Odszedł kolejny Wielki

Odszedł kolejny Wielki. Osierocił rozchwiany świat, który dramatycznie przeżywa deficyt Wielkich: być może ten deficyt jest właśnie podstawową przyczyną jego rozchwiania. Epitafia kreślą najwybitniejsi byli i obecni przedstawiciele państw i rządów oddając hołd głębi analiz i wizjonerstwu Profesora, a swoje fałszywe pięć groszy dorzucają też i tacy, którym nigdy nie było po drodze z Jego światłą myślą i którzy nigdy do niej nie dorastali – bo inaczej nie wypada. A ja ośmielam się sięgnąć do swoich starych notatek i przypomnieć, co „na gorąco” zanotowałem z wypowiedzi Zbigniewa Brzezińskiego sprzed wielu lat, bo aż dreszcz przechodzi, jakie to wciąż aktualne. Nie zmieniam w tych notatkach ani przecinka, tylko „wytłuszczam” to, co dzisiaj dreszczem przeszywa najbardziej.

 

(I)             Zbigniewa Brzezińskiego prognoza dla świata   (październik, 2007)

 

Było o świecie, Europie, Polsce, naszym odchorowywaniu komunizmu i… języku polskim, w którym więcej jest retoryki, a mniej konkretu.  Gościem Specjalnym Gdańskiego Areopagu 2007 był prof. Zbigniew Brzeziński. W spotkaniu na Ołowiance wzięło udział ponad tysiąc trzysta osób oraz – dzięki mediom – telewidzowie i radiosłuchacze.

Spotkanie z prof. Brzezińskim – wybitnym amerykańskim politologiem polskiego pochodzenia, niezrównanym analitykiem w zakresie funkcjonowania systemu komunistycznego, który jako jeden z pierwszych sformułował tezę o rozpadzie systemu komunistycznego w Europie Środkowo-Wschodniej, doradcą prezydenta Jimmy’ego Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego, wielkim i skutecznym ambasadorem „sprawy polskiej” za Oceanem przez wiele dziesięcioleci, było pierwszą odsłoną tegorocznego  Areopagu.

Na wstępie prof. Brzeziński oddał szacunek Kościołowi w Polsce, który w okresie poniżanie narodu i ograniczania jego wolności dbał o duchowość ludzi i przypominał o prawach człowieka.

Swoje wystąpienie prof. Brzeziński rozpoczął wskazaniem na pięć czynników, które dynamicznie wpływają na transformację współczesnego świata:

(1) W ostatnim półwieczu doszło do bezprecedensowego przebudzenia politycznego niemalże całej ludzkości (w wieku XIX nastąpiło to w Europie, w pierwszej połowie wieku XX – w części Azji).

(2) Siłą napędową zachodzących na świecie zjawisk jest młodzież, która coraz pełniej korzysta z edukacji (120 milionów ludzi z wyższym wykształceniem): jest historycznie – antyimperialistyczna, politycznie – antyzachodnia, ideowo –  antyamerykańska.

(3) Dzięki dostępnemu  powszechnie przekazowi elektronicznemu  szeroko rozpowszechniła się świadomość dramatycznych nierówności rozwojowych: nawet w najbardziej odległych zakątkach świata ludzie wiedzą, gdzie się żyje lepiej, a także, jak tam dojechać,  wielką falą emigrują  również ludzie biedni.

(4) Maleje rola Ameryki (która jednak długo pozostanie jeszcze jedynym supermocarstwem) na rzecz innych rosnących potęg – Chin, Indii, Japonii, Indonezji.

(5) Rodzi się jednocześnie niebezpieczeństwo długotrwałych, niejasnych konfliktów pod sztandarem walki z terroryzmem.

Zdaniem prof. Brzezińskiego, dwa ważne znaki zapytania naszych czasów, to Europa i Rosja.

Jest palące pytanie, czy Unia Europejska na dłuższy czas pozostanie tylko ważną inicjatywą gospodarczą, czy też zdobędzie się (kończąc swoją „wojnę domową”) na jedność polityczną, albowiem tylko w takiej sytuacji może stać się uczestnikiem „koncertu narodów”, potęg, które wkrótce podejmą odpowiedzialność (oby tak się stało!) za dalsze losy świata; i tylko w takiej sytuacji może stać się skutecznym w tym „koncercie” sojusznikiem Ameryki i wspólnym rzecznikiem  tzw.  wartości atlantyckich?

