POKOT

Obejrzałem „Pokot” Agnieszki Holland i mnie „trafiło”. Wspomniałem o tym w dwóch zdaniach na „moim fejsbuku” i zostałem poproszony o komentarz. Tak więc piszę: nie recenzję – do kina chodzę rzadko i nie mnie oceniać film wedle „wzorców z Sḕvres” – a bardzo osobisty komentarz. Nie przeszkadza mi typologiczne przemieszanie thrillera, kryminału i moralitetu, przesadne może moralizowanie i ostry podział na „złych” i „dobrych”, bo wyłania się z tego kapitalna – moim zdaniem – ilustracja naszej kondycji, obraz tego, jacy jesteśmy i kto przy urnie wyborczej zdecydował o naszej rzeczywistości.

Prowincjonalne miasteczko zagubione wśród bajkowej wprost przyrody w Dolinie Kłodzkiej, jego elita – to wpływowy Biznesmen, Prezes, Komendant posterunku i fanatyczny Kapłan. Dominują nad wszystkim: nie tylko nad żyjącymi w tej baśniowej krainie dzikimi zwierzętami, których zabijanie stanowi ich rytualną rozrywkę. Również nad ludźmi. Dają pracę, stanowią miejscowe prawo, stwarzają klimat: całkowita zależność jest ceną za skromną, spokojną egzystencję i jest to społecznie akceptowane – tu tak było zawsze.

Oczywiście, lejtmotywem są zwierzęta, a ściślej – bezduszny, przedmiotowy stosunek człowieka do innych istot żyjących, konfrontacja bezbronnego świata przyrody z brutalną ludzką agresją. To w obronie tego świata staje podstarzała ekscentryczka traktowana przez „miejscowych” jak lokalna wariatka. Ma za sobą ciekawe życie, o którym nikt nie wie, dorabia do emerytury jako nauczycielka angielskiego, mieszka w zagubionej wśród gór chacie, upaja się fascynującą przyrodą. To ona występuje w obronie bezbronnych zwierząt masowo zabijanych na polowaniach, wbrew obowiązującym przepisom ochronnym, bądź chwytanych przez kłusowników we wnyki. Niemal samotnie – bo zyskuje zrozumienie kilku tylko osób, każda z nich „z problemami” – wypowiada  wojnę miejscowej elicie – myśliwym i kłusownikom. Astrolożka, wielbicielka mistycznej poezji Williama Blake’a, całą sobą współczuje cierpieniu „braci mniejszych”, walczy o ich życie, ale też o coś więcej: walczy z „małością”, z postrzeganiem świata wyłącznie przez pryzmat własnej uciechy, z agresywnym prawem siły – walczy w imieniu całej grupy słabszych.

To mocny przekaz. Nie tylko „ekologiczny”, wyrażający zaniepokojenie cywilizacyjną ekspansją rujnującą naturalną harmonię. Widzę w nim również lekko tylko zakamuflowany komentarz do otaczającej nas rzeczywistości, w głównej mierze polskiej, ale też i szerzej, dotyczącej całej naszej sfery cywilizacyjnej. Delikatna puenta filmu jest optymistyczna, choć wzięta ze świata fantazji: tajemnicze morderstwa dotykające przedstawicieli „myśliwskiej”, odhumanizowanej elity nie znajdują innego wytłumaczenia, jak odwet bez skrupułów mordowanych zwierząt  – wokół zwłok są tylko ślady sarnich racic.  Natura – empatyczny, harmonijny świat – nie da się pokonać tępej, butnej głupocie, przemocy, agresji.

A wszystko to ujęte w tle niezwykłego, surowego piękna Ziemi Kłodzkiej, okraszonego jeszcze równie niezwykłą, wplatającą się w to muzyką. Doprawdy warto zobaczyć, a po filmie pozwolić sobie na dłuższą chwilę refleksji.

 

 

 

Inicjatywa Przyszłość KOD

Minął już jakiś czas od mego przystąpienia do „Inicjatywy ‘Przyszłość KOD’ ” i wprost wstyd mi, że do tej pory nic do tej inicjatywy nie wniosłem. Bierze się to stąd, że po przeczytaniu kolejnego dłuższego wpisu na założonym portalu mam takie odczucie, że właśnie ja chciałem to powiedzieć, a zrobił to już ktoś inny wyrażając to głębiej, niż sam bym potrafił. Zachowuję w pamięci wstępne Oświadczenie „Inicjatywy”, tekst Adama Greli nt. współpracy międzyśrodowiskowej, „Elementarz demokracji”, rozważania ekspertów „Przestrzeni wolności” nt. dialogu, popularyzowanie zasady „win–win”, last but not least – skarbnicę inicjatyw i pomysłów przekazywanych przez Niezastąpioną Grażynę. I zadaję sobie pytanie, jak te cenne myśli (think-tank), formułowane przez ludzi autentycznie zaangażowanych w obronę demokracji i naprawdę mających coś do powiedzenia, przekładają się na formułę działań KOD, a choćby – jaką mają szansę, aby się na tę formułę kiedykolwiek przełożyć.

Można to pytanie postawić inaczej: czym w przyszłości winien być KOD, jak chcielibyśmy go postrzegać, w końcu – czym on ma być dla mnie, jeśli mam  się z nim w dalszym ciągu identyfikować, bowiem nie ulega chyba wątpliwości, że coś w nim wewnątrz pękło i takim jak był – już nie będzie. Nie ma szans.

Moje spotkanie z KOD-em w dzień po jego formalnym zaistnieniu, w grudniu 2015 – to krótka notka gdzieś na fejsbuku wzywająca do protestu przeciw pierwszym aktom agresji wobec TK, później – spotkanie tysięcy ludzi (w tym wielu, których spotkałem po 30 latach), którzy – podobnie jak ja – mieli potrzebę wyrażenia niezgody na odchodzenie od demokratycznego państwa prawa. I taki oddech ulgi, że w tej niezgodzie nie jestem sam. To właśnie te masy ludzkie, wzrastające liczebnie na  kolejnych marszach protestu, kojarzyły mi się z tym, co w przestrzeni publicznej zaistniało jako KOD. Choć w międzyczasie powstała sformalizowana struktura, do której przystąpiłem, to skojarzenie mi pozostało. Było dla mnie oczywiste, że struktura, stowarzyszenie, jest niezbędnym narzędziem do organizowania masowego ruchu protestu, ale tylko narzędziem, który ma temu ruchowi służyć. I przez wiele miesięcy tak było, albo mnie się wydawało, że tak jest: nigdzie nie było mi „tak dobrze” jak na wspólnych protestach, kochaliśmy się wszyscy od pierwszego wejrzenia i trochę przypominało mi to niepowtarzalny klimat „mszy za Ojczyznę” w żoliborskiej parafii Stanisława Kostki („u Popiełuszki”), tyle, że wówczas „lali”, a tu na razie nie. Pierwsze pęknięcia w szwach postrzegłem dopiero jesienią (ach, ten fejsbuk!), jednak początkowo nie brałem tego poważnie. Atoli szmery rosły, aż szwy pękły na całej długości. Wielotysięczne masy, z jakąż wiarą i nadzieją protestujące „z KOD-em”, stanęły jak wryte. Zrośnięte z KOD-em, skandowane na marszach hasło „wolność – równość – demokracja”, przykryło na jakiś czas powtarzane we wszystkich mediach słowo „faktury”. Z etosu, który uskrzydlał te ludzkie masy sympatyków KOD wyrażających obywatelską niezgodę na dewastującą Polskę „dobrą zmianę”, zaczęło uchodzić powietrze. Jarosław Kaczyński otrzymał nieoczekiwany, wymarzony prezent.

