Cóż, tacy jesteśmy: smutne myśli o KOD-owskich perturbacjach

6 stycznia 2017

Drodzy Państwo,

Jako że jednoznacznie kojarzony jestem przez liczne grono moich przyjaciół i znajomych (i słusznie!) ze społecznym ruchem protestu KOD, często w ostatnich dniach zadawane jest mi pytanie, co myślę o zaistniałym w tym ruchu kryzysie:   postanowiłem więc wypowiedzieć się na ten temat publicznie. Najkrótsza moja odpowiedź brzmi: pojęcie „kryzys” – wobec wydarzenia medialnego wokół faktur firmy MKM – dotyczy tych osób, które ten wielki, spontaniczny ruch utożsamiają przede wszystkim z osobą Pana Mateusza Kijowskiego; dla tych, dla których twarzą tego ruchu jest wiele tysięcy (daj Boże – milinów) Polaków, którzy protestują przeciwko dewastacji Polski i pełzającej faszyzacji kraju, jest to tylko dyskomfort zważywszy skutki medialnego szumu, który – w szerokim społecznym odbiorze – przesłania istotę niezmiennie i uparcie prowadzonego protestu. Dyskomfort pogłębiają niektóre sformułowania zawarte w „Oświadczeniu” Pana Mateusza: trudno się np. zgodzić z określeniem tego wydarzenia medialnego pojęciem „prowokacja”. W istniejącej sytuacji politycznej, mając na uwadze nieprzebieranie w metodach w prowadzonej przez elitę rządzącą walce o „rząd dusz” i wzrastające społeczne emocje, niczego bardziej się nie lękam, jak prowokacji właśnie, jednej choćby kropli krwi na warszawskiej jezdni, co służyłoby medialnej dyskredytacji obywatelskiej niezgody. To jednak nie ten przypadek. Wykorzystanie niezręczności / błędu / nadużycia / uchybienia etyce działacza  (*niepotrzebne skreślić) ze strony formalnego lidera opozycyjnego ruchu przez akolitów władzy jest „oczywistą oczywistością”, co do brutalności formy – nie można było mieć złudzeń. Cóż, żyjemy w takim świecie. Ponieważ jednak ośmieliłem się odnieść krytycznie do „Oświadczenia” Pana Mateusza, pragnę również wyrazić słowa uznania pod adresem kolejnego jego tekstu, „Murem za KOD-em” – jakże innego, kreślonego bez zbędnych emocji, z wrażliwością i – wydaje się – poczuciem odpowiedzialności za dalsze działania ruchu, wskazującego drogi wyjścia z impasu. Racjonalne są też  zamieszczone w tekście propozycje. Tak, to dokładnie o to teraz chodzi.

A wyrażam takie przekonanie obserwując „z zewnątrz”, na podstawie „fejsbukowych” wpisów, sytuację wewnątrz KOD-owskiej struktury, tym bardziej napiętą, im bliżej jest  działaczy pełniących funkcje we władzach Stowarzyszenia. W pełni rozumiem i uznanie wyrażam tym, którzy w swojej ofiarnej działalności w ramach KOD zetknęli się bezpośrednio z Panem Mateuszem, ufają jego szlachetnym intencjom i zgodnie z tym wspierają go dobrym słowem, okazują lojalność i empatię. Nie podzielam natomiast euforii tych, którzy deklarują „murem za Mateuszem” odrzucając wszelką krytykę, czy „wyjdziemy z KOD-u, jeśli on wyjdzie”. Proponowałbym refleksję i przedefiniowanie deklaracji na „murem za ‘Sprawą’, której Mateusz i KOD służy”. Wydaje mi się, że takie myślenie może tylko ułatwić centralnej postaci zamieszania, jakie powstało, podejmowanie trudnych i racjonalnych decyzji, jakie przed nim stoją.

