miałem wczoraj sen…

Miałem wczoraj sen. Śnił mi się człowiek prowadzony na szafot – zarośnięty, przygarbiony, z pochyloną głową. Twarz wydała mi się znajoma, przyglądałem się uważnie i wreszcie poznałem. Tak, to Donald Tusk, choć bardzo zmieniony. Wokół tłum, przez który go prowadzono: nienawistne okrzyki, zniewagi, ktoś rzucił błotem. Twarze jak z obrazów Bruegla albo Dudy–Gracza – też mi coś przypominają. Tak, to ta sama tłuszcza, która biegła z płonącymi żagwiami w Jedwabnem, żeby podpalić wypełnioną ludźmi stodołę. I ta wrzeszcząca kobieta żywcem przypominająca tę z filmu proponującą prowadzonej do transportu Żydówce, żeby dała jej jedwabny szal, którym była okryta pragmatycznie przekonując, że Żydówce nie będzie już potrzebny. A później zmiana kadru, jak to we śnie. Szpaler dostojnych postaci, jakby mędrców z ateńskiego Areopagu przywdzianych we współczesne garnitury, twarze smutne. Środkiem idzie elegancka starsza pani, uśmiecha się, od czasu do czasu wykonuje ręką gest pożegnania. Przyglądam się uważnie: tak, to Hanna Suchocka.

„Dobra zmiana” przebiega w błyskawicznym tempie, które nie mieściło się ani w wyobraźni, ani w najczarniejszym scenariuszu. Kilkakrotnie zdawało się, że osiągnęliśmy już dno przepaści, po czym okazywało się, że do dna jeszcze daleko, że wciąż jeszcze spadamy. Słowa JK wypowiedziane 10 kwietnia o winie poprzedniej ekipy za „Smoleńsk” i niechybnej karze zostały natychmiast wypełnione przez partyjnych komentatorów (wysokiego szczebla) konkretną treścią: Tuska pod sąd. To wyraźna zapowiedź – polski przewodniczący Komisji Europejskiej nie otrzyma rekomendacji polskiego rządu na przedłużenie kadencji. Brak poparcia rządu dla krajowego polityka pełniącego znaczącą funkcję w organach unijnych, to fakt w historii UE bez precedensu, kolejny krok zrywający fundamentalną ciągłość polityki państwa. Straty dla polskiej państwowości nie mają znaczenia, priorytetem nadrzędnym jest eliminacja elit poprzedniego „układu” – czy to w organach unijnych, czy w Trybunale Konstytucyjnym, prokuraturze, mediach publicznych, służbie cywilnej czy w stadninie koni. To ma być inne państwo, bo poprzednie było nieporozumieniem, wypadkiem przy pracy. Niby to nic nowego, JK powtarzał to i dawał temu wyraz od lat, tylko nikt nie traktował tego poważnie – ot, retoryka zacietrzewionego polityka opozycji, który nigdy nie dojdzie do władzy, a gdyby doszedł – to przecież zmieni język, uzna rację stanu. Doszedł, języka nie zmienił i racji stanu nie uznał. A od sześciu lat mitem założycielskim tego nowego państwa jest „Smoleńsk”: kunktatorzy zasiadający przy Okrągłym Stole i obradujący w Magdalence doprowadzili do katastrofy, żeby wyeliminować niechcianego prezydenta. Karą minimum, jaką muszą ponieść – to zniesławienie (w nowych podręcznikach historii) i wymazanie z narodowej pamięci. Ktokolwiek jest innego zdania – jest nosicielem genów zdrady i nie ma legitymacji do pełnienia jakiejkolwiek roli w organach państwa. Nowe elity (to nic, że merytorycznie miałkie) muszą cechować się patriotyzmem, którego podstawową miarą jest zaangażowanie w walkę o suwerenność. A wagę „Smoleńska” dla obecnie rządzącej ekipy nikt – moim zdaniem – lepiej nie postrzegł jak postrzegli to zza Oceanu autorzy artykułu „The Ghost of Smolensk” opublikowanego w niezwykle prestiżowym periodyku Foreign Policy ( http://foreignpolicy.com/2016/04/08/the-ghosts-of-smolensk-poland-kaczynski-russia/ )