To można było jeszcze powstrzymać. Grono osób, które pochwyciło iskrę wykrzesaną przez Krzysia Łozińskiego i rozdmuchało żar (chwała im za to – to nie zostanie im nigdy odebrane) i które później wzięło na siebie odpowiedzialność za organizowanie społecznego ruchu protestu i chętnie pokazywało się jako jego twarz, mogło stanąć ramię w ramię i przyznać z pokorą, że były zaniechania, że dynamika narastania ruchu przerosła ich wyobrażenia, że wszystko działo się spontanicznie, nad czym – mimo wysiłków i najlepszej woli – nie zapanowali, że czują się za to współodpowiedzialni. I odsunąć się w cień odrabiając co szybciej nieodrobioną lekcję, porządkując to, co zostało zabałaganione: niebywała skala tego bałaganu opisana została w zgłoszonej przez Danutę Kuroń „Propozycji Dobrych Usług”.

Stało się inaczej. Posypały się publicznie (i wciąż sypią) wzajemne oskarżenia, w powietrzu wciąż wisi klimat wzajemnych animozji, niechęci, wręcz wrogości między tymi kilkoma osobami, które KOD dotychczas „firmowały” – i nadal „firmują”. Towarzyszą temu coraz bardziej nabrzmiałe emocje kilkuset osób, które dostrzegły swoich „guru”: jedni oskarżają, inni bronią. W takiej atmosferze przebiegały przecież regionalne Zjazdy Wyborcze. W skądinąd sympatycznej rozmowie z jednym z głównych aktorów usłyszałem takie, z przekonaniem wypowiedziane, zdanie: „gdybym nie stanął do wyborów, KOD by się rozpadł”. Mój Boże! A odnowione już władze RM wypowiadają się o organizatorach protestu w fundamentalnej sprawie „skoku” na ostatnią może ostoję praworządności, KRS, z pogardliwym dystansem: „…niezidentyfikowany podmiot pod nazwą Strajk Obywatelski…”

To wszystko dzieje się w kręgu – jak już wspomniałem – kilkuset osób. A wielotysięczne tłumy, które wciąż pragną wyrażać swoją niezgodę na dewastację Polski, na walec, który wciąż się toczy i niszczy wszystko – autorytety, drzewa, samorządność, gospodarkę, żubry, praworządność, wizerunek, nasze miejsce w Europie – stoją coraz bardziej jak wryte. I staje się to wszystko (cytuję za GW, która adresowała ten cytat „ad personam”) „… workiem kamieni u szyi ruchu sprzeciwu. Wielu ludziom ułatwi to powrót do wygodnej bierności. Wielu wahającym się ułatwi przejście do obozu władzy…”  A co z potencjalnym intelektualnym zapleczem KOD-u, setkami ludzi o ustalonych pozycjach i znanych nazwiskach, którzy też rwą sobie włos z głowy patrząc na zaorywanie demokratycznego państwa prawa i niezwykłego dorobku minionego ćwierćwiecza i chcieliby wesprzeć swoim autorytetem ten spontanicznie zrodzony ruch obywatelskiego sprzeciwu, ale w skłóconym (nie bardzo wiadomo o co) towarzystwie nijak im się pokazywać?

Przywołam raz jeszcze ostatnie Oświadczenie Zarządu RM i reakcje, jakie wywołało, bo pokazuje to jak w pigułce dwa równoległe a jakże różne postrzegania rzeczywistości. Dla jednych – grona osób wciąż zabiegających o wpływy i dla wspierających je lokalnych środowisk – ważna jest struktura (stowarzyszenie), jej przywódcy (wodzowie, liderzy) i jej logo dominujące nad każdym przejawem społecznego protestu, jako wartość nadrzędna, której prestiż przesądzi – w ich ocenie – o losach obywatelskiej opozycji. Dla innych – tych wielotysięcznych mas – ważna jest tylko i wyłącznie istota protestu, niezależnie od tego, kto rzuca hasło, a KOD-owska struktura może być postrzegana z uznaniem wtedy tylko, kiedy występuje jako czynnik inspirujący i służący „Sprawie” wszędzie tam, gdzie ktoś występuje w jej obronie: szczególnie teraz, kiedy jej „logo” znacznie przybladło. Dla ilustracji tego, o czym mówię, cytuję fragment Oświadczenia: „… Wobec niewyjaśnionych wątpliwości nt. formalnych zasad jego [niezidentyfikowanego podmiotu pod nazwą ‘Strajk Obywatelski’] współpracy z KOD, Zarząd RM do czasu uzyskania wyjaśnienia z Zarządu Głównego wstrzymuje się… etc”. Ach, ten język…

Nie ukrywam, piszę ten tekst z pozycji owych wielotysięcznych mas, z którymi identyfikuję się przede wszystkim, choć wciąż pozostaję członkiem Stowarzyszenia KOD i noszę w widocznym miejscu KOD-owską przypinkę. A członkiem Stowarzyszenia pozostaję, bo jest ono dla mnie emanacją tego maszerującego w proteście wielotysięcznego tłumu, najaktywniejszymi jego uczestnikami, dla których marsze – to za mało. To oni wstąpili do powołanej wcześniej struktury, żeby w jej ramach, oczekując organizacyjnego wsparcia, podjąć „pracę od podstaw”, organizować się lokalnie i tłumaczyć zagubionym i obojętnym dewastującą istotę „dobrej zmiany” – przyjmować ciosy i dawać im odpór. To z ich inicjatywy powstają zespoły tematyczne dokumentujące orkę po polskiej demokracji i podejmujące publiczny dyskurs we właściwych sobie obszarach. To oni spontanicznie, olbrzymim osobistym wysiłkiem, powołują media społecznościowe przyciągające coraz szerszą rzeszę odbiorców (najbliższe mi: znakomite internetowe forum debaty „KOD Mazowsze” „Obywatel”, „Echa społeczne”, newsletter „Na poziomie”, liczne portale na „fejsbuku” – jakże wiele innych). To oni zawiązują lokalne koalicje („Stop dla chaosu w szkole”) i iskrzą pomysłami („Wściekła matka”, „W krainie konstytucji”). Nie upierają się przy KOD-owskim transparencie tam, gdzie nie są o to proszeni: z KOD-owskimi przypinkami po prostu działają i przez to działanie pokazują tą najlepszą i najbliższą prawdy twarz KOD-u. Choć „nie prą na szkło”, ani też „szkło” się nimi nie interesuje, są jego „solą ziemi”. Szkoda więc, że Oświadczenie, które wspominam już po raz trzeci, nie zabrzmiało: „… Zarząd RM wyraża podziękowanie wszystkim swoim członkom, którzy wsparli organizowany w dniu 25.02 protest przeciwko… etc”

Więc taki KOD mi się marzy i tylko z takim się identyfikuję. Dlatego z radością przyjmuję – jako pewne symptomy „odnowy” – sygnały dochodzące z „odnowionego” RM o inicjatywach idących w podobnym kierunku (spuśćmy już zasłonę na nieszczęsne Oświadczenie). To jednak nie jest wystarczające do naprawienia w szerokim publicznym odbiorze poranionego wizerunku KOD-u i przywrócenia mu powszechnej wiarygodności. Czy jest to w ogóle możliwe? Myślę, że jest, choć to dzisiaj trudne do wyobrażenia. To może się dokonać na Walnym Zjeździe Delegatów, bo tylko tam może nastąpić autentyczne „nowe otwarcie”. Jest pytanie, czy nasi delegaci – elektorzy staną na wysokości zadania, czy dokonując wyboru władz przyjmą opcję tych wielotysięcznych protestujących mas, które oczekiwałyby od KOD-u służebnej roli organizatora uznającego ich podmiotowość i wspierającego ich inicjatywy, czy też zaangażują się – podchodząc do urn wyborczych – w bezsensowną, dającą wciąż o sobie znać „walkę o wpływy”; czy odetną „od szyi ruchu worek kamieni”, czy go tam w demokratycznym trybie umocują.

