Moja Gruzja w marcu 2017

Tak mi szczęśliwie w życiu wyszło, że odwiedziłem wiele krajów, dalekich i bliskich: podziwiałem ich urzekające piękno, chłonąłem egzotykę, chyliłem czoła przed wiekowymi zabytkami i ubogaciło mnie to chyba bardziej, niż wiedza zdobyta na trzech kolejnych Alma Mater. Atoli są dwa, do których chciałoby się nieustanie powracać, które przyciągają jak magnez, w których czuję się jak w domu: to Gruzja i Ukraina.

Gruzja! Gdziekolwiek by się nie przemieścić – imponujące, malownicze szczyty Kaukazu. Tym razem było to tylko kilka dni, ale udało mi się odświeżyć w pamięci kilka miejsc wspaniałych. Starożytne – dziś nowoczesne – miasto Kutaisi (tradycja ponad trzech tysiącleci), na przełomie starożytności i średniowiecza stolica Królestwa Colchis – to dzisiejsza Imeretia. To tutaj dotarł legendarny Jazon z herosami Argonautami po złote runo. W samym mieście, na wzgórzu – potężna Katedra Bagrati z widokiem na rzekę Rioni, niezwykły zabytek chrześcijańskiej architektury sakralnej z XI w., a nieopodal, na wzgórzach, Monastyr Gelati – czekające na renowację mury dwóch świątyń z niezwykłymi freskami z XII w., potężny gmach Akademii Filozoficznej (XII w.!), skąd promieniowało na Zachód wczesno-średniowieczne chrześcijaństwo, a pośród tego – bijące z ziemi od wieków „święte źródło”: wokół snujący się, pilnujący tych skarbów mnisi pasący swoje kozy i barany. Z „zachodniego” Kutaisi tylko trzy godziny marszrutką do „wschodniego” Tbilisi, stolicy kraju. To już dzisiejsza Kartlia. Tbilisi – to miasto z bajki: położone w kotlinie między kaukaskimi szczytami, ze snującą się, malowniczą rzeką Mtkvari: niezwykłe, bo harmonijnie godzące wielowiekową tradycję z nowoczesnością. Z Placu Wolności (Tavisupleba), gdzie na wysokim cokole walczy ze smokiem Św.Jerzy, w jedną stronę reprezentacyjna, piękna Aleja Rustavelego z porozrzucanymi wzdłuż chodników rzeźbami (co za wyczucie kształtu, barwy!), w drugą – tbilijska „starówka”, ulica miejscowej bohemy, Leselidze, wiodąca do Placu Maiden z łaźniami z czasu perskich najazdów (VI w., wciąż czynne), na stromym stoku czerwone dachy oblepiających go domostw, na szczycie – mury tego, co pozostało. z potężnego zamczyska Nari Kala wzniesionego podczas panowania arabskich emirów (VIII w.), a obok olbrzymi posąg Matki Gruzji z mieczem w jednej dłoni (na wrogów), w drugiej – z rogiem pełnym wina (dla przyjaciół). Wszędzie wiszące, misternie rzeźbione werandy-balkony, niestety, w krętych wąskich zaułkach popadające w ruinę. I jeszcze, na przeciwległym stoku, Katedra Sioni (Vi w.), obok krzyż Św. Nino, na szczycie świątynia Svety Choveli – dziękczynna, za odzyskanie wolności. Po drugiej stronie rzeki – erupcja nowoczesności: Rike Park, szklany Most Pokoju, linowa kolejka w dwie minuty przenosząca pod mury zamczyska. To zasługa kontrowersyjnego prezydenta, „Miszi” Sakaszvili.

Wszystko to zostało po stokroć opisane w profesjonalnych przewodnikach, tak jednak każdorazowo mnie urzeka, że nie sposób nie wspomnieć, nie utrwalić w pamięci. A mimo wszystko nie to powoduje to szczególne przyciąganie, tą chęć powrotu. Powodują to ludzie, których się tu poznaje i z wieloma zawiera autentyczne przyjaźnie, takie, które trwają: otwarci na świat, uśmiechnięci „do człowieka”, życzliwi do kresu wyobraźni.

