Wydarzenie Donald Trump

Nie ulega wątpliwości, że każda wizyta w Polsce amerykańskiego prezydenta odbierana jest na polskiej scenie politycznej jako wydarzenie znaczące i pozytywne. Można tę myśl rozszerzyć: znaczące dla sprawujących władzę – bo wzmacnia wizerunek (zdjęcia z Dostojnym Gościem, setki razy medialnie powielane, wbijają się w pamięć). Znaczące dla społeczeństwa – bo (w zależności od aktualnego kontekstu politycznego) budzi nadzieję bądź pogłębia poczucie bezpieczeństwa, ale przede wszystkim łechce narodową dumę poprzez skojarzenie „jesteśmy ważni – nasz kraj coś znaczy”. Pozytywne – bo Polska zyskuje swoje „pięć minut” poprzez zaistnienie w światowych mediach.  Ile w tym złudy, na ile odzwierciedla to rzeczywistość? Doskonale przypominam sobie pierwszą z serii tych wizyt – wizytę Richarda Nixona (1975), autentyczny entuzjazm kilkuset tysięcznych tłumów na trasach przejazdu i szczyt popularności Edwarda Gierka zaledwie rok przed pierwszą falą strajków, która tą popularność obróciła w niwecz.

Nie śmiem zaprzeczać opinii Donalda Tuska, iż ósma już wizyta w Polsce prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki, tym razem – Donalda Trumpa, była sukcesem polskiej dyplomacji (chylę czoła przed klasą). Śmiem jednak twierdzić, że dyplomaci tym razem zbytnio się nie napracowali, bowiem zbieżność oceny sceny politycznej, politycznych priorytetów i sposobu uprawiania polityki między przywódcą amerykańskiego mocarstwa i sternikiem polskiej nawy politycznej jest wprost zdumiewająca. Tą paralelę można było bez trudu dostrzec już w populistycznej retoryce obu kampanii wyborczych: „wstajemy z kolan” i „uczynimy Amerykę znów wielką”; „Polska w ruinie” i „amerykański pas rdzy” – o języku, jaki odnosił się do uchodźców i migrantów nie mówiąc. W tym przypadku chodziło o konkret: kontrowersyjny Trump miał pilne zapotrzebowanie na preludium do – z góry było wiadomo, że trudnego – udziału w szczycie G20: wiwatujący na jego cześć tłum (w końcu) Europejczyków, z czego relacja będzie newsem medialnym. W zamian – wizerunkowe wsparcie kontrowersyjnego polskiego obozu władzy. Dla obu stron spełnienie tych oczekiwań było czymś naturalnym, nie wymuszonym, a równocześnie łatwym w realizacji, nie pociągającym za sobą żadnej ceny. Czy żadnej?

Program wizyty niemal niczym nie odbiegał od ustalonej od lat rutyny: rozmowy dwustronne, z których do opinii publicznej przebija się głównie fotka z uściskiem dłoni (jakże przydatna w przyszłych kampaniach wyborczych) i punkt główny – „spotkanie z ludnością”, którego osią jest przemówienie. Mówi się zwykle o nim „programowe”, choć tradycyjnie jego część poświęcona jest fragmentom historii Polski, co ma pewne uzasadnienie: gdyby nie 13. punkt w Orędziu Woodrowa Wilsona – być może przez minione stulecie dzielili byśmy losy Ukrainy. Zatem, co usłyszeliśmy tym razem od 45. Prezydenta Stanów Zjednoczonych; i może jeszcze – czego nie usłyszeliśmy?

Opowieści o historii Polski słuchałem z zażenowaniem: kumulacja pochlebstw przekraczała pewną miarę. Amerykańskiego prezydenta zachwycała w polskiej historii nasza narodowa duma, bohaterstwo, niezłomność, umiłowanie tradycji. Szkoda, że ani słowa o rozsądku, umiarze, trudnych pojednaniach. Zrozumienie dla naszych rosyjskich fobii przejawiło się we wspomnieniu Bitwy Warszawskiej, aktu agresji w ’39-tym, braku wsparcia z za Wisły dla warszawskich powstańców. Szkoda, że ani słowa o zmaganiach polskiej dysydencji, później opozycji czasu PRL-u, które dały impuls do radykalnej zmiany politycznej mapy Europy. Historia odległa była bezpieczniejsza – tak dla jej odbioru przez gospodarzy, jak dla przewidzianych następnego dnia rozmów z rosyjskim dyktatorem: kończyła się na roku 1944. Amerykański Dostojny Gość ani słowem nie zająknął się o polskich dokonaniach minionego ćwierćwiecza, o zmianie paradygmatu polskiego politycznego myślenia, co pozwoliło nam zaistnieć na poczesnym miejscu we wspólnocie wolnych narodów Europy i zasypać pogłębiającą się przez setki lat przepaść cywilizacyjną. O Europie owszem, było: że silna Polska potrzebna jest Europie, a silna Europa – światu. Enigmatycznie: Europa, co wcale nie koniecznie musi znaczyć Unia Europejska. I jaka Polska, czym silna? A no, narodową dumą, przywiązaniem do „wiary ojców”, umiłowaniem tradycyjnego obyczaju. I byłoby to jeszcze tylko pół biedy  – ot, uprawnione konserwatywne wartości, które można podzielać lub nie – gdyby nie padły po tym słowa „obrona zachodniej cywilizacji”. Do takiej Polski, wiernej – zdaniem amerykańskiego prezydenta – takim wartościom, żarliwie  zapraszał Donald Trump jako do kraju, który stanowi „wzór dla Zachodu”. I ani słowa o „wartościach europejskich” – demokracji (przepraszam, to słowo – klucz w ciągu 40 minut raz jeden padło), rządach prawa, prawach człowieka, ani też ujętych w unijnej Karcie Praw Podstawowych godności jednostki, wolności, równości, solidarności, prawach obywatelskich.