Pozwolę sobie dać dalszy upust marzeniom. Marzy mi się KOD, którego autentyczny lider zostałby wyłoniony dopiero po długim czasie przez te zaangażowane w protest wielotysięczne masy w oparciu o to czego dokonał, w uznaniu jego skromności i kompetencji. Marzy mi się KOD bez polityków na scenie podczas manifestacji, bez długich przemówień przekonujących tych, którzy je słyszą, że śnieg jest biały, a węgiel czarny, z mikrofonem w rękach „tych z tłumu”, którzy jednym zdaniem deklarowaliby, po co tu są i dlaczego jest to dla nich ważne. Marzą mi się organizowane przez KOD marsze protestu bez chronionych linkami VIP-ów, z idącymi na ich czele ludźmi przez lata działającymi na rzecz polskiej demokracji, społecznie akceptowanymi, z miejscem dla KOD-owskich władz (i polityków) wśród ludzi, wsłuchujących się w ich słowa zarówno aprobaty jak krytyki  – a ileż by sobie tym zyskali uznania!. Marzy mi się KOD, którego podmiotem byłyby obdarzone szeroką autonomią lokalne grupy i zespoły zadaniowe mogące liczyć na służebne, organizacyjne wsparcie władz.

Ech, marzenia! Ale przecież możliwe do zrealizowania, jeśli tylko na WZD kromka znów nie spadnie masłem w dół. A powracając do pytania jakie sobie zadaję, jaką szansę przełożenia na formułę działań KOD mają wszelkie cenne myśli wypracowane przez ludzi zaangażowanych w różne KOD-owskie think-tanki, w tym i ten – „Inicjatywa ‘Przyszłość KOD’”, odpowiedź jest podobna: w zależności od tego, jak ta kromka spadnie. Powiem więcej: uważnie obserwuję to, co dzieje się w mojej dalszej (tam gdzieś hen, w Europie i za Atlantykiem) i bliższej (w moim kochanym kraju) perspektywie i jestem głęboko przekonany, że od tego, jak ta kromka spadnie, zależy również najbliższa przyszłość całej polskiej opozycji, społecznego ruchu protestu i niezgody. Czy rany zadane jej przez drapieżnych małych ludzików będą się goić, czy będzie się je rozdrapywać? Czy pospolite ruszenie schowa miecze do pochew i wróci do pracy organicznej nad umacnianiem społeczeństwa obywatelskiego, czy w dalszym ciągu będzie uprawiać harce? Czy logo KOD zostanie troskliwie odświeżone, czy proces blaknięcia będzie postępował? Czy społeczny protest będzie rósł w siłę i stawał niezłomnie wobec narastających wyzwań, czy też się rozdrobni, a znaczna część protestujących, zniechęcona ciążącym u szyi workiem kamieni, powróci do swoich karier, ogródków, grilli?

Z olbrzymią troską pozostawiam te pytania bez odpowiedzi.

Jazgoczcie! W obronie naszych „małych ojczyzn”

[Nadzwyczajna Sesja Rady Miasta Pruszków, 07.02.2017]

No, działo się w ubiegłym tygodniu w Pruszkowie, a tydzień miałem tak „gęsty”, że dzisiaj dopiero mogę to uporządkować.

Obywatelski Pruszków dopisał: Nadzwyczajna Sesja Rady Miasta poświęcona projektowi uchwały oprotestowującej projekt ustawy „Warszawa 33+” stawała się chwilami – wbrew wysiłkom prowadzącego obrady –  spontanicznym forum obywatelskiej niezgody.  Czy można się dziwić Pruszkowiakom, którzy świętują w tym roku setną rocznicę nabycia przez Pruszków praw miejskich, a którzy od jutra mieli stać się mieszkańcami odległej peryferii stolicy? Sala – podczas zwyczajnych sesji Rady najczęściej pusta, tym razem nie mieszcząca przybyłej „publiczności” – huczała od braw po odczytaniu przez radną z PO, Annę Hejnowicz, uzasadnienia do pruszkowskiej uchwały, podobnie po gorących wypowiedziach  prezydenta miasta i gości, posłanki „Nowoczesnej” Kamili Gasiuk – Pihowicz (mieszkanki Pruszkowa) i burmistrza Ożarowa, Pawła Kanclerza.  Dwóch radnych PIS (nazwisk oszczędzę) w swoich czasowo najdłuższych przemówieniach, treściowo – na granicy inwektyw i agresji, zaprezentowało garść tzw. faktów alternatywnych, jakże często zniewalającej umysły w dzisiejszym rozchwianym świecie postprawdy: reakcja sali była do przewidzenia.

Głos z sali, udzielony „publiczności”, był jednoznaczny: głęboko merytoryczny i druzgocąco krytyczny.  Nie mogłem się nie włączyć, bo mi w duszy buzowało, tyle, że mniej merytorycznie (po artykułach proponowanej ustawy „nie skakałem”), a bardziej emocjonalnie – cóż, ten typ tak ma. Nie skrywałem swojej odczuwanej podwójnej tożsamości: i tej starej, pokoleniowo ukorzenionej warszawskiej, i tej nowej, pruszkowskiej.

Warszawa – walcząca, płonąca: ja przecież to doskonale pamiętam, pamiętam jak przełykając łzy deptałem po hektarach zgliszcz secesyjnego śródmieść idąc z Zachodniego (dokąd dojeżdżał „towarowy”) na Żoliborz, a później łzy radości z cudu odradzającego się miasta, przez wiele jeszcze dekad szarego, ale wciąż z charakterem, który nadawali mu ludzie – heroicznie walczący, heroicznie odgruzowujący, później heroicznie protestujący, ale też z charakterystyczną dla Warszawiaków kpiną z głupoty i absurdu „tamtych czasów”. A w minionym ćwierćwieczu „narodowej ruiny” – kolejne łzy radości z rozmachu przeobrażania się miasta w nowoczesną aglomerację nie ustępującą w niczym innym europejskim metropoliom. I teraz to wszystko zniszczyć wprowadzając niewyobrażalny chaos w sprawnie zarządzany organizm, skazując stolicę kraju na prowincjonalizację przez  włączenie w nią setek hektarów pól ornych, łąk, wsi i osiedli, skazując to niepowtarzalne miasto na zarządzanie nim w dwóch trzecich przez ludzi nie związanych z nim emocjonalnie, nie czujących go, nie mających żadnych kompetencji do zarządzania takim organizmem?  W imię obłędnej politycznej – raczej partyjnej – ambicji zdobycia w nim władzy?

