamentarnego szybko awansował na stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym przez Zbigniewa Ziobro, następnie podsekretarza stanu w kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Po katastrofie smoleńskiej – współautor głośnego filmu pt. „Mgła”. Poseł na Sejm VII kadencji z krakowskiej listy PiS, z ramienia PiS obdarzony mandatem eurodeputowanego. Sympatyczny. Niezły orator. Świetnie przygotowany do prezentowania w kampanii swojej formacji politycznej w wersji soft: „jastrzębie” na okres kampanii wyborczej kompletnie znikły z pola widzenia. Jest przerażająco hojny w wyborczych obietnicach – suma ich realizacji to ponad sto miliardów PLN; źródeł ich finansowania nie precyzuje, wskazując je ogólnie i sięgając w tym po najgorsze rozwiązania wdrażana przez Wiktora Orbana (po pozytywne propozycje swego węgierskiego mistrza, bo są i takie w programie Orbana, nie sięgnął). Realizacja tych populistycznych obietnic (bo hipermarketów nie lubimy, choć wszyscy z nich korzystamy, a chciwość banków budzi powszechne na świecie oburzenie) groziła by ruiną finansów państwa, zahamowaniem trendów rozwojowych i stagnacją gospodarczą: co na to promotorzy pokoleniowej zmiany warty? Na ile w tym, co mówi i obiecuje, jest szczery? Na ile jest możliwe, że – przy swoim niewątpliwie wysokim IQ – nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji eksperymentu, jaki proponuje dokonywać na „żywym ciele” Rzeczypospolitej i milionach jej obywateli? Z tego, że zgłaszane propozycje mają się nijak do konstytucyjnych prerogatyw Prezydenta RP? Z tego wreszcie, że z zerowym osobistym zapleczem politycznym inicjatywy swoje musiałby całkowicie podporządkować dyrektywom partyjnym? W swoich prezydenckich zapowiedziach politykę zagraniczną przykrawa na miarę IV RP, co prowadziło Polskę do coraz głębszej izolacji na europejskim politycznym forum. Tematu wojskowości unika, co jest zrozumiałe przy braku w tym obszarze kompetencji, choć groźne w sytuacji napięć i budzących niepokój zawirowań w sferze  narodowego bezpieczeństwa.

I jeszcze tylko słów kilka o wspomnianych już prezydenckich prerogatywach. Konstytucja, skrojona na miarę czasów i potrzeb, kiedy została ustanawiana, określa współrządzenie kanclersko – prezydenckie dając rządowi pełen mandat do kształtowania polityki państwa, a prezydenta wyposażając w kompetencje swego strażnika, w co wpisuje się prawo do wetowania sejmowych ustaw. To z pozoru błahe, a w rzeczywistości potężne prawo. Sięgnięcie po nie może umacniać państwo prawa, ale może też hamować niezbędne, stałe reformowanie struktur państwa, przystosowywanie go do dynamicznie zmieniającego się świata i otaczającej nas rzeczywistości. W powszechnym oczekiwaniu korzystanie z tej niezwykłej prerogatywy przez osobę sprawującą najwyższy urząd w państwie musi się wiązać z poczuciem najwyższej odpowiedzialności za wspólnotę, z samodzielnością myślenia, osobistą odwagą, politycznym doświadczeniem, rozwagą i rozsądkiem. Może jednak być inaczej: możliwe jest zjawisko sypania piachu w szprychy, co pociąga za sobą nieobliczalne dla kraju konsekwencje.

Dlatego też, mając za dni kilka zero jedynkowy wybór, będę głosował na Bronisława Komorowskiego, na drugą kadencję prezydentury wyważonej, rozsądnej i odważnej, mimo że w pełni świadom pewnych jej słabości w kadencji pierwszej. Nie będzie to w żadnej mierze równoznaczne z poparciem dla którejkolwiek formacji politycznej: przyjdzie na to pora w październikowych wyborach parlamentarnych. Będę tak głosował w najgłębszym przekonaniu, że wymaga tego żywotny interes mojego kraju, Polski; że opowiadam się za zrównoważonym rozwojem gospodarczym – utrzymaniem obecnych trendów rozwojowych, za poszukiwaniem narodowej zgody, za spokojem społecznym, za otwartością na ewolucyjne zmiany w przejmowaniu sterów państwa przez młode pokolenie Polaków świadomych swojej tożsamości, ale wyzbyte z kompleksów, nie znające barier i granicznych szlabanów, otwarte na świat, bez lęków przed „innością”.

I zachęcam wszystkich swoich przyjaciół, żeby zdobyli się na chwilę poważnej refleksji i zadumy, żeby zdali sobie sprawę, jak ważna w zaistniałej sytuacji jest ich karta wyborcza, żeby poszli do urn i zagłosowali: ani za Platformą, ani za PiS-em – żeby zagłosowali za pomyślnością Polski. A nie mam najmniejszych wątpliwości w oparciu o jakże długie  życiowe (a również i jakieś drobne polityczne) doświadczenie, że będzie to głos oddany na Bronisława Komorowskiego.        

