Po „tuskowym” szczycie

W czwartek piłem szampana  z radości, że w Brukseli wygrała idea europejskiej solidarności łomocząc w proporcji 27 do 1 prezentowaną przez polskiego dyktatora złowieszczą ideologię narodowego egoizmu i zabójczą dla narodowego bytu zasadę „liberum veto”. W piątek cieszyłem się widząc pod Pałacem Prezydenckim las unijnych flag i tłumy Polaków wiwatujących na rzecz beneficjenta tego łomotu, Donalda Tuska. W sobotę przyszła myśl, że – za sprawą coraz bardziej nienawistnej władzy – przegranym tego łomotu jest mój kraj, Polska.

Te trzy zdania oddają moje osobiste emocje, ale równocześnie prowokują do trzech odrębnych refleksji, choć mających pola wspólne.

Europejska solidarność: jakże wiele pozostawia do życzenia. To przecież jej niedostatki powodują, że Europa z trudem radzi sobie z narastającymi kryzysami, z uchodźczym na czele. Koncept zjednoczonej Europy, któremu po hekatombie wojny przyświecały dwa fundamentalne cele, pokój i bezpieczeństwo, a przy okazji dobrobyt, zaczął się z czasem wydawać pomysłem wyłącznie na dobrą pogodę. Szczęśliwe pokolenie, dla którego wojna istnieje tylko w odległym opisie historycznym, nie sięga wyobraźnią do jakiegokolwiek stanu NIE-pokoju, bezpieczeństwo odbiera wyłączne w kategoriach gwarancji socjalnych, a dla wielu dobrobyt utożsamiany jest z zapewnieniem nieustannego wzrostu konsumpcji. Kiedy przyszły chmury – kiedy dał głos uśpiony przez dłuższy czas rosyjski niedźwiedź, kiedy kapitalizm nieco zwariował (dużo by można o tym mówić), a na horyzoncie pojawił się nieprzeliczony tłum uchodźców i migrantów (temu zjawisku można było zapobiec!), europejska jedność weszła w okres dramatycznej próby. Okazało się, jak różne aspiracje, ale i lęki, towarzyszą mieszkańcom południa i północy kontynentu, jego wschodniej i zachodniej flanki. Okazało się również, jaką siłę przebicia w warunkach kryzysu wciąż ma narracja nieobliczalnych populistów i piewców  narodowych ideologii.

Atoli promowane przez sześć dekad europejskie wartości okazały się wystarczająco ukorzenione, aby – w sytuacji krytycznej – Europa zdobyła się na nałożenie sankcji na podnoszącą rękę na światowy ład Rosję, na drastyczne kroki powstrzymujące falę migrancką przy nie zamykaniu oczu na dramat autentycznych uchodźców. Świadomość znaczenia tych wartości zaczyna przeważać wśród znaczącej większości europejskich aktorów nad różnicami narodowych wrażliwości i skłania ku tendencjom integracyjnym (nie mylić z koncepcją zmiany ustrojowej straszącej pojęciem federacji!). I w takich oto klimatach rząd jednego z pięciu najliczniejszych europejskich krajów wszczyna awanturę występując ze swoim „liberum veto” w sprawie, którą wszyscy pozostali partnerzy – wobec krzyczących wyzwań, jakie wymagają pilnej, wspólnej reakcji – uznają za czysto proceduralną: w imię realizacji swojej obłędnej, dawno przebrzmiałej wizji narodowej suwerenności, wbrew najżywotniejszym interesom polskiej wspólnoty.