Moja tożsamość pruszkowska – to wrastanie przez blisko 20 lat w nowe dane mi „miejsce na ziemi”, a równocześnie podziw, jak to podwarszawskie miasto Pruszków z dnia na dzień pięknieje, jak niezwykłą daje ofertę kulturalną  (wyliczać by długo), ale przede wszystkim – jak umacnia się w nim, w oparciu o lokalny samorząd –  społeczeństwo obywatelskie iskrzące setkami inicjatyw, jak Pruszkowianie ukorzeniają się w swojej „małej ojczyźnie” i jak im na niej zależy. Toż przecież dla mojego kraju, dla Polski, wartość fundamentalna! I wszystko to zniszczyć, zaorać? Tu chodzi już nie tylko o manipulowanie okręgami wyborczymi i pozyskanie w ten sposób władzy: tu chodzi o coś więcej. Celem jest konsekwentna realizacja doktryny ideologicznej: centralizacja państwa, wprowadzenie – w okresie przejściowym między demokracją a dyktaturą – stanu pośredniego, „demokratury”; sypanie piasku w szprychy społeczeństwa obywatelskiego, zniechęcanie do idei „małych ojczyzn” poprzez złudną ofertę: wasze jest wszystko, cała Warszawa.  Wszystko nie ogarniane ani wzrokiem, ani wyobraźnią; wasze / nasze wspólne – to znaczy niczyje. A wielki brat zadba, żeby w tym wspólnym wszystkim było dobrze.  Ja to już ćwiczyłem przez 45 lat!

Pozwoliłem sobie w swoim skromnym wystąpieniu – może trochę nie na temat – przywołać prezydencką inicjatywę podjętą podczas spotkania Majestatu Rzeczypospolitej z mieszkańcami Żagania; inicjatywę przedefiniowania pojęcia obywatelskiego protestu i obywatelskiej niezgody, zastąpienia tych złożonych pojęć jednym prostym słowem: JAZGOT. I tak, przyjmując prezydencką retorykę, pozwoliłem sobie gorąco – tak, jak tylko potrafiłem – zaapelować do szanownych pruszkowskich rajców, niezależnie od ich opcji i od tego, czy bardziej z prawej, czy z lewej strony czują serce. Mój apel sprowadzał się również do jednego słowa: JAZGOCZCIE!

Jazgoczcie głośno, z determinacją i do upadłego!

Jazgoczcie w imię obrony polskiej samorządności gwarantowanej nam Konstytucją, której kompetencje określa ratyfikowana przez Polskę w całości Europejska Karta Samorządu Lokalnego!

Jazgoczcie w imię obrony społeczeństwa obywatelskiego i naszych „małych ojczyzn”!

Jazgoczcie w imię obrony polskiej praworządności i demokracji!

Jazgoczcie w imię prostej, ludzkiej przyzwoitości!

Jazgoczcie, jeśli nie chcecie jutro, po spojrzeniu w lustro, ujrzeć twarzy strasznej!

Nie ustawajcie w jazgotaniu!

Po zamknięci Sesji pruszkowski prezydent i większość radnych byli uprzejmi osobiście mnie zapewniać: będziemy jazgotać do skutku. Nadzieja umiera ostatnia.

W  moim post scriptum pragnę  skomentować nasze dzisiejsze (11.02) KOD-owskie „jazgotanie” na ulicach Warszawy – liczebnie żenujące i warte refleksji: mróz li to sprawił, rozpoczynające się ferie, czy też słabnące właściwości magnetyczne KOD-owskiego logo, tracącego w przestrzeni publicznej na wizerunku ze względu na wewnętrzne perturbacje? W tym szczególnym przypadku obłędnego pomysłu na „Warszawę33+” nie mam większych wątpliwości: dynamika społecznego protestu na tym nie straci, polska samorządność, po 27 latach doświadczeń, na tyle jest okrzepła, że bronić się będzie do upadłego, z KOD-em czy bez KOD-u. Atoli walec rujnujący polską demokrację i praworządność toczy się ze zdeterminowaną konsekwencją w wielu obszarach i wymaga społecznej reakcji. W powietrzu wisi pytanie, co należy pilnie (i z pokorą) poprawić w konstrukcie spontanicznie zbudowanym przez tysiące ludzi, którzy z taką pasją postanowili bronić wartości, którzy z dnia na dzień stali się dla siebie tak bliscy, żeby odzyskał społeczne zaufanie i mógł w dalszym ciągu spełniać ważną i potrzebną rolę  – przede wszystkim służebną, nie koniecznie przywódczą – w organizowaniu ruchu obywatelskiego protestu i niezgody? Wydaje mi się, że doświadczenie z dzisiejszej manifestacji wskazuje na to, iż odpowiedź na to pytanie jest bardziej niż pilna, że potrzebna jest „na już”.  A czy dobrze mi się wydaje – zweryfikuje „samo życie”. Wkrótce.

 

27 stycznia

27 stycznia (to już jutro) jest Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holokaustu; to równocześnie 76. rocznica wyzwolenia więźniów obozu Auschwitz – Birkenau. Fundacja „Shalom” we współpracy z Teatrem Żydowskim i Stołeczną Estradą organizuje doroczne uroczystości pod Pomnikiem Bohaterów Getta – kantor odśpiewa kadysz, odbędzie się modlitwa ekumeniczna. Wokół tej rocznicy Muzeum Historii Żydów Polskich „Polin” występuje z szeroką ofertą filmów, spotkań i wystaw poświęconych „Zagładzie”. W moim małym Pruszkowie młodzież przypomni o likwidacji lokalnego getta i odwiedzi cmentarz żydowski.- i tak będzie się działo w setkach polskich miast i miasteczek.

W ciągu roku wiele mamy „międzynarodowych dni”, jeszcze więcej rocznic, bo się na świecie działo. Ta rocznica nie jest nawet „równa”, a jednak tak bardzo warto o niej i o tym „Dniu” pamiętać. Właśnie teraz. Bo dramatycznie i jakby w oczach kurczy się przestrzeń dla liberalnej demokracji, otwartości na „innego”, tolerancji, dialogu. Bo jak niesiona burzą wznosi się fala „konserwatywnej rewolucji”, pod czym kryje się ucieczka milionów ludzi – szarpanych lękami – w kokon narodowych wspólnot, co pociąga za sobą autorytarne sprawowanie władzy, izolacjonizm, plemienność, narastającą wzajemną wrogość i wszystko, co dalej z tego wynika. A o tym, co wyniknąć może, mówią nam właśnie te „Dni”. Jestem z odchodzącego pokolenia, którego nie tylko wyobraźnia, ale również osobiste doświadczenie sięga tamtego okrutnego czasu. I dlatego o tym Międzynarodowym Dniu Pamięci przypominam i gorąco namawiam moich młodych przyjaciół do sięgnięcia po historię, bo tylko wyciągnięta z niej lekcja i pobudzenie wyobraźni, tylko stanowczy sprzeciw wobec tego, co za oknem, może uchronić nas od „powtórki”. Wierzę, że uchroni!