Żeby opowiedzieć o ludziach spotkanych tym razem, trzeba kilka słów, jak do tej „gruzińskiej wyprawy” doszło. Bo miało być inaczej. Kiedy pojawiły się w promocji „Wizzair” wyjątkowo tanie bilety, zaistniała koncepcja zorganizowania przez Fundację „Evens” europejskich warsztatów na tbiliskim uniwersytecie, w czym pomoc bez wahania zaoferowali gruzińscy działacze miejscowych NGO-sów związani z Warszawskim Centrum Wielokulturowym. Bilety były już wykupione, a koncepcja – ze względu na brak środków – padła. Wspólnie z moją wspaniałą przyjaciółką „z końskiego grzbietu” Martą, która do „fundacyjnej wycieczki” zdecydowała się (z córeczką Łucją) wcześniej już dołączyć, zdecydowaliśmy z wyprawy nie rezygnować. Atoli jej europejski motyw nie przepadł. Na moją prośbę o pomoc w zorganizowaniu naszego krótkiego pobytu w Kutaisi, gdzie lądowaliśmy, zaprzyjaźniona gruzińska działaczka, doktorantka na wrocławskim uniwersytecie, Irina, nie tylko zadbała o podanie nam pomocnej dłoni, ale też zdalnie zorganizowała spotkanie z miejscowym środowiskiem, któremu temat „Europa” jest szczególnie bliski. Propozycji spotkań było więcej – czas pozwalał tylko na jedno.

I tak, w strugach deszczu (w Berlinie, skąd startowaliśmy, grzało wiosenne słońce, w Kutaisi, nietypowo o tej porze roku, lało) witał nas na lotnisku Nuzgar, a stamtąd niemal prosto do siedziby „Research – Intellectual Club: Dialogue of Generations” (RICDOG). Sala konferencyjna była już pełna, nastroje rozgrzane informacją, że tego właśnie dnia Parlament Europejski przyjął uchwałę o zwolnieniu obywateli Gruzji (wkrótce – również Ukrainy) z obowiązku posiadania wiz przy wjeździe do strefy Shengen: to pierwszy spektakularny efekt podpisanego w listopadzie 2014 Traktatu Stowarzyszeniowego. Rozmawialiśmy o 60. latach realizowania się dalekowzrocznego „pomysłu na Europę” bez lęku przed okrucieństwem wojny, o trudnym procesie pojednania i  europejskiej integracji, o fundamentalnych wartościach, na których opiera się Unia Europejska, o demokracji i rządach prawa. A gruzińskie marzenie o Europie najlepiej chyba wybrzmiało w pełnym niepokoju pytaniu: „czego możemy od Europy oczekiwać, co my mamy Europie do zaoferowania?”.

To jedno spotkanie wystarczyło, aby zyskać nowe przyjaźnie, aby odczuć tę więź jaka łączy ludzi poprzez wspólne wartości. Czas naglił, ale nie mogło go zbraknąć na odwiedzenie położonego na wzgórzach, niezwykłego Gelati. Nasi gospodarze nie tylko nas tam zawieźli: zwiedzałem te dwunastowieczne zabytki już po raz drugi, ale niemal wszystkiego dowiedziałem się o nich dopiero tym razem. W drodze powrotnej szybkie zwiedzanie starożytnego miasta, a stamtąd prosto na przygotowaną tego wieczoru ucztę, słynną gruzińską suprę. Podejmowała nas dyrektor RICDOG, wspaniała Gvartsa Totadze. Stół uginał się od przysmaków (znakomite chinkali!), wino się lało, Nugzar przyjął rolę tomado, były toasty – za Europę, za Gruzję, za Polskę, za przyjaźń, za pokój: gaumardżos! A za stołem obok nas, Polaków, i naszych gruzińskich gospodarzy – dwie Amerykanki, wolontariuszki, i Portugalczyk rozpoczynający realizację jakiegoś europejskiego projektu. Atmosfera niezwykła. O planowanym jeszcze tego dnia przemieszczeniu się do Tbilisi trzeba było zapomnieć.

