Od pół roku zaniedbałem swego bloga…

Od pól roku zaniedbałem swego bloga, bo „zaczęło się dziać” i wrzucić coś szybko na facebook było prościej. Przejrzałem te notki i doszedłem do wniosku, że niektóre z nich trzeba „ocalić od zapomnienia” żeby zachować w pamięci klimaty, emocje, którymi żyłem: pamięć taka krótka… Dlatego je tu wrzucam, chronologicznie. Tak więc:

 

12.08 – z polemiki nt. opublikowanej rozmowy z prof. Jarosławem Hrycakiem, zaprzyjaźnionym z Polską ukraińskim historykiem

Prof. Hrycaka cenię bardzo wysoko, w załączonym wywiadzie powiedział kilka rzeczy (moim zdaniem) ważnych łamiąc pewne tabu – wykazując się odwagą rzetelnego badacza dziejów i krytycyzmem w odniesieniu do współczesności, co nie musi się podobać ani niektórym Polakom, ani niektórym Ukraińcom. Co nie znaczy, że niektóre konkluzje Profesora nie budzą pewnych wątpliwości. I tyle byłoby z mojej strony, gdybym nie przeczytał komentarzy z zawartą w nich polemiką. Chcę powiedzieć, że – jak na internet – elegancką, merytoryczną, bez wulgarnych „hejtów”, z ciekawymi „przyczynkami historycznymi”. A mimo to bulwersującą, szokującą stanowiskiem, jakim została wywołana.

Argumentów padło w niej bez liku, nie będę już więc ich mnożył, dla powstrzymania podnoszenia się poziomu adrenaliny wyrzucę z siebie tylko to, co mnie w niej  szokuje. A szokuje mnie nurtująca komentatora, który polemikę rozpoczął, myśl o wzniesieniu muru (między Polakami i Ukraińcami) miast podania im ręki. Ta myśl – i wszystko, co wynika z jej dalszego rozwinięcia – nurtuje Szanownego Komentatora w oparciu o jedyną w gruncie rzeczy przesłankę: „oni” dokonali na Polakach bezprzykładnego okrucieństwa i dotychczas za to się, jako naród, nie pokajali. Bez zdefiniowania owych „onych” w kontekście 60. milionowego narodu, ze względu na „bieg historii” – wyjątkowo zróżnicowanego w swojej wrażliwości i pamięci historycznej. Bez refleksji, że miało to miejsce trzy pokolenia wstecz, w innej rzeczywistości historycznej, w innych politycznych klimatach, w całkowicie innych, dzisiaj niewyobrażalnych realiach społecznych. Bez wzięcia pod uwagę „historycznej niewiedzy” współczesnego pokolenia młodych Ukraińców (za co nie oni ponoszą winę); ani niewyobrażalnych wyzwań, z jakimi borykają się w swojej codzienności wobec groźby utracenia dopiero co odzyskanej suwerenności; ani też doniosłego, nieodwracalnego procesu zmiany mentalnościowej Ukraińców w okresie minionej dekady (dwa wielkie narodowe zrywy / „Majdany”), na skutek których po raz pierwszy w swojej trudnej historii jawią się jako „naród polityczny”. W sytuacji globalnego dla Europy (czy tylko?), wielopłaszczyznowego zagrożenia odradzającą się imperialną Rosją aspirującą do narzucenia nowego ładu z dominującym w nim prawem pięści; zagrożenia generującego wyzwanie, jakie stoi przed europejską demokracją – wyrwania Ukrainy spod politycznych wpływów Rosji. Wobec chwiejącej się, stojącej na rozdrożu Europy, trudno radzącej sobie sama z sobą, a jeszcze trudniej z wyłaniającymi się coraz ostrzej wyzwaniami i zagrożeniami z zewnątrz: imperialna Rosja, to tylko jedno z nich. Wyliczać można by długo, a radykalny islam, niewyobrażalnie wzrastająca fala uchodźcza, wzmagający się terroryzm, to tylko wierzchołek góry lodowej.

Wysoko cenię sobie tolerancję i otwartość na różnorodne postrzeganie świata, atoli w świetle tego, co skreśliłem wyżej, a jest to przecież jakaś „oczywista oczywistość”, samo stawianie dylematu „mur” czy „podanie Ukrainie / Ukraińcom ręki” wydaje mi się zupełnie niepojęte, bo nie tylko radykalnie polonocentryczne, ale jakby ten polonocentryzm wsiadł do wehikułu czasu i pożeglował co najmniej siedem dekad wstecz. Szczyptę nadziei budzi tylko przekonanie, że „mury” nie pozostaną wizytówką trudnego czasu przełomu, w jakim żyjemy, i że fundamentalne przesłanie zarówno chrześcijaństwa, jako jednego z filarów naszej cywilizacji, jak i laickiej międzyludzkiej solidarności przetrwa próby upartego trwania w trujących oparach mrocznej przeszłości.

08.09 – Fala uchodźcza przechodzi w tsunami

Wobec dziejącego się na naszych oczach dramatu kilkoro moich przyjaciół zadaje mi  pytanie, które w uproszczeniu brzmi: „co robić, co myśleć, co dalej?” To niezwykle zobowiązuje i chciałoby się dać jakąś mądrą odpowiedź, a odpowiedzi tragicznie brak. Bo ten kryzys narastał latami, jak nie dziesiątkami lat. Niezwykle złożone meandry globalnej polityki (zdolny jestem postrzegać, i to mgliście, tylko wierzchołki tych gór lodowych, jak mi się uda nieco tę mgłę rozwiać, spróbuję się z tym zmierzyć na moim blogu) spowodowały nieprawdopodobną zawieruchę na wielkim obszarze zawsze zapalnego Bliskiego Wschodu. Trwająca tam od dwóch lat wojna pochłonęła więcej śmiertelnych ofiar (ok. 300.000) niż trwające 65 lat, dramatyczne zmagania palestyńsko – izraelskie, jej okrucieństwo przekracza wszelkie wyobrażenia.