Cóż, tacy jesteśmy: smutne myśli o KOD-owskich perturbacjach

6 stycznia 2017

Drodzy Państwo,

Jako że jednoznacznie kojarzony jestem przez liczne grono moich przyjaciół i znajomych (i słusznie!) ze społecznym ruchem protestu KOD, często w ostatnich dniach zadawane jest mi pytanie, co myślę o zaistniałym w tym ruchu kryzysie:   postanowiłem więc wypowiedzieć się na ten temat publicznie. Najkrótsza moja odpowiedź brzmi: pojęcie „kryzys” – wobec wydarzenia medialnego wokół faktur firmy MKM – dotyczy tych osób, które ten wielki, spontaniczny ruch utożsamiają przede wszystkim z osobą Pana Mateusza Kijowskiego; dla tych, dla których twarzą tego ruchu jest wiele tysięcy (daj Boże – milinów) Polaków, którzy protestują przeciwko dewastacji Polski i pełzającej faszyzacji kraju, jest to tylko dyskomfort zważywszy skutki medialnego szumu, który – w szerokim społecznym odbiorze – przesłania istotę niezmiennie i uparcie prowadzonego protestu. Dyskomfort pogłębiają niektóre sformułowania zawarte w „Oświadczeniu” Pana Mateusza: trudno się np. zgodzić z określeniem tego wydarzenia medialnego pojęciem „prowokacja”. W istniejącej sytuacji politycznej, mając na uwadze nieprzebieranie w metodach w prowadzonej przez elitę rządzącą walce o „rząd dusz” i wzrastające społeczne emocje, niczego bardziej się nie lękam, jak prowokacji właśnie, jednej choćby kropli krwi na warszawskiej jezdni, co służyłoby medialnej dyskredytacji obywatelskiej niezgody. To jednak nie ten przypadek. Wykorzystanie niezręczności / błędu / nadużycia / uchybienia etyce działacza  (*niepotrzebne skreślić) ze strony formalnego lidera opozycyjnego ruchu przez akolitów władzy jest „oczywistą oczywistością”, co do brutalności formy – nie można było mieć złudzeń. Cóż, żyjemy w takim świecie. Ponieważ jednak ośmieliłem się odnieść krytycznie do „Oświadczenia” Pana Mateusza, pragnę również wyrazić słowa uznania pod adresem kolejnego jego tekstu, „Murem za KOD-em” – jakże innego, kreślonego bez zbędnych emocji, z wrażliwością i – wydaje się – poczuciem odpowiedzialności za dalsze działania ruchu, wskazującego drogi wyjścia z impasu. Racjonalne są też  zamieszczone w tekście propozycje. Tak, to dokładnie o to teraz chodzi.

A wyrażam takie przekonanie obserwując „z zewnątrz”, na podstawie „fejsbukowych” wpisów, sytuację wewnątrz KOD-owskiej struktury, tym bardziej napiętą, im bliżej jest  działaczy pełniących funkcje we władzach Stowarzyszenia. W pełni rozumiem i uznanie wyrażam tym, którzy w swojej ofiarnej działalności w ramach KOD zetknęli się bezpośrednio z Panem Mateuszem, ufają jego szlachetnym intencjom i zgodnie z tym wspierają go dobrym słowem, okazują lojalność i empatię. Nie podzielam natomiast euforii tych, którzy deklarują „murem za Mateuszem” odrzucając wszelką krytykę, czy „wyjdziemy z KOD-u, jeśli on wyjdzie”. Proponowałbym refleksję i przedefiniowanie deklaracji na „murem za ‘Sprawą’, której Mateusz i KOD służy”. Wydaje mi się, że takie myślenie może tylko ułatwić centralnej postaci zamieszania, jakie powstało, podejmowanie trudnych i racjonalnych decyzji, jakie przed nim stoją.

Atoli bardziej jeszcze jestem krytyczny wobec tych, którzy gromy rzucają pod adresem lidera ruchu nie bacząc na krzywdę, jaką wyrządzają nieodpowiedzialne słowa wpuszczane w przestrzeń publiczną, nie ważąc racji, ignorując wszystko, za co należy się dobre słowo, nie biorąc pod uwagę, jak fatalnie rzutuje to na wizerunek społecznego ruchu – jedynej w tej chwili ostoi społeczeństwa obywatelskiego. I zastanawiam się, co może być tego przyczyną. Czy małostkowa zazdrość, kiedy gromy rzucający widzi w czytanym tekście pięciocyfrowe sumy, którymi sam nie dysponuje (podobnie jak piszący te słowa emeryt ze średniej półki)? Czy wyidealizowane pojęcie celebrowanego działacza, któremu przypisuje się zdolność życia samą ideą zapominając o tym, że też musi zjeść obiad, czasem kupić koszulę, a nawet pójść do kina i mieć na to środki i to nieco większe niż prowadzący ustabilizowane życie Jan Kowalski? Apeluję więc do rzucających gromy o chwilę refleksji, bo nie o sumy tu chodzi (którymi epatują zaciekli wrogowie KOD-u), wręcz groszowe zważywszy to, czego KOD w ciągu minionego roku dokonał, w dużej mierze dzięki wkładowi Pana Mateusza. Chodzi o garść ubolewania godnych zaniechań, być może błędów, być może drobnych nadużyć, o które w spontanicznie powstającym ruchu nie trudno. Dalece nieadekwatnych do burzy, jaka wokół nich powstała i jaka wpływa na postrzeganie naszych działań przez miliony tych, którzy obserwują nas z dystansu i ważą dopiero, po której stronie ideowego sporu jest szlachetna racja. Czy ta „garść”, ze sposobem sprawowania przywództwa przez  Pana Mateusza włącznie, zasługuje na krytykę? Ależ oczywiście: krytykę konstruktywną, uczciwą, ważącą racje, przede wszystkim – krytykę wewnątrz KOD-u, dla której istnieją statutowe instrumenty. Krytykę, która pozwoli wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów i umocni ruch protestu stanowiący jedyną nadzieję na położenie kresu niszczeniu demokratycznej polskiej państwowości.

Tymczasem stało się inaczej. Ujawnienie nieszczęsnych, naprawdę mało znaczących faktur mediom publicznym było aktem złej woli – bo powiedzieć krótkowzrocznym, to mało. Krzywda, jaka wyrządzona została tym aktem wizerunkowi społecznego protestu, tysiącom – jak nie milionom – ludzi, którzy się w ten protest angażują, jest niepowetowana. Dokonał tego człowiek, bądź ludzie, dla których nie istnieje pojęcie wartości, którym obca jest wszelka wrażliwość, o wyobraźni nie mówiąc – cyniczni, egoistyczni gracze pozbawieni elementarnego poczucia przyzwoitości. Zidentyfikowanie ich i wyeliminowanie z grona działaczy KOD (bo pod to pojęcie się podszywali) – to zasadniczy krok w kierunku wyjścia z istniejących turbulencji. Drugi, równoległy (o audytach nie wspominam, bo to oczywiste) – to, teraz właśnie, manifestacja jedności i wiary w sens budowania społeczeństwa obywatelskiego, sens naszego protestu, sens „Sprawy”, która nas łączy, która ma się nijak do potknięcia pokazywanego przez szczujnie jako upadek w przepaść. Zatem – do zobaczenia 11 stycznia, przed Sejmem RP, w obronie kolejnego bastionu demokracji – polskiego parlamentaryzmu.