Pani Premier wytacza najcięższe działa: mówi o obronie zasad. Na użytek narracji wewnętrznej tworzy „fakty alternatywne” (w mowie potocznej nazywa się to kłamstwem), bowiem w procedurze przedłużania mandatu DT nie naruszone zostało żadne postanowienie zawarte w Traktacie Lizbońskim, zatem nie uchybiono jakiejkolwiek zasadzie. Zasady, jakie ma Pani Premier na myśli – to właśnie owo „liberum veto” uzasadniane wizją jedynego sprawiedliwego wśród 27 sprzedajnych. Jakaż to duma dla narodu, który – głosem swojego przedstawiciela – potrafi się oprzeć! Na reakcje nie trzeba było czekać. Miast Trójkąta Weimarskiego, który w myśl założeń winien dopracowywać europejski consensus, dzień przed szczytem, w Paryżu, spotykają się tylko dwaj jego uczestnicy (Niemcy, Francja), w miejsce Polski dopraszając dwa kolejne najliczebniejsze państwa Europy, niekoniecznie lubiące urzędującego Przewodniczącego RE (Włochy, Hiszpania). Zapadają decyzje – w imię dobra wspólnego, Europy. Z ust przedstawiciela Hiszpanii – kraju, podobnie jak Polska, „po przejściach”, tak ludnościowo jak pozycją gospodarczą z Polską porównywalnego, borykającego się z problemami – pada zdanie, taka „przypominajka”: „przede wszystkim praworządność”. Ustępujący prezydent Francji konstatuje (może to ostatnia jego ważna konstatacja): nie oglądajmy się na frustratów, idźmy do przodu, bo to ostatni moment. W brukselskich kuluarach, poza niebotycznym zdziwieniem, daje się słyszeć wielogłos: szantażowi nie ulegniemy. I takie było to głosowanie: przeciwko szantażowi wobec dobra wspólnego, przeciwko wyhamowywaniu trudnej debaty na temat form niezbędnej integracji – 27, za „zasadami” -1. Później były liczne komentarze w stylu: „to była lekcja udzielona nacjonalistycznemu rządowi Beaty Szydło”. A mój problem polega na tym, że ten jeden głos padł, uzurpatorsko, również w moim imieniu, również w imieniu ponad połowy Polaków, którzy każdym nerwem są jemu przeciwni, którzy w tym sprzeciwie widzą swój patriotyzm i troskę o polskie dobro wspólne. Borykam się z tym swoim problemem, i nie wiem jeszcze do końca, jak go rozwiązać, jedno jednak wiem na pewno: milczeć mi nie wolno.

Kolejna refleksja – to ten spontanicznie zgromadzony tłum przed Pałacem Prezydenckim wymachujący unijnymi flagami, demonstrujący tym europejską solidarność, a nieopodal uzurpatorski „przywódca narodu”, owładnięty misją kreowania zaściankowego państwa narodowej dumy, zionący nienawiścią, wyzywający demonstrujących współobywateli od łotrów. Do bogatej kolekcji wyzwisk zawartej w dzielącej Polaków kategorii „gorszego sortu” doszło kolejne, skrajnie obraźliwe. Następnego dnia, z trybuny parlamentarnej, w podobny sposób zelżony  został już nie Jan Kowalski, a najliczniej zasiadająca w parlamencie partia opozycyjna: „partia zewnętrzna” – to w języku dyplomacji partia działająca na rzecz obcego mocarstwa, pytanie tylko, czy są nim Niemcy, czy UE. A więc przysłowiowa „piąta kolumna”. Mój dramat (wiekowego człowieka) polega na tym, że dożyłem czasu, kiedy – w obu tych przypadkach – w moim, wreszcie wolnym i suwerennym,  kraju – o co walczyły pokolenia składając najwyższą ofiarę – słyszę język przypominający jako żywo retorykę z najbardziej mrocznego (obok stanu wojennego) okresu PRL-u – okresu antysemickiej hucpy w niesławnym roku 1968, kiedy ofiary wystawiane były do odstrzału przy użyciu języka pogardy i nienawiści, potwarzy i oszczerstw.

A teraz wracam na chwilę przed Pałac, skąd dobiega głośne skandowanie „Donald Tusk” i przecieram oczy ze zdumienia, jak „jeden dzień w polityce” może zmienić dynamikę społecznych nastrojów. Donald Tusk: niewątpliwie charyzmatyczny, znakomity strateg, którego polityce Polska wiele zawdzięcza, ale równocześnie polityk nigdy nie oceniany jednoznacznie, obarczany winą za liczne zaniechania, które przyczyniły się do wyborczego sukcesu obozu Jarosława Kaczyńskiego. W znacznej mierze zostało to zatarte poczuciem satysfakcji z wyniesienia Polaka na eksponowane stanowisko w strukturach unijnych. Z drugiej jednak strony przypominała o tym nieustannie strategiczna, konsekwentna „antytuskowa” narracja PiS-owskich propagandystów nie tylko absurdalnie obarczając Tuska odpowiedzialnością za wszystkie słabości procesu polskiej transformacji, ale też nie szczędząc infamii i oszczerstw, wśród których znalazła się i zdrada stanu i „umazane krwią ręce”. W taką narrację wprzęgnięty był cały potężny aparat „narodowej” propagandy, co nie mogło pozostać bez wpływu na kształtowanie opinii publicznej. I nagle to entuzjastyczne skandowanie przed Pałacem, wspierane tysiącami głosów z całej Polski!