No i stało się, tama pękła. Rozpoczął się exodus, prawdziwa wędrówka ludów, które wbrew wszystkiemu przerzuciły wąskie kładki nad przepaścią dzielącą świat brutalnej wojny, nędzy, wykluczenia od świata niewyobrażalnego dobrobytu, bezpieczeństwa i stabilności. Giną w tych przepaściach (zginęło po drodze już tysiące ofiar), a mimo to idą. I – obawiam się – będą szli nadal, mimo budowanych murów, zasieków i szlabanów. To, patrząc z lotu ptaka, zła wiadomość, a można było tego uniknąć, gdyby w naszym świecie dobrobytu nie umykały nam fundamentalne wartości, na których ten dobrobyt budowaliśmy; gdyby „mieć” systematycznie, od lat, nie wypierało „być”. Teraz już pozostało nam tylko tzw. zarządzanie kryzysem, tyle tylko, że takim kryzysem nikt jeszcze nigdy nie zarządzał: wyzwanie na miarę herosa. A w tej masie ludzkiej idą różni – dobrzy i źli, nędzarze, wykluczeni, ale również bogaci, także potencjalni terroryści (to zadanie dla służb i procedur). Także – a jestem przekonany, że tych jest jednak większość – ludzie, którzy przeszli przez piekło, którzy widzieli śmierć swoich bliskich, którzy – ryzykując życie – nie ryzykują wiele, bo uchodzą ze skrawka ziemi, gdzie takie ryzyko było ich codziennością. I tylko to jest faktem „na dziś”, wyzwaniem nie dla polityków, a dla ciebie, dla mnie.

Mam pytanie do tych, którzy „hejtują” w internecie, którzy montują jakieś układanki ze strzępów zaczerpniętej z gazet politycznej wiedzy (raczej totalnej niewiedzy), którzy Rejtanem się kładą przed wpuszczeniem do swego sąsiedztwa „dziczy”, czarnuchów, islamistów: czy widzieli kiedyś z bliska uchodźcę, czy zajrzeli mu w oczy? (Podobnie, czy szalejący w internecie, przy okazji tej kolejnej fali nienawiści, antysemici widzieli kiedyś w swoim życiu Żyda?) To oczywiste, ani świata nie zbawimy, ani nie zapewnimy szczęścia wszystkim, którzy go pragną, a wyjścia innego nie mamy jak to, żeby rozwiązanie tego dramatycznego problemu uchodźczej fali pozostawić politykom i ich kunktatorskim targom, konferencjom na szczycie, procedurom, kwotom – choćby i z niewielką nadzieją, że problemowi sprostają, że zdobędą się na decyzje przekraczające narodowe egoizmy. Pozostają jednak te nieprawdopodobnie smutne oczy uchodźcy, nie tylko dziecka – oczy, w których teraz każdy z nas się przegląda. Pozostaje nasza empatia wobec jego losu, nasze współczucie wobec dramatu, przez który przeszedł, wobec jego wygnania, samotności, wyzwań, jakie przed nim stoją w świecie mu obcym i niekoniecznie życzliwym. Pozostaje nasze chrześcijaństwo, jeśli się z nim identyfikujemy; odrobina naszego człowieczeństwa.

Chcę powiedzieć, że chylę czoła przed Niemcami, którzy – solidaryzując się z polityczną decyzją swojej Kanclerz – oklaskami witali uchodźców na monachijsim dworcu i nie szczędzili drobnych prezentów uchodźczym dzieciom; pewien jestem, że będzie im to „historycznie” zapamiętane, choć zdaję sobie sprawę, że byli to ci „dobrzy Niemcy” i że są również ci „źli, narodowi” – jak wszędzie. I mogę mieć tylko nadzieję graniczącą z pewnością, że w podobnej sytuacji – jeśli by władze mojego kraju zdobyły się na podobne zdanie egzaminu z historycznej pamięci – znalazła by się na warszawskim Dworcu Centralnym spora grupa moich rodaków nie szczędzących przybyszom gestów solidarności, choć na sąsiedniej ulicy czekał by na nich wrogi tłum „prawdziwych Polaków”. Ciekaw jestem (drżę z niepewności), w której grupie dostrzegł bym więcej znajomych twarzy…

10.09 – Fala uchodźcza… – w reakcji na komentarze  

Drodzy, jakże liczni Komentatorzy mego ostatniego wpisu dotyczącego dramatu, jaki dokonuje się na naszych oczach: wielkie dzięki za Wasze ciepłe słowa, te pod moim adresem zdecydowanie przesadne. Jest jednak dla mnie najważniejsze, że coś bardzo ważnego z nich wynika, a to mianowicie, że WARTO! Kiedy ułomności wieku zmuszają do wycofywania się z autentycznej, codziennej aktywności (choć żal!), warto choćby dzielić się myślą, niechby i emocją, dotyczącą spraw ważnych, z którymi nieuchronnie konfrontuje nas rzeczywistość, musimy bowiem w tej konfrontacji dokonać samookreślenia, zdefiniować, jacy jesteśmy.