A teraz kilka słów kierowanych bezpośrednio do nieznanego mi osobiście Pana Mateusza. Jestem Panu wdzięczny za pierwszy wpis na facebooku w którym zaprosił mnie Pan na pierwszy obywatelski protest wobec zamachu na TK, 3 grudnia 2015: spotkałem tam wielu przyjaciół, z którymi działałem dawno temu; z trudem rozpoznawaliśmy się po blisko 30 latach, ale wiedziałem już, że w moim bólu po tym, co się stało i w moim proteście nie będę sam. Podczas kolejnych KOD-owskich manifestacji zawiązywały się nowe, wspaniałe przyjaźnie. Pana obserwowałem z niepokojem. Zdawałem sobie sprawę, że sytuacja niespodziewanie (nieoczekiwanie również dla Pana) postawiła Pana w miejscu, na które nieustannie zwrócone są „światła rampy” – zaczął Pan zdawać niezwykle trudny egzamin, bez przygotowania, jakby z biegu. Wypadał różnie, raz lepiej, raz gorzej – nie mogło być inaczej. Trzymałem za Pana kciuki zdając sobie sprawę, że Pana wizerunek, w odbiorze przez „lud”, przekłada się na wizerunek całego ruchu oporu, choć rzeczywistość jest przecież inna. Patrzyłem z obrzydzeniem na rzucające się na Pana polityczne hieny, ale też z troską (o Pana) na otaczających Pana pieczeniarzy. Chcę wierzyć, że w sumie ten trudny egzamin Pan zdał, z wynikiem średnim, co postrzegałbym jako Pana sukces. Okazało się jednak, że to nie koniec: zaistniała sytuacja stawia Pana wobec kolejnego wyzwania. Od Pana postawy, publicznie wypowiadanych słów, decyzji – również tych bardzo osobistych – w sporej mierze zależeć będzie, z jaką twarzą ten ważny ruch, jaki Pan animował, wyjdzie z obecnego impasu. Zaistniał już Pan w przestrzeni publicznej i ma Pan już zapewnione miejsce w historycznych annałach, pozostaje jednak pytanie, na ile wierszy i o jakiej treści. Proszę pamiętać, historia nie odnotowuje taktycznych potyczek (nawet zwycięskich), a strategiczne decyzje i ich skutki. Życzę Panu gorąco, aby – podejmując je – nie stronił Pan od krytycznych doradców i trudnej logiki „męża stanu”. A kreśli te słowa, kierując je do Pana, wypalony już, stary działacz, z  sympatią i szacunkiem za Pana wkład, ale też przede wszystkim z troską o „Sprawę”: to takie określenie z wojennej konspiracji. Aż strach pomyśleć, że wciąż aktualne.

 

[mój list do Krzysztofa Łozińskiego]

22 stycznia 2017

Drogi Krzysztofie,

Jestem po lekturze Oświadczenia ZG KOD z 17 bm. i Twego wywiadu dla GW, wsłuchuję się w to, co mówisz; bo to jest teraz strasznie ważne. Mnóstwo ludzi,  szczerze i żarliwie zaangażowanych w ruch protestu i niezgody, który utożsamiany jest z logiem KOD, postrzega Cię jako autorytet i „ostatnią szansę” dla uratowania wizerunku tego logo, bądź też tego, co uratować jeszcze można: bo, że straciło ono ostatnio swój blask w odbiorze milionów Kowalskich, nie ulega chyba wątpliwości. Podziwiam Cię, że znalazłeś jeszcze dość siły i determinacji, żeby w taką rolę wejść i dziękuję Ci za to, bo jak nie Ty – to kto? (Alternatywą mógłby być chyba tylko Władek Frasyniuk, którego głosu bardzo mi brakuje, ale to temat odrębny.) Nasza znajomość  – a nawet, myślę, w jakimś sensie przyjaźń – trwa już równe ćwierćwiecze, robiliśmy wspólnie wspaniałe rzeczy, wiem to najlepiej, jaki był Twój bezinteresowny wkład w tworzenie od podstaw warszawskich struktur Amnesty International, jak skutecznie swoją żarliwością, doświadczeniem i wiedzą inspirowałeś młodych ludzi do angażowania się w obronę praw człowieka, co wówczas było w Polsce pojęciem wręcz egzotycznym. I dlatego z całą mocą potwierdzam: tak, to jest Twoje miejsce na tym wirażu, w jakim znalazł się KOD-owski ruch i życzę Ci gorąco, aby udało Ci się z tego wirażu ten KOD obywatelskiego protestu wyprowadzić.

No, to już teraz „ad meritum”, bo w tym miejscu zaczynają mi się nasuwać pytania i wątpliwości. Piszesz (mówisz), że jesteś „poza sporem”, tylko o co jest ten spór, którego autentyczny ruch KOD-owski zupełnie nie rozumie, bo jedyny spór, który każe mu człapać w długich i męczących marszach – to spór o kształt Polski. Kiedy on się zaczął, bo szemrały o nim ptaszyny już od dawna, dodając, że chodzi „o władzę”. O jaką władzę? Czy była Ci, Krzysiu, jakakolwiek władza potrzebna, kiedy kilka już dekad temu współtworzyłeś „bibułę”, drukowałeś na powielarce przerobionej z pralki „Frania” ubabrany w farbie, kolportowałeś, wypisywałeś na murach swój protest wapnem rozrobionym w starej bańce po farbie? No, i ptaszyny wyćwierkały: gruchnęło! Najpierw lekko – że jakieś faktury… Doniesienie o tych fakturach nieżyczliwym mediom traktuję jako skrajną podłość, która miała uderzyć w człowieka, a spowodowała krzywdę całej demokratycznej opozycji. Jednak, jakże łatwo było  wówczas jeszcze to gruchnięcie wyciszyć: wystarczyło wyjść przed szereg,  solidarnie, całą ekipą tymczasowo zarządzającą Stowarzyszeniem KOD, i solidarnie przyznać się do błędu, słabości na wstępnym etapie organizowania struktur, braku kompetencji w rozeznaniu konfliktu interesów. Była to w tamtym momencie – w moim przekonaniu – doprawdy błahostka, dająca się zrozumieć, do wewnętrznego wyjaśnienia i wybaczenia.

Niestety, poszło to dalej, a ptaszyny miały rację: poszło „o władzę”. Ubolewania godny spór rozgorzał w przestrzeni publicznej –  żenujący, budzący głęboki niesmak (to określenia najłagodniejsze z możliwych). Wyrządza nieobliczalną szkodę, raniąc tysiące Polaków, którzy decydowali się na publiczne wyrażanie swojej niezgody na dewastacje demokratycznych struktur państwa, a teraz utożsamiani są z kilkoma zacietrzewionymi ludźmi, którym marzy się jakiś „rząd dusz”. Nie poddaję w wątpliwość, że rozpoczynali swoją działalność z najszlachetniejszych pobudek; nie poddaję w wątpliwość i tego również, że włożyli w tę działalność wiele wysiłku. Myślę – i ciekaw jestem niezmiernie, czy to moje myślenie, Krzysiu, podzielasz – że źródłem tego upokarzającego nas wszystkich kryzysu w KOD-zie jest to, iż w pewnym momencie odkryli swoją wyjątkowość i nabrali poczucia misji. I walczą o jej pełnienie bez pardonu, środkami wyniszczającymi siebie nawzajem, ale – co gorsze – wyniszczającymi równocześnie wizerunek wartości, w obronie których podjęli swoją działalność.

Mówię tu jednym tchem o wszystkich aktorach tego jednodniowego spektaklu, bo przecież pojutrze nikt nie będzie pamiętał nawet ich twarzy, o imionach nie mówiąc – będą natomiast wciąż odczuwalne skutki przesłania tego ponurego wydarzenia. Nie chcę w tym miejscu używać słowa „małość”, bo mogłoby być odebrane jako obraźliwe. Powiem więc, iż myślę, że wszyscy uczestnicy „sporu”, którym odważnie zdecydowałeś się zarządzać, totalnie się pogubili wobec wyzwania, jakie podjęli: przerosło ono znacznie ich kompetencje, wrażliwość na dobro wspólne, kwalifikacje moralne (*niepotrzebne możesz skreślić).