A entuzjastom i promotorom pokoleniowej zmiany warty dedykuję fragment wiersza poety czasu przełomu, Adama Asnyka, który pasuje mi tu, jak ulał:

„…Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe  / A nie w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę…” „…Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy choć sami macie doskonalsze wznieść / Na nich się bowiem święty ogień żarzy, i miłość ludzka stoi tam na straży / I wy winniście im cześć…”  

Świat według B: światła w tunelu jakby gasły

(napisane w marcu)

Kilkakrotnie w życiu tłukły mi się okulary: po założeniu nowych zawsze postrzegałem świat inaczej i – wydawało mi się – bardziej przenikliwie. Tym razem cezura jest głębsza, niż była kiedykolwiek. Odejście Krystyny było nagłe, bowiem – mimo niepokoju, jaki dawał o sobie znać od kilku miesięcy – nadzieja, że „to się jakoś wyjaśni”, że będzie znów jak dawniej, nie opuszczała nas do ostatnich dni przed śmiercią. Kiedy to nieodwracalne już się stało, w tak ostrych konturach, jak nigdy dotąd, stanęło przed oczami niespełna sześć minionych dekad: i te chwile, kiedy chciało się wspólnie wyć ze szczęścia, i te, kiedy żeglowaliśmy wokół gęstych raf, kiedy pojawiała się obawa, że sobie z kryzysem nie poradzimy, nie sprostamy. Sprostaliśmy. Tyle tylko, że jakże łatwo było uniknąć tych kryzysów, jak fatalne nosiłem wówczas okulary! No i ta pustka, jakaś taka czarna dziura, której już nigdy i niczym nie da się zasklepić. Coś, co było zawsze, znikło: po prostu nie ma. I już nigdy nie będzie. Przez 60 lat przemnożonych przez 360 dni wyciągałeś rękę, po ciemku, po omacku – zawsze było to „coś” w tym samym miejscu. A teraz nagle nie ma. Krzesło przy stole pozostanie już zawsze puste. Sweterek, ten taki przytulny, choć z małą dziurą na łokciu, wisi na oparciu fotela: brzydko klnąc na klimat lubiła się nim Krystyna otulać, a teraz będzie tam sobie wisiał, do końca, aż go ktoś wyrzuci – bo z dziurą…, „zostają po nich buty i telefon głuchy…” – jak pisał Ks.Twardowski. Z kim się podzielić jakąś głupią uwagą, sąsiedzką plotką, usłyszaną w radio rewelacją? Kto się będzie lękał, że mi się coś stało, kiedy wrócę godzinę później – choćby i ten lęk wyraził się po powrocie niewybredną rugą? Kto mi nafuka, że coś głupio zrobiłem – a zbeszta dlatego, że nie jest mu to obojętne – stawiając mnie tym do pionu choćbym i droczył się o racje? Przed kim wyrzucić z siebie oburzenie, albo podzielić się lękiem czy jakąś dobrą nowiną?

Więc już do końca pustka. I głęboka refleksja o przemijaniu i o hierarchii wartości. O tym kardynalnym błędzie mylenia priorytetów, który uświadamiasz sobie wtedy, kiedy „to się stanie”, kiedy zdasz sobie w pełni sprawę, że ten, co odszedł, był tym najważniejszym. I wszystko inne wyda ci się takim przelatującym przez ekran filmem, w którym do niedawna usiłowałeś grać jakąś rolę, choćby podrzędnego statysty. Tyle w tym filmie emocji, szarpaniny, sporu, dramatu, bywa, że również krwi – i tak beznadziejnie mało w nim sensu. Aj, tyle tu słów, a Swinburne wyraził to w dwóch genialnych wierszach: „…i rzek gwałtownych nurt zmącony pianą / zawinie kiedyś w głąb wieczystych głusz…”

Więc pusto. I nigdy nie będę już ani aktorem, ani statystą, bo mi się przestało chcieć, bo straciłem poczucie sensu uczestniczenia w tym, co wokół. Chyba taką sytuację jakoś intuicyjnie przewidywałem i bardzo się jej lękałem. No i przyszła. Nigdzie chyba bardziej niż tutaj nie pasuje ten francuski frazes: c’est la vie. Czy znaczy to jednak, że ta tragiczna wirówka nonsensu, jaką wydaje się być otaczająca nas w ostatnich miesiącach rzeczywistość, jest mi obojętna? Ależ skąd! Obserwuję ją z zapartym tchem, coraz cięższym sercem i z umykającą nadzieją, że świat, którym się do niedawne szczerze cieszyłem, kiedykolwiek powróci – ale już tylko obserwuję. Przełom epok? Chyba tak i to – wydaje mi się – głębszy niż po „drugiej światowej”. A pięter w nim tyle, że wyliczanka ich staje się ryzykowna, bo nie sposób czegoś nie zgubić. Więc wspomnę tylko o tym, co mnie osobiście snów nie upiększa.

