Chaosu nie ogarniam: Europa i przyległości

Od czasu do czasu miewam potrzebę uporządkowania sobie zjawisk, które w coraz większym tempie zmieniają otaczającą mnie rzeczywistość. Tak też jest i tym razem. Jest jednak różnica. Dotychczas bywało to tak, że siadałem i przelewałem to, co wokół siebie widzę – i wyciągnięte z tego wnioski – na papier (czytaj: dysk) i wychodziła mi z tego jakaś spójna całość, na moje potrzeby wystarczająca. Teraz próbowałem tak zrobić już kilkakrotnie i nic z tego nie wychodzi, wszystko się rozsypuje, chaosu wokół nie mogę ogarnąć; bezmiar sprzeczności i irracjonalne reakcje olbrzymich mas społecznych na zjawiska i lawiną narastające wydarzenia umykają wszelkiej logice. W końcu przestaję się temu dziwić obserwując, iż żaden poważny komentator nie potrafi sformułować choćby zarysu prognozy: co dalej? Coraz częściej w przekazie publicznym pada słowo „wojna”, co nie miało miejsca jeszcze rok temu, a w powietrzu wisi inne, choć nikomu jeszcze nie przeszło ono przez gardło: „katastrofa”.

Zastanawiam się, jakie kluczowe słowa, tzw. „key words”, można by zaproponować do tematu „chaos”, z którym się borykamy i nasuwają mi się następujące: bunt, lęk, populizm, ignorancja, historyczna amnezja. Bunt przeciwko zastanej sytuacji, egoistycznym, pysznym elitom, które do niej doprowadziły, przeciwko wykluczeniu, pogłębiającym się nierównościom, wszelakim przyczynom niezrealizowanych aspiracji, braku perspektyw rozwojowych takich, aby każde kolejne pokolenie koniecznie było bogatsze od ustępującego. Lęk, napędzany przez populizm, przed obcym, przed brakiem poczucia bezpieczeństwa, przed zagrożeniami dla różnie pojmowanej „naszości”. Ignorancja – by nie rzec ślepota – wobec realnych zagrożeń, jakie stoją przed Europą, przed światem, a przynajmniej tą jego częścią, która obejmuje euroatlantycką wspólnotę wartości i korzeni kulturowych, wobec skutków skandowania „zmiana, zmiana” bez chwili namysłu na co chcemy zamienić to, przeciwko czemu się buntujemy. Historyczna amnezja – wymazanie z pamięci tego, z jakich traumatycznych doświadczeń zrodził się koncept europejskiej wspólnoty, uzupełnienia demokracji o wypowiadane z nią, na jednym oddechu, rządy prawa (trójpodział władzy), sformułowania kanonu europejskich wartości z wyeksponowaniem pośród nich uniwersalnych praw człowieka, wreszcie powołania obronnego paktu NATO.  Nie przypadkowo, pośród tych „key words”, na pierwszym miejscu przyszedł mi na myśl bunt: ślepy, powodowany złymi emocjami, podsycany przez wszelakie złe moce, dżina, którego udało się po „drugiej światowej” zamknąć w butelce szczelnie ją korkując, a który teraz przez zmurszały korek zdołał się wyzwolić i energicznie przystąpił do działania.

Nie ma dymu bez ognia, skutków bez przyczyn. Narozrabialiśmy. Proces gnilny korka uchodził europejskiej uwadze. Skodyfikowane przed ponad pół wiekiem i tak oczywiste wówczas wartości stopniowo rozmywały się we wzrastającym, nie spotykanym wcześniej, dobrobycie. Powróciliśmy do bałwochwalstwa budując posągi nowym bożkom –  cywilizacyjnemu blichtrowi, wzrastającym słupkom PKB, konsumpcji. Ulegaliśmy postępującej ślepocie na los człowieka – zarówno w bliskim  jak odległym otoczeniu. Dopadającą nas, wraz z postępem technicznym, globalizację postrzegaliśmy niemal wyłącznie w aspekcie ekonomicznym. Katastrofy humanitarne – śmierć dziecka z głodu i braku pitej wody z częstotliwością, ujmując statystycznie, co pięć minut – w powszechnym odczuciu miewały miejsce jakby w innej rzeczywistości: z jękiem godziliśmy się na gesty solidarności wyrażające się zazwyczaj uszczerbkiem ułamka promila naszego dobrobytu. Czy nie podobnie reagujemy dzisiaj na nabrzmiały problem migracji i dramat uchodźczy?