Wasze komentarze są dla mnie źródłem nadziei, że na tym wirtualnym warszawskim Dworcu Centralnym z mojego wpisu zjawiłoby się wielu ludzi dobrej woli, wrażliwych na człowieczy los, którzy witaliby uchodźców. Wbrew wrzaskom nienawistników. Wbrew hiobowym prognostom  mówiącym o inwazji islamu, kulturowej zapaści, końcu Europy, a nawet groźbie wysadzania w powietrze przez terrorystów polskich niemowląt – a mówi to nie byle kto, bo znany konserwatywny polski polityk eksponujący swoją chrześcijańską tożsamość. Wbrew inspirowanym z zewnątrz lękom – absurdalnym, nie uzasadnionym niczym poza wyrywanymi z kontekstu fragmentami jakichś raportów czy statystyk. Wbrew PR-owskiemu chwytowi węgierskich służb specjalnych, które kazały policjantom chroniącym granicy przed uchodźczą inwazją, założyć na twarz higieniczne maseczki. Maska ze sterylnej gazy na ustach – to ochrona przez infekcją, epidemią, zarazą. Budzi lęk. Kojarzy mi się to z nazistowskimi plakatami z sylwetką Żyda w chałacie i jarmułce oblepionego wszami. Przerażające i obrzydliwe. I zapytuję, gdzie tu choćby śladowe odpryski europejskich wartości, chrześcijańskiej etyki, choćby odrobiny ludzkiego współczucia czy empatii, bo akurat, w tej telewizyjnej migawce, po drugiej stronie kordonu widoczne są kobiety i przerażone twarze dzieci.

A wczoraj otrzymałem na wspaniałym, a równocześnie strasznym fb taki bit informacji: otóż przyjęcie teraz 10.000 uchodźców grozi nam – wobec płodności Muzułmanów – powiększeniem się liczebnym tej diaspory w ciągu 20 lat do 60.000. A to już z kolei stanowi bardzo poważne wyzwanie dla naszej tożsamości, narodowej wspólnoty, europejskich wartości. Wywód – znacznie dłuższy, bo postulujący również nacjonalizację wszystkiego, co zagraniczne i zbudowanie na tej bazie polskiej potęgi gospodarczej – napisany jest spokojnie, rzeczowo, bez „hejtów”. Pomijam tu ten jeżący włos na głowie wątek ekonomiczny, chcę dotknąć tylko równie absurdalnej dywagacji dotyczącej uchodźców, bowiem wpisuje się ona w często obecny w internetowych wpisach lęk o islamizację Polski, Europy. I tak, w tym konkretnym przypadku: czterdziestomilionowa wspólnota w konfrontacji z sześćdziesięciotysięczną diasporą, tj. proporcja 99,85 procent w stosunku do półtora promila. Jeśli ta dominująca większość nie potrafiłaby obronić przed śladową mniejszością swoich wartości – wartości niepowtarzalnej, wielkiej cywilizacji, która dała światu więcej niż każda inna w całej historii ludzkości; jeśli nie potrafiłaby pokazać atrakcyjności tej cywilizacji i przekonać do niej w bardzo prosty i jedynie skuteczny sposób – poprzez okazanie wierności jej wartościom (poszanowanie niezbywalnych praw jednostki, korzystanie z wolności z poczuciem odpowiedzialności za nią, wzajemny szacunek, poważne traktowanie rodziny i wynikłych z jej założenia zobowiązań – i tak można by długo snuć), znaczyło by to, że jej wewnętrzna destrukcja przekroczyła punkt krytyczny, że unicestwiła się ona sama. Co prowadzi do konkluzji, że autorzy takich wywodów mają poważny kłopot z matematyką i – co znacznie bardziej groźne – ulegli totalnej atrofii w odniesieniu do wiary w człowieka.

Przyznam, że lękam się powielania w internecie takich wywodów znacznie bardziej, niż skutków udzielenia gościny umęczonym ofiarom katastrofy humanitarnej, która tym razem znalazła się przed naszymi drzwiami: dotychczas nasze trzy minuty współczucia ograniczał czas migawki telewizyjnej, choćby ostatnio z Nepalu. Bo jak wiadomo, nawet największy absurd uparcie powtarzany, jawi się w powszechnym odbiorze jako niepodważalna prawda.

Pozdrawiam serdecznie

16.09 – List do Hanki: w kwestii lęków

Otrzymałem od swojej młodej przyjaciółki (nazwijmy ją Hanka, bardzo lubię to imię) poruszający list. Hanka jest osobą empatyczną, niezwykle wrażliwą na Los Człowieka. Napisała mi o swoim głębokim współczuciu dla tych, którzy uchodzą przed śmiercią i prześladowaniami, a równocześnie o paraliżującym ją lęku – o rodzinę, o dzieci, o przyszłość. Odpisałem Hance zapewniając ją o pełnym zrozumieniu, a równocześnie dzieląc się swoimi lękami. Kiedy przeczytałem tę naszą wymianę korespondencji przyszło mi na myśl, że Hanka nie jest odosobniona w swojej rozterce, że jest dzisiaj w Polsce tysiące wrażliwych istot zmagających się z dylematem: współczucie, racja moralna a nurtujący lęk. I tak zrodziła się myśl kolejna: żeby wrzucić to swoje spojrzenie na lęki na swój internetowy profil. Nie wiem czy słusznie, ale z nadzieją, że ta konfrontacja lęków może być komuś w nieuniknionych dzisiaj rozterkach pomocna. A oto i moja odpowiedź na list Hanki:

Droga Haneczko,
Doprawdy, poruszający jest Twój list. Jakom rzekł – odpisuję, choć nie będzie to łatwe, bo nie tylko rozumiem Twoje lęki, ale – w odległym widzeniu – w jakiejś mierze je podzielam, choć formułuje je inaczej. Bo lękamy się zwykle tego, czego nie znamy. A ostatnie wydarzenia wskazują na to, że świat będzie się zmieniał szybciej, niż ktokolwiek to przed rokiem jeszcze przewidywał i nie ma chyba dzisiaj takiego mędrca, który mógłby przewidzieć, jak te zmiany będą przebiegać i do czego prowadzić.