Podkreślam to, co w moim rozumieniu tej sprawy jest ważne: wszyscy. Zbyt mało my, szaraki, znamy szczegółów (którymi zresztą nie jesteśmy zbytnio zainteresowani), aby przesądzać, kto w tym wszystkim zawinił mniej, kto bardziej. Pokory zbrakło wszystkim, po równo, aby wznieść się ponad subiektywną ocenę swojej roli i dla dobra „Sprawy” usunąć się w cień, a już przede wszystkim publicznie nie jątrzyć. Atoli jeden z aktorów zasługuje jednak na poświęcenie mu kilku słów więcej, niż innym, bowiem na niego skierowane są najsilniejsze reflektory. Jest nim, oczywiście, Pan Mateusz, z którym nigdy osobiście się nie zetknąłem. Jestem mu wdzięczny za to, że był pierwszym, który pochwycił wykrzesaną przez Ciebie iskrę, rozniecił żar, a później konsekwentnie w ten żar dmuchał. Nigdy nie był z mojej bajki liderem potężnego, spontanicznego ruchu: Obserwowałem, jak ten „leadership” kreowany był przez media (przede wszystkim na ich własny użytek). Zdawałem sobie sprawę, że do roli, w jaką go nieoczekiwanie wrzucono, ten „dobry człowiek” – jak go paternalistycznie nazwałeś – w żadnej mierze nie był przygotowany: czyżbyś Ty tego nie widział? Zdawał najtrudniejszy w swoim życiu egzamin, który w odbiorze publicznym wypadał różnie. Czy ktoś mu w tym pomagał, czy ktoś go wspierał? Trzymałem za niego kciuki, bo widziałem, jak jego pozycja przekłada się na wizerunek całej obywatelskiej opozycji. Popełniał błędy, okazuje się – większe, niż się „na bieżąco” wydawało: gdzie byli wówczas pozostali członkowie władz współodpowiedzialni za Stowarzyszenie KOD?  Podobno był uparty: czy to zwalniało najbliższe mu grono od współodpowiedzialności? Wygląda na to, że ten człowiek, przy podejmowaniu ważnych decyzji, był dramatycznie sam. Zyskał grono mało krytycznych zwolenników wśród nas, szaraków, zupełnie nieświadomych „zarządowych problemów”, co mogło jeszcze bardziej utwierdzać go w poczuciu misji. Czy znaleźli się wśród nich autentyczni przyjaciele, którzy mogliby mu służyć dobrą, czasem trudną  radą, uparcie tłumaczyć, że wychodzący na ulice, głęboko świadomi obywatele, nie potrzebują „misjonarzy”, a rzetelnych, sprawnych organizatorów, mających wizję programu na „długi marsz”. I co, i teraz ten osamotniony człowiek – jakimikolwiek błędami byłby nie obciążony – idzie na odstrzał w roli ofiarnego kozła, „nie budzi zaufania” ludzi współwinnych złu, którzy w dodatku publicznie go nie oszczędzają? Czy nie widzisz w tym, Krzysiu, symptomów linczu? Nic na to poradzić nie mogę, wyjątkowo jest mi to obmierzłe. Fi donc!

Kreślę tych kilka słów do Ciebie, Krzysztofie, przede wszystkim dlatego, że „mi zależy” i kreślę je z pozycji KOD-owskiego szaraka, trzymającego się na ogół z dala od coraz grubszych linek dzierżonych przez coraz gęstszy szpaler „straży” odgradzającej VIP-ów (co budzi narastający niesmak) i z dala od „sceny”, (która nie zawsze mnie przyciąga). W tym miejscu, jakie wybrałem, spotykam mnóstwo znajomych sprzed dekad – z „Komitetów Obywatelskich”, ROAD-u, „Unii” Tadeusza Mazowieckiego, w tym wielu naszych wspólnych. Zawieram wiele nowych, wspaniałych przyjaźni. Rozmawiam. Dlatego mogę powiedzieć bez wahania, że to, co do Ciebie piszę – piszę jakby również w ich imieniu. I wiem to, jak rzadko, ponad wszelką wątpliwość, że ci moi wspaniali rozmówcy nie zmienią zdania – pod wpływem „fakturowej afery”, czy też haniebnego publicznego sporu o wyimaginowaną władzę – w sprawie, dla której uczestniczyli w masowych protestach i będą w dalszym ciągu, na miarę swoich możliwości, uparcie odkopywać  wdeptywane w ziemię wartości, pieścić je i hołubić. Będą jednak wstrzemięźliwi, kiedy przyjdzie wziąć udział w kolejnych „pochodach niezgody”, gdyby były prowadzone przez ludzi, którzy się po prostu nie sprawdzili. A myślę, że z przyciągnięciem w takiej sytuacji  nowych „niepokornych” – dotychczas biernych, obojętnych – będzie jeszcze gorzej.

Zmierzam do konkluzji, bo tekst się wydłuża i obawiam się, ze stracisz cierpliwość do jego „doczytania”. Drogi Krzysztofie, podjąłeś się trudnej misji sformułowania „programu naprawczego”. Zapowiadasz zmiany statutowe i porządek w dokumentach „żeby firma audytorska miała co sprawdzać” (to brzmi fatalnie: czy w tym biurze pracowały same przedszkolaki i co robił wobec tego Zarząd, za stan dokumentów odpowiedzialny „in corpore”?) Czy nie myślisz, że to za mało, że to zaledwie kosmetyka, że to tylko wierzchołek lodowej góry? Czy nie sądzisz, że w punkcie pierwszym tego „programu naprawczego” winno być wyeliminowanie z władz wszystkich tych, którzy się nie sprawdzili, którzy swoją postawą rzucają cień na KOD-owskie logo? Wszystkich bez wyjątku? Rozumiem, że Zarząd – do wyborów – nie może ustąpić ze względów proceduralnych, ale od czego doświadczenie wytrawnego działacza, żeby te dwie sprawy jakoś pogodzić? Może podjęcie uchwały o nie występowaniu dotychczasowych władz Stowarzyszenia w przestrzeni publicznej i nie uczestniczeniu w kampanii wyborczej do czasu demokratycznego powołania nowych władz? Wiem jedno: w zamknięciu tego  paranoicznego „sporu o władzę” nie powinno być ani zwycięzców, ani  zwyciężonych, a KOD może wyjść z tej smutnej przygody obronną ręką tylko wtedy, kiedy służyć ona będzie ku przestrodze. Kiedy służyć będzie przypomnieniu, że obdarowanie mandatem do pełnienia formalnej władzy w Stowarzyszeniu – to przede wszystkim zobowiązanie do służby, do wsłuchiwania się w głosy wyborców i organizacyjnego wspierania ich aktywności. Wreszcie, kiedy służyć będzie zrozumieniu, że inicjatywa najbardziej aktywnych członków tego spontanicznego ruchu protestu i niezgody, aby powołać stowarzyszenie, wypłynęła z konieczności posiadania – w istniejącym systemie prawnym – instrumentu, narzędzia niezbędnego do prowadzenia publicznej aktywności. Narzędzie – wiadomo – żeby go lubić, musi być sprawne: kiedy się psuje – oddaje go się do naprawy (to właśnie sytuacja, jakiej jesteśmy świadkami), jeśli naprawa nie skutkuje – wyrzuca go się na śmietnik i kupuje nowe. Ruch przetrwa – jestem o to spokojny. Zmiana loga mogłaby go dużo kosztować, ale by go nie zniszczyła: bo praworządna, demokratyczna Polska jest w tak wielu z nas!  Myślę, Krzysiu, że się w tym miejscu ze mną w pełni zgodzisz.