Czy zmieni swoją postawę Rosja, którą cechują przesadne ambicje wobec ograniczonych  możliwości; czy zdecyduje się na dołączenie w jakiejś formie do Europy, czy też będzie upierać się przy pozostaniu siłą samoistną (na czym przegra w rywalizacji z Chinami)?  Kluczem do dokonanie tego wyboru jest Ukraina, a jej dylemat – to albo utrwalenie pełnej suwerenności, co możliwe jest tylko przy konsekwentnym opowiedzeniu się za trwałymi związkami z Europą (za tą opcją wypowiadają się coraz częściej – widząc w niej swoje szanse – ukraińscy „wschodni” oligarchowie), albo też pokusa doraźnych korzyści (źródła energii, rynki zbytu) i pozostanie w orbicie wpływów Rosji.

Po raz pierwszy żyjemy w wieku, kiedy łatwiej jest zabić milion ludzi, niż rządzić milionem ludzi – powtarzał z mocą, dwukrotnie, prof. Brzeziński. – Dotychczas było odwrotnie. Dlatego uratowanie świata przed chaosem jest kluczem do jego przyszłości, a temu sprostać mogą jedynie współpracujące ze sobą, już istniejące bądź dopiero wyłaniające się światowe potęgi.

Prof. Brzeziński określił również rolę Ameryki i wybór, przed którym stoi. Jego zdaniem, jako jedyne supermocarstwo, winna zmobilizować do wspólnej odpowiedzialności za świat  Chiny, Japonię, Indie, Indonezję (podbrzusze Azji, które w decydującej mierze będzie miało wpływ na dający się przewidzieć kształt współczesnego świata), Rosję i – jeśli zdobędzie się na występowanie jako polityczna wspólnota i tylko w tej formule światowa potęga – Unię Europejską.
Prof. Brzeziński nie ma wątpliwości, że współpraca ze zjednoczoną politycznie  Europą leży ściśle w interesie Ameryki. Jeśliby projekt politycznego zjednoczenia się zawiódł – Europę reprezentować będą państwa o największym potencjale ekonomicznym i te, które „ćwiczyły już” branie odpowiedzialności za losy świata (Kongres Wiedeński, Traktat Wersalski, a w jego konsekwencji totalitarna mobilizacja mas, Konferencja Poczdamska) – W.Brytania, Francja, Niemcy. Byłby to projekt gorszy i znacznie mniej skuteczny. Alternatywą (złą!) dla Ameryki byłoby wykorzystanie pozycji supermocarstwa dla samotnej obrony świata przed chaosem, co równałoby się zaangażowaniu w kolejne wojny i przyniosłoby rezultaty odwrotne w stosunku do oczekiwanych.

W odpowiedzi na zapytanie, jakich skutków oczekiwać można po znacznym oddziaływaniu Chin na przyszły kształt świata zważywszy, że Chiny dalekie są od demokracji i przestrzegania praw człowieka i czy w Chinach w ogóle możliwa jest demokracja, prof. Brzeziński zwrócił uwagę na racjonalność polityki chińskiej w ciągu minionych 20 lat i na cechującą ją „cierpliwość historyczną”. Zmiany w „Państwie Środka” dokonują się konsekwentnie i idą w dobrym kierunku. O „demokratycznym skoku” w państwie półtoramiliardowym, przy niezwykle zróżnicowanym przekroju etnicznym, kulturowym, religijnym jego mieszkańców, nie może być mowy, natomiast obserwowane zmiany idą – niezwykle powoli, ale konsekwentnie – w kierunku funkcjonowania prawa, pojęcia do niedawna w tradycji chińskiej nieznanego.

Prof. Brzeziński mówi zdecydowane „nie” wszelkim przejawom islamofobii, bowiem są one konfliktogenne, sprzyjają destabilizacji i prowadzą do chaosu. Zapytany, co rozumie przez przewidywalny okres historyczny odpowiedział: ćwierć wieku.
Polskę prof. Brzeziński uwrażliwiał na dobre kontakty z sąsiadami, w szczególności z Niemcami i Ukrainą, a także na aktywne uczestnictwo w Unii Europejskiej, co wymaga zrozumienia istoty kompromisu i zasady konsensu, na której Unia jest oparta. Nie prowadzi do tego koncentrowanie się na doraźnych korzyściach; prowadzi do tego współudział w wypracowywaniu koncepcji integracyjnych UE i dostrzeżenie interesu Polski w utwierdzaniu partnerów w przekonaniu, że Polska trwale wiąże swoją przyszłość z członkostwem w UE. Polska będzie dla Ameryki partnerem tym bardziej cennym i pożądanym, im silniejsza będzie jej pozycja w Unii Europejskiej.

 

Prof. Brzeziński odniósł się również do polityków: odpowiadając na pytania  skonstatował, iż sprawujący władzę coraz częściej mówią to, co ich wyborcy chcą usłyszeć, a nie to co rzeczywiście myślą. Odnosząc się do spostrzeżenia, iż wyborcy coraz częściej oddają głos na wizerunki wykreowane przez sztaby, a nie na rzeczywistych ludzi odpowiedział: – Obawiam się, że rzeczywistość jest jeszcze gorsza: wyborcy autentycznie nie wiedzą, na kogo głosują. To, co dzieje się aktualnie w Polsce, jest klasycznym przejawem choroby pokomunistycznej. Komunizm nie tylko unicestwiał ludzi, również demoralizował, odmóżdżał, oduczał krytycznego myślenia. A to niekiedy gorsze. Z tej choroby nie jest łatwo wyjść, ale zalecam Polakom  cierpliwość. Mimo destrukcyjnej polityki jesteśmy świadkami stałego postępu i pozytywnych zmian cywilizacyjnych.

Padło pytanie, czy – zdaniem Profesora – możliwe jest  wypracowania wspólnego dla świata kodeksu etycznego, minimum zasad etycznych, pod którymi mogliby podpisać się ludzie różnych wyznań, ras, narodowości.
– Jesteśmy dalecy od jednomyślności w tej sprawie, jednak zmierzamy w tym kierunku – opowiedział prof. Brzeziński. – To proces powolny i wymagający wielkiej cierpliwości.

Na koniec, w nieco lżejszej formule, nie zabrakło humorystycznych spostrzeżeń na temat zachowań Polaków. Prof. Brzeziński przyznał, że często jest zniecierpliwiony, gdy spotyka się z Polakami na światowych konferencjach lub słucha pytań zadawanych przez polskich  dziennikarzy.

– W Ameryce do sedna rzeczy dochodzi się szybciej, bardziej bezpośrednio. Polski język intelektualny bardzo przypomina wzorce włoskie, większy nacisk kładzie na retorykę niż treść – mówił prof. Brzeziński. Wspomniał rozmowy, które przeprowadzają z nim polscy dziennikarze: formułowanie pytania trwa czasem trzy, cztery minuty, po czym następuje znak zapytania; jest to wyraźna sugestia, aby potwierdzić długą dziennikarską wypowiedź. – Zbijam wówczas dziennikarza z tropu mówiąc  „tak” lub „nie”, a jeszcze bardziej prosząc, żeby pytanie powtórzył.

(„Gdański Areopag” – to cykl dorocznych, najwyższego formatu, konferencji organizowanych przez gdańskie Forum Dialogu i Duszpasterstwo Środowisk Twórczych w latach 2000 – 2012 pod patronatem wybitnego hierarchy polskiego Kościoła, metropolity gdańskiego, abp. Tadeusza Gocłowskiego. W konferencyjnych panelach brali udział najwybitniejsi polscy i zagraniczni intelektualiści (i politycy), z których większość możemy już dzisiaj tylko – z uznaniem i nostalgią – wspominać.)

 

(II)           Z wypowiedzi dla Telewizji Polskiej  (lipiec 2008)

Wielka katastrofa dla Polski – tak Zbigniew Brzeziński mówi o tragicznej śmierci Bronisława Geremka. Podkreśla, że był on traktowany na świecie jako „wybitny polski mąż stanu”.

„… Jestem wstrząśnięty. Śmierć Bronisława Geremka jest dla Polski wielką katastrofą. Był on powszechnie na świecie traktowany jako wybitny polski mąż stanu i uważany za najlepszego ministra spraw zagranicznych od czasu odzyskania przez Polskę niepodległości w 1989 r. Był gorącym patriotą, doskonałym mówcą, rozważnym politykiem i głęboko myślącym naukowcem – powiedział były doradca prezydenta Jimmy’ego Cartera ds. bezpieczeństwa narodowego…”

„… Bronka uważałem za swego osobistego przyjaciela i jego stratę odczuwam jak najbardziej osobiście – dodał. Wymieniając największe zasługi Geremka dla kraju, Brzeziński przypomniał jego działalność w opozycji demokratycznej i w okresie powstania Solidarności w latach 1980-1981…”

„… Jego rola była wtedy wyjątkowa. Jego obecność i rozwaga nadała ruchowi robotniczemu również wymiar intelektualny. Był doskonałym przedstawicielem „Solidarności” na arenie międzynarodowej. Przyczynił się do jej traktowania jako odpowiedzialnego i naprawdę demokratycznego ruchu na rzecz wolności…”

„… Drugi zasadniczy etap, w którym jego wiarygodność miała duże znaczenie międzynarodowe, to było przyjęcie i wchodzenie Polski do Sojuszu Północnoatlantyckiego. Dzięki Geremkowi Polska była traktowana jako poważny potencjalny sojusznik, kraj, którego polityka zagraniczna jest oparta na mądrych i dobrze przemyślanych przesłankach geostrategicznych. W Bronku nie było żadnej skrajności – był umiar, a jednocześnie głęboki, autentyczny patriotyzm…”

„… Pamiętam szczególnie wystąpienie Geremka w telewizji amerykańskiej, kiedy – jak to się, niestety, często  zdarza – prowadzący wywiad dziennikarz poprosił go o wypowiedzenie się na temat „szeroko rozpowszechnionego polskiego antysemityzmu”. Geremek popatrzył na niego przez chwilę, a potem odpowiedział spokojnie: „Urodziłem się w getcie. Moja rodzina zginęła w getcie. Ja zostałem wybrany po wolnych wyborach, przez wolny rząd, na ministra spraw zagranicznych Polski. Czy to panu wystarcza?” Dziennikarz po prostu zaniemówił…”

 

Chwała bohaterom! Rotmistrz Pilecki – manipulowanie pamięcią

O manipulacji historią, sączonym do niej fałszu i zawłaszczaniem jej przez środowiska radykalnie narodowe wiadomo z telewizji. O tym, jak to się przekłada na postrzeganie rzeczywistości przez „lud pisowski” – niemałą przecież część Polaków –  mogłem się dzisiaj przekonać bardzo osobiście: dotknąłem polskiego piekła, w którym – obawiam się – długo przyjdzie nam się smażyć.

Odsłonięcie pomnika w warszawskiej Alei Wojska Polskiego poświęconego rtm. Witoldowi Pileckiemu, polskiemu bohaterowi II Wojny Światowej, jednemu z najodważniejszych: walczył o wolność Polski, ale też – z pełną świadomością – przeciwko obu XX-wiecznym totalitaryzmom. Honory wojskowe, przemówienia, wieńce. Miałem ze sobą, jak zwykle, moje dwie małe flagi, trwale ze sobą związane: biało-czerwoną i błękitną, unijną. Dołączyłem do nich otrzymaną od Obywateli RP białą różę. Z bólem wysłuchałem tych fragmentów przemówień, które wpychały celebrowanego dzisiaj bohatera w przekłamany mit „żołnierzy wyklętych”, z zażenowaniem obserwowałem niektóre delegacje składające wieńce, jak np. Młodzież Wszechpolską ze swymi złowieszczymi, czarnymi sztandarami i kręcących się wokół młodzieńców – „rekonstrukcjonistów” w mundyrach „khaki” z biało-czerwonymi opaskami z napisem „NSZ” i wyobrażałem sobie, jak zżyma się na ten widok, patrząc z zaświatów Rotmistrz.

Ale w któryś tam krąg piekła wszedłem wtedy dopiero, kiedy dołączyłem do zwartego tłumu otaczającego scenę wypatrując mojej znajomej z Żoliborza, wnuczki Witolda  Pileckiego, której pragnąłem w tym ważnym dla niej dniu dłoń uścisnąć. Wtrącę na marginesie: to znakomita postać, którą często spotykam na naszych obywatelskich protestach, a wtrącam to dla odnotowania (bo to piękne i myślę, że warto), jak długa, bo sięgająca XIX w., patriotyczna tradycja rodzinna przekłada się na postrzeganie dzisiejszej rzeczywistości przez jej spadkobierców. Powracając jednak do piekielnych kręgów: pierwszą uwagą, jaka padła z tego tłumu pod moim adresem było: „…a co pan tu robi z tą szmatą…”. Wkrótce posypały się kolejne: „..idź pan z tym do swojej Merkel…”, „…czy naprawdę jesteś pan Polakiem?…”, a w końcu „…wynoś się pan stąd z tą różą…”, a kiedy się nie wyniosłem, jejmość zatkała sobie nos i z głośnym „…fu, jak to śmierdzi…” odwróciła się na pięcie i odeszła. Początkowo reagowałem, później już dałem spokój. Kiedy orkiestra wojskowa, na zakończenie uroczystości, grała „Czerwone maki…”, czapki z głów zdjęli tylko niektórzy, głównie najstarsi, pewni siebie młodzieńcy „z NSZ” bawili się wesołą rozmową.

Takie to dwa patriotyzmy, ciemny i jasny. Czy kiedyś wyjdziemy z piekła?

VIVE la FRANCE! VIVE l’EUROPE!

Tak można podsumować klimaty wielkiej fety – przyjęcia wydanego przez Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce w „Villa Foksal” – wieńczącej dekadę naszego europejskiego świętowania. W tym roku było to świętowanie szczególne. Obok rocznicy naszej akcesji do europejskiej wspólnoty, później – radosnej Parady Schumana, przeżywaliśmy emocje francuskich wyborów prezydenckich, o których wiadomo było, że zaważą na dalszych losach Europy. Teraz już jest jasne: po tym, jak wypowiedzieli się przy urnach wyborczych Austriacy, później Holendrzy, a przed kilku dniami Francuzi, można mieć pewność, że Europa przełamała najgłębszy kryzys, jaki od lat pełzająco w niej narastał – kryzys braku wiary w sens wielkiego europejskiego projektu, który dzisiaj uosabia Unia Europejska. I to jest najlepsza wiadomość, jaką wciąż tworzący się europejski demos mógł otrzymać. „Biała Księga” Jean-Claude Junckera poruszyła wyobraźnię, w całej unijnej Europie trwa wielka obywatelska debata i rozważanie, który z zaproponowanych pięciu kierunków dalszej europejskiej drogi wybrać. A ja jestem już dzisiaj spokojny o to, że będzie to któraś z dróg wiodących ku pogłębieniu wspólnotowej integracji. Spokój mnie opuszcza dopiero wtedy, kiedy sobie pomyślę, że po podjęciu ostatecznej decyzji (a to nastąpi już w grudniu) znów będzie mi potrzebny mój mały transparent przygotowany na ubiegłoroczną „europejską manifę” z napisem: „Europo, poczekaj – wrócimy!”

Powracam jednak do rocznicowej fety w Dniu Europy, 9 maja: to pamiętna rocznica odważnej i jakże dalekowzrocznej propozycji Roberta Schumana – propozycji powołania, pięć lat po zakończeniu wojny, pierwszej europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, równocześnie pierwszego kroku do niemiecko-francuskiego pojednania, pierwszej bariery zamykającej drogę do odrodzenia się w sercu Europy toksycznych nacjonalizmów. Atmosfera tego spotkania wręcz tchnęła optymizmem i radością, co znalazło wyraz w powitalnym przemówieniu Gospodarza, amb. Marka Prawdy, a wydaje mi się, że symbolika tego Dnia była tym razem szczególnie pamiętana. Władze państwowe zaszczyciły to znakomite wydarzenie delegując na nie swoich przedstawicieli średniego szczebla, natomiast unijni dyplomaci stawili się in gremio, a to, że zaszczyt dzielenia „urodzinowego tortu” (tegoroczna rocznica Traktatów Rzymskich) przypadł francuskiemu „Ekscelencji”, wszystkim wydało się oczywiste.

Oczywiste też jest, że byłem na tym przyjęciu „gościem z ostatniego rzędu” i trochę z przypadku, tym niemniej ze wzruszeniem spotkałem na nim, po latach, „gości z rzędów pierwszych”, nestorów Polskiego PEN Clubu, którzy swoim niepodważalnym autorytetem dawali ogromne wsparcie tworzącej się w początkach lat dziewięćdziesiątych polskiej strukturze Amnesty International: były wspomnienia, jak to w owym czasie członkostwo w europejskiej wspólnocie pozostawało wciąż w sferze pokoleniowych marzeń, były słowa troski, czy cudem zrealizowane marzenie nie pęknie wkrótce jak bańka mydlana. Sędziwy, budzący zawsze szacunek swoim pięknym życiorysem i znakomitą twórczością, Jacek Bocheński, autor „Tryptyku rzymskiego”, zachęcał do optymizmu odwołując się do historii antyku: wstecznictwo  skazane jest na klęskę. A w tle sączyły się wówczas dźwięki „Ody do radości”.