W ciągu jednej doby, jedno wydarzenie sprawiło, że cały wysiłek „narodowej” propagandy legł w gruzach. Absurdalny jest, oczywiście, stawiany Tuskowi zarzut o „nieformalne” przywództwo polskiej opozycji, podobnie jak absurdalna do śmieszności jest teza mówiąca o „puczu” w dniach grudniowego protestu przed Sejmem i wspierania go we wrocławskim przemówieniu Przewodniczącego Rady Europejskiej: apel Tuska o przestrzeganie Konstytucji – to było minimum, do którego najwyższy rangą unijny urzędnik był w tamtej sytuacji zobowiązany. Tym niemniej, kiedy staje się coraz bardziej ewidentne, że wszystkie polskie biedy powodowane „dobrą zmianą” – od TK począwszy, na zamachu na samorządy, deformie edukacji i wycince drzew kończąc – sprowadzają się do odchodzenia od europejskich wartości i standardów, kiedy obrona tych wartości w nastawionym proeuropejsko polskim społeczeństwie (przy wszystkich jego słabościach) okaże się głównym spoiwem zarówno politycznej jak oddolnej, społecznej opozycji, Donald Tusk – Polak wyniesiony na szczyty europejskiego przywództwa – może być coraz szerzej postrzegany jako symbol polskiego oporu i polskiej niezgody.

To ma swoją cenę – fala hejtu wzbiera: i tak przechodzę do mojej ostatniej, trzeciej refleksji. „Przywódca narodu” publicznie odbiera Tuskowi prawo do występowania pod polską flagą. Jeden z czołowych intelektualistów „dobrej zmiany” doradza mu zmianę obywatelstwa – oczywiście na niemieckie. Wpływowa posłanka PiS-u propaguje bojkot niemieckich towarów. Komentatorzy „narodowych” mediów jednym tchem mówią o niemieckim dyktacie w procedurze przedłużania przewodniczącemu RE jego mandatu. To daje pełne przyzwolenie na sięganie po antyniemieckie fobie w wersji nie skrywanego już, skrajnego nacjonalizmu. Najpełniej chyba daje temu wyraz okładka najświeższego numeru magazynu „Gazeta Polska” – Tusk w mundurze Wehrmachtu pod opiekuńczymi skrzydłami Angeli Merkel. I tak mój kraj, za sprawą opętanego nienawiścią dyktatora, pokazuje światu swoją najstraszniejszą gębę:  nieszczęsna polityka krajowa z całym rozmachem prowadzona jest zagranicą. Nie powstrzymują tego ani komentarze z pierwszych stron najpoczytniejszych europejskich gazet, ani uwagi o polskim fanatyzmie prowadzącym do marginalizacji i izolacji, jakie padają z ust krytycznych wobec Unii partnerów z Grupy Wyszehradzkiej, ani nawet słowa znanej z powściągliwości Pani Kanclerz: „dość tych antyniemieckich ataków”. Dyktator i jego akolici idą w zaparte, proces faszyzacji kraju przyspiesza.

Pozwalam sobie sięgnąć po historyczną refleksję. Niemal 300 lat narodowego bytu w pułapce między dwoma europejskimi potęgami, Niemcami i Rosją, nieustannie płynące stąd nieszczęścia i idące z tym w parze nieustanne marzenie o „dołączeniu do Zachodu”, do jakichś wyimaginowanych stanów zjednoczonych Europy. I nagle to się udaje, dobry los wreszcie się do nas uśmiecha – jesteśmy z tej pułapki uwolnieni. Wtopione w Europę Niemcy, po dobrze odrobionej historycznej lekcji, stają się orędownikami naszego przystąpienia do europejskiej wspólnoty i liczącym się w niej partnerem. W ciągu jednego pokolenia pozbywamy się kompleksów, nadrabiamy luki cywilizacyjne. I co, i teraz wszystko to zaprzepaścić? Narodowa katastrofa, w jaką wpędza Polaków obłędna wizja dumnego kraju i narodowego państwa, wspierana osobistą, chorą nienawiścią, wprost umyka wyobraźni. Trzeba to sobie jednak uświadomić: tak, od wczoraj jesteśmy znów mniej bezpieczni.

Co na to obóz władzy? Po tym, co zaszło w Brukseli, po światowych komentarzach, które nie mogły umknąć uwagi, wyznawcy PiS-owskiej wiary, tzw. twardy elektorat, oczekuje na jakieś argumenty, na słowa, które wiarę podtrzymają i umocnią. Chcesz – masz: Naczelny Kapłan przekuwa porażkę w sukces. Jest spektakularne powitanie niezłomnego zwycięzcy (zwyciężczyni!), jest dumna Polska, która umocniła w Unii swoją podmiotowość. Z Unii nie wyjdziemy, trzeba teraz tylko ją zmienić tak, żeby odpowiadała naszym narodowym standardom – na inną Unię zgody nie ma. Choć umyka to regułom logiki formalnej, deklaracje Kapłana potwierdzać ma głośna antyunijna i antyniemiecka retoryka i oświadczenie szefa polskiej dyplomacji o obniżeniu poziomu zaufania do UE. Nic to, że kiedy mowa o Unii, kolejnym nasuwającym się słowem są „Niemcy”: bo stanowią 1/5 unijnej populacji, bo są potęgą gospodarczą, bo wnoszą największy wkład do jej budżetu, bo naukę z historii wyciągnęły perfekcyjnie. Fakty nie mają znaczenia, liczy się historyczne wyzwanie, a ponad to – są przecież „fakty alternatywne”, w które należy uwierzyć. Są dwa światy: „otwartość” i „zamkniętość”: my funkcjonujemy w „zamkniętości” i „otwartość” nas nie interesuje. No i jeszcze najbardziej aktualny straszak, te dwie prędkości: na żadne prędkości się nie zgadzamy.