To, przede wszystkim, gołym okiem widoczne odchodzenie tzw. świata zachodniego od fundamentalnych wartości, które ten świat konstytuują – sprzeniewierzanie się elementarnym zasadom solidarności w obronie wspólnie stanowionego prawa, reguł współistnienia państw, poszanowania demokratycznie wyrażanej woli ich mieszkańców. Mówiąc najprościej: sprzeniewierzanie się elementarnej przyzwoitości. Ten paraliż woli dotyka – już dotknął i drąży – elity obdarzone demokratycznym mandatem decydowania w imieniu wspólnot, ale też i do tych wspólnot przenika powodując niebywałe spustoszenie w umysłach.  To odradzanie się narodowych egoizmów i odchodzenie od wysiłków zmierzających do ustanawiania przyjaznych reguł współżycia ponad granicami organizmów państwowych, co w dzisiejszym zglobalizowanym świecie wydaje się prowadzącym do katastrofy szczytem absurdu.To dochodzenie do głosu marginalnych do niedawna radykalizmów, co prowadzi do rozwiązywania międzyludzkich problemów – już nie tylko w relacjach między państwami – w oparciu o przemoc.  To pogłębiająca się i postępująca przepaść między bogactwem i niedostatkiem; wbrew elementarnym zasadom judeochrześcijańskiej moralności (przecież jednego z trzech filarów euroatlantyckiej cywilizacji) – totalna amnezja wobec pojęcia „być” na rzecz „mieć”. Myślę, że jest to praprzyczyna obu wspomnianych wyżej zjawisk, które – noszę w sobie taką obawę, jeśli się wszyscy z tego paraliżującego letargu nie ockniemy – mogą kształtować przyszły obraz świata i to w niedalekiej przyszłości. Rozwinięcie tych myśli musiałoby zająć wiele stron i nie dałbym temu rady – w różnych aspektach traktuje o tym wiele mądrych publikacji. Rzucę więc tylko kilka faktów, które skłaniają mnie do takiego myślenia: byłyby to tezy do tego rozległego eseju, którego nie napiszę.

Jeden procent mieszkańców naszej planety (głównie „białych”) korzysta z 48 procent jej dóbr i zasobów, a prognozy mówią, że za rok tych procent będzie już ponad 50. Z kolei 10 procent ludzkości (tej „z najniższej półki”) konsumuje tych dóbr i zasobów zaledwie jeden procent. Tak się składa, że są to w większości wyznawcy islamu: są często głodni, ale wyposażeni w odbiorniki globalnych informacji – wiedzą bezbłędnie, w jakim kierunku należy iść, żeby być coraz bliżej tego ziemskiego raju, gdzie miska ryżu jest oczywistością. W swojej masie nie znają szkoły – jedyna ich edukacja, to walka o byt, o przetrwanie. Jakże łatwo ulegają manipulacji, podszeptom, jak można tę drogę do (na razie) ziemskiego raju przyspieszyć, skrócić. Przyspieszaczem jest kałasznikow i torująca drogę destrukcja wszystkiego, co na niej stoi. I tak się rodzi terroryzm wspierany prostackim fanatyzmem religijnym. A w obszarze naszej cywilizacji – rewers tego co wyżej. Rocznie ponad jeden miliard (!) ton produkowanej żywności trafia na wysypiska śmieci. O byt od dawna nie walczymy – swój byt powierzyliśmy państwu. Rządzącym w demokratycznych państwach prawa powierzyliśmy odpowiedzialność za naszą sutą miskę ryżu (czytaj: miejsce pracy odpowiadające naszym aspiracjom), za dbałość o nasze zdrowie, za to, żeby nikt nie był wykluczony. Brzydzimy się polityką tracąc wiarę, że cokolwiek od nas zależy, natomiast idziemy coraz dalej w oczekiwaniach, żądaniach, roszczeniach. To „oni”, aby temu sprostać, muszą się prześcigać w podnoszeniu słupków PKB, napędzaniu rozwoju, zapewnianiu prosperity korporacjom, te z kolei nie tylko generują kolejne nierówności, przeciwko którym protestujemy, ale umacniając swoją pozycję zagarniają coraz więcej prerogatyw państwa i zyskują wpływ na „kształt świata”. Cena w tym wszystkim nie gra roli, najniżej liczą się wartości – stawką jest zysk i utrzymanie władzy. A my, „podmioty”, robimy wszystko, aby tak się właśnie działo. Tupiemy kiedy „oni” nie zaspakajają naszych, często absurdalnych, „klanowych” roszczeń, wymachujemy kartą wyborczą rozglądając się, kto więcej da. Innym razem – lamentujemy nad własnym losem, kiedy nam nie wyszło (rzeczywistość nie pokryła się z aspiracjami) kształtując w ten sposób społeczne klimaty. Przedefiniowaliśmy pojęcie biedy i niedostatku. Tego, co zdobyliśmy, bronimy jak Okopów Świętej Trójcy. Cena nie gra roli – stawką jest „mieć”. Pierwszym banknotem, po który sięgamy – to ten z napisem „solidarność”, tuż po nim idzie „przyzwoitość”. A kiedy wystukuję to wielkie słowo „solidarność”, to mam na myśli i tych, którym nie udało się nad Wisłą, i tych, którym przyszło ujrzeć ten najlepszy ze światów w tej jego gorszej części, tych, którzy w tej chwili z niego odchodzą z braku pitnej wody, i tych, którzy ulegając brutalnej przemocy giną w Donbasie, bo wciąż wierzą w ideały, mają głęboką wiarę, że to jedyna droga, aby ich rozbudzony z letargu kraj utrzymał należną mu suwerenność i ugruntował rządy prawa.