Pytamy o hotel: nie ma mowy! Jest kilka osób oferujących nam gościnę, przebija młody, przesympatyczny Akaki i o północy docieramy do gościnnego domu rodziny Saghinadze prawdopodobnie budząc mieszkającą obok naszego pokoju nigeryjską studentkę, działaczkę miejscowych organizacji. Przed wejściem do naszych pomieszczeń olbrzymie amfory: tu, jak niemal w każdym gruzińskim domu, wytwarza się najlepsze w Gruzji wino i najlepszą czaczę, co trudno jest stwierdzić, bo pyszne jest wszędzie. Zawodzi budzik, wstajemy późno, a śniadanie już gotowe – na stole przysmaki i dzban czaczy. Witają nas rodzice Akakiego. Zwierzam się z jedynego nie rozwiązanego logistycznie problemu: w Tbilisi chcemy być jak najdłużej, a w drodze powrotnej musimy być na lotnisku w Kutaisi o dramatycznej godzinie 4.30. Pytam o najbliższy lotniska hostel. I znów słyszymy: „nie ma mowy, zatrzymacie się u nas”. No i problem rozwiązany – bo to jest właśnie Gruzja! Wystarczyło pół godziny rozmowy, żeby Marta przepiła z potężnej postury tatą „polskiego brudzia”, ja trzymam się starej angielskiej maksymy: pierwszy drink po 12-tej (pierwszy toast za Królową!).

Tbilisi wita nas wiosennym słonkiem, choć wiatr „od gór”  jest nieco dokuczliwy. Kwaterujemy się w skromnym hostelu Saszy Rustecky’ego przy nie-wy-mawialnej  ulicy Tsinamdzgvaishvili. Wita nas Merab, lokalny majordomus: Sasza jest wykładowcą uniwersyteckim i działaczem organizacji pozarządowych, a jego hostel funkcjonuje głównie dla przyjaciół i szukających taniej kwatery w Tbilisi zagranicznych uczestników licznych w lecie społecznych „events”. Poznałem Saszę podczas poprzednich wizyt w Gruzji: jest znakomitym komentatorem tego, co dzieje się politycznie w Gruzji, żałuję, że tym razem nie starczyło czasu na rozmowę.

Spotkaliśmy się natomiast jeszcze tego dnia z Iraklim, naszym tbiliskim opiekunem, moim dobrym znajomym z warszawskiego seminarium w Centrum Wielokulturowym nt. „Kultura partycypacji”. Jeszcze studiuje, a od lat jest działaczem miejscowych NGOs, całą gębą Europejczyk, znakomita twarz „młodej Gruzji”. Stale współpracuje z warszawską Fundacją „Inna Przestrzeń”, wnosi wielki wkład w organizowane   przez tę fundację cykliczne festiwale „Transkaukazja” i „One Caucasus”. To znakomite projekty, stawiają  sobie za zadanie uczynienia możliwym czegoś, co wydaje się wręcz niemożliwe, zbliżenia od lat skłóconych ze sobą przez Rosję trzech narodowych wspólnot zamieszkujących ten urokliwy zakątek świata, jakim jest Zakaukazie –  Południowy Kaukaz: Gruzinów, Ormian i Azerów. Platformą spotkań jest kultura, od lat przenikająca się ze względu na bliskie sąsiedztwo, a głównie wspólne muzykowanie. Muzykowanie na najwyższym poziomie, ale to tylko pretekst. Znakomitym koncertom, które po blisko 10 latach trwania tej tradycji przyciągają uczestników z niemal całego świata, coraz liczniej towarzyszą debaty, warsztaty, seminaria. A cóż to jest za muzyka! Do kaukaskiego muzykowania dołączają ostatnio Tunezyjczycy, Senegalczycy (mieszkający w Polsce Mamadou Diouf i Pako Sarr), Polacy, nawet Amerykanie. Długo rozmawiamy z Iraklim i jego przyjacielem o Gruzji, o Polsce, o Europie, o groźnej fali brunatnego populizmu. Miało to być w pierwotnej koncepcji – o czym już wspomniałem – szersze spotkanie, europejski warsztat: tym razem nie wyszło, może w przyszłości…