No, i mamy to, co mamy: rozpaczliwą bezradność zachodniego świata – euroatlantyckiej wspólnoty z jej hierarchią wartości, ale też z jej najpotężniejszym w świecie paktem militarno-obronnym – w przeciwstawianiu się faktom już dokonanym,  skutkom, jakie za sobą niosą i wyraźnie rysującym się wyzwaniom – nie tylko w kategoriach politycznych, również (co nie mniej groźne) w sferze ludzkich postaw. Ta bezradność jakby samo się napędzała. Logika wskazywałaby – wobec zagrożeń dla całej wspólnoty, także (tak!) militarnych – na niezbędność zwarcia szeregów, wygaszenia choćby na jakiś czas sporów światopoglądowych i narodowych egoizmów. Tymczasem Europa skonstruowana po strasznej wojnie przez wielkich mężów stanu – Monneta, Schumana, Spaaka, de Gasperiego – tak, aby stać na straży uniwersalnych, wspólnotowych wartości, wydaje się być w stanie rozkładu. Przerażenie budzi narastająca brunatna fala, odradzające się coraz gwałtowniej nacjonalizmy, które przyciągają swoim prymitywnym, krótkowzrocznym i kłamliwym przesłaniem: w niepewnym, coraz bardziej wrogim ci świecie najeżonym zagrożeniami, schronienie znaleźć możesz tylko w narodowej wspólnocie, z natury suwerennej. Przekaz wzmaga narracja osaczenia, doznanych w przeszłości krzywd, wrogości ze strony „obcego”. „Obcym” jest każdy, kto nie jest „swój”, obowiązująca nieufność wobec „innego” łatwo przeradza się w język nienawiści. Nic to, że świat to już ćwiczył, że minęły zaledwie dwa pokolenia od tragicznych skutków takiego postrzegania rzeczywistości – milionów ofiar, niewyobrażalnych ludzkich cierpień, że żyją jeszcze świadkowie tamtych strasznych czasów: przekaz jest nośny, przyciąga podobnie jak ogień ćmy. „Obcy” ma wiele twarzy, dobrze jednak, kiedy jedna z nich jest wyrazista. Do niedawna była nią twarz Żyda, masona, kosmopolitycznego bankiera rozsadzających narodową wspólnotę od wewnątrz, taka piąta kolumna obcych interesów. Na użytek chwili twarzą najgroźniejszego „obcego” stał się uchodźca, potencjalny terrorysta, a już na pewno, przez swoją inność, zagrażający narodowym tożsamościom i knujący podniesienie ręki na „wiarę ojców”.