Atoli bardziej jeszcze jestem krytyczny wobec tych, którzy gromy rzucają pod adresem lidera ruchu nie bacząc na krzywdę, jaką wyrządzają nieodpowiedzialne słowa wpuszczane w przestrzeń publiczną, nie ważąc racji, ignorując wszystko, za co należy się dobre słowo, nie biorąc pod uwagę, jak fatalnie rzutuje to na wizerunek społecznego ruchu – jedynej w tej chwili ostoi społeczeństwa obywatelskiego. I zastanawiam się, co może być tego przyczyną. Czy małostkowa zazdrość, kiedy gromy rzucający widzi w czytanym tekście pięciocyfrowe sumy, którymi sam nie dysponuje (podobnie jak piszący te słowa emeryt ze średniej półki)? Czy wyidealizowane pojęcie celebrowanego działacza, któremu przypisuje się zdolność życia samą ideą zapominając o tym, że też musi zjeść obiad, czasem kupić koszulę, a nawet pójść do kina i mieć na to środki i to nieco większe niż prowadzący ustabilizowane życie Jan Kowalski? Apeluję więc do rzucających gromy o chwilę refleksji, bo nie o sumy tu chodzi (którymi epatują zaciekli wrogowie KOD-u), wręcz groszowe zważywszy to, czego KOD w ciągu minionego roku dokonał, w dużej mierze dzięki wkładowi Pana Mateusza. Chodzi o garść ubolewania godnych zaniechań, być może błędów, być może drobnych nadużyć, o które w spontanicznie powstającym ruchu nie trudno. Dalece nieadekwatnych do burzy, jaka wokół nich powstała i jaka wpływa na postrzeganie naszych działań przez miliony tych, którzy obserwują nas z dystansu i ważą dopiero, po której stronie ideowego sporu jest szlachetna racja. Czy ta „garść”, ze sposobem sprawowania przywództwa przez  Pana Mateusza włącznie, zasługuje na krytykę? Ależ oczywiście: krytykę konstruktywną, uczciwą, ważącą racje, przede wszystkim – krytykę wewnątrz KOD-u, dla której istnieją statutowe instrumenty. Krytykę, która pozwoli wyciągnąć wnioski z popełnionych błędów i umocni ruch protestu stanowiący jedyną nadzieję na położenie kresu niszczeniu demokratycznej polskiej państwowości.

Tymczasem stało się inaczej. Ujawnienie nieszczęsnych, naprawdę mało znaczących faktur mediom publicznym było aktem złej woli – bo powiedzieć krótkowzrocznym, to mało. Krzywda, jaka wyrządzona została tym aktem wizerunkowi społecznego protestu, tysiącom – jak nie milionom – ludzi, którzy się w ten protest angażują, jest niepowetowana. Dokonał tego człowiek, bądź ludzie, dla których nie istnieje pojęcie wartości, którym obca jest wszelka wrażliwość, o wyobraźni nie mówiąc – cyniczni, egoistyczni gracze pozbawieni elementarnego poczucia przyzwoitości. Zidentyfikowanie ich i wyeliminowanie z grona działaczy KOD (bo pod to pojęcie się podszywali) – to zasadniczy krok w kierunku wyjścia z istniejących turbulencji. Drugi, równoległy (o audytach nie wspominam, bo to oczywiste) – to, teraz właśnie, manifestacja jedności i wiary w sens budowania społeczeństwa obywatelskiego, sens naszego protestu, sens „Sprawy”, która nas łączy, która ma się nijak do potknięcia pokazywanego przez szczujnie jako upadek w przepaść. Zatem – do zobaczenia 11 stycznia, przed Sejmem RP, w obronie kolejnego bastionu demokracji – polskiego parlamentaryzmu.