Wieczorem włóczymy się po rozświetlonym Tbilisi – Leselidze, Maiden, po drodze rozmowy z przypadkowymi ludźmi jak ze starymi znajomymi: bo to jest Gruzja! Następnego dnia wyprawa do miejsca, gdzie ukorzenił się ostatnio „One Caucasus”, bo miejsce to wręcz symboliczne, niemal tam, gdzie graniczą ze sobą te trzy zakaukaskie kraje – zaledwie ok. 20 km. i do Armenii, i do Azerbejdzanu: bardzo chciałem je zobaczyć. Marszrutką wspinamy się po kaukaskich zboczach do Marneuli (to wciąż Kartlia – Południowa). Wita nas Misza, również współpracujący z „Inną Przestrzenią” (poznałem w Polsce), również współorganizator Festiwalu. Jest tu „miejscowy”: z pochodzenia Ormianin, o okolicy wie wszystko, a okolica fascynująca, bo od wieków zamieszkana przez wszystkie trzy nacje. Misza organizuje transport. Serpentynami przejeżdżamy przez kolejne wsie (miasteczka): Imuri – tu mieszkają Azerzy, Shulaveri – tu ludność jest przemieszana, Shaumyani – to wieś ormiańska. Tu urodził się rozdający dzisiaj karty w międzynarodowej polityce Siergiej  Ławrow i nosił wówczas nazwisko ojca, Ormianina: Siergiej Kalandarian, a  od kiedy zaistniał w rosyjskiej dyplomacji, przejął nazwisko matki, Rosjanki. Niewielki domek, w którym wychowywał się mały Siergiej – dzisiaj znana twarz odradzającego się imperium – otoczony wysokim płotem, jest w ruinie. Na uliczkach widzi się sporo starych mężczyzn – stoją, gawędzą, albo siedzą na byle jakich zydlach i grają w mirab, miejsową wersję warcabów. Młodych tu nie ma – wyjechali, brak perspektyw. Nie widać też kobiet: kobiety albo gdzieś pracują, bo z czegoś trzeba żyć, albo gotują mężom strawę – taki tu obyczaj. I tak jest tu wszędzie. Po drodze jeszcze gruzińska wieś Sioni i docieramy na miejsce – do wsi Tserakvi. Pijemy kawę w „festiwalowej bazie” – miejscowej szkole, podupadłej: ze 150 uczniów w „dawnych czasach” (sowieckich) pozostało 15. Łazimy po miejscach na polanie, gdzie ustawiana jest scena, gdzie setki festiwalowiczów ulega czarowi niepowtarzalnych gruzińskich rytmów, gdzie toczą się debaty i gdzie rozbija się namioty. Zwiedzamy jakby zagubione tu muzeum poświęcone urodzonemu w Tserakvi znanemu gruzińskiemu poecie, Micheilovi Dżaumagshvili. Schodzimy do źródełka, skąd miejscowi czerpią pyszną wodę. Wracamy podziwiając urokliwe kaukaskie krajobrazy. W Marneuli żegnamy Miszę, który poświęcił nam cały swój dzień snując ciekawą opowieść o przyjaznym współżyciu – jak to wszędzie na pogranicznych kresach – wielu nacji, z których polityka „dziel i rządź” czyni śmiertelnych wrogów.

W Tbilisi czeka nas jeszcze wytworna kolacja, na którą zaprosił nas inny Irakli z uroczą żoną Maią – mój stary przyjaciel z pierwszej gruzińskiej wyprawy przed ośmiu laty. Wówczas, tuż po studiach, towarzyszył grupie wolontariuszy realizujących ciekawy projekt edukacyjny – niezastąpiony przewodnik po Gruzji (od niego wiem o tym niezwykłym kraju najwięcej); dzisiaj – szanowany dyrektor jednego z tbiliskich banków. Tu też były toasty, serdeczna rozmowa i mnóstwo wspomnień.

