W Bundestagu AfD, w Sejmie zamach na sądy a’la PAD

Ostatnio rzadko identyfikuję takie chwile, do których chętnie się myślą powraca. Tak było w ubiegły piątek na manifestacji przed Pałacem, za sprawą Akcji Demokracji: jak ktoś to nazwał – „była moc”. A dzisiaj już „business as usual” – kolejne echa ze świata, które zasmucają. Z tych, które dobiegły nas dzisiaj wspomnę o dwóch, które – wydaje mi się – znów w zasadniczy sposób definiują otaczającą nas rzeczywistość.

Wynik niemieckich wyborów parlamentarnych przyjąłem jako potężny błysk czerwonego światła. To, że Kanclerz Merkel utrzyma stanowisko na kolejną kadencję, oczywiste było od dość dawna i przestało już cieszyć, choć wciąż wydaje się to optymalnym wariantem tak dla Europy, jak dla Polski. Natomiast sukces AfD i wejście tej partii do Bundestagu jako „trzeciej siły” jest dla mnie wiadomością porażającą. Budzi realne lęki: o Europę, o Polskę, o przyszłość. Chodzi nie tylko o to, że utrudni to Pani Kanclerz prowadzenie europejskiej polityki, bo chcąc odzyskać utracony na rzecz AfD elektorat będzie zmuszona do wstrzemięźliwości tak w kwestiach integracji (co będzie skutkować kłopotami w niemiecko-francuskim tandemie postrzeganym jako lokomotywa europejskiej pokryzysowej „ucieczki do przodu”), jak w wypracowywaniu, w duchu europejskim, wspólnej polityki migracyjnej. Chodzi o coś więcej. Daje to sygnał, że nacjonalistyczne ciągoty są wśród europejskiego „demos” wciąż żywe, o czym udało nam się po sukcesie Macrona (pod europejskim sztandarem) na chwilę zapomnieć. Sygnał jest silny, ponieważ ma to miejsce wśród „demosu” niemieckiego, który powojenną lekcję odrobił najlepiej. Przypomina o czyhającej na potknięcie Macrona Marine Le Pen, która przecież broni nie złożyła, o czekających na swoje pięć minut Wildersa (Holandia) i Hofera (Austria), o „Nowej sile” (Włochy), „Prawdziwych Finach”, a na naszej flance – o „Fideszu” czy „Jobbiku”, o PiS-ie czy „Ruchu Narodowym”, który zaistniał w polskim Sejmie.

Być może postrzegam to zjawisko w szczególnie ostrych konturach. Zważywszy swoją datę urodzenia – rocznik 1930 – inaczej nie potrafię: bo ja to już raz przeżyłem. Byłem świadkiem katastrofy, do której doprowadziły powielane dzisiaj, po blisko już stu latach, hasła. Dlatego krzyczę, wrzeszczę: ten uśpiony potwór wciąż budzi się z letargu i wciąż gotów jest do skoku. Dlatego wciąż budujmy barykady przed jego jaskinią wszędzie, gdzie kto może i jak kto może: kreślonym słowem, głosem, protestem, tłumacząc, przywołując, piętnując.

Choćby na własnym poletku, tuż pod nosem: agresywne, ONR-owskie marsze pod nacjonalistycznymi, ksenofobicznymi hasłami przebiegające pod szczególną ochroną policji, coraz częstsze akty agresji wobec cudzoziemców – nie tylko o innym kolorze skóry (to przecież nie bierze się znikąd, jest na to przyzwolenie w klimatach politycznych), nasilające się przejawy antysemityzmu mimo, że forsowany przez skrajną prawicę stereotyp uchodźcy-terrorysty coraz bardziej przejmuje rolę podstępnego, mafijnego, czyhającego a nasz dobrostan Żyda. Słyszałem w „wieczorze wyborczym” TVN polityków Zjednoczonej Prawicy komentujących sukces AfD – ze słabo skrywanym zadowoleniem – słowami: „szanujmy demokrację” i zabrzmiało mi to jakby echem tych głosów, które wskazywały na demokrację w latach trzydziestych, kiedy fala nacjonalizmu zalewała Europę. Tak, to ci sami, którzy podrzucają nawiązującej do faszystowskich wzorców niemieckiej partii amunicję podnosząc – po 72 latach od zakończenia wojny – kwestię reparacji wojennych.  Pomijając zawiłe, nie do pokonania, meandry w kategoriach prawnych, pomijając absurdalny z punktu widzenia interesów Polski, wiszący w powietrzu, spór polityczny z sąsiadem, z którym historyczny proces pojednania jest jednym z filarów europejskiego bezpieczeństwa, w najnowszej historii Europy odgrzewany po latach spór o reparacje był każdorazowo zarzewiem narastającej wrogości i rozniecania  toksycznych nacjonalizmów. Więc – porażeni sukcesem niemieckiej AfD – krzyczmy jeszcze głośniej, bo okazuje się, że czort nie śpi w każdy zakamarku naszego małego kontynentu i trzymajmy kciuki za sukces integrującej się Europy i za pogłębianie się ukształtowanych w niej wartości.