Mówi się o takiej sytuacji, że „wymknęła się spod kontroli”. Gdzie były służby, wywiady, politycy? Bo proces kolejnej „wędrówki ludów” trwał przecież od dawna: niejednokrotnie dzieliłem się takimi refleksjami na swoim blogu ja, amator, szary zjadacz chleba. Jak światowi przywódcy mogli nie przewidzieć, dysponując pełną wiedzą o  narastającym kryzysie humanitarnym w destabilizowanym, zawsze wybuchowym rejonie Bliskiego Wschodu, że będzie on katalizatorem, który tę „wędrówkę” tak dramatycznie przyspieszy? Tego nie rozumiem. I stało się. Wąska kładka między głodnym Południem i sytą Północą zamieniła się w autostradę. A wiadomo, autostradą przemieszcza się szybko, masowo i raczej bez kontroli.
Ja, Haniu, nie lękam się zmian, bo od dawna godziłem się z myślą, że są nieuniknione: lękam się ich tempa, ich niekontrolowanej dynamiki, albowiem jesteśmy na nie mentalnie nie przygotowani. Lękam się dramatycznych wstrząsów społecznych. Lękam się braku światowego przywództwa o szerokich horyzontach, dalekiej wizji i odwadze podejmowania trudnych i niepopularnych decyzji. Lękam się karłowatych, populistycznych polityków ulegających tzw. opinii publicznej kształtowanej przez lęki irracjonalne, które niekiedy sami inspirują dla rozgrywania partykularnych politycznych potyczek.

Nie lękam się islamu, mającego na świecie ponad miliard wyznawców pragnących przede wszystkim – jak większość istot ludzkich – bezpieczeństwa i godnego bytu. Lękam się islamskiego fundamentalizmu, nie mniej zresztą, niż każdego innego, z rodzimym włącznie. Lękam się języka nienawiści, który ten fundamentalizm kształtuje, podsyca go, po prostu karmi.

Nie lękam się nawet wzmożonych aktów terroryzmu: brakowało nam dotychczas wyobraźni, żeby zdać sobie sprawę z tego, że od dawna żyjemy w jego bezpośrednim zagrożeniu i w dającej się przewidzieć przyszłości nic się tu nie zmieni, choć myślę, że ta zaraza XXI wieku jest do opanowania podobnie jak okazały się do opanowania zmory ubiegłowiecznych totalitaryzmów. Lękam się braku elementarnej międzynarodowej solidarności, żeby się im przeciwstawić – znów ze względu na miałkie partykularne interesy w politycznych przetargach.

No i nie lękam się uchodźców, ludzi dotkniętych strasznym losem, dla nas niewyobrażalnym. Lękam się o uchodźców, którym możemy zgotować piekło. Lękam się braku pomysłu na „zarządzanie” tą – na razie „tylko” – milionową masą ludzką, która już się przemieszcza i szuka swojego bezpiecznego miejsca na ziemi. Nie ulega wątpliwości, że to „zarządzanie” – to przede wszystkim zdefiniowanie rzeczywistych przyczyn tego dramatycznego exodusu i skuteczne wdrażanie ich likwidacji. To żmudna droga, na lata, a bardziej jeszcze – na dekady.  A dzisiaj my, szarzy ludzie, stoimy wobec problemu wykluczonego Człowieka, który nam zagląda w oczy. Wobec racji moralnej, nawet jeśli w jej wyborze przeszkadza nam – doprawdy, w perspektywie „dziś i jutra”  niczym nieuzasadniony, inspirowany „hejtem” bądź ignorancją – lęk.

Lękam się wszelkiego „hejtu”, walczę z nim, jak tylko i gdzie tylko mogę, bo to droga do społecznej katastrofy, pomijając już podłość, jaka leży u jego podłoża (albo totalna głupota – nie wiem już, co gorsze). Lękam się katastrofy wizerunku nas jako wspólnoty, jako narodu – łatwo ten wizerunek zniszczyć, rekonstrukcja zajmuje lata. Lękam się swojej, Twojej bezsilności wobec wielkich, globalnych problemów i wyzwań, których rozwiązanie leży w niepewnych rękach światowych politycznych decydentów.

Wszystkie te lęki nie burzą jednak mego głębokiego przekonania, że tak Ty jak ja mamy ogromny wpływ na otaczającą nas rzeczywistość, tą bezpośrednią, zaglądającą nam w okno. Przypomnę Ci fragment Miłosza:

„… Nie jesteś jednak tak bezwolny

Bo choćbyś był jak kamień polny

Rzeka od tego kształt swój zmienia

Po jakich toczy się kamieniach…”

Więc to kwestia naszego wyboru. A jak wybrać – podpowiada nam z kolej Władysław Bartoszewski: „…Warto być przyzwoitym…”. Dodam: jeśliby nawet miało to coś kosztować.