Dzień kolejny – to już w Tbilisi, i tym razem w Gruzji, dzień ostatni. Zamarzyło mi się raz jeszcze odwiedzić Mtskhetę, pierwszą stolicę Królestwa Gruzji – wówczas Iberii: wiezie nas tam zaprzyjaźniony już Merab. Marta zwiedzała ją po raz pierwszy. To tu władca Mirian III przyjął w IV w. chrześcijaństwo z rąk Św. Nino i zbudował w centrum miasta świątynię, a miasto – pozostając na szlaku handlowym z Dalekiego Wschodu – było już od trzech wieków politycznym i gospodarczym centrum tego regionu. Całe miasto jest jednym wielkim zabytkiem sprzed dwóch tysiącleci, ale katedra Sveti Tskhoveli – przez stulecia grobowiec gruzińskich władców – robi wrażenie największe. Od czasów króla Miriana wielokrotnie burzona podczas kolejnych najazdów perskich, arabskich, mongolskich pod przywództwem krwawego Tamerlana, swój obecny imponujący kształt murowanej budowli przybrała w XI w. A na uboczu Mtskhety – kolejny zabytek sakralny z czasów władcy Miriana, monastyr Samtavro poświęcony Św. Nino. A na szczycie wysokiego wzgórza ponad miastem – kolejny monastyr, świątynia Jvari, niezwykły zabytek gruzińskiej architektury z przełomu V i VI w., gdzie – według legendy – Św. Nino, po chrzcie króla Miriana, wzniosła krzyż: jego charakterystyczny kształt przetrwał do dziś w tradycji gruzińskiego prawosławia. Podziw budzi nie tylko świątynia i jej wnętrze – również niezwykły widok z tego miejsca: z jednej strony, w dole, na rozwidlenie wijących się wśród gór dwóch malowniczych rzek, Mtkvari i Aragvi, z drugiej – na wysokie szczyty Kaukazu z ośnieżonym Kazbegi. Na ich zboczach – niewidoczny stąd, zbudowany w XVI w., fort Ananuri nad rzeką Aragvi, który zwiedzałem podczas poprzednich wizyt. Tam już nie dotarliśmy – czas nie pozwolił.

W Tbilisi – w jego „centrum nowoczesności”, Parku Rike – czekamy na naszego niezawodnego opiekuna, Irakli, który obiecał nam pomoc w dotarciu do najbliższej przyzwoitej marszrutki: do Kutaisi odchodzą z różnych miejsc i oferują bardzo różne standardy. Jest ciepły, wiosenny dzień, na parkowej ławeczce siadają obok mnie coraz to inni ludzie, nawiązują rozmowy, kiedy słyszą „Poloneli” – od razu jest życzliwy uśmiech, uścisk dłoni, poczęstunek znakomitymi, gruzińskimi orzechami (ach, Gruzja!). Jest jeszcze czas, żeby wjechać kolejką linową na wzgórze, chwilę pospacerować wśród ruin zamczyska, podejść do Matki Gruzji i raz jeszcze spojrzeć z góry na to przepiękne miasto. Po raz ostatni spacer – już z Iraklim – ulicami „starówki” (Maiden, Leselidze) i po raz ostatni dramatyczne forsowanie wielopasmowej jezdni zatłoczonej w przedziwny sposób manewrującymi samochodami – przepisy drogowe są tu pojęciem wirtualnym, a o tym, jak się to dzieje, że nie dochodzi do wypadków, wiedzą tylko Gruzini. Po drodze kupujemy jeszcze gruzińskie przysmaki, czurczhele. Docieramy na miejsce, wsiadamy – żegnaj drogi Irakli. Ruszamy, ale długo nie jedziemy – po paru minutach zatrzymujemy się w jakimś zatłoczonym miejscu, fala pojazdów z trudem nas wyprzedza. Kierowca znika. Nikt nie reaguje, tylko ja nieco się denerwuję, bo jest już późno i orientuję się, że do Kutaisi dotrzemy w środku nocy. Wychodzę, pytam naszego kierowcy, co się stało. Młody Gruzin uśmiecha się i mówi z rozbrajającym uśmiecham: „czekam na kolegę, obiecałem, że go zabiorę, trochę się spóźnia”. Ach, Gruzja!