A teraz kilka słów kierowanych bezpośrednio do nieznanego mi osobiście Pana Mateusza. Jestem Panu wdzięczny za pierwszy wpis na facebooku w którym zaprosił mnie Pan na pierwszy obywatelski protest wobec zamachu na TK, 3 grudnia 2015: spotkałem tam wielu przyjaciół, z którymi działałem dawno temu; z trudem rozpoznawaliśmy się po blisko 30 latach, ale wiedziałem już, że w moim bólu po tym, co się stało i w moim proteście nie będę sam. Podczas kolejnych KOD-owskich manifestacji zawiązywały się nowe, wspaniałe przyjaźnie. Pana obserwowałem z niepokojem. Zdawałem sobie sprawę, że sytuacja niespodziewanie (nieoczekiwanie również dla Pana) postawiła Pana w miejscu, na które nieustannie zwrócone są „światła rampy” – zaczął Pan zdawać niezwykle trudny egzamin, bez przygotowania, jakby z biegu. Wypadał różnie, raz lepiej, raz gorzej – nie mogło być inaczej. Trzymałem za Pana kciuki zdając sobie sprawę, że Pana wizerunek, w odbiorze przez „lud”, przekłada się na wizerunek całego ruchu oporu, choć rzeczywistość jest przecież inna. Patrzyłem z obrzydzeniem na rzucające się na Pana polityczne hieny, ale też z troską (o Pana) na otaczających Pana pieczeniarzy. Chcę wierzyć, że w sumie ten trudny egzamin Pan zdał, z wynikiem średnim, co postrzegałbym jako Pana sukces. Okazało się jednak, że to nie koniec: zaistniała sytuacja stawia Pana wobec kolejnego wyzwania. Od Pana postawy, publicznie wypowiadanych słów, decyzji – również tych bardzo osobistych – w sporej mierze zależeć będzie, z jaką twarzą ten ważny ruch, jaki Pan animował, wyjdzie z obecnego impasu. Zaistniał już Pan w przestrzeni publicznej i ma Pan już zapewnione miejsce w historycznych annałach, pozostaje jednak pytanie, na ile wierszy i o jakiej treści. Proszę pamiętać, historia nie odnotowuje taktycznych potyczek (nawet zwycięskich), a strategiczne decyzje i ich skutki. Życzę Panu gorąco, aby – podejmując je – nie stronił Pan od krytycznych doradców i trudnej logiki „męża stanu”. A kreśli te słowa, kierując je do Pana, wypalony już, stary działacz, z  sympatią i szacunkiem za Pana wkład, ale też przede wszystkim z troską o „Sprawę”: to takie określenie z wojennej konspiracji. Aż strach pomyśleć, że wciąż aktualne.

 

[mój list do Krzysztofa Łozińskiego]

22 stycznia 2017

Drogi Krzysztofie,

Jestem po lekturze Oświadczenia ZG KOD z 17 bm. i Twego wywiadu dla GW, wsłuchuję się w to, co mówisz; bo to jest teraz strasznie ważne. Mnóstwo ludzi,  szczerze i żarliwie zaangażowanych w ruch protestu i niezgody, który utożsamiany jest z logiem KOD, postrzega Cię jako autorytet i „ostatnią szansę” dla uratowania wizerunku tego logo, bądź też tego, co uratować jeszcze można: bo, że straciło ono ostatnio swój blask w odbiorze milionów Kowalskich, nie ulega chyba wątpliwości. Podziwiam Cię, że znalazłeś jeszcze dość siły i determinacji, żeby w taką rolę wejść i dziękuję Ci za to, bo jak nie Ty – to kto? (Alternatywą mógłby być chyba tylko Władek Frasyniuk, którego głosu bardzo mi brakuje, ale to temat odrębny.) Nasza znajomość  – a nawet, myślę, w jakimś sensie przyjaźń – trwa już równe ćwierćwiecze, robiliśmy wspólnie wspaniałe rzeczy, wiem to najlepiej, jaki był Twój bezinteresowny wkład w tworzenie od podstaw warszawskich struktur Amnesty International, jak skutecznie swoją żarliwością, doświadczeniem i wiedzą inspirowałeś młodych ludzi do angażowania się w obronę praw człowieka, co wówczas było w Polsce pojęciem wręcz egzotycznym. I dlatego z całą mocą potwierdzam: tak, to jest Twoje miejsce na tym wirażu, w jakim znalazł się KOD-owski ruch i życzę Ci gorąco, aby udało Ci się z tego wirażu ten KOD obywatelskiego protestu wyprowadzić.