Nadzieja umiera ostatnia; życzę Ci gorąco, żebyś dał radę, żeby Ci się udało wyprowadzić Stowarzyszenie KOD na prostą. Nadzieję umacnia obserwacja przedwyborczego procesu: zgłaszanie się osób, które już sprawdziły się w anonimowej, trudnej „pracy organicznej” z ofertą wzięcia odpowiedzialności za przyszłość KOD-u, z ofertą autentycznej służby; także spontaniczne inicjatywy organizowania debat po to, aby uczestnicy wyborczego Zjazdu mogli wybrać tych najlepszych. Z tą nadzieją dłoń Ci ściskam najserdeczniej

Bogusław

 

[listu do Krzysztofa ciąg dalszy]

26 stycznia 2017

Piszę to z przykrością i poczuciem głębokiego dyskomfortu, bo sądziłem, że wymiana korespondencji z Krzysiem jest już sprawą zamkniętą i nie będzie mnie dalej angażować. Niestety, tak się nie stało. Zwrócono mi uwagę na portal http://audyt.kijowski.net (o którym nie wiedziałem) i jego zakładkę „Głosy poparcia”, w której zamieszczony jest wyrwany z kontekstu fragment mojego listu: całość listu przytoczona jest drobnym drukiem w kolejnej zakładce.

Skreśliłem ten list do Krzysia, który odważnie wziął na siebie trudną rolę arbitra, aby podzielić się z nim moim widzeniem zaistniałej w KOD-zie bolącej nas wszystkich sytuacji. Opublikowałem go na swojej „osi czasu”, aby tymi przemyśleniami podzielić się z gronem „znajomych”, a jeżeli się to robi, to – bez fałszywej skromności – po to, aby wpłynąć na kształtowanie się w przestrzeni publicznej postrzegania tej sytuacji, szczególnie kiedy towarzyszą jej tak silnie pobudzone emocje. Moje przesłanie było sformułowane jednoznacznie: wystarczy przeczytać kilka zdań poprzedzających zamieszczony na wspomnianym wyżej portalu fragment mego tekstu. Pozwolę sobie je przytoczyć:

„…myślę, że wszyscy uczestnicy „sporu”, którym odważnie zdecydowałeś się zarządzać, totalnie się pogubili wobec wyzwania, jakie podjęli: przerosło ono znacznie ich kompetencje, wrażliwość na dobro wspólne, kwalifikacje moralne (*niepotrzebne możesz skreślić). Podkreślam to, co w moim rozumieniu tej sprawy jest ważne: wszyscy. Zbyt mało my, szaraki, znamy szczegółów (którymi zresztą nie jesteśmy zbytnio zainteresowani), aby przesądzać, kto w tym wszystkim zawinił mniej, kto bardziej. Pokory zbrakło wszystkim, po równo, aby wznieść się ponad subiektywną ocenę swojej roli i dla dobra „Sprawy” usunąć się w cień, a już przede wszystkim publicznie nie jątrzyć. Atoli jeden z aktorów…”

W tym świetle zamieszczenie jakiegokolwiek fragmentu mego listu pod rubryką „Głosy poparcia” uważam za – co najmniej – niestosowne i to powoduje mój głęboki dyskomfort.

Inną zupełnie sprawą jest postawa wobec Pana Mateusza osób współodpowiedzialnych za tę bolesną sytuację – postawa, która budzi mój (mówiąc najbardziej delikatnie) niesmak. Bitego będę bronił, niezależnie od tego, czy jest świętym, czy grzesznikiem. To przecież miał na myśli prof. Bartoszewski formułując swoją znaną myśl na temat przyzwoitości, na którą wszyscy tak chętnie się powołujemy. I to ta obrona właśnie, z mojej strony uparta i konsekwentna, jest treścią  owego zamieszczonego fragmentu. Znów nastąpiło pomieszanie znaczenia słów, zjawisko równie częste, co groźne – słów „poparcie” i „obrona”.

I jedno jeszcze, co mój dyskomfort jeszcze pogłębiło i – być może – zmotywowało do zabrania głosu: zamieszczone przy fragmencie mego listu zdjęcie z wydarzenia niezwykle mnie satysfakcjonującego, wobec którego do dnia dzisiejszego – mimo upływu wielu lat – czuję niesłabnącą pokorę. Zdjęcie wisi gdzieś w sieci (nie wiem nawet, gdzie), jest zatem publiczne i każdy może je sobie ściągnąć. A jeśli to robi – robi to w jakimś celu. Pytanie, w jaki celu zrobili to redaktorzy portalu http://audyt.kijowski.net zawieszam w powietrzu, a odpowiedź pozostawiam tym, którzy ten tekst przeczytają. Podobnie jak zawiesiłem w powietrzu pytanie skierowane do Krzysztofa, czy nie widzi  w postawie wobec Pana Mateusza osób współodpowiedzialnych za zło, które się wydarzyło, symptomów linczu.

Jest mi bardzo, bardzo przykro.

 

po Sylwestrze pod Sejmem

Rozumiem, że za barierki wokół sceny wpuszcza się wybiórczo, więc dzielę się z Państwem tutaj kilkoma myślami. Są, być może, mało oryginalne, ale chciałoby się je wykrzyczeć i nigdy nie dosyć ich powtarzania.

Denerwują mnie od pewnego czasu skandowanki na naszych wiecach i marszach typu „demokrację obronimy”. Nie obroniliśmy ani demokracji, ani TK, ani służby cywilnej, ani niezależnej prokuratury, ani rzetelnej edukacji. Nie obroniliśmy, bo – wobec „skoku” na państwo prawa przez demokratycznie wybraną władzę („suweren” nieopatrznie zrzekł się swojej suwerenności), władzę dysponującą parlamentarną większością, wojskiem, policją, środkami budżetowymi i czym tam jeszcze – nie było to możliwe. Czy więc nasze protesty są zasadne? Ależ oczywiście! Gdyby nie one – nie byłoby nadziei na odzyskanie tych fundamentalnych wartości, pogrążalibyśmy się w glątwie, wyglądałoby na to, że Polacy akceptują narastającą despocję i deptanie prawa. Gdyby nie ten sejmowy protest – zarówno parlamentarny jak obywatelski – kardynalne kolejne delikty konstytucyjne przeszłyby bez echa i wkrótce zostałyby zapomniane. Szczuci, lżeni, obrażani, nieustannie przypominamy o tych wartościach, być może wielu Polakom dopiero je uświadamiamy. Nie pozwalamy zaorać 27 lat dorobku naszego niepodległego bytu, coraz to poszerzamy i pogłębiamy społeczeństwo obywatelskie – jedyną nadzieję (wobec dewastacji instytucji państwa) na powrót do demokratycznego państwa prawa. Wczorajsza manifestacja, protest wobec upadku polskiego parlamentaryzmu, była tego kolejnym przykładem. Zatem tak trzymajmy, bądźmy jedno, stójmy murem za KOD-em jako ideą, jako wyzwaniem – obywatelskim ruchem niezłomnego protestu. To długi marsz, ale DAMY RADĘ!

Barack Obama, żegnając się wczoraj z prezydenturą, w swoim – jak zwykle – świetnym przemówieniu powiedział (cytuję z pamięci): „…Demokracji nie wystarczy lubić, nawet nie wystarczy w nią wierzyć: w demokracji trzeba uczestniczyć”… I jeszcze: „…”Wolność i szacunek dla praworządności: jeśli te wartości skarleją – będziemy na prostej drodze do kolejnej katastrofy…”. Amen.