Ruszamy po raz drugi i zaczyna się kawaleryjska jazda: jest noc, jesteśmy w górach, jedziemy ostrymi serpentynami, przez przełęcze – z licznika nie schodzi ponad 100. Dzwonię do Akaki, przepraszam za to, że dojedziemy już w środku nocy. Oczywiście, nie ma sprawy, tylko prośba, żeby przekazać na chwilę telefon kierowcy. Po trzech godzinach zatrzymujemy się – wydaje się – na jakimś pustkowiu, kierowca wykrzykuje „Poland – get out, your stop.” Nie ma innego wyjścia, wysiadamy, na horyzoncie żywego ducha, tylko jakiś samochód. Wysiada Akaki, przyjechał po nas taksówką. W domu jesteśmy już po północy, ale stół zastawiony, czeka na nas Nugzar i młodszy brat, Basza. Pijemy wino, coś przegryzamy – gaumardżos! Na mnie czeka prezent: tata obdarowuje mnie butlą czaczy, oczywiście własnej produkcji. Przed nami dwie godziny snu, na lotnisku musimy być o 4.30, proszę o zamówienie taksówki. Okazuje się, że wszystko jest już załatwione! Przed snem dociskam jeszcze walizkę: mamy tylko „cabin luggage”, musi się mieścić w ściśle określonych wymiarach, ale to nie jedyny problem. Co zrobić ze znakomitą czaczą? Prezentu nie można było odmówić, byłoby to fatalne faux-pas. Do kabiny nie wolno wnieść ani butelki, ani jakiegokolwiek płynu. Decyduję się na popełnienie przestępstwa: wlewam czaczę po wrąbek do termosu, termos wpycham w buty – może się uda? Po dwóch godzinach pobudka, Akaki upewnia się, że jesteśmy już na nogach. Jeszcze łyk kawy, taksówka czeka (już opłacona!), serdeczne pożegnanie.

Okazuje się, że do lotniska jest ponad 30 km. Jesteśmy o czasie: odprawa, bramka, kontrola osobista, kontrola bagażu, walizki przesuwają się bez interwencji, ale przy mojej – stop. Podchodzi pracownik ochrony, prosi o otwarcie, na termosik trafia bez trudu – wie, w którym jest miejscu. Usiłuję tłumaczyć, że to jest przecież ich wspaniała czacza, – ta podobno najlepsza w całej Gruzji, proponuję „spróbunek”. Nie ma litości! Sympatyczny Gruzin przepraszająco się uśmiecha: „Sorry, I can’t. You know, procedures”. Odchodzi, po chwili wraca z pustym termosem. Mam nadzieję, że zawartości nie wylał do kanalizacji, a przelał do swojej flaszki: gaumardżos, sympatyczny ochroniarzu!

Berlin, lotnisko Schoenefeld: pogodny ranek, musimy przemieścić się gdzieś na drugi kraniec miasta, skąd Marta odbiera z naprawy samochód swego przyjaciela, którym mamy dojechać do Warszawy. Kilka przesiadek, trzeba zapytać o drogę: ludzie są rzeczowi, uprzejmi, wręcz życzliwi, ale po pobycie w Gruzji czegoś brakuje. Po chwili zadumy wiem już czego: tego szerokiego (choćby z zażenowaniem, jak u tego kierowcy w Tbilisi, który czekał na kolegę, czy u tego ochroniarza na lotnisku) uśmiechu.

Lśniąca, biała, wypasiona limuzyna gotowa do drogi, jeszcze tylko jakiś posiłek, mocna kawa – i ruszamy. Dzielna Marta, po tych zaledwie dwóch przespanych godzinach, gna autostradą z szybkością nie ustępującą naszemu nocnemu tbilijskiemu kierowcy. Łucja drzemie, ja – podziwiając – niczym innym nie mogłem wesprzeć twardego kierowcy, jak, dla odpędzenia snu, „bawiąc rozmową”. No, i wczesnym wieczorem już w domu. Kochana Gruzjo, wielkie dzięki za to, czym ubogacasz: didi madloba!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s