Europa pomrukuje. Nie może nie pomrukiwać. Rozpaczliwie walcząc o przetrwanie w swoim obecnym kształcie nie może nie bronić strukturalnych fundamentów, na których jest zbudowana – konstytucjonalizmu, rządów prawa, trójpodziału władzy. Boleśnie rozczarowana tym, że odpływamy, że Rzeczpospolita dołączyła do tych, którzy ten „obecny kształt” z premedytacją niszczą, wciąż traktuje nas – zgodnie z literą podpisanych traktatów – jako integralną część wspólnoty, której odstępstwo od fundamentalnych zasad eroduje całość europejskiej struktury. Dlatego, dopóki Europa w tym „obecnym kształcie” pozostaje, pomrukiwać musi.

Jak długo pozostanie? Eurosceptycy, którzy jawnie deklarują swoje dążenie do rozpadu Unii i frakcje narodowe, z gruntu Polsce nieżyczliwe, „przyjaciele” polskiego rządu w Parlamencie Europejskim, po przegranym głosowaniu w sprawie Polski odgrażali się, że po kolejnych eurowyborach – to oni będą stanowili „tu” większość; i jest to perspektywa realna. Ostrze holenderskiego referendum w sprawie Traktatu Stowarzyszeniowego z Ukrainą tak naprawdę nie wymierzone było szczególnie w Ukrainę, a w całą wschodnią flankę Unii, niewiarygodną, roszczeniową, nie przygotowaną mentalnie do zaakceptowania europejskich wartości. I tak wyłania się alternatywny czarny scenariusz dla Europy doskonale mieszczący się w wyobraźni: gigantyczny kryzys uchodźczy przyspieszający nieuniknioną falę migracji do Europy przyda wiatru w żagle nastrojom nacjonalistycznym, przyniesie sukces wyborczy Marine Le Pen, Geertowi Wildersowi i jego „Partii Wolności”, niemieckiej „Pegidzie”, włoskiej „Nowej sile”, Partii Szwedzkich Demokratów, „Prawdziwym Finom” (można by tak dalej wyliczać), spowoduje rozkład wspólnotowych struktur i powtórne ukonstytuowanie się państw narodowych – amnezja pamięci w trzecim powojennym pokoleniu sprawi, że zatoczymy koło i powrócimy do sytuacji z lat 30. ubiegłego wieku: z wszystkimi tego konsekwencjami. Wersja nieco tylko łagodniejsza: powrót wspólnoty europejskiej do jej źródeł, zrzucenie z siebie balastu leniwego i tkwiącego mentalnie w dyktatorskich stereotypach południa (Hiszpania, Portugalia, Grecja) i wciąż nieco barbarzyńskiego, pozostającego mentalnie w sferze wpływów euroazjatyckiego mocarstwa wschodu, przezwyciężenie nacjonalizmów w swoim  jądrze i okopanie się w granicach zakreślonych przez jej ojców – założycieli, którzy tuż po hekatombie wojny powołali Wspólnotę  Węgla i Stali, a wkrótce potem EWG.  Jądro Starego Kontynentu – to Francja, Niemcy, kraje Beneluksu, Włochy, no, może jeszcze łaskawie doproszona byłaby Austria, Irlandia. Brytyjczycy „wypiszą się” sami, reszta pozostanie na bliższych lub dalszych, nie liczących się peryferiach, bądź w ogóle poza granicami wspólnoty.