No, to już teraz „ad meritum”, bo w tym miejscu zaczynają mi się nasuwać pytania i wątpliwości. Piszesz (mówisz), że jesteś „poza sporem”, tylko o co jest ten spór, którego autentyczny ruch KOD-owski zupełnie nie rozumie, bo jedyny spór, który każe mu człapać w długich i męczących marszach – to spór o kształt Polski. Kiedy on się zaczął, bo szemrały o nim ptaszyny już od dawna, dodając, że chodzi „o władzę”. O jaką władzę? Czy była Ci, Krzysiu, jakakolwiek władza potrzebna, kiedy kilka już dekad temu współtworzyłeś „bibułę”, drukowałeś na powielarce przerobionej z pralki „Frania” ubabrany w farbie, kolportowałeś, wypisywałeś na murach swój protest wapnem rozrobionym w starej bańce po farbie? No, i ptaszyny wyćwierkały: gruchnęło! Najpierw lekko – że jakieś faktury… Doniesienie o tych fakturach nieżyczliwym mediom traktuję jako skrajną podłość, która miała uderzyć w człowieka, a spowodowała krzywdę całej demokratycznej opozycji. Jednak, jakże łatwo było  wówczas jeszcze to gruchnięcie wyciszyć: wystarczyło wyjść przed szereg,  solidarnie, całą ekipą tymczasowo zarządzającą Stowarzyszeniem KOD, i solidarnie przyznać się do błędu, słabości na wstępnym etapie organizowania struktur, braku kompetencji w rozeznaniu konfliktu interesów. Była to w tamtym momencie – w moim przekonaniu – doprawdy błahostka, dająca się zrozumieć, do wewnętrznego wyjaśnienia i wybaczenia.

Niestety, poszło to dalej, a ptaszyny miały rację: poszło „o władzę”. Ubolewania godny spór rozgorzał w przestrzeni publicznej –  żenujący, budzący głęboki niesmak (to określenia najłagodniejsze z możliwych). Wyrządza nieobliczalną szkodę, raniąc tysiące Polaków, którzy decydowali się na publiczne wyrażanie swojej niezgody na dewastacje demokratycznych struktur państwa, a teraz utożsamiani są z kilkoma zacietrzewionymi ludźmi, którym marzy się jakiś „rząd dusz”. Nie poddaję w wątpliwość, że rozpoczynali swoją działalność z najszlachetniejszych pobudek; nie poddaję w wątpliwość i tego również, że włożyli w tę działalność wiele wysiłku. Myślę – i ciekaw jestem niezmiernie, czy to moje myślenie, Krzysiu, podzielasz – że źródłem tego upokarzającego nas wszystkich kryzysu w KOD-zie jest to, iż w pewnym momencie odkryli swoją wyjątkowość i nabrali poczucia misji. I walczą o jej pełnienie bez pardonu, środkami wyniszczającymi siebie nawzajem, ale – co gorsze – wyniszczającymi równocześnie wizerunek wartości, w obronie których podjęli swoją działalność.

Mówię tu jednym tchem o wszystkich aktorach tego jednodniowego spektaklu, bo przecież pojutrze nikt nie będzie pamiętał nawet ich twarzy, o imionach nie mówiąc – będą natomiast wciąż odczuwalne skutki przesłania tego ponurego wydarzenia. Nie chcę w tym miejscu używać słowa „małość”, bo mogłoby być odebrane jako obraźliwe. Powiem więc, iż myślę, że wszyscy uczestnicy „sporu”, którym odważnie zdecydowałeś się zarządzać, totalnie się pogubili wobec wyzwania, jakie podjęli: przerosło ono znacznie ich kompetencje, wrażliwość na dobro wspólne, kwalifikacje moralne (*niepotrzebne możesz skreślić).