I tak umyka mi świat, który do niedawna postrzegałem z optymizmem. Wystarczył rok, żeby mi się zawalił. Okazuje się, że wszystko, co w tej rzeczywistości – jest jak domek z kart, tyle tylko, że to przecież my ten „domek” budujemy.
Pożoga wojny na Bliskim Wschodzie: niby nie nasza to wojna – to wojna o prymat w obrębie islamu, ale czy nie jesteśmy częścią jej siły sprawczej i czy nie będziemy w jakiejś mierze jej ofiarami? To wojna totalna – Państwo Islamskie sięga nie tylko po Nigerię czy Mali, ta wojna toczy się już w Egipcie i Libii, u wrót Europy. Tragedia Kurdów – tysiące ofiar, fale uchodźców – nie znajduje już nawet wzmianki w światowych mediach. Syndrom Lampeduzy – wyrazu cierpień tysięcy niewinnych ofiar – wciąż się rozszerza. A ideowa piąta kolumna tej strasznej wojny jest coraz wyraźniej dostrzegana w samym jądrze europejskiej cywilizacji. Z bezsilnością, ale i bez krzyku protestu, obserwujemy jej brutalność: migające w telewizorze sceny obcinanych głów, podobnie zresztą jak krwawych walk w Donbasie, przeplatane kolorową reklamą tanich kredytów bankowych, przyjmujemy do wiadomości tylko na ułamek sekundy, bez refleksji, bo to jakby nie nasze sprawy. Tylko – czy nie nasze? A Strefa Gazy, Zachodni Brzeg, kwadratura koła tego konfliktu, paranoiczna państwowość Izraela, Ziemi Obiecanej Domowi Jakuba – demokratyczna i prawna wewnątrz, bezwzględnie brutalna i łamiąca wszelkie prawa człowieka w starciu z Hesbollahem czy Hamasem na zewnątrz, bez czego prawdopodobnie by nie przetrwała? To już dekady morderczej wojny między synami tej samej ziemi, Żydami i Arabami, dziesiątki bezowocnych prób rozwiązania tego dramatycznego konfliktu – a ta wojna wciąż się nasila i stanowi coraz groźniejsze zarzewie światowego konfliktu. Podsycana nienawiść nie pozwala na dobrosąsiedzkie współżycie dwóch bliskich sobie etnicznie nacji. Giną tysiące niewinnych ludzi, kobiet, dzieci. A to wszystko stąd o rzut kamieniem: trzygodzinna podróż pasażerskim airbusem sytych i zadowolonych z życia turystów spragnionych wypoczynku nad ciepłym morzem – w strefie chronionej, tak, żeby echa wojny nie psuły wakacji.

Tymczasem demony harcują nie tylko na południowej flance Europy; rozszalały się również na jej wschodzie. Wcale nie pojawiły się nagle. Wschodni despota od początku swego sprawowania władzy – niemal od początku wieku – przyjął strategię „korygowania błędów” dwóch swoich poprzedników, którzy rozmontowali imperium i od początku sięgał po wypróbowane w rosyjskim carstwie instrumenty. Krótka próba wprowadzenia Rosji do europejskiego obiegu, zachęcania tego gigantycznego obszarowo kraju, gigantycznego rynku zbytu, do przyjmowania europejskich standardów – na czym tak bardzo zależało „jądrze Europy” – okazała się totalną porażką. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, czy ten krótkotrwały flirt z Europą był ze strony putinowskiej Rosji od początku taktyczną zmyłką, czy też choćby przez chwilę traktowany był poważnie. Nie ma natomiast wątpliwości, że dla putinowskich strategów wyzwanie to było zbyt trudne, a przy tym mało satysfakcjonujące. Łatwiejsze i bardziej atrakcyjne wydało się to, co tkwi głębokim korzeniem w rosyjskiej tradycji władzy: odwołanie się do idei mocarstwowości. Okazało się, że łatwo było sięgnąć po to, co wciąż jeszcze było żywe, po owe wypróbowane instrumenty: wykreowanie despotycznego jednowładztwa opartego na przywilejach i nadaniach (kontynuacja carskiej tradycji przejętej przez komunistyczną nomenklaturę), na lojalności monstrualnie rozbudowanych służb specjalnych, na potędze militarnej i całkowicie podporządkowanym aparacie propagandy. Jej goebelsowski model, jak wiadomo, „kupiony” został już przez Rosję sowiecką, tyle tylko, że uczeń przerósł mistrza. Kraj stawał się znów własnością cara i oligarchów występujących na Zachodzie w kostiumach sprawnych biznesmenów. W oligarchiczny system władzy wmontowana jest korupcja, stworzeniem fasady demokratycznych instytucji, niezbędnej w kontaktach z Zachodem, skutecznie zajęła się propaganda. Powodzeniu tej operacji dopomógł niebagatelny przypadek: koniunktura. Podziemne bogactwa rosyjskiej ziemi – ropa i gaz – okazywały się coraz większym przedmiotem pożądania zachodnich partnerów handlowych, zasnuwały mgłą wzrok zachodnich polityków, z przypadkami ślepoty kompletnej włącznie.

