Zjawisko „Kukiz”

Cynik czy „żarliwy zakręcony”? Palikot au rebours (vide wybory 2011) czy „nowa jakość”? Tego nie wiem. Zaskoczył wszystkich, myślę, że również samego siebie. Zaskakujące, że również wnikliwych analityków, którzy go nie przewidzieli. A kiedy to już się stało, wszystkich jakby nagle olśniło.

Bo od dawna było przecież wiadomo, że postsolidarnościowe pokolenie weszło już w pełną dorosłość. Pokolenie, dla którego bajki o sieci sklepów „Społem” wyłącznie z octem na półkach, o wyczekiwaniu, że „może dzisiaj rzucą” (parówki), o pensjach otrzymywanych w milionach bezwartościowych polskich złotych, o przysłowiowych „polskich drogach”, o polskiej wsi ze sławojkami (nie wszędzie) i rozbłoconym podwórkiem, o szarym, niedoświetlonym polskim mieście, są jakby z innej epoki – a dla mnie to przecież było jakby wczoraj. Pokolenie, dla którego nasze opowieści o stanie gospodarki, którą dokładnie porównać można z zapaścią, jaką dzisiaj przeżywa Ukraina, o Okrągłym Stole, o historycznym kompromisie, o szansie, jaką nam łaskawy los zafundował po stuleciach oczekiwań, a której per saldo nie zmarnowaliśmy, nie mówiąc już o dumie z cywilizacyjnego skoku, są już po prostu nudne. Kazano im się uczyć – uczyli się, kończyć dwa fakultety – skończyli, porozumiewać się w dwóch, trzech językach – przeskoczyli i tę poprzeczkę. I co? I – w ich odczuciu – nic. Co dziesiątemu się udało, co piąty zarejestrowany jest w Urzędzie Zatrudnienia, co trzeci chwyta każdą pracę, choćby i na „śmieciówce”, najbardziej przedsiębiorczy szukają swego miejsca na ziemi zagranicą. Bo nie powiedziano im wszystkiego do końca: że w gospodarce na dorobku, gramolącej się z totalnej zapaści, nie będzie łatwo. I czują się oszukani, bo chcieliby już, szybko, bo takie były miraże. Zawiedzione nadzieje frustrują, miejsca pracy niedostosowane są do pobudzonych obietnicami aspiracji. Więc protest. I bolesne zderzenie: dumnych (i słusznie) z niewątpliwych dokonań architektów transformacji (elity władzy? establishment?) z zawiedzionymi (czemu się trudno dziwić), niespełnionymi, rozczarowanymi rzeczywistością. Więc rodzi się myśl: trzeba zburzyć to, co jest i zacząć wszystko od początku: lepiej, na miarę aspiracji. Odwieczna mrzonka rewolucjonistów. Więc gdyby nie pojawił się autentyczny Kukiz, trzeba byłoby Kukiza wymyślić. Bo to, co niby widać było gołym okiem, a co „starym” wydawało się jednak odległe, okazało się rzeczywistością „tu i teraz”. Dynamiczny proces pokoleniowej zmiany warty właśnie się rozpoczął, a będzie to proces szybki i nieodwracalny, choć nie bez rozczarowań i wstrząsów. Taki polski „niby Majdan”. Czy tylko polski?

Ten ferment odbieram jako zjawisko jednoznacznie pozytywne, albowiem zmiany w zarządzaniu tym wspólnym, drogocennym majątkiem, jakim jest Polska, oczekiwane są powszechnie, świadomie bądź podświadomie. Albowiem ta władza ma swoje korzenie w czasach pięknej Panny „S” i początkach polskiej transformacji, które obfitowały w ostre spory ideologiczne jakie przerodziły się w wyniszczającą wojnę polsko polską: dzisiaj, dla młodego pokolenia, zupełnie niezrozumiałą, w otaczającym nas świecie, który tak dynamicznie się zmienia – archaiczną, dziwaczną. Albowiem każda władza zużywa się podobnie jak tusz w długopisie, jak bateria w zegarku, a jej geneza w Polsce proces ten przyśpieszyła. Tyle tylko, że nie bagatelne jest, jak te zmiany będą przebiegać: destrukcyjnie, przez burzenie wszystkiego na oślep, w złości, która nie pozwala słyszeć racjonalnych argumentów, czy też z poczuciem odpowiedzialności za ogromne dobro wspólne, poprzez – niechby szybkie i zdecydowane, ale jednak – oddzielanie plew od ziarna. Plew jest wiele, ale jednak ziarna więcej.