Podkreślam to, co w moim rozumieniu tej sprawy jest ważne: wszyscy. Zbyt mało my, szaraki, znamy szczegółów (którymi zresztą nie jesteśmy zbytnio zainteresowani), aby przesądzać, kto w tym wszystkim zawinił mniej, kto bardziej. Pokory zbrakło wszystkim, po równo, aby wznieść się ponad subiektywną ocenę swojej roli i dla dobra „Sprawy” usunąć się w cień, a już przede wszystkim publicznie nie jątrzyć. Atoli jeden z aktorów zasługuje jednak na poświęcenie mu kilku słów więcej, niż innym, bowiem na niego skierowane są najsilniejsze reflektory. Jest nim, oczywiście, Pan Mateusz, z którym nigdy osobiście się nie zetknąłem. Jestem mu wdzięczny za to, że był pierwszym, który pochwycił wykrzesaną przez Ciebie iskrę, rozniecił żar, a później konsekwentnie w ten żar dmuchał. Nigdy nie był z mojej bajki liderem potężnego, spontanicznego ruchu: Obserwowałem, jak ten „leadership” kreowany był przez media (przede wszystkim na ich własny użytek). Zdawałem sobie sprawę, że do roli, w jaką go nieoczekiwanie wrzucono, ten „dobry człowiek” – jak go paternalistycznie nazwałeś – w żadnej mierze nie był przygotowany: czyżbyś Ty tego nie widział? Zdawał najtrudniejszy w swoim życiu egzamin, który w odbiorze publicznym wypadał różnie. Czy ktoś mu w tym pomagał, czy ktoś go wspierał? Trzymałem za niego kciuki, bo widziałem, jak jego pozycja przekłada się na wizerunek całej obywatelskiej opozycji. Popełniał błędy, okazuje się – większe, niż się „na bieżąco” wydawało: gdzie byli wówczas pozostali członkowie władz współodpowiedzialni za Stowarzyszenie KOD?  Podobno był uparty: czy to zwalniało najbliższe mu grono od współodpowiedzialności? Wygląda na to, że ten człowiek, przy podejmowaniu ważnych decyzji, był dramatycznie sam. Zyskał grono mało krytycznych zwolenników wśród nas, szaraków, zupełnie nieświadomych „zarządowych problemów”, co mogło jeszcze bardziej utwierdzać go w poczuciu misji. Czy znaleźli się wśród nich autentyczni przyjaciele, którzy mogliby mu służyć dobrą, czasem trudną  radą, uparcie tłumaczyć, że wychodzący na ulice, głęboko świadomi obywatele, nie potrzebują „misjonarzy”, a rzetelnych, sprawnych organizatorów, mających wizję programu na „długi marsz”. I co, i teraz ten osamotniony człowiek – jakimikolwiek błędami byłby nie obciążony – idzie na odstrzał w roli ofiarnego kozła, „nie budzi zaufania” ludzi współwinnych złu, którzy w dodatku publicznie go nie oszczędzają? Czy nie widzisz w tym, Krzysiu, symptomów linczu? Nic na to poradzić nie mogę, wyjątkowo jest mi to obmierzłe. Fi donc!

Kreślę tych kilka słów do Ciebie, Krzysztofie, przede wszystkim dlatego, że „mi zależy” i kreślę je z pozycji KOD-owskiego szaraka, trzymającego się na ogół z dala od coraz grubszych linek dzierżonych przez coraz gęstszy szpaler „straży” odgradzającej VIP-ów (co budzi narastający niesmak) i z dala od „sceny”, (która nie zawsze mnie przyciąga). W tym miejscu, jakie wybrałem, spotykam mnóstwo znajomych sprzed dekad – z „Komitetów Obywatelskich”, ROAD-u, „Unii” Tadeusza Mazowieckiego, w tym wielu naszych wspólnych. Zawieram wiele nowych, wspaniałych przyjaźni. Rozmawiam. Dlatego mogę powiedzieć bez wahania, że to, co do Ciebie piszę – piszę jakby również w ich imieniu. I wiem to, jak rzadko, ponad wszelką wątpliwość, że ci moi wspaniali rozmówcy nie zmienią zdania – pod wpływem „fakturowej afery”, czy też haniebnego publicznego sporu o wyimaginowaną władzę – w sprawie, dla której uczestniczyli w masowych protestach i będą w dalszym ciągu, na miarę swoich możliwości, uparcie odkopywać  wdeptywane w ziemię wartości, pieścić je i hołubić. Będą jednak wstrzemięźliwi, kiedy przyjdzie wziąć udział w kolejnych „pochodach niezgody”, gdyby były prowadzone przez ludzi, którzy się po prostu nie sprawdzili. A myślę, że z przyciągnięciem w takiej sytuacji  nowych „niepokornych” – dotychczas biernych, obojętnych – będzie jeszcze gorzej.