Coś jeszcze trzeba było zrobić z ponad stumilionowym narodem, żyjącym wciąż znacznie poniżej europejskich standardów, któremu odebrano szanse choćby niespiesznego rozwoju na drodze wyrównywania życiowych standardów z zachodem Europy. I tu znów strateg – Putin sięgnął po wypróbowany wzorzec: szansę na podnoszenie poziomu życia, skok cywilizacyjny, zastąpić nacjonalistyczną ideologią: dumą z „ruskości”, z sukcesu w „wojnie ojczyźnianej” – z potęgi, jaką ta wojna Rosji przyniosła, Propagandowy narkotyk zadziałał, dzięki „gazowej koniunkturze” ludziom żyło się nieco lepiej, wśród społeczeństwa – w większości o mentalności wciąż radzieckiej – popularność przywódcy narodu wciąż wzrastała.

Ostateczne stłumienie powstania czeczeńskiego – zakończenie II Wojny Czeczeńskiej (2009) i oderwanie dwóch prowincji od Gruzji po „przyjściu z bratnią pomocą” separatystom w Osetii Południowej i Abchazji (2008) ośmieliło Putina do zmiany narracji: rozpoczął „lojalnie” uprzedzać Zachód o tym, co zamierza, umiejętnie dawkując swój przekaz tak, żeby w momencie ostatecznego upomnienia się o uznanie „strategicznych interesów Rosji” nie było to dla przywódców Zachodu zbyt groźnym dla Rosji szokiem. Oswajał. Skutecznie. Pojawiła się koncepcja Unii Euroazjatyckiej i zapowiedź obrony ludności rosyjskojęzycznej w przypadku jej dyskryminacji pod każdą szerokością geograficzną. Rosyjski przywódca nie skrywał niechęci do projektu Partnerstwa Wschodniego. Atoli jako niewybredny żart przyjęta była publiczna wypowiedź Putina, że Ukraina to nie państwo – to terytorium. Inne stwierdzenie, iż upadek Związku Radzieckiego był tym najgorszym, co wydarzyło się w 20. wieku, przyjęte zostało wręcz z humorem: ot, gafa, któremu z polityków to się nie zdarza.

Przeszłość łatwo jest krytykować z dystansu, ale prawda jest okrutna: zachodniej dyplomacji zbrakło wizji, zachodnim politykom w głowie się nie mieściło, że chodziło o to, o czym dzisiaj wie każde dziecko – o odbudowę imperium. A rosyjskie imperium jako światowy aktor pierwszej ligi niewyobrażalne jest bez dominujących wpływów Kremla na zachodniej flance byłego ZSRR, tj. na Ukrainie.

Zabawa w interpretację słów i wytyczanie zachodnich strategii wyłącznie w oparciu o analizy zrównoważonego rozwoju, a w nim znaczenia powiązań gospodarek zachodnich z gospodarką rosyjską, musiało się kiedyś skończyć. O tym, że się skończy, że jakiś przełom, punkt krytyczny, wkrótce nastąpi, mówiło od dawna kilku wnikliwych – mało słyszanych – analityków. O tym, że ten punkt krytyczny okaże się takim wstrząsem, że imperialna polityka Rosji może być zademonstrowana przez Putina z taką brutalnością, nie myślał nikt. Taki scenariusz, jaki zaistniał, był chyba nawet najmniej przewidywanym „wariantem ewentualnościowym” przez samego Putina. Bo nie przewidywał takiej potrzeby!
Aż tu Ukraina. Wybuchła. Nieprzewidywalnie. Jakby mimochodem. „Partnerstwo Wschodnie” od początku zakładało podpisanie Traktatu Stowarzyszeniowego – wszyscy o tym wiedzieli, wiedział również Putin, trochę się krzywił, ale nawet nie mówił „nie”, bo byłoby to wizerunkowo niewygodne. Miał od tego na Ukrainie ludzi ze swego nadania, których łatwo przywrócił po skompromitowaniu się przywódców „Pomarańczowej”. Miał nie tylko Janukowycza: miał agenturalnych doradców we wszystkich ważnych organach administracji, „radziecką” kadrę oficerską w armii, wszędzie „swoich” w organach bezpieczeństwa i służbach specjalnych, korumpowany oligarchiczny system władzy. Czego się lękać? Kiedyś jednak musiało dojść do podpisania tego oczekiwanego Traktatu. I doszło. Lawirowanie ukraińskiej administracji między euroazjatyckim pomysłem putinowskiej Rosji a opcją na Europę osiągnęło swój punkt krytyczny. W ostatniej chwili, kiedy przygotowane już były pióra i kałamarze – a był to zaledwie listopad 2013 – padło szokujące „niet”. Oczekujące zmian w zarządzaniu państwem, rozbudzone po „Pomarańczowej”, już po Kijów – nie tylko na Zachodniej Ukrainie – społeczeństwo ukraińskie zebrało się w proteście na Majdanie. I to wszystko kremlowscy stratedzy mogli przewidzieć. Nie przewidział jednego: tak zdecydowanej i stanowczej determinacji Ukraińców, takiej organizacji i dyscypliny ze strony demonstrujących. Takiego stopnia ogólnonarodowego rozbudzenia, również na wschodzie kraju. Była tęga zima, a wielotysięczny tłum trwał. I wysuwał coraz bardziej kategoryczne żądania: zmiany władzy, bo wiadomo już było, że z tą władzą swoich zasadniczych celów – zasadniczej zmiany w funkcjonowaniu państwa – nie osiągnie. A władza prawdopodobnie otrzymała równie kategoryczne polecenie z kremlowskiej centrali: dość tej zabawy, skończyć z rebelią. I władza pociągnęła za cyngiel. Snajperzy Berkutu byli celni – na Instytuckiej polała się krew. Dziesiątki ofiar. Pogrzeby. Tłum na Majdanie – mimo mrozu – zgęstniał. Majdan i rodząca się na nim nowa Ukraina zyskał swoich pierwszych bohaterów – swoją „Niebiańską Sotnię”.