Tymczasem Europa dwóch prędkości – z „euro” i bez „euro” – funkcjonuje już od dawna i w tym aspekcie ma się ostatnio coraz lepiej. A co do kierunku, w którym dalej pójdzie, już postanowiła: jest nim przyspieszona integracja. Potwierdzenie tego kierunku na uroczystej, jubileuszowej sesji w Rzymie wydaje się już tylko formalnością. W przypadku postawienia przez Francuzów, przy urnie wyborczej, na Europę, integracja – to remedium na ostateczne przezwyciężenie przez Europę gnębiących ją kryzysów. W przypadku katastrofy, jaką byłoby prezydenckie zwycięstwo Marine Le Pen, integracja – to fakt dokonany, ucieczka do przodu tego, co by (przy niemieckim przywództwie) z Unii pozostało. Integracja w różnych obszarach, różnych grup, w różnych prędkościach. Choćby dla przykładu: już w najbliższej przyszłości polityka azylowa, a zatem i los jednego z najważniejszych europejskich projektów – strefy Shengen. Mimo wszystkich różnic, wśród członków europejskiej wspólnoty dojrzewa zrozumienie: postępujący proces integracji jest warunkiem przetrwania.  Zawiadowca gwiżdże, pociąg rusza, kto chce – niech wsiada. Jak się ociągasz – zostajesz na peronie. A co z tym kukułczym jajem zrobi nieprzewidywalny, prowadzący Polskę ku katastrofie, Jarosław Kaczyński – tego nikt nie wie: jego „liberum veto” w sprawie Tuska było przecież równoczesnym protestem przeciwko pomysłowi na przyspieszoną integrację. Czy wciąż liczy na sukces w centrum Europy nacjonalistycznych populistów i wspólne rozmontowywanie z Le Pen i Geertem Wildersem historycznego projektu Jean Monneta i Roberta Schumana – bo słowa o tym, że mu z liderką francuskich narodowców „nie po drodze” znaczą tyle, ile przedwczorajszy news? Czy, w przypadku wyborczego sukcesu francuskich Europejczyków, Wielki Strateg liczy na to, że krzycząc „Unia, Unia”, a pozostając na peronie, przekona polskich wyborców, że to Unia go z pociągu wyrzuciła i w ten sposób dopnie swego sytuując Polskę w ulubionej przestrzeni narodowego zaścianka?

Trudno o puentę, bo trudno zdobyć się na sugestię, co może zrobić dzisiaj, na tym polskim rozdrożu, wrażliwy na Polskę Jan Kowalski. Chyba tylko tyle (i aż tyle): nadrabiać wiedzę (jej brak – to kardynalne zaniechania polityków) o fundamentach, na jakich zbudowana została europejska wspólnota, o europejskich wartościach, o tym co wniosły – siedem dekad bez wojny i związanego z nią bezmiaru ludzkich ofiar i cierpień, nieznane nigdzie indziej poczucie bezpieczeństwa, niewyobrażalny skok cywilizacyjny przy niwelowaniu głębokich różnic, stały wzrost dobrobytu, wzrastający szacunek dla uniwersalnych praw człowieka i kultury pojednania;  dzielić się nią tak szeroko, jak to jest tylko możliwe;  operując faktami obalać piętrzące się w „narodowych” mediach kłamstwa o „unijnym potworze” niosącym same zagrożenia – suwerenności, tożsamości i czego tam jeszcze. Szczęśliwie, grunt jest podatny,  Polacy są na Unię otwarci, ale bez uprawy może – pod wpływem wrednej narracji – stać się ugorem. Po raz pierwszy dostrzegam jakiś pozytywny aspekt historycznej amnezji młodego pokolenia: niepamięć „tamtych” strasznych czasów, to również niepamięć antyniemieckich fobii, które dla młodych Polaków są coraz mniej zrozumiałe. Po raz pierwszy też, od dłuższego czasu, dostrzegam jakiś błyska światła w tunelu. Obszar obrony „Polski w Europie”, dla polskiego losu – wartości fundamentalnej, to obszar najgłębszej słabości uzurpatorskiego władztwa Jarosława Kaczyńskiego – to jego achillesowa pięta.

Bądź tego świadom, Janie Kowalski – i do dzieła: czas nagli!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s