Z wydarzeń na polskiej scenie politycznej najbardziej medialne jest, oczywiście, ogłoszenie przez Prezydenta własnych projektów dwóch zawetowanych ustaw. Tu jestem w sytuacji znacznie bardziej komfortowej, bo mnie one nie zaskoczyły. Dla przypomnienia sięgam do swoich notatek z lipca tego roku i czytam w nich, co następuje:

Prezydenckie weto, na które niewątpliwie miały wpływ protesty społeczne, nie jest bez znaczenia, bo stanowi początek procesu lekkiej dekompozycji rządzącej elity, ale nie zmienia istoty tej operacji – pozbawienia sądów ich politycznej niezawisłości. Ja nie mam złudzeń: Andrzej Duda jest stałym elementem obozu „dobrej zmiany”, agonia „trzeciej władzy” przedłużona została o dwa, trzy miesiące. Po dokonaniu zamachu na Trybunał Konstytucyjny, likwidacji służby cywilnej, rewolucji w strukturze obronności kraju …, deformie systemu edukacji … następuje zniszczenie ostoi monteskiuszowskiej praworządności, fundamentu liberalnej demokracji. Do jej totalnego zniszczenia pozostaje skok na wolne media i samorządy…, może jeszcze referendum konstytucyjne i zmiana ordynacji wyborczej…

A wkrótce po tym, w innym tekście:

Panie Prezydencie, gorąco współczuję! Współczuję Panu małości. Współczuję tego psychicznego dyskomfortu ilokrotnie będzie się Pan przeglądał w lustrze. Po popełnieniu grzechu ciężkiego wobec Konstytucji, której przysiągł Pan strzec, w grudniu 2015, otrzymał Pan niepowtarzalną już szansę podniesienia się z tego grzechu, dokonania zadośćuczynienia, choćby jakimś tam politycznym kosztem. Nie uczynił Pan tego. Nie skorzystał Pan z danej Panu raz jeszcze, w nadzwyczajnych okolicznościach, możliwości opowiedzenia się po stronie narodu, który tak często pojawia się w Pana retoryce. Więc Panu współczuję. Współczuję fraz, jakimi uwieczniony zostanie Pan na kartach historii. Współczuję, bo nie ma we mnie nienawiści ani pogardy. Wobec małości pozostało mi tylko współczucie.

Więc się nie pomyliłem, a tak bardzo tej pomyłki pragnąłem. Byliśmy świadkami trwającego dwa miesiące spektaklu, któremu towarzyszył spokojny na ogół ton wypowiedzi Jarosława K.: zdenerwowany był tylko pierwszego dnia „po wecie”. On wiedział, że to tylko wypadek przy pracy i że o żadnej poważnej wolcie w stworzonym przez siebie układzie, póki co, nie ma mowy. Lekka dekompozycja wyrazi się zapewne w werbalnym uznawaniu prezydenckiej roli kosztem innych graczy politycznych we własnych szeregach. Priorytety narzuconej Polsce polityki nie drgną nawet o jotę, a Andrzej Duda – decydując się na sięganie po swój urząd – musiał być ich w pełni świadomy. Musiał wiedzieć o tym, że władztwo tej formacji pod przywództwem jej wodza zakłada wyeliminowanie wszelkich ograniczeń: tak ze strony swobód obywatelskich, jak kształtowania opinii, systemu sądów czy nawet czynników zewnętrznych. Z racją stanu włącznie. I z tej gry nie wychodzi.