Świat stanął jak wryty, z Putinem włącznie. Tyle tylko, że świat, żeby się z tej „wrytości” otrząsnąć, potrzebował czasu – w procedującej w gronie 28 państw Europie, wobec różnych interesów, różnych wrażliwości, wobec dominującej opcji wśród sytych i bezpiecznych wskazującej na „mieć”, zdobycie się na jakąkolwiek reakcję, na podjęcie jakiejkolwiek decyzji, która by stwarzała ryzyko, że tego „mieć” będzie mniej, to droga przez mękę. Putin miał łatwiej, nie musiał z nikim procedować. Wybrał ten ze swoich „wariantów ewentualnościowych”, który był mu najbliższy: poszedł na całość. Wykoncepował sobie, że w zaistniałej sytuacji – to już właściwy czas. Postawił kropkę nad „i” – nad tym, co zapowiadał od kilku lat. No i stało się to, co się stało.

Nie będzie tu już wiele o Ukrainie, choć myślę nieskromnie, że – nawet z moją skromną wiedzą – mógłby to być spory tomik o okrutnej, niewypowiedzianej wojnie, w której zginęło już tysiące ofiar, o dramatycznych wyzwaniach, jakie przed Ukrainą stoją, o historycznych analogiach z polskimi losami, które rysują się jak żywe. Powiem tylko krótko: nie znajduję dość słów uznania dla odwagi i determinacji Ukraińców, z jaką prowadzą swoją walkę o wartości, które postrzegli w Europie, gdzie pozostają one wciąż pięknie oprawioną, choć coraz bardziej papierową dekoracją. Nie mam słów podziwu dla dynamiki, z jaką przeobrazili się ze zatomizowanych wspólnot, różnie w tym ogromnym kraju postrzegających historię, nie wszędzie pewnych swojej tożsamości, w naród polityczny, tożsamości tej świadomy, umiejący zdefiniować swoje aspiracje, co ważne – społeczeństwo, które zaakceptowało swoją dwujęzyczność. Nie znajduję dość gorzkich słów ubolewania nad ich osamotnieniem; i najgorętszych słów wyrażających moją solidarność i życzenia, żeby wytrwali.

Więc nie będzie już więcej o Ukrainie: bo demony, które teraz w niej harcują, wybrały ją sobie tylko chwilowo na miejsce uprawiania swoich diabelski sztuczek – apetyty mają znacznie większe. Sporo z nich już zaspokoiły, trochę tylko się dławiąc, ale daleko im do rezygnacji z pełnej sytości. A Europa ze swymi deklarowanymi wartościami, na którą ostrzą zęby na jej wschodniej flance, budzi się z drzemki powoli, przeciera oczy niespiesznie, zmieniającą się jak w kalejdoskopie, otaczającą ją rzeczywistość przyjmuje do wiadomości z niedowierzaniem. Tymczasem wschodni watażka, któremu wprawdzie ta Europa przestała ufać, ale który wciąż przekonuje, że on też chce dobrze, byleby mu nie wchodzić w drogę, budzi ją coraz gwałtowniej, by nie rzec – coraz brutalniej.

Suwerenne państwo traci część swego – mającego strategiczne znaczenie – terytorium, Krym, za sprawą „zielonych ludzików” (odkryty zostaje w plemieniu ludzkim nowy gatunek, który zyskał już na świecie swoją nazwę, „the green men”). Owe terytorium zostaje błyskawicznie inkorporowane do sąsiadującego mocarstwa. Krewniacy „zielonych”, w nieco tylko innych kostiumach – niezadowolonych z dokonujących się w kraju przemian – pojawiają się na innej części terytorium tegoż suwerennego państwa i natychmiast stanowią regularną formację zbrojną dysponującą ciężkim sprzętem i profesjonalnym dowództwem. Przez niekontrolowaną granicę chwiejącego się pod naporem wypadków, niemal bezbronnego państwa wjeżdża na jego terytorium setki obcych czołgów, wyrzutni rakietowych, pojazdów opancerzonych (nikt się nie przyznaje, że je wysyła), a wraz z nimi przenika fala żołnierzy sąsiadującego mocarstwa pozostających akurat na urlopach bądź przepustkach, ochotników, którzy z własnej woli chcą wesprzeć „niezadowolonych”. Rozpoczyna się regularna wojna – absurdalna, niewypowiedziana, okrutna, krwawa. Wojna inna od wszystkich dotychczas znanych, bo poza ograniczoną linią frontu uruchamia instrumenty pozamilitarne, które rażą na terenie całej Europy, a nawet szerzej – na terenie całego cywilizowanego świata. Te instrumenty – to uruchomiona przez agresora na niebywałą skale agentura wpływów, korupcja polityczna na najwyższych szczeblach władz państwowych, terror psychologiczny – budzenie lęku przed rozlaniem się „wojny gorącej” na Europę, wojna informacyjna, w której funkcję rakiet spełnia zmyślnie spreparowane kłamstwo, zaprzeczanie najoczywistszym faktom, powtarzane uparcie i konsekwentnie, z równoczesnym ultimatum pod adresem światowych decydentów: jak jednoznacznie zaprzeczycie – nie zdziwcie się konsekwencjom. Eskadry rosyjskich myśliwców wędrujących po niebie wzdłuż granic przestrzeni powietrznej W.Brytanii, państw skandynawskich i przybałtyckich – to przecież nie przypadek.