Bardzo pięknie Cię pozdrawiam

15.10 – Ostrzeżenie przed pasożytami

Obawiam się, że z tego, co wpuszczam w fb, rysuje się obraz takiego nawiedzonego, co to nie stąpa po ziemi, a tylko mu w głowie jak nie Ukraina, to uchodźcy czy Europa. Nic bardziej mylnego: zapewniam o tym, że stąpam – przeżywam wiele  radości (choćby wnuki i niepowtarzalne kolory jesieni), borykam się z codziennymi kłopotami (tu spuszczam zasłonę). Nic jednak poradzić na to nie mogę, że przywarły do mnie takie jakieś okulary, które nie pozwalają nie widzieć co się w tym coraz bardziej rozedrganym świecie wydarza i jakie ma to przełożenie na wydarzenia w mojej wspólnocie, z którą związany czuję się każdą tkanką, na dobre i na złe.

Tak więc, sprawa uchodźców znikła z czołówek medialnego przekazu, bo się opatrzyła i dla reklamodawców przestała już być atrakcyjna, a przecież to dopiero początek i ważyć będzie na naszym życiu coraz intensywniej. Atoli odbija się wciąż jakże bolesną czkawką. Na przykład wczoraj, w przededniu ogłoszonego na dziś (przez 131 wiodących ośrodków kultury i najbardziej znanych fundacji) Dnia Solidarności z Uchodźcami, dowiedzieliśmy się z ust czołowego polskiego polityka, który przymierza się do przejęcia sterów polskiego państwa, że grozi nam w związku z prawdopodobnym przyjęciem w 2016 garstki uchodźców nie tylko islamizacja kraju i akty terroru – grożą nam również przywiezione przez nich pasożyty i robaki. Koszmar to jakiś senny czy rzeczywistość? Z jakiej epoki ten język podstawiający uchodźcę pod Żyda, a pasożyty pod wszy? Jaką gębę pokazuje światu ta moja wspólnota, a zatem i fragment mojej gęby? Krzyczę więc, gdzie mogę, również tutaj, jeśli już dałem się wplątać w to medium społecznościowe; krzyczę w bezsilnym proteście przeciwko dorabianiu mnie, Polakowi, tak potwornej gęby, przeciwko tak cynicznemu odwoływaniu się do najniższych instynktów współobywateli, przeciwko graniu na ludzkich lękach, inspirowaniu hejterskich bluzgów ze strony tych, którzy czekają tylko na kolejny motyw dla wyładowania swoich agresji, z którą nie umieją sobie inaczej poradzić –  za domniemanych kilka wyborczych głosów. Krzyczę i zachęcam do krzyku, bo nie tędy droga w debacie na temat uchodźczego dramatu i przyczyn nasilającej się, migracyjnej wędrówki ludów, niezależnie od tego, jakie mamy na ten temat zdanie – nie językiem nienawiści i podłych, prymitywnych insynuacji. Powtarzam uparcie: nie lękam się uchodźców, a obojętne przejście wobec ich dramatu, to zupełnie tak, jak obojętność wobec powodzian czy ofiar trzęsienia ziemi. Lękam się o uchodźców, o los, jaki może ich czekać na „gościnnej, polskiej ziemi”; lękam się o nas, o moją wspólnotę, o to, jaką się ujrzy w lustrze, w które od czasu do czasu nie da się nie spojrzeć.

Jeżący się włos tylko trochę opada, kiedy się postrzega, że nawet największe zło rodzi jakieś dobro. Tak stało się i tym razem. Postrzeżenie dramatycznego stanu społecznej świadomości w odniesieniu do uchodźczego problemu zmobilizowało  wiele środowisk do podjęcia intensywnej debaty nad zmianą tego stanu rzeczy i głos tej debaty zaczyna docierać do czynników państwowych. To już nie tylko ci działacze pozarządowi, dla których problem istniał zawsze, choć i tu nastąpiła znaczna mobilizacja, choćby w opiniotwórczej „Grupie Zagranica” (koalicja 62 najbardziej znanych NGOs). To również wiodące środowiska kultury i nauki, we wszystkich polskich wielkich miastach; w Warszawie – debaty w Centrum Dialogu Społecznego, w Muzeum POLIN, w Teatrze Polskim, w Zachęcie – i nie tylko. To wyzwanie na lata, ale jakże dobrze, że wreszcie zostało podjęte, że coś drgnęło. Ostatnie z tych znaczących spotkań (z udziałem niemieckiej minister ds. migracji i integracji, tureckiego pochodzenia, wiary muzułmańskiej), w którym uczestniczyłem, zakończone zostało przez jego moderatora odczytaniem mało znanego wiersza mało znanego autora – a tak bardzo na czasie. I pozwalam sobie – z okazji dzisiejszego Dnia  Solidarności – ten wiersz tu przytoczyć:

Ballada o emigrantach

Baran Józef

budzą się w środku nocy

odcięci od pępowiny ojczyzny

z zakneblowanymi ustami

nie czując ziemi pod stopami

jeszcze przez chwilę

majaczą w nich

zatopione titaniki dzieciństwa

jest już po transplantacji języka

transplantacja mózgu trwa

tylko przeszczep serca wciąż się nie udaje

i choć stare za duże

pewnie przyjdzie z nim umrzeć

z oczu opadają im łuski i pojmują

że prawdziwym przeznaczeniem

jest nieustanne wygnanie

z miejsc kolejno oswajanych

począwszy od zaklętego widnokręgu dzieciństwa

dojrzewanie do myśli

że śmierć jest też emigracją

za ostatnią granicę ciała

Sztokholm, wrzesień 1995

15.11 – Po paryskiej traumie

Brak na moim profilu francuskiej flagi ze spływającą po niej łzą – to tylko skutek mojej niewiedzy, jak to zrobić, żeby była. Na deklarację tego, że to, co stało się 13 listopada, strasznie boli, że to również mój dramat, że chciałoby się wyrazić po tej tragedii solidarność z Francją i bliskimi ofiar tej barbarzyńskiej zbrodni we wszelki możliwy sposób, szkoda słów, bo to przecież oczywiste. To kolejny cios zadany Europie przez potwora, który zajął miejsce ubiegłowiecznych totalitaryzmów, przez międzynarodowy terroryzm (kolejny, bo po Londynie i Madrycie, a obawiam się, że nie ostatni).