Tak wyszło – i to jest moje wielkie zmartwienie – że ten pozytywny ferment dał o sobie znać w fatalnym momencie, bo na ostatniej prostej budzącej spore emocje kampanii wyborczej. Że istnieje niebezpieczeństwo, iż to właśnie emocje, a nie rozsądek, rozstrzygnąć mogą o polskich losach w ciągu najbliższej dekady, o naszej „twarzy” w Europie i świecie. Bo wybory prezydenckie – to nie dawanie mandatu do rozwiązywania kwestii służby zdrowia, edukacji, wieku emerytalnego czy poziomu zatrudnienia. To właśnie wybór „twarzy” kogoś, kto jakby personifikuje majestat Rzeczypospolitej, uosabia polskie państwo. Czy będzie optował za Polską bardziej otwartą i liberalną i gospodarczo i światopoglądowo, czy bardziej zamkniętą, by nie rzec ksenofobiczną? Czy będzie optował za Polską bardziej europejską, upatrującą interes kraju i dobrostan jego obywateli w szukaniu kompromisu z wielopaństwową europejską wspólnotą, czy bardziej „narodową”, odwołującą się to patriotycznych haseł, wybierającą własną drogę, co automatycznie ustawia polską politykę w kontrze do zglobalizowanej Europy, która pozostaje faktem niezależnie od tego, czy nam się ten fakt podoba, czy nie?

Jest pytanie, do której „twarzy” bliżej jest ludziom, którzy w pierwszej turze wyborów prezydenckich wzniecili ten pozytywny ferment i otrąbili początek pokoleniowej zmiany warty; z którą z nich ewolucyjne przejęcie pałeczki, bez „burzenia muru” i społecznych wstrząsów, jest bardziej wyobrażalne, realne, by nie rzec – oczywiste, bo wypływające ze sposobu postrzegania świata i otaczającej nas rzeczywistości.  O odpowiedzi na nie przesądzą rozsądek i racjonalne argumenty, bądź też irracjonalne emocje, rozumowanie, że władzę trzeba odebrać tym, którzy ją sprawują bez oglądania się na to, komu się ją powierza. No właśnie, komu.

Jak wiadomo, w drugiej turze obecnych wyborów prezydenckich są tylko dwie opcje. Pierwsza – to Bronisław Komorowski, Prezydent RP, licznych, pełnionych dotychczas wysokich urzędów państwowych nie ma co wyliczać, bo są powszechnie znane, warto może tylko przypomnieć sprawowany urząd Ministra Obrony Narodowej: na wojsku Bronisław Komorowski zna się, jak rzadko kto – fakt w trudnym czasie zagrożeń nie bagatelny. Jak każdego polityka – można Bronisława Komorowskiego lubić lub nie lubić, kilku jego cechom jako polityka nie sposób jednak zaprzeczyć nawet wobec szargania osobistej godności, inwektyw i oczywistych  kłamstw, jakie dało się słyszeć w brutalnej kampanii wyborczej. Te cechy, to – może przede wszystkim – przewidywalność: nigdy nie zaskoczył opinii publicznej jakąkolwiek zmianą wyznawanej hierarchii wartości czy opcji politycznej; a stąd i wiarygodność. To poczucie odpowiedzialności za wspólne dobro, jakim jest Polska. To samodzielność myślenia, o czym świadczy choćby mocne, choć nie powszechne poparcie ze strony politycznego zaplecza  formacji, którą współtworzył, jak też chwile „szorstkiej przyjaźni” z byłym premierem i liderem partii, z którą współrządził krajem. To odwaga podejmowania trudnych decyzji bez oglądania się na słupki popularności kiedy był przekonany, że jest to niezbędne dla dobra kraju i zapewnienia godnej przyszłości kolejnym pokoleniom, nie uleganie presji środowisk tak nawet wpływowych, jak konserwatywne skrzydło instytucjonalnego Kościoła. To rozwaga w prezentowaniu własnych opcji w kwestiach dotyczących bezpieczeństwa kraju. To konsekwentne zabieganie o konsensus przy podejmowaniu fundamentalnych decyzji dotyczących polityki państwa i o narodową zgodę. To wyborcze obietnice składane z poczuciem odpowiedzialności za budżet państwa i z dokładnym wskazaniem na źródła ich finansowania. I może jeszcze klasyczne last but not least: to po prostu przyzwoitość, tak w życiu osobistym jak „politycznym”, cecha obecnie wśród polityków niestandardowa, a cenna na wagę złota.