I tak to Stara Europa znalazła się w miażdżących kleszczach, pozostaje tylko pytanie: która z jego szczęk – południowa czy wschodnia – bardziej zagraża jej przetrwaniu w obecnym kształcie. Wyzwanie ze strony południa – to zamiar przebudowy rzymskiej Bazyliki na gigantyczny meczet. Wyzwanie ze wschodniej strony – to podważenie wszystkich, dosłownie wszystkich gwarancji międzynarodowego ładu i bezpieczeństwa z trudem budowanych po zakończeniu „drugiej światowej”, respektowanych nawet w apogeum „zimnej wojny”: można by tu wymienić wiodące dokumenty i ONZ-owskie, i Europejskie, i te szczególne, „helsińskie”, mam je żywo w pamięci. Natura próżni nie znosi, zatem jest propozycja: powrót do starego porządku, znanego z 18-wiecznej historii – miast europejskiej wspólnoty, „koncert państw”, ugoda między najsilniejszymi, zwasalowanie słabszych. Nasuwają się dramatyczne historyczne analogie: po „pierwszej światowej” – niespójna Liga Narodów, pełznąca glątwa „brunatnego terroru”, „Anschluss”, Monachium, totalitarna przemoc pod hasłem obrony praw współplemieńców; po „drugiej światowej” – oczywiście Jałta, a później różne krótkotrwałe odwilże, którym zawsze towarzyszyły zgniłe kompromisy. Aż znalazł się autentyczny mąż stanu – i za Oceanem, i w Europie, który huknął, po prostu odważył się zdefiniować sytuację. I stało się – świat na krótko odetchnął z ulgą, wielu uwierzyło nawet (ja też do nich należałem), że Fukujama odkrył wielką prawdę – że nastąpił „koniec historii” i że teraz już będzie tylko łatwo, że wszyscy się pokochamy i żyć będziemy w wiecznej szczęśliwości. Jakże szybko okazało się, jak okrutny był to żart.

Tłamszona w kleszczach Europa już się jakby z drzemki ocknęła, do polityków jakby dotarła świadomość totalnego zagrożenia, są przejawy dramatycznego chwytania się za głowę. Cóż jednak począć z zakodowaną w genach niektórych europejskich narodów fascynację Rosją, z lękiem sytych i rozleniwionych, czcicieli bożka „mieć”, przed ryzykiem narażenia się dysponentowi energetycznych surowców, oferentowi gigantycznego rynku zbytu, a przy tym potędze militarnej z jej nieprzewidywalnym przywódcą, noszącym w dodatku w kieszeni nuklearny straszak? A więc wciąż tylko pomruk, kilka pcheł wpuszczonych w sierść niedźwiedzia pod nazwą „sankcje”, groźenie kolejną porcją insektów po przekroczeniu kolejnej czerwonej linii podczas gdy wszystkie rysowane poprzednio zostały przekroczone. Wciąż brak nazwania po imieniu, zdefiniowania tego, co widzimy, czego dotykamy, co burzy krew, musuje mózg, odbiera sen i wiarę w to, że fundamentalne wartości nie stanowią tylko świstka papieru. Że mamy do czynienia z brutalnym agresorem, którego celem jest zdestabilizowanie nie tylko Ukrainy, ale również świata, w którym żyjemy. Że w sąsiadującym z nami kraju trwa prowadzona przez putiowską Rosje niewypowiedziana, mordercza wojna, w której giną tysiące ludzi, że agresor przenosi ją na całą Europę uparcie sącząc, z naszym przyzwoleniem, oczywiste kłamstwa, siejąc nienawiść, na niewyobrażalną skale piorąc ludzkie mózgi. Kiedy pojawi się mąż stanu, który powie temu „stop”? Kto i kiedy powie: dalej już non possum? Czy to w ogóle kiedyś nastąpi, czy też będziemy się już tylko staczać w przepaść, w której dna nie widać?