Zmierzam do konkluzji, bo tekst się wydłuża i obawiam się, ze stracisz cierpliwość do jego „doczytania”. Drogi Krzysztofie, podjąłeś się trudnej misji sformułowania „programu naprawczego”. Zapowiadasz zmiany statutowe i porządek w dokumentach „żeby firma audytorska miała co sprawdzać” (to brzmi fatalnie: czy w tym biurze pracowały same przedszkolaki i co robił wobec tego Zarząd, za stan dokumentów odpowiedzialny „in corpore”?) Czy nie myślisz, że to za mało, że to zaledwie kosmetyka, że to tylko wierzchołek lodowej góry? Czy nie sądzisz, że w punkcie pierwszym tego „programu naprawczego” winno być wyeliminowanie z władz wszystkich tych, którzy się nie sprawdzili, którzy swoją postawą rzucają cień na KOD-owskie logo? Wszystkich bez wyjątku? Rozumiem, że Zarząd – do wyborów – nie może ustąpić ze względów proceduralnych, ale od czego doświadczenie wytrawnego działacza, żeby te dwie sprawy jakoś pogodzić? Może podjęcie uchwały o nie występowaniu dotychczasowych władz Stowarzyszenia w przestrzeni publicznej i nie uczestniczeniu w kampanii wyborczej do czasu demokratycznego powołania nowych władz? Wiem jedno: w zamknięciu tego  paranoicznego „sporu o władzę” nie powinno być ani zwycięzców, ani  zwyciężonych, a KOD może wyjść z tej smutnej przygody obronną ręką tylko wtedy, kiedy służyć ona będzie ku przestrodze. Kiedy służyć będzie przypomnieniu, że obdarowanie mandatem do pełnienia formalnej władzy w Stowarzyszeniu – to przede wszystkim zobowiązanie do służby, do wsłuchiwania się w głosy wyborców i organizacyjnego wspierania ich aktywności. Wreszcie, kiedy służyć będzie zrozumieniu, że inicjatywa najbardziej aktywnych członków tego spontanicznego ruchu protestu i niezgody, aby powołać stowarzyszenie, wypłynęła z konieczności posiadania – w istniejącym systemie prawnym – instrumentu, narzędzia niezbędnego do prowadzenia publicznej aktywności. Narzędzie – wiadomo – żeby go lubić, musi być sprawne: kiedy się psuje – oddaje go się do naprawy (to właśnie sytuacja, jakiej jesteśmy świadkami), jeśli naprawa nie skutkuje – wyrzuca go się na śmietnik i kupuje nowe. Ruch przetrwa – jestem o to spokojny. Zmiana loga mogłaby go dużo kosztować, ale by go nie zniszczyła: bo praworządna, demokratyczna Polska jest w tak wielu z nas!  Myślę, Krzysiu, że się w tym miejscu ze mną w pełni zgodzisz.

Nadzieja umiera ostatnia; życzę Ci gorąco, żebyś dał radę, żeby Ci się udało wyprowadzić Stowarzyszenie KOD na prostą. Nadzieję umacnia obserwacja przedwyborczego procesu: zgłaszanie się osób, które już sprawdziły się w anonimowej, trudnej „pracy organicznej” z ofertą wzięcia odpowiedzialności za przyszłość KOD-u, z ofertą autentycznej służby; także spontaniczne inicjatywy organizowania debat po to, aby uczestnicy wyborczego Zjazdu mogli wybrać tych najlepszych. Z tą nadzieją dłoń Ci ściskam najserdeczniej

Bogusław

 

[listu do Krzysztofa ciąg dalszy]

26 stycznia 2017

Piszę to z przykrością i poczuciem głębokiego dyskomfortu, bo sądziłem, że wymiana korespondencji z Krzysiem jest już sprawą zamkniętą i nie będzie mnie dalej angażować. Niestety, tak się nie stało. Zwrócono mi uwagę na portal http://audyt.kijowski.net (o którym nie wiedziałem) i jego zakładkę „Głosy poparcia”, w której zamieszczony jest wyrwany z kontekstu fragment mojego listu: całość listu przytoczona jest drobnym drukiem w kolejnej zakładce.