Ból jest tym  większy, a dramat tym głębszy, że cios wymierzony został celnie. Bo cel masowej zbrodni na niewinnych ofiarach – to posianie paraliżującego lęku, totalne odebranie poczucia bezpieczeństwa, a równocześnie drastyczne pogłębianie islamofobii, wzbudzanie nienawiści, która ma powodować ślepy, emocjonalny odwet, a ten z kolei daje pretekst do kontrataku. Spirala się wydłuża, potężnieje, co taktycznie służy globalnej strategii terroryzmu – burzenia wszystkiego, co stabilne, globalnej destrukcji. Rozumiem lęk mieszkańców Paryża przed kolejnym atakiem – wszyscy mamy ten lęk w genach, a odwaga jest niczym innym, jak zapanowaniem  nad nim. Nie każdego na to stać i to jest takie ludzkie. Moje przerażenie budzi ten lęk, który udzielił się wiodącym politykom, a jeszcze bardziej – cyniczne manipulowanie tym lękiem przez polityków, którzy uznają, że europejska dezintegracja i radykalizacja społecznych nastrojów (wzrost popularności ruchów nacjonalistycznych) leży w ich interesie.

To droga ku przepaści, której od dawna się lękałem, a dając temu wyraz nie sądziłem jednak, że ta przepaść jest tak blisko. I niedługo czekałem na postrzeżenie, że „paryski” cios zadany przez barbarzyńskich zbrodniarzy był celny, że najbardziej przerażający mnie senny koszmar może stać się rzeczywistością. „Danse macabre” wokół Vladimira Putina na szczycie G20, zabieganie o wsparcie tego, który zaledwie przed kilkunastu miesiącami zakwestionował cały powojenny ład międzynarodowy, złamał wszystkie pakty i konwencje uchwalane przez siedem dekad dla utrwalania światowego pokoju i bezpieczeństwa – to przecież prosta droga do Jałty bis, bo wsparcie musi kosztować, a Rosja w jej imperialnym kształcie wystawia wysokie rachunki. A gdzie Ukraina, a gdzie wobec tego nasze gwarancje bezpieczeństwa?

Na innym piętrze: wręcz histeryczny w całej Europie wzrost lęku przed uchodźcami, przed tymi, dla których wydarzenia podobne do tych z 13 listopada w Paryżu były codziennością i którzy właśnie przed tą makabryczną codziennością uchodzą i szukają schronienia. Towarzyszy temu powszechny wzrost ksenofobii, islamofobii, poparcia dla budowy murów i zasieków, granicznych szlabanów, umykające wszelkiemu „racjo” upatrywanie w środowisku uchodźczym inkubatora terroryzmy – wybór drogi wiodącej prosto ku tej przepaści, od której nie będzie odwrotu, ku rozmontowywaniu europejskiej solidarności, konceptu Schengen, a w konsekwencji – całego „europejskiego marzenia” wielu pokoleń mieszkańców Starego Kontynentu.

A na jeszcze innym piętrze – własne podwórko: jakieś straszne głosy dochodzące z dopiero co powołanego parlamentu, dopiero co zaprzysiężonego gabinetu, przerażające ksenofobią adresowaną nie tylko do uchodźców – również do naszych najbliższych unijnych partnerów. Riposta polskiego ministra stanu w odpowiedzi na ostry, nie mieszczący się w języku dyplomacji, choć uzasadniony komentarz wobec stanowiska Polski dotyczącego problemu uchodźców, przywołująca zbrodnie niemieckie w Polsce w okresie wojny, burzy w ciągu jednej chwili wiarygodność misternie budowanego przez najwybitniejszych polskich polityków ostatniego ćwierćwiecza pojednania polsko-niemieckiego, fundamentu polskiej racji stanu i polskiego bezpieczeństwa. Jest równocześnie największym może sukcesem „paryskich” zbrodniarzy, bo wpisuje się tłustym drukiem w rozbicie europejskiej jedności i powrót do narodowych antagonizmów i egoizmów. Słysząc historyczne dywagacje Pana Ministra, brzęk jego szabli, bezprzykładną głupotę jego wypowiedzi w stosunku do polskiej racji stanu drżę już nie tylko o los garstki uchodźców, którym obiecaliśmy gościnę i bezpieczeństwo, i nie tylko o realizację polskich deklaracji  solidarności w walce ze wspólnym śmiertelnym zagrożeniem – terroryzmem. Drżę o losy mojego kraju i to już w nieodległej przyszłości.