Druga opcja – to nominowany przez PiS, na wniosek Prezesa, Andrzej Duda, młody, dynamiczny, doktor nauk prawnych. Szlify polityczne zdobywał w Unii Wolności, po kilku latach dokonał wolty politycznej wiążąc się z PiS-em, gdzie z doradcy Klubu Parlamentarnego szybko awansował na stanowisko podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości kierowanym przez Zbigniewa Ziobro, następnie podsekretarza stanu w kancelarii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Po katastrofie smoleńskiej – współautor głośnego filmu pt. „Mgła”. Poseł na Sejm VII kadencji z krakowskiej listy PiS, z ramienia PiS obdarzony mandatem eurodeputowanego. Sympatyczny. Niezły orator. Świetnie przygotowany do prezentowania w kampanii swojej formacji politycznej w wersji soft: „jastrzębie” na okres kampanii wyborczej kompletnie znikły z pola widzenia. Jest przerażająco hojny w wyborczych obietnicach – suma ich realizacji to ponad sto miliardów PLN; źródeł ich finansowania nie precyzuje, wskazując je ogólnie i sięgając w tym po najgorsze rozwiązania wdrażana przez Wiktora Orbana (po pozytywne propozycje swego węgierskiego mistrza, bo są i takie w programie Orbana, nie sięgnął). Realizacja tych populistycznych obietnic (bo hipermarketów nie lubimy, choć wszyscy z nich korzystamy, a chciwość banków budzi powszechne na świecie oburzenie) groziła by ruiną finansów państwa, zahamowaniem trendów rozwojowych i stagnacją gospodarczą: co na to promotorzy pokoleniowej zmiany warty? Na ile w tym, co mówi i obiecuje, jest szczery? Na ile jest możliwe, że – przy swoim niewątpliwie wysokim IQ – nie zdaje sobie sprawy z konsekwencji eksperymentu, jaki proponuje dokonywać na „żywym ciele” Rzeczypospolitej i milionach jej obywateli? Z tego, że zgłaszane propozycje mają się nijak do konstytucyjnych prerogatyw Prezydenta RP? Z tego wreszcie, że z zerowym osobistym zapleczem politycznym inicjatywy swoje musiałby całkowicie podporządkować dyrektywom partyjnym? W swoich prezydenckich zapowiedziach politykę zagraniczną przykrawa na miarę IV RP, co prowadziło Polskę do coraz głębszej izolacji na europejskim politycznym forum. Tematu wojskowości unika, co jest zrozumiałe przy braku w tym obszarze kompetencji, choć groźne w sytuacji napięć i budzących niepokój zawirowań w sferze  narodowego bezpieczeństwa.

I jeszcze tylko słów kilka o wspomnianych już prezydenckich prerogatywach. Konstytucja, skrojona na miarę czasów i potrzeb, kiedy została ustanawiana, określa współrządzenie kanclersko – prezydenckie dając rządowi pełen mandat do kształtowania polityki państwa, a prezydenta wyposażając w kompetencje swego strażnika, w co wpisuje się prawo do wetowania sejmowych ustaw. To z pozoru błahe, a w rzeczywistości potężne prawo. Sięgnięcie po nie może umacniać państwo prawa, ale może też hamować niezbędne, stałe reformowanie struktur państwa, przystosowywanie go do dynamicznie zmieniającego się świata i otaczającej nas rzeczywistości. W powszechnym oczekiwaniu korzystanie z tej niezwykłej prerogatywy przez osobę sprawującą najwyższy urząd w państwie musi się wiązać z poczuciem najwyższej odpowiedzialności za wspólnotę, z samodzielnością myślenia, osobistą odwagą, politycznym doświadczeniem, rozwagą i rozsądkiem. Może jednak być inaczej: możliwe jest zjawisko sypania piachu w szprychy, co pociąga za sobą nieobliczalne dla kraju konsekwencje.

Dlatego też, mając za dni kilka zero jedynkowy wybór, będę głosował na Bronisława Komorowskiego, na drugą kadencję prezydentury wyważonej, rozsądnej i odważnej, mimo że w pełni świadom pewnych jej słabości w kadencji pierwszej. Nie będzie to w żadnej mierze równoznaczne z poparciem dla którejkolwiek formacji politycznej: przyjdzie na to pora w październikowych wyborach parlamentarnych. Będę tak głosował w najgłębszym przekonaniu, że wymaga tego żywotny interes mojego kraju, Polski; że opowiadam się za zrównoważonym rozwojem gospodarczym – utrzymaniem obecnych trendów rozwojowych, za poszukiwaniem narodowej zgody, za spokojem społecznym, za otwartością na ewolucyjne zmiany w przejmowaniu sterów państwa przez młode pokolenie Polaków świadomych swojej tożsamości, ale wyzbyte z kompleksów, nie znające barier i granicznych szlabanów, otwarte na świat, bez lęków przed „innością”.

I zachęcam wszystkich swoich przyjaciół, żeby zdobyli się na chwilę poważnej refleksji i zadumy, żeby zdali sobie sprawę, jak ważna w zaistniałej sytuacji jest ich karta wyborcza, żeby poszli do urn i zagłosowali: ani za Platformą, ani za PiS-em – żeby zagłosowali za pomyślnością Polski. A nie mam najmniejszych wątpliwości w oparciu o jakże długie  życiowe (a również i jakieś drobne polityczne) doświadczenie, że będzie to głos oddany na Bronisława Komorowskiego.        

A entuzjastom i promotorom pokoleniowej zmiany warty dedykuję fragment wiersza poety czasu przełomu, Adama Asnyka, który pasuje mi tu, jak ulał:

„…Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe  / A nie w uwiędłych laurów liść z uporem stroić głowę…” „…Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy choć sami macie doskonalsze wznieść / Na nich się bowiem święty ogień żarzy, i miłość ludzka stoi tam na straży / I wy winniście im cześć…”  

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s