Temat uchodźctwa, cynicznie rozgrywany w wewnętrznych walkach politycznych i kampaniach wyborczych, od długiego czasu nie przestaje dominować w debacie publicznej we wszystkich środkach przekazu, z internetem włącznie. Grozę budzi podła manipulacja zawarta w tysiącach artykułów i fałszywych analiz – być może główne źródło paraliżującego lęku i irracjonalnych decyzji podejmowanych przez polityków i narodowego „suwerena” dysponującego kartą do głosowania. Dlatego ośmielam się i ja, polityczny dyletant, dorzucić tu do tej debaty swoje „trzy grosze”, bo – jak rzadko – nie mam wątpliwości, że w tej sprawie trzeba krzyczeć gdzie tylko się da. Bo problem uchodźctwa – to nie grom z jasnego nieba, który przetacza się teraz nad Europą: on istniał jakby od zawsze, odkąd prowadzone są wojny i wydarzają się katastrofy humanitarne i zawsze wiąże się z ucieczką przed niechybną śmiercią, brutalną przemocą, gwałtem, głodem. Zawsze stanowi jeden z największych ludzkich dramatów – przymusową niechcianą migrację, porzucenie (często na zawsze) całego życiowego dorobku, który musi zmieścić się w uchodźczym tobołku, często najbliższych, wszystkiego, co stanowiło naszą codzienność, z czym i w czym wzrastaliśmy, co kształtowało naszą osobowość. To tragiczna wędrówka w kompletne nieznane, podczas której jedyną nadzieją jest ludzka solidarność, empatia drugiego, napotkanego u jej kresu człowieka. Ten problem nie obcy był przecież również Europie dotkniętej ostatnią straszną wojną i jej skutkami – to straszne, że pamięć ludzka jest tak krótka. I jakże paranoiczne jest kojarzenie dramatu uchodźctwa z bolesnym problemem współczesnego terroryzmu, ślepej, brutalnej przemocy dokonywanej przez zindoktrynowanych szaleńców, stanowiącej źródło zła, które powoduje wzrastającą falę uchodźczą – w imię partykularnych, politycznych interesów bądź dla wzmocnienia ideologicznego przekazu; czy choćby utożsamianie uchodźctwa ze znacznie szerszym, choć u swego źródła pokrewnym problemem migracji. Przywołując wątek osobisty dodam tylko, że uchodźcy stali mi się tak bardzo bliscy, że tak dogłębnie (choć na pewno nie  do końca) zrozumiałem ich dramat, odkąd przed niespełna 20. laty, w 1997, współorganizowałem w kiełkującej wówczas polskiej strukturze Amnesty International międzynarodową kampanię na rzecz uchodźców, co wiązało się z rozległą lekturą raportów, opisów ludzkich tragedii, a później z odwiedzinami polskich  (i nie tylko) ośrodków dla uchodźców i zetknięciem się z tym ludzkim nieszczęściem twarzą w twarz. Było wówczas na świecie tych dotkniętych najokrutniejszym losem nieszczęśników ok. 15 milionów, dzisiaj – po ludobójstwie plemienia Tutsi w afrykańskiej Krainie Wielkich Jezior, po rzeziach w Sudanie Południowym (Darfur), po krwawych konfliktach w Czeczenii, Afganistanie, Iraku, próbach eksterminacji Kurdów i Jazydów, w obliczu katastrofalnego konfliktu w Syrii – jest ich zapewne dwukrotnie więcej nie licząc ogromnej liczby „uchodźców wewnętrznych”, wygnańców, którym nie było dane ujść poza granicę własnego, a wrogiego im kraju. Tak więc medialny jad skutecznie sączony w kontekście uchodźctwa, zatruwanie ludzkich umysłów narracją nienawiści i budzenia lęków z przywołaniem „obcej religii”, która zagraża naszej cywilizacji jest – w moim odczuciu – najpodlejszym z podłych zaprzeczeniem elementarnej międzyludzkiej solidarności, nawoływaniem do wyzbycia się empatii i współczucia, o sprzeniewierzeniu się  przesłaniu chrześcijaństwa nie mówiąc.