Napisałem wyżej: chciałoby się wyrazić po tej tragedii solidarność z Francją w obliczu jej tragedii – barbarzyńskiej zbrodni – we wszelki możliwy sposób. I zastanawiam się, jak to zrobić w świetle tego, co wyżej, tak, żeby moja deklaracja nie kończyła się na słowach. I myślę sobie, że jedyne, co zrobić mogę (to bardzo mało, ale choć tyle) – to iść pod prąd wzrastającym słupkom poparcia dla polskich polityków i formacji, które – bazując na ludzkich lękach – promują ksenofobię i narodowy egoizm. To promować gdzie tylko jest to możliwe dramatyczny apel Amnesty International „Solidarność zamiast nienawiści”. To przykleić na szybie samochodu wielkimi literami napisane „Solidarny z uchodźcami”. To wykorzystać każdą okazję międzyludzkich kontaktów, każdą rozmowę, do rozwiewania, a choćby obniżania poziomu irracjonalnych lęków, do mierzenia się z ignorancją, manipulowaniem wyrwanymi z kontekstu faktami, do wskazywania na realne zagrożenia stojące tak przed Polską jak Europą – gwarancją nie tylko naszego dobrobytu, ale również naszego fundamentalnego bezpieczeństwa. To wskazywać na wyzwanie, jakie stoi nie tylko przed Polską: zapewnienie publicznego bezpieczeństwa bez szkody dla praw człowieka, niezbywalnych praw każdej istoty ludzkiej. To dawać odpór wszędzie, gdzie to możliwe, fałszywemu, demagogicznemu, sprzecznemu z konstytucją Rzeczypospolitej hasłu „Polska dla Polaków”, promując inne, zgodne z jej pierwszym paragrafem „Rzeczpospolita Polska dla wszystkich swoich obywateli”. I dla tych, którym w majestacie prawa i zgodnie z tradycją, którą się szczyci, udziela swojej gościnności.

Rzecz Pospolita, to znaczy Wspólna. Również moja. Polska. Otwarta, solidarna, przyjazna, europejska. Losie dobry, który przywrócił nam cudem suwerenność, który sprawił sąsiedzkie pojednania, który wyciągnął nas w ciągu jednego pokolenia z wiekowej, cywilizacyjnej zapaści: mimo wszystkich symptomów wskazujących na to, że schodzimy ze szlaku – trwaj!

8.12 – Klimaty z polskiego PEN

Zaproszony zostałem przez mego ukraińskiego przyjaciela, Andrija Pavlyszna, na uroczystość wręczenia mu prestiżowej nagrody polskiego PEN-clubu za liczne tłumaczenia wielkiej literatury polskiej na język ukraiński. Okazało się, że trafiłem z tej okazji na wielką galę na Zamku Królewskim – obchody 90. rocznicy polskiego PEN i przeżyłem kilku „doznań”, których nie sposób nie utrwalić w pamięci. Pierwsze – to wielkie rocznicowe przemówienie aktualnego prezesa PEN, Adama Pomorskiego, przypominające humanistyczne wartości, jakie leżą u podstaw międzynarodowego PEN, a których polski PEN konsekwentnie i z uporem bronił przez wszystkie historyczne zawieruchy od czasów jego „ojca – założyciela” Stefana Żeromskiego poprzez czasy brunatnej przemocy, stalinowskiej indoktrynacji, PRL-owskiej glątwy z jej erupcją w 68-ym, mrocznej nocy lat 80-tych. Ani słowa o polityce, a słuchało się tego przez pół godziny jak współczesnej poezji odnoszącej się do polskich turbulencji, jakie wszyscy przeżywamy. A po przemówieniu Prezesa głos zabrał Profesor Wicepremier Minister Kultury i to było tak, jakby przejść z sali Filharmonii Narodowej, gdzie rozbrzmiewają dźwięki V Symfonii, do wiejskiej zagrody, na chłopskie wesele, gdzie już nad ranem lokalny harmonista raczy gości pikantnymi kupletami.

Po uroczystości był szampan i nieoczekiwane spotkanie z wieloma wspaniałymi ludźmi pióra, którzy w latach rodzącej się dopiero co polskiej Amnesty International, na apel nikomu nie znanego jej prezesa, wsparli ją całą mocą swego autorytetu – z  ówczesnym prezesem PEN, Jackiem Bocheńskim, sekretarzem – Panią Anną Trzeciakowską, zasłużonym tłumaczem klasyki angielskiej, wielką w owym czasie przyjaciółką AI (a kto pamięta dawno już zmarłego prof. Witolda Trzeciakowskiego, zasłużonego senatora pierwszej kadencji polskiego parlamentu, któremu miałem zaszczyt „robić” żoliborską kampanię – obok Jacka K. – przed historycznymi wyborami 4 Czerwca?), z wieloma innym wspaniałymi ludźmi PEN-u, których nie sposób wymienić. Były wspominki wspólnych akcji w Łazienkach Królewskich zbierania podpisów w obronie rozsianych po całym świecie więźniów sumienia, wspólnych spotkań i konferencji.

A już wychodząc natknąłem się na plotkującą „przy lampce” grupę starych  znajomych, w latach 70. – 80. działaczy opozycji „z wysokiej półki”, animatorów tych na najwyższym poziomie podziemnych wydawnictw (NOWa, „Nowa Europa Wschodnia”). Dołączyłem na chwilę i oto, co słyszę (ci dwaj zawsze słynęli z dystansu i poczucia humoru). P. do M.: „Słyszałem, że lecisz do Moskwy; mam dla ciebie aktualny namiar na Centrum Saharova i Memoriał”. M. w odpowiedzi: „To co, zaczynamy od początku?”

