kilka myśli po tym, co się w Gdańsku stało

Dzieje się jak w kalejdoskopie, wydarzenia galopują, grillowanie Pani Prezydent Warszawy, Nadzwyczajny Kongres Sędziów, antypolskie ekscesy na Wyspie i parę innych „wydarzeń dnia” zacierają szybko to, co działo się przed tygodniem nie mówiąc o cofaniu się dalej wstecz, a mnie tkwi w pamięci jak zadra właśnie to sprzed tygodnia, co stało się w gdańskiej Katedrze Mariackiej i na jej dziedzińcu. Obawiam się, że tej zadry nie da się usunąć, albowiem postrzegam tamto wydarzenie jako początek nowego etapu w procesie narastających konsekwencji wprowadzania „dobrej zmiany”: język nienawiści zaowocował przemocą fizyczną, co spotkało się z aprobatą ze strony ośrodków władzy państwowej. Potępiony został nie agresor, potępiona została ofiara przemocy. Przerażająca była reakcja policji odmawiającej zapewnienia bezpieczeństwa tym słabszym – nie ze względu na brak środków, a ze względu na lęk przed dezaprobatą w przypadku wywiązania się z fundamentalnego obowiązku organu porządku publicznego w praworządnym państwie.

A więc od ubiegłej niedzieli należy się bać: bo to już nie tylko słowne zniewagi, nie tylko wrzucanie „inaczej myślących” do rynsztoka, nie tylko publiczne obrażanie olbrzymich rzesz ludzkich funkcjonujących w innej niż władza hierarchii wartości. I nie tylko świadomość zagrożenia przemocą fizyczną. To również świadomość, że w przypadku agresji ze strony „patrioty” władza – cokolwiek czy kogokolwiek by pod tym pojęciem rozumieć – opowie się nie po stronie ofiary, a po stronie agresora. Wina ofiary polegać będzie na tym, że sprowokowała, bo mogła na przykład nie nosić w klapie marynarki KOD-owskiej przypinki, która nie lubiącego KOD-u „patriotę” zdenerwowała. Lęk ma odczuwać nie tylko „inaczej myślący”. Ma go odczuwać również funkcjonariusz państwowy, policjant, sędzia, dziennikarz świadom mniejszych lub większych konsekwencji w przypadku zareagowania na agresję w sposób niezgodny z oficjalną wykładnią władzy, co jest słuszne, a co słuszne nie jest.

Piszę te słowa z ogromnym bólem, wielką troską i wciąż z wahaniem, czy to już jest to, ale nic poradzić na to nie mogę, że tak to postrzegam: rozpoczął się proces pełzającej faszyzacji kraju, na razie w wersji „soft”. Każe mi to tak postrzegać charakterystyczna dla mojej grupy wieku „pamięć wsteczna”, kiedy to – przy nieustannym kłopocie z zapamiętaniem, gdzie przed chwilą położyłem swoją fajkę – wyraźnie rysują się w pamięci zapamiętane z dzieciństwa sceny i sytuacje z końca lat trzydziestych poprzedzających „drugą światową”. I nic na to poradzić nie mogę, że analogia bije w oczy. I przeraża. I powoduje taki wewnętrzny krzyk, który chciałoby się wykrzyczeć głośno na ulicy, w tramwaju, na spacerze, gdyby nie obawa, że zamkną mnie w domu wariatów: „ja się na to nie zgadzam!”.

Nie łudźmy się, wielu temu lękowi ulegnie. Jedni zrobią to z obawy o konsekwencje, inni – „dla świętego spokoju”, jeszcze inni będą wypierać z siebie przyzwoitość dopatrując się racji po stronie władzy. Jaką jesteśmy wspólnotą zależeć będzie od tego, ilu z nas się nie ulęknie: czy będzie to garstka straceńców, czy gromada, której głos będzie słyszalny, której postawa zdoła przekonać zagubionych (tych jest zawsze najwięcej), że warto być przyzwoitym.