I na to chyba liczy nie lubiący Europy strateg Jarosław Kaczyński rad, że szczęście mu dopisało i że zdobył władzę w takim oto punkcie zwrotnym historii Europy. Dał dostatecznie wiele sygnałów, że nie wycofa się ze swojej koncepcji „przebudowy Polski” w państwowość narodowo – katolicką, zbudowaną na fundamencie tradycji i  narodowej dumy (pychy?), okopaną ze wszystkich stron suwerennością. Każde inne myślenie o Polsce, usankcjonowanie jakiejkolwiek inności w zarządzaniu państwem, będzie nosić w sobie miazmat narodowej zdrady. Tylko takiemu państwu miałaby służyć fasada demokracji: konstytucja, parlament, trybunały. Z woli narodu: to narracja każdego dyktatora, autokraty. Tylko co z przyszłością – w brutalnym świecie globalnych interesów, wobec śmiertelnego dla Polski zagrożenia putinowską koncepcją zmiany światowego ładu? Strateg JK wydaje się być tak oślepiony swoją, od lat pielęgnowaną, katastrofalną wizją „innej Polski” i pragnieniem zemsty na tych, którzy przez ćwierć wieku skutecznie przeciwdziałali próbom jej realizacji, że chyba nie zaprząta sobie tym głowy. Myślę, że fascynujące jest pytanie, na co liczy, bo zapewne zakłada, że będzie tym państwem długo rządził. Na co liczy w kwestii elementarnego bezpieczeństwa: bo NATO – to przecież nie tylko Ameryka, to również wiodące potęgi europejskie, z którymi Ameryka liczy się bardziej niż z Polską, których głos w kwestiach strategicznych jest znaczący, z których „chłopcy” broniliby potencjalnie naszych granic; to przede wszystkim również wspólnota wartości, z którą trzeba się identyfikować. Na co liczy w kwestii dobrostanu polskiej populacji, inaczej mówiąc – gospodarki: bez europejskiego wsparcia, bez „reputacji” w światowych kręgach biznesu, przy ograniczonych zasobach własnych, znów w kleszczach dwóch nieżyczliwych, rozdających karty, graczy gospodarczych; strach pomyśleć. Można tylko domniemywać, na co liczy w kwestii reakcji społecznych: na lęki (w budzeniu lęków i dzieleniu ludzi jest niezrównanym mistrzem), które konsolidują naród wokół władzy – lęki wobec „obcego”, który „zagraża” i wobec „łżych elit” skażonych genem narodowej zdrady; na to, że lęki odsuną w cień pragnienie wolności, godność jednostki, niezbywalne prawa człowieka. I na coś jeszcze. Na totalną indoktrynację – w mediach, w edukacji (nowe podręczniki historii już się piszą), w narracji politycznej. To zjawisko i jego skuteczność da się już zaobserwować oglądając „Wiadomości” TVP, czy programy TVP-info (nie polecam!). Ze zgrozą, gołym okiem, dostrzec można orwellowski język: to nie kłamstwa, to odwrotność znaczeń, jak choćby „dobra zmiana” czy przypisywanie języka nienawiści i pogardy, którym się operuje, przeciwnikom politycznym.

Łamanie Konstytucji, rozmontowywanie państwa prawa, wystawianie Polski na pośmiewisko na forum międzynarodowym przez demokratycznie powołane władze mojego kraju – to palący wstyd. Zadawanie ciosów Europie, prowadzenie polityki przyczyniającej się do jej rozpadu, traktowanie wspólnych organów unijnych jak „obce ciało”, jak choćby dystansowanie się wobec Parlamentu Europejskiego (przecież również naszego parlamentu) mówiąc o jego wrogości wobec Polski – to hańba. I takie straszne poczucie bezsilności.