16.12 – Najgorszy sort      

No cóż, dowiedziałem się z ust Prezesa J.K., podobnie jak miliony Polaków, że zdradę mam w genach i że w związku z tym przynależę do gorszego sortu Polaków, no a później jeszcze, że cała Polska ze mnie się śmieje, bo jestem komuchą i złodziejem – bo „geny zdrady” to jakby za mało. Nie zareagowałem niezwłocznie –  Konstytucja mnie do tego nie zobowiązuje, musiałem ochłonąć. I przemyśleć sprawę tej swojej nieoczekiwanie nowej tożsamości – zdrajcy, komuchy i złodzieja. W pierwszej chwili postanowiłem się obrazić, ale wkrótce przyszła druga myśl, że w ten sposób potraktowałbym słowa Prezesa J.K. poważnie, podczas gdy przekraczają one granice absurdu i na takie potraktowanie nie zasługują. I że w gruncie rzeczy on mnie wcale nie chciał obrazić. Prezes J.K. – realizując swoją „od zawsze” strategię nie uznawania państwa, które funkcjonuje niezgodnie z jego wizją i kwestionując „prawdziwą polskość” jego obywateli, którzy tej wizji nie podzielają –  chciał mnie i miliony Polaków po prostu moralnie zdyskredytować, publicznie zeszmacić, pozbawić te łachy moralne prawa do wypowiadania się w polskich sprawach. Przesadne i absurdalne jest, oczywiście, mówienie o  jakimkolwiek totalitaryzmie, ale o myśleniu Prezesa J.K. w kategoriach totalitarnych – już tak. „Innego” trzeba wyeliminować, bo szkodzi w realizacji jedynie słusznej myśli, koncepcji, wizji; niedawno słyszeliśmy przecież o zagrożeniu afrykańską czy azjatycką zarazą w związku z napływem uchodźców…

Tym razem jednak pomysł zawiódł, zwierzęcy instynkt władzy rodem z prawa dżungli przyćmił nieco widzenie wytrawnego stratega. Żelazna kurtyna, którą Prezes J.K. podzielił Polaków na mądrych i głupich, prawdziwych i fałszywych (jakby dotychczasowych podziałów było mało) opadła z takim hukiem, że Polskę prawdziwie przestraszyła. Co więcej – wyostrzyła postrzeganie lawiny zamachów na praworządność obserwowaną w ciągu pierwszego miesiąca nowej władzy, jaką obdarzył Prezesa J.K. demokratyczny werdykt wyborczy.

I może nawet byłbym zobowiązany Prezesowi J.K. za to, że postawił mnie – jako skromnego uczestnika protestu przeciwko kłamstwu i bezprawiu – po „dobrej stronie mocy”, pośród „gorszego sortu”, w który wpisali się publicznie, w swoim proteście,  wszyscy dotychczasowi polscy (z demokratycznego wyboru) prezydenci i premierzy, najbardziej autorytatywni akademiccy prawnicy, ludzie kultury, najbardziej znani działacze społeczni. Może… Gdyby to była tylko zabawa słowem… Gdyby nie chodziło o mój kraj, o Polskę – Jej budowaną przez trzy dekady międzynarodową reputację, wewnętrzną stabilność, Jej zagrożoną (jakże świeżą jeszcze i kruchą) samorządność… Gdyby nie widmo zagrożeń dla obywatelskich wolności, mozolnie budowanej służby cywilnej, „trzeciej władzy” – niezależnych sądów, niezależności mediów, bo przecież coraz mniej powściągliwy w słowach Prezes J.K. nie ukrywa, że środowiska te służyły nie Polsce, a „elitom III Rzeczpospolitej” – esencji „gorszego sortu, kłamców i złodziei”.

A dzisiaj Prezes J.K. dodefiniował tę właśnie moją nową tożsamość (ktoś to dzisiaj powiedział w rozmowie telewizyjnej, że w kwestii dzielenia, jątrzenia i obrażania – na Prezesa zawsze można liczyć); w odpowiedzi na jakieś zapytanie dziennikarza o ten „gorszy sort” odpowiedział, pospiesznie, w przelocie, idąc sejmowym korytarzem (sam to słyszałem w reportażu, bo bym nie uwierzył): „…czy współpracownicy Gestapo i  Akowcy – to ten sam sort ludzi?”

To nie jest żaden zamach stanu, proszę państwa, bo ta władza otrzymała mandat legalnie, w oparciu o prawo i Konstytucję. To jest rewolucja, bo ta władza otrzymany mandat przekracza i podnosi rękę na prawo, z którego wyrosła. A rewolucja nie zna ograniczeń, ani w słowie, ani w czynie. Lud dostaje igrzyska (o Trybunale Konstytucyjnym zaciekle debatują wszyscy handlarze pietruszką i serem na bazarze, gdzie się zaopatruję), jutro dostanie chleb z publicznej kasy (obiecane 500 złotych, obniżony wiek emerytalny i co tam jeszcze). W powietrzu wisi dramatyczne pytanie: jak stoimy z obywatelskością, której mieliśmy szanse uczyć się zaledwie przez niespełna jedno pokolenie? Czy polski lud będzie klaskał? Czy też, zdegustowany i zniesmaczony, opowie się – niechby nawet nie za prawem – a za zwykłą przyzwoitością? Czy poczuje się „gorszym sortem”, dołączy do „gorszego sortu”, czy też przyklaśnie tym, którzy burzą ład społeczny i pędzą w przepaść ciągnąc za sobą Polskę i dołączy do rewolucji?

Kolejna odsłona „Hamleta”, na finał przyjdzie chwilę poczekać.