Jak już wspomniałem, wydarzenia galopują, każdy dzień przynosi nowe, coraz bardziej przerażające. Wiele z nich w pamięci się zaciera, mam tylko nadzieję, że są kronikarze, którzy je spisują po to, żeby można było w przyszłości ten czas polskiej smuty rzetelnie opisać. Coś mi jednak pozostaje. Tym „coś” jest coraz bardziej stanowcza konstatacja, że dla elit sprawujących obecnie władzę w moim kraju osiągnięcie celu uświęca środki – w ich doborze bariery nie istnieją. Cel jest już  oczywisty: radykalna zmiana ustroju państwa, dla której uzasadnienia niezbędne jest napisanie od nowa, według zaprojektowanego schematu, najnowszej historii Polski. Projekt jest ambitny, więc w środkach się nie przebiera, ignoruje się takie nawet bariery, jak polska racja stanu, perspektywy rozwojowe, kotwice europejskiego bezpieczeństwa. Jest też już długa lista tych przerażających środków prowadzących do celu, po które sięgnęła nowa władza „dobrej zmiany”, a wymienię tylko najbardziej bijący w oczy wierzchołek góry lodowej: dramatyczna polityka zagraniczna, zamach na Trybunał Konstytucyjny, a w najbliższej przyszłości (to już oczywiste) – na niezawisłość sądów, uchwalanie demokratycznie uzyskaną większością w ławach sejmowych niekonstytucyjnych ustaw stanowiących realne zagrożenie dla swobód obywatelskich, rewolucyjna wymiana kadr z wyeliminowaniem kryterium kompetencji na rzecz partyjnej lojalności (wkrótce obejmie to również tysiączne rzesze dyrektorów szkół), powielane w opanowanej przestrzeni publicznej kłamstwa dotyczące zarówno faktów historycznych jak też rzeczywistości, w której żyjemy… Można by tak długo uzasadniając każdy z nich dziesiątkami przykładów, a wszystko to jakby wyjęte z Orwella. Wszystkiemu temu towarzyszy język nienawiści i pogardy pogłębiający podziały społeczne, niszczący – mieszający z błotem –   najwybitniejsze nawet,  niekwestionowane autorytety, rodzący agresję znaną ze scen nie tylko sprzed gdańskiej Katedry Mariackiej. Szczególną perfidią jest przypisywanie takiego języka środowisku, które zdobywa się na bezsilne akty protestu.

Bieg wydarzeń skłania jednoznacznie do myślenia, że agresja jako oczywista konsekwencja zalewającego przestrzeń publiczną języka nienawiści nie jest nieplanowanym „wypadkiem przy pracy”; że jest ona wpisana w strategię rządzących jako czynnik prowadzący do jak najdalej posuniętej polaryzacji, do wyraźnego oddzielenia plew od ziarna, do maksymalnej konsolidacji „tych, co z nami”. A jeśliś nie z nami, to jesteś przeciw nam. Wyraźnie stygmatyzowany. Stygmatyzował sam wódz, Jarosław Kaczyński, wskazując na obywateli gorszego sortu, w dodatku obciążonych genem narodowej zdrady. To wystarczające przyzwolenie, aby zdrajców narodu wyzbyć z obywatelskich praw, wstawić poza nawias „naszyzmu”.  Jeśli nie zrozumieją przepychając się wciąż do przestrzeni publicznej, że miejsce ich jest w pokutnym worze, pozostaje przekonać ich o tym siłą. Obwieszczenie tego, po której stronie jest racja – jeśli byłyby co do tego jakiekolwiek wątpliwości – nastąpi (to również słowa wodza) w drodze „aktu normatywnego”.

Wszelkie inne epitety pod adresem milionów ludzi, odzierające ich z godności i jakby wystawiające na ciosy oburzonych prawdziwych Polaków, takie jak „komuniści i złodzieje”, po „gorszym sorcie” i „genach zdrady”, są już tylko zbędnymi popisami pieczeniarzy i klakierów. Uczyniłbym jednak od tego wyjątek, bo – co by nie powiedzieć – liczą się również wtórujące wodzowi słowa Pierwszego Obywatela Rzeczypospolitej, głowy państwa. Najpierw trawestacja głęboko tkwiącej w polskiej tradycji pieśni patriotyczno-religijnej, „Boże coś Polskę…”, w której to wersji Polska jest „ojczyzną dojną” dla tych, którym z władzą nie po drodze, czyli – mówiąc wprost – złodziei. Później, w Katedrze Mariackiej nad trumną „Inki”, znieważenie wszystkich rządzących już w wolnej Polsce (z demokratycznego mandatu milionów obywateli), którzy teoretycznie tylko odcięli się od zbrodniarzy i zdrajców. Zatem przyzwolenie na agresję otrzymało pieczęć Prezydenta Rzeczypospolitej.