Powracając jednak do Europy i do przekładania się jej dalszych losów na przyszłość i kształt polskiej demokracji: wciąż pielęgnuję w sobie nadzieję, że alternatywny czarny scenariusz nie musi się spełnić. Ten „biały”, optymistyczny – to Europa, która sprosta trudnym wyzwaniom, nie ulega populizmowi i wywołanej nim fali lokalnych nacjonalizmów; to Unia, która pozostaje w obecnym kształcie nie sprzeniewierzając się fundamentalnym wartościom liberalnej demokracji. Co więcej, umocniona jest wspólną polityką migracyjną i azylową: jest wrażliwa i otwarta wobec autentycznych uchodźców, nie zamyka się na innych przybyszów, ale stawia warunki, kwoty migracyjne dostosowuje do możliwości i potrzeb poszczególnych  gospodarek, przybyszom stwarza warunki do autentycznej integracji z lokalnymi społecznościami nie dopuszczając do etnicznych gett, szuka rozwiązania globalnego problemu migracji (który będzie narastał!) w inwestowaniu w rozwój i miejsca pracy w najuboższych krajach Południa. Tak, trudno to sobie wyobrazić, ale innej drogi wyjścia z narastającego kryzysu migracyjnego (czytaj: pogłębiającej się przepaści między nędzą Południa a rozpasanym bogactwem Północy) nie ma i można mieć tylko nadzieję, że znajdą się w Europie prawdziwi mężowie stanu, którzy temu  wyzwaniu sprostają, bo wszystkie inne drogi prowadzą Europę do egzystencjalnej katastrofy.

Nie mam odpowiedzi na to, jaki los czeka Polaków w autorytarnym, partyjnym państwie pod władztwem JK w przypadku rozpadu unijnych struktur i sukcesu w Europie narodowych resentymentów napędzanych ksenofobią i nawet jej nie szukam, bo wyobraźnia w tym przypadku zawodzi. Gdyby jednak wspólnocie europejskiej udało się przetrwać, jestem przekonany, że nie pozostawi Polski, stanowiącej jej cząstkę, samej sobie, będzie robić wszystko, aby gnilny proces w jej obszarze wytłumiać, nie ustanie w upominaniu się o powrót do fundamentalnych wartości, jakie tę wspólnotę konstytuują. Ale w ostateczności o dalszych polskich losach nie przesądzi ani Europa, ani unijne struktury, ani naciski światowej opinii: zdecydują o tym Polacy. Zdecyduje o tym obywatelska wspólnota, społeczeństwo obywatelskie, które albo będzie potrafiło obronić cudem zrealizowane marzenie wielu pokoleń Polaków, żeby Polska uznana była za pełnoprawnego i szanowanego członka wspólnoty narodów Europy, żeby była krajem wolnym i demokratycznym i albo będzie potrafiło przeciwstawić się kolonizacji struktur państwa przez jedną, skrajną opcję polityczną – albo nie.

Społeczeństwo obywatelskie: cóż, trzeba ze smutkiem przyznać, że wciąż nieliczne, stanowiące taką jakąś „elitę postaw” – miało szanse kształtować się zaledwie przez minione ćwierć wieku, przy czym szansa ta została w dużej mierze zaprzepaszczona. Czy to, co dzieje się w Polsce na naszych oczach – to nie jest żaden konflikt polityczny, to spór o fundamentalne wartości, o kształt państwa, o miejsce Polaków we wspólnocie narodów Europy, a nawet szerzej, w światowej wspólnocie, w naszej kurczącej się globalnej wiosce – przyspieszy jego budowę? Czy obudzi obojętnych, zagubionych, wahających się, co wybrać – bo w większości tacy właśnie jesteśmy? Czy też przeważy budzący lęki język pogardy i nienawiści, przywoływane demony narodowej pychy, jakieś paranoiczne „wstawanie z kolan”, ksenofobiczna wizja Polski zagrożonej wrogością ze wszystkich stron świata, mało tego – niszczonej od wewnątrz przez piątą kolumnę tych z genami zdrady? Czy społeczeństwo obywatelskie będzie rosnąć w siłę, czy pozostanie „elitą postaw”? Czy tłum wrzeszczący „na szafot z nim” będzie rósł czy też okaże się garstką wobec tych, którzy zgromadzili się w obronie skazańca?

To zdecyduje o polskich losach w dającej się przewidzieć przyszłości: czas pokaże – czas nieodległy, bo ostatnio przyspieszył i biegnie z szybkością błyskawicy. A ja zadaję sobie pytanie, dlaczego – zamiast usiąść wreszcie w wygodnym fotelu i sięgnąć po spokojną lekturę – bazgrzę te słowa i dlaczego dręczą mnie te koszmarne sny?

Ach, Polska…                       

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s