Powracając jednak do bezradności zachodniego świata, a Europy w szczególności,  cisną się do głowy dalsze – obok problemu uchodźctwa, obok narastających nacjonalizmów – fundamentalne pytania. Co dalej z odrodzonym „imperium zła”, ksenofobicznym, rządzonym autorytarnie mocarstwem, którego filarem są zmanipulowane przez omnipotentną propagandę masy ludzkie utwierdzane w skrajnie nacjonalistycznym postrzeganiu otaczającego świata? Co dalej z europejską reakcją na burzenie przez to mocarstwo powojennego światowego ładu – zbrojne aneksje terytorialne uzasadniane metodami prymitywnej prowokacji? Co dalej z piątą kolumną putinowskiej indoktrynacji, która przenika za pośrednictwem trolli – lobbystów do gabinetów polityków, do wiodących mediów publicznych i społecznościowych, dominuje w komentarzach do artykułów prasowych publikowanych „on line”, skutecznie zatruwając opinię publiczną? Co dalej z Ukrainą, która schodzi na margines politycznych zainteresowań podczas gdy tam wciąż trwa wojna, codziennie giną ludzie, rozbudzony politycznie i – jak nigdy w historii – świadomy swojej tożsamości naród walczy o swoje fundamentalne prawo do samostanowienia, a równocześnie – nie mam wątpliwości – przesądza tą walką o przyszłym kształcie Rosji? Co dalej z „mającym się wciąż dobrze” totalitarnym, bandyckim tzw państwem islamskim na obrzeżach Europy, wylęgarnią światowego terroryzmu, które  – dokonując gigantycznej uzurpacji – jako listek figowy swojej skrajnie zbrodniczej ideologii wykorzystuje religię wyznawaną przez jedną trzecią światowej populacji? Co dalej z Turcją szybkimi krokami zmierzającą w kierunku sułtanatu, flirtującą z Kremlem, dogadującą się z Iranem (czyżby przyszła koalicja?), która za cenę kunktatorskiego zamknięcia oczu na rażące łamanie praw człowieka, na niesłabnące nękanie Kurdów, miała bronić Europę przed uchodźczym exodusem z Syrii i Iraku? Można by tak te pytania mnożyć, ale nie sposób nie postawić kropki nad ‘i’ i nie zadać jednego jeszcze: co dalej z jednością Europy, bez której żadne z tych pytań nie znajdzie odpowiedzi?

Cios w tę jedność idzie za ciosem. Fronda na jej wschodniej flance, głupia, krótkowzroczna, samolubna, a w ostateczności samobójcza, była najmniej  oczekiwana. Kolejny cios – to Brexit spowodowany żenującą wewnętrzną walką o lokal na Downing Street, a inspirowany szerzeniem lęku przed migrantem – wcale nie islamskim, swojskim, z za miedzy, a i tak stanowiącym zagrożenie „obcym”. W bliskiej perspektywie – powtórka z wyborów prezydenckich w Austrii, gdzie tym razem – po wyborczej awanturze – olbrzymią szansę na fotel prezydencki zyskał skrajnie prawicowy, ksenofobiczny, „antyuchodźczy” Hofer; wybory parlamentarne  we Francji z zyskującą coraz większe poparcie ikoną europejskich ruchów nacjonalistycznych, Marine Le Pen; wybory do parlamentów krajowych w Niemczech z podbijającą opinię publiczną, skrajnie eurosceptyczną Alternatywą dla Niemiec (AfD) w tle przy spadającej popularności jedynego chyba w Europie polityka zbliżonego profilem do „męża stanu”, kanclerz Merkel. Tak więc zastanawiam się, jaki wstrząs, jaki kataklizm musi nastąpić, aby nastąpiło przebudzenie!

A za Oceanem wizja amerykańskiego prezydenta radykalnie zmieniającego relacje z putinowską Rosją, podważającego fundamenty Paktu Północnoatlantyckiego, prowadzącego Amerykę w kierunku przed-rooseveltowskiego izolacjonizmu, rezygnującego z przywódczej roli Stanów Zjednoczonych w euroatlantyckiej wspólnocie. A jak nie Ameryka, to – pytam się – kto?

W takich to klimatach, a być może w dużej mierze dzięki nim, otrzymuje w moim kraju bezwzględną parlamentarną większość formacja polityczna dyktatorsko zarządzana przez polityka, któremu od ćwierć wieku marzy się Polska, która jak ulał mieści się w populistycznej narracji odwoływania się do woli narodu stojącej ponad prawem, do wymiecania z przestrzeni publicznej uznanych autorytetów, do lęku przed „obcym”, do budowania narodowej tożsamości na martyrologicznym rozdzieraniu szat, przypominaniu doznanych krzywd, do zamykania się w narodowym kokonie nieufności, podejrzliwości i bezwzględnego przekonania o własnej racji. A ja, choć przegrany, sięgam po obywatelskie nieposłuszeństwo i krzyczę, że się na to nie zgadzam! Więc rozpoczynam kreślić kolejny tekst – równie nie ogarniający chaosu, równie amatorski – jestem tego świadom  i równie osobisty, bo tak, z głębokim smutkiem, postrzegam otaczającą mnie rzeczywistość. Ale nie świat: ten jest niezmiennie piękny!

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s