Skreśliłem ten list do Krzysia, który odważnie wziął na siebie trudną rolę arbitra, aby podzielić się z nim moim widzeniem zaistniałej w KOD-zie bolącej nas wszystkich sytuacji. Opublikowałem go na swojej „osi czasu”, aby tymi przemyśleniami podzielić się z gronem „znajomych”, a jeżeli się to robi, to – bez fałszywej skromności – po to, aby wpłynąć na kształtowanie się w przestrzeni publicznej postrzegania tej sytuacji, szczególnie kiedy towarzyszą jej tak silnie pobudzone emocje. Moje przesłanie było sformułowane jednoznacznie: wystarczy przeczytać kilka zdań poprzedzających zamieszczony na wspomnianym wyżej portalu fragment mego tekstu. Pozwolę sobie je przytoczyć:

„…myślę, że wszyscy uczestnicy „sporu”, którym odważnie zdecydowałeś się zarządzać, totalnie się pogubili wobec wyzwania, jakie podjęli: przerosło ono znacznie ich kompetencje, wrażliwość na dobro wspólne, kwalifikacje moralne (*niepotrzebne możesz skreślić). Podkreślam to, co w moim rozumieniu tej sprawy jest ważne: wszyscy. Zbyt mało my, szaraki, znamy szczegółów (którymi zresztą nie jesteśmy zbytnio zainteresowani), aby przesądzać, kto w tym wszystkim zawinił mniej, kto bardziej. Pokory zbrakło wszystkim, po równo, aby wznieść się ponad subiektywną ocenę swojej roli i dla dobra „Sprawy” usunąć się w cień, a już przede wszystkim publicznie nie jątrzyć. Atoli jeden z aktorów…”

W tym świetle zamieszczenie jakiegokolwiek fragmentu mego listu pod rubryką „Głosy poparcia” uważam za – co najmniej – niestosowne i to powoduje mój głęboki dyskomfort.

Inną zupełnie sprawą jest postawa wobec Pana Mateusza osób współodpowiedzialnych za tę bolesną sytuację – postawa, która budzi mój (mówiąc najbardziej delikatnie) niesmak. Bitego będę bronił, niezależnie od tego, czy jest świętym, czy grzesznikiem. To przecież miał na myśli prof. Bartoszewski formułując swoją znaną myśl na temat przyzwoitości, na którą wszyscy tak chętnie się powołujemy. I to ta obrona właśnie, z mojej strony uparta i konsekwentna, jest treścią  owego zamieszczonego fragmentu. Znów nastąpiło pomieszanie znaczenia słów, zjawisko równie częste, co groźne – słów „poparcie” i „obrona”.

I jedno jeszcze, co mój dyskomfort jeszcze pogłębiło i – być może – zmotywowało do zabrania głosu: zamieszczone przy fragmencie mego listu zdjęcie z wydarzenia niezwykle mnie satysfakcjonującego, wobec którego do dnia dzisiejszego – mimo upływu wielu lat – czuję niesłabnącą pokorę. Zdjęcie wisi gdzieś w sieci (nie wiem nawet, gdzie), jest zatem publiczne i każdy może je sobie ściągnąć. A jeśli to robi – robi to w jakimś celu. Pytanie, w jaki celu zrobili to redaktorzy portalu http://audyt.kijowski.net zawieszam w powietrzu, a odpowiedź pozostawiam tym, którzy ten tekst przeczytają. Podobnie jak zawiesiłem w powietrzu pytanie skierowane do Krzysztofa, czy nie widzi  w postawie wobec Pana Mateusza osób współodpowiedzialnych za zło, które się wydarzyło, symptomów linczu.

Jest mi bardzo, bardzo przykro.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s