To nie było zaproszenie do mojej Polski. To było to, co PiS-owski obóz władzy chciał usłyszeć, a co Trump wypowiedział bez oporów spłacając niewielki dług zaciągnięty za wielką przysługę: zorganizowany spektakl spontanicznego przyjęcia i wiwatującego tłumu. W komentarzach medialnych słyszałem pochwały tego przemówienia za to, że nie padły w nim słowa, których się obawiano, antagonizujące Polskę z „Brukselą”. A ja zapytuję: jak inaczej można odczytać zachwyt amerykańskiego prezydenta wobec konserwatywnego, nacjonalistycznego polskiego rządu nie uznającego Europy jako wspólnoty losów i deklarowanych wspólnych wartości?

Wspomniałem wyżej, że program wizyty niemal nie odbiegał od rutyny. Niemal – bo jednak w jednym punkcie poza rutynę wykraczał. Było to krótkie pojawienie się Prezydenta na spotkaniu Global Forum – znakomitej inicjatywy spotkań polityków i dyplomatów podjętej w 2010 roku przez Miasto Wrocław i znany amerykański think-tank Atlantic Council poświęconej problemom bezpieczeństwa. Wpleciono w nie w tym roku inną inicjatywę podjętą w 2015 przez prezydentów Polski (Andrzej Duda) i Chorwacji (Kolinda Kitarovic) – dość mglistą ideę „Trójmorza”, a spotkanie przeniesiono z Wrocławia do Warszawy ze względu na zainteresowanie nim Gościa z za Oceanu. Padły na nim ogólnikowe deklaracje o NATO-wskich gwarancjach bezpieczeństwa i o bezpieczeństwie energetycznym opartym na amerykańskich „łupkach”, które amerykański prezydent – „komiwojażer” żarliwie promował, ale też gorące słowa wsparcia dla „Trójmorza”. I znów dwuznaczność, bo mimo zapewnień, że inicjatywa ta ma jedynie na celu wyrównywanie standardów cywilizacyjnych tej części Europy i nadrabianie zaniedbań infrastrukturalnych  (komunikacyjnych – planowana Via Carpathia) na osi północ – południe i nie aspiruje do roli odrębnego bytu politycznego w ramach UE, wiadomo jest, że Bruksela przygląda się jej z podejrzliwością biorąc pod uwagę sceptyczny stosunek jej inicjatorów do unijnego jądra. Warto dodać: 12 państw „Trójmorza”, znacznie różniących się priorytetami w prowadzonej polityce zagranicznej – to ok. 20 procent unijnej populacji i tylko 10 procent unijnego PKB.