A przechodząc do meritum, to jest do losów Sądu Najwyższego i KRS-u w świetle  proponowanych konkretnych rozwiązań, myślę, że nie jest obywatelską rolą wypowiadanie się w kwestiach, w których wypowiedź wymaga szczególnych kompetencji. Wysoce kompetentnych głosów ze strony uznanych autorytetów zresztą nie brakuje: tak w sprawie propozycji Izby Dyscyplinarnej SN, jak Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (możliwość zaskarżania prawomocnych wyroków od roku 1997!), jak „nowego wieku emerytalnego”, jak wyboru (przez Sejm!) „trzema piątymi” części sędziowskiej KRS. Obywatelską rolą jest protest przeciwko zamachowi na demokratyczne rządy prawa, na ich fundament – zasadę trójpodziału władzy – tak, jak widziany jest on tzw. gołym okiem. A „gołe oko” widzi to tak: Pan Prezydent przejmuje prerogatywy przypisywane w zawetowanych ustawach Ministrowi Sprawiedliwości i dodaje sobie kilka innych; Sejm przejmuje kompetencje samorządu sędziowskiego i obsadza „swojakami” najwyższe organa sądownicze; SN i KRS stają się wydmuszką – powtarza się scenariusz zamachu dokonany na Trybunale Konstytucyjnym; niezawisłość sędziowska przechodzi do historii; „swojacy” w Izbie… Spraw Publicznych decydują o prawomocności wyborów powszechnych i zasadności wyborczych skarg. Jedno z zasadniczych ograniczeń autorytarnej władzy zostaje demokratycznie (bo przez parlament) usankcjonowane. Walec się toczy – faszyzacja państwa postępuje.

Więc obywatel protestuje, choć na razie bez efektów. Nie daj Boże, żeby tego protestu zaniechał!

 

 

Unia łapie wiatr w żagle

Bo jak nie teraz, to kiedy?

„Musimy dokończyć to dzieło teraz, kiedy słońce świeci. Bo kiedy znów pojawią się na horyzoncie chmury – a zapewne się pojawią – będzie już za późno” – konkluduje w tegorocznym Orędziu o Stanie Unii Jean-Claude Juncker. Warto tu też dodać wieszcze słowa Ojca Założyciela – Roberta Schumana – sprzed 67 lat: „Europa nie powstanie od razu ani według ustalonego planu: będzie powstawała poprzez konkretne realizacje, tworząc najpierw rzeczywistą solidarność”. A ponad 30 lat później podsumowanie minionego czasu przez Helmuta Kohla i Jacques Delors: „Europa szła do przodu wtedy tylko, kiedy wykazywała odwagę”.

Coroczne Orędzia, wygłaszane jesienią przed Parlamentem Europejskim, nie są tylko tradycją. Do ich wygłoszenia zobowiązuje Przewodniczącego Komisji Europejskiej Traktat Lizboński. W latach narastających kryzysów nie były optymistyczne: recesja, wzrastające bezrobocie, kłopoty z Grecją i euro, wreszcie na niespotykaną dotąd skalę kryzys uchodźczy i odradzające się narodowe egoizmy budziły lęki, obniżały wiarę w skuteczność Unii, poddając nawet w wątpliwość jej sens. Równocześnie rodziło się pytanie: jeśli nie Unia, to co? Czyżby powrót do toksycznych nacjonalizmów, do zamykania się w plemiennych wspólnotach, do zgubnych rywalizacji, a – być może – wrogości we wspólnym obszarze kulturowym w dobie globalizacji i wzrastających światowych potęg? Na to zgody europejskiego „demos” nie było! Trzeba było wyciągnąć wnioski z przyczyn kryzysów, trzeba było zarysować nową wizję „skoku do przodu”: bo jak nie wstecz – to tylko naprzód, innych możliwości nie ma. Ubiegłoroczne Orędzie dawało przedsmak tej wizji pod