Racjonalna, demokratyczna Europa niespiesznie rozważa racje (ile stracimy? Ile zyskamy?), analizuje argumenty, miast sięgnąć do swoich korzeni – szuka nieistniejącego wspólnego mianownika. Tymczasem rosyjski przywódca nie zadaje sobie trudu szukania czegokolwiek, natomiast do korzeni sięgnął. Może płytkich i należących tylko do jego formacji – ale zawsze. Sięgnął po ideologię. Ideologię pomyślaną jako narkotyk: wielkość Rosji, odzyskanie utraconego imperium, sakralność „ruskości”. Dla takiej ideologii niezbędne jest wykreowanie wroga. Więc jest wróg. To Ameryka, która dąży do upokorzenia Rosji. I faszyzm. Faszyzm nie musi kojarzyć się z brunatnym totalitaryzmem. Faszyzm – to wszystko, co czyha na Rosję, co zagraża jej potędze. Pod takimi sztandarami prowadzona była wojna ojczyźniana. Przypadek zrządził, że wrogiem byli wówczas Niemcy, ale wcale tak być nie musi. Dzisiaj są nim Amerykanie. I Ukraińcy, bo przed niespełna wiekiem mieli swojego Banderę. No, faszystę, bo on wówczas próbował z Niemcami. Więc faszyści i banderowcy: to oni sprzeciwiają się rosyjskiej potędze jako obrończyni Wszechrusi. Wówczas z Niemcami, dzisiaj z Amerykanami i ich sojusznikami w Europie. Zdrajcy ruskości. Groźny wróg. Trzeba go wymazać z powierzchni ziemi. To chwyta, narkotyk działa – wciąż radzieckie, zagubione społeczeństwo jest pod skuteczną narkozą, przywódca ma niesłychanie wysokie słupki poparcia.

Ten narkotyk mało jest jednak skuteczny w Europie, która nieco lepiej zna historię. Żeby narkotyzować Zachód – trzeba było zmienić składniki narkotyku. A więc przestroga. Przed rusofobią. Jakże można nie uznać interesów wielkiego państwa, które wyraża rosyjska polityka, ulegając mrocznym argumentom nacjonalistycznych ukraińskich pogrobowców? Jak można narażać stosunki z wielkim oferentem surowców i rynku ulegając nierealnym mrzonkom grupy nieodpowiedzialnych radykałów? To przecież rusofobia wiodąca Europę ku przepaści gospodarczej – wyhamowaniu trendów rozwojowych, bezrobociu, obniżeniu życiowych standardów (jakież to zagrożenie dla „mieć”), a w konsekwencji niepokojów społecznych i Bóg jeden wie, czego jeszcze. Te lęki konsekwentnie wsączane są w mózgi europejskich polityków, ale też w podświadomość szerokich warstw społecznych. Codziennie. Z dział nie mniej groźnych jak te przywleczone przez opanowaną granicę na teren walk w Donbasie. Atakujących nieustanną kanonadą w gigantycznej wojnie informacyjnej. Wojnie prowadzonej przez agresora, który podniósł rękę na cały europejski (czy nie światowy?) ład, który odbudowuje groźne imperium, który zatruł własne społeczeństwo jadem nienawiści i ksenofobii odwołując się – korzystając z totalnej władzy – do najniższych społecznych instynktów i emocji. Jakby odwrócenie kota ogonem o 180 stopni. Jakby napisanie na czarnej płachcie „białe”. I to działa!.

Czy działa tylko w „jądrze Europy” o największym potencjale decyzyjnym, w Niemczech i Francji, czy tylko na jej południowej flance bardziej wrażliwej na zagrożenie islamem, nie czującej i nie rozumiejącej Rosji, zafascynowanej jej wielkością i „mistyką”? A co z Polską, z jej historycznym doświadczeniem, z jej genetycznym poczuciem „zagrożenia ze wschodu”? Co z dającymi coraz bardziej znaczący głos „narodowcami” wszelkiej maści, internetowymi harcownikami przywołującymi demony przeszłości, rzeczywistość, która dawno przestała istnieć, nienawistnikami, „heitowcami”, zatruwającymi umysły dokładnie według putinowskiej recepty? Co z tą znaczącą masą społeczną drżącą o swoje „mieć”, nie starającą się zrozumieć świata, niewrażliwą na tektoniczne wstrząsy, jakim podlega, adresatom sarkastycznych słów poety „… niech na całym świecie wojna… byle polska wieś spokojna…”? Co z polskim rolnikiem, którego zamożność nieporównywalna jest z sytuacją sprzed dekady, który – pod wpływem wyzbytego resztek przyzwoitości demagogicznego krzykacza – domaga się zbytu na cebulę i jabłka za cenę odstąpienia od wartości fundamentalnych i troski o narodowe bezpieczeństwo? Co z polskim politykiem pretendującym do najwyższego urzędu w państwie, który chce chwytać za słuchawkę i rozmawiać z Putinem, bądź też – co już zupełnie umyka granicom wyobraźni – publicznie przeprasza lidera piątej kolumny w najwyższych gremiach europejskiej polityki, wasalnego putinowskiego przyjaciela, za chłód, z jakim przyjęty został przez polską Premier, skądinąd swoją polityczną koalicjantkę?

A w telewizorze kolorowa, wesoła reklama kosmetyków – „…jesteś tego warta…”; i najnowszego modelu „Audi” – rewelacja, pędź do salonu, promocja; i wołowiny w „Biedronce”, tylko za 4,99 – obniżka cen, okazja.

I co dalej?