A jakie konkrety dla „polskiego interesu” – polskiego bezpieczeństwa i polskiej gospodarki – wynikają z wizyty Donalda Trumpa? Oczywiście, wspomniany w „kraju nad Wisłą” słynny art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego gwarantujący militarne bezpieczeństwo w wersji „jeden za wszystkich – wszyscy za jednego”. To dobrze, że przywołany został właśnie tutaj, ale wobec oczekiwań na jego przywołanie podczas drugiej europejskiej wizyty nowego amerykańskiego prezydenta, z czym wyraźnie zwlekał, nie było to rewelacją. Gdyby to nie nastąpiło – znaczyłoby wyraźne zdystansowanie się „trumpowej” Ameryki do fundamentalnych zobowiązań wobec wspólnej obronności, o katastrofalnych skutkach. A jakie były inne polskie oczekiwania? Obecność w Polsce amerykańskich jednostek – to realizacja planu, o którym Polacy dowiedzieli się przed trzema laty, na Placu Zamkowym, z ust Baracka Obamy, potwierdzonego na szczycie NATO: dobrze, że jest realizowany, ale gwarancji ich stałej obecności nie otrzymaliśmy. Plan zakupu rakiet „Patriot” opracowany został przez ministra obrony narodowej za rządów PO/PSL, podjęte zostały wstępne negocjacje, później zamrożone, teraz z zamrażarki wyjęte. Negocjacje trwają, żadne kontrakty nie zostały podpisane, nadzieje na przekazanie nam „know-how” – „instrukcji obsługi” są podobno niewielkie. Amerykański gaz „łupkowy”: o dywersyfikacji dostaw gazu na rynek europejski mówi się od dawna, jest to przedmiotem jednej z ważnych dyrektyw Unii Europejskiej. To dobrze, że mamy zakrojoną na szeroką skalę ofertę amerykańską, to źle, że jest tak nieatrakcyjna cenowo. Do podpisania kontraktów droga jeszcze dość daleka. Zatem – słowa, słowa, słowa, mówiąc językiem szekspirowskiego Hamleta – „bańki mydlane”.

Tymczasem, zdaniem rządowych polityków, Polska pokazała światu, że nie jest krajem izolowanym i będzie teraz uczestniczyła w grze politycznej z mocniejszym mandatem. Pani Premier posunęła się nawet do publicznego stwierdzenia, że po wizycie Trumpa Polska jest gwarantem światowego pokoju! Nieco innego zdania są politycy „brukselscy”: wobec nasilających się w Polsce aktów wandalizmu dokonywanego na organizmie demokratycznego państwa prawa, ze wzrastającym niepokojem (czemu dają dyskretny wyraz) patrzą na państwo członkowskie, które przyjaciół szuka daleko, wrogów znajdując bisko.

A nasz Dostojny Gość, po opuszczeniu gościnnej Polski, której nie szczędził w zamian miłosnych ekspiacji, zaistniał jako jedna z dwóch gwiazd na hamburskim „szczycie”: spotkanie G20 w roku 2017 nieformalnie zmieniło swoją nazwę na G2+18. Gwiazdy – jak wiadomo – świecą chłodnym blaskiem. Rozbłysły nim szczególnie w momencie, kiedy światowe media przekazały „news”, iż dwaj przywódcy rywalizujących potęg jądrowych „złapali chemię” do tego stopnia, że trudno im było zakończyć pierwsze „randez-vous”: konkretem była zapowiedź zawieszenia broni w kilku syryjskich prowincjach, w których walki były najmniej dokuczliwe. I znów: słowa, słowa, słowa… Kolejny chłodny błysk – to uparte potwierdzenie wycofania się Stanów Zjednoczonych z paryskiego Porozumienia Klimatycznego (2015), czym dołączyły do dwóch dotychczas oponentów tego Porozumienia – Nikaragui i Syrii.

A co będzie dalej – zobaczymy. Na razie mamy pewność, że 12 lipca 2017 – z chwilą przegłosowania przez Sejm RP nowelizacji ustaw o ustroju sądów powszechnych i Krajowej Radzie Sądownictwa – Polska przestała być demokratycznym państwem prawa. W związku z tym zadaję sobie pytanie, czy mój kraj wciąż jeszcze pozostaje w Unii Europejskiej, czy jest już tylko do niej formalnie przypisany…

Jedna myśl na temat “Wydarzenie Donald Trump

  1. Zgadza się, 12 lipca Polska dotarła do swojego ustrojowego Rubikonu, do jego przekroczenia potrzeba jeszcze uchwalenia Ustawy o SN i podpisów prezydenta. Gdy to się wydarzy, Polska stanie się państwem autorytarnym, nie praktykującym europejskich stabdardów demokracji i jako takie mentalnie i cywilizacyjnie nie należącym już do UE. Usunięcie nas z tej organizacji stanie się już tylko zwykłą formalnością, która jednak może nastąpić dopiero za kilka lat.
    Wizyta Trumpa w sposób istotny wzmocniła w PiS poczucie słuszności postępowania, upewniła rządzący Polską obóz narodowo-katolicki że dzięki niemu „Polska wstaje z kolan”. Właśnie to jest najbardziej niebezpieczne dla Polski, ten prowincjonalizm pisowskiego suwerena, ten brak krytycyzmu i nieumiejętność racjonalnej oceny sytuacji, ta konieczność potwierdzania własnej wartości poprzez oceny innych. Tak, bez wątpienia Trump dodał „paliwa” do pisowskiego ognia, ognia w którym my Polacy się usmażymy.
    Wizyta Trumpa to wizyta złego ducha, który popycha Polskę w stronę Rubikonu, za którym nie będzie powrotu.
    W tym sensie oceniam wizytę amerykańskiego Prezydenta negatywnie.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s