Politycy – wiadomo – chodzą w eleganckich garniturach i białych rękawiczkach, ich narzędziem jest słowo. Od wymierzania ludowej sprawiedliwości są patrioci: Ruch Narodowy, Młodzież Wszechpolska, złowieszczy ONR. Niektórzy z nich lubią demonstrować swój patriotyzm poprzez ubiór: na koszulkach dzielna husaria polska. Warto w największym skrócie przypomnieć: Obóz Narodowo-Radykalny zdelegalizowany przez władze II RP, działał częściowo w podziemiu, częściowo legalnie zmieniając w nazwie „Obóz” na „Ruch” (RNR „Falanga”) – pogromy, burdy, „numerus clausus”, związany był najbardziej chyba z nazwiskiem Bolesława Piaseckiego, który nie odżegnywał się od nazywania tej organizacji faszystowską. Bolesław Piasecki – w PRL założyciel Stowarzyszenia „PAX” spełniającego rolę „piątej kolumny” – narodowców współpracujących z komunistycznymi służbami specjalnymi. W wolnej Polsce ONR odrodził się już w roku 1993 stanowiąc początkowo niezauważalny margines, przybiera na znaczeniu od początku lat dwutysięcznych – pierwsza „brygada” ONR uzyskuje (nie bez trudności) rejestrację jako lokalne stowarzyszenie w 2003, od 2012 organizacja jest zarejestrowana jako stowarzyszenie ogólnopolskie. Logiem ONR jest międzynarodowy rasistowski symbol Krzyża Celtyckiego, pozdrowieniem „salut rzymski” przypominający nazistowskie „Heil Hitler”, za co był wielokrotnie, choć mało dotkliwie, karany. Organizuje skrajnie nacjonalistyczne manifestacje (dynamicznie przybierające na liczebności), m.in. agresywne „Marsze Niepdległości” (wspólnie ze środowiskami tzw. kiboli) w święto narodowe 11 listopada z hasłami wrogimi wobec NATO, UE, władzy państwowej, broniącymi Polski przed islamem, znieważającymi Prezydenta Rzeczypospolitej – do 2015 publicznie piętnowane, wspierane przez Korwina Mikke, Pawła Kukiza, publicystę Rafała Ziemkiewicza, profesorów Żaryna, Bendera, Bartyzela, J.R.Nowaka. Klimat zmienia się radykalnie po przejęciu władzy przez „dobrą  zmianę”: drobne incydenty są wyciszane, w publicznych wypowiedziach środowisko ONR chwalone jest za patriotyzm, w niektórych parafiach pozyskuje kapelanów żarliwie wygłaszających ksenofobiczne homilie, ONR-owcy witani są z uznaniem jako pielgrzymi w częstochowskim sanktuarium. Najlepiej czują się w Białymstoku, Częstochowie, Opolu – na Górze Św. Anny. Uważnie wsłuchują się w głosy polityków i prawidłowo odbierają zawarte w nich sygnały. Mają nadzieję (bo gminna wieść tak niesie), że będą solą ziemi w powoływanych przez Ministra Obrony Narodowej jednostkach obrony terytorialnej, niektórzy mówią – „gwardii narodowej”. Otrzymają broń. Struktury już są: ONR-owskie organizacyjne jednostki terenowe, to przecież „brygady”

Prof. Jerzy Kochanowski mówiący po niemiecku, Syryjka idąca w hidżabie, Chilijczyk wzięty za Araba nie byli pobici przez bojówkarzy z ONR-u, ale zaraza się rozprzestrzenia, jad kąsa: w statucie Stowarzyszenia ONR, w rozdziale „cele”, jest między innymi zapis „edukacja”. Co się stanie, kiedy kolejny cios wymierzony zostanie zbyt mocno i ofiara przemocy na tle nienawiści będzie śmiertelna? I kiedy oddziały (bojówki?) obrony terytorialnej, w obronie publicznego porządku, zaatakują pokojową demonstrację KOD-u?

I na koniec: jest oczywiste, że narastająca „brunatna fala” – zakłamywanie historii, język nienawiści, ksenofobiczna agresja – to nie tylko polski problem, że jest to w Europie zjawiskiem globalnym, choć szczęśliwie nie wszędzie ma ona – jak to ma miejsce w Polsce – życzliwe podglebie polityczne. Więc skłonny jestem wyobrazić sobie – choć ciarki chodzą po plecach – Viktora Orbana w fotelu przewodniczącego Rady Europy, realizującego swoją politykę demokracji nieliberalnej i kulturalnej kontrrewolucji, Nicolasa Sarkozy’ego czy nawet Marine Le Pen w Pałacu Elizejskim, w Bundestagu koalicję chadecji ze znaczącą grupą  Alternatywy dla Niemiec. Czego wyobrazić sobie nie mogę – a tak przecież funkcjonuje spirala wydarzeń, jeśli nie będą powstrzymane – to krok dalej w procesie radykalizującej się skrajnej, ksenofobicznej prawicy, która już zasiedla polityczne przyczółki, szczególnie w mojej części Europy. Na swoje pięć minut czeka węgierski Jobbik, Austriacka Partia Wolności, polski Ruch Narodowy, polityczna twarz ONR-u; Milosz Zeman w Czechach i Robert Fico w Słowacji – nasi najbliżsi sąsiedzi – mają się już dobrze. Byłoby to ostateczne spełnienie marzeń Wladimira Wladimirowicza.

Na szczęście, wyobraźnia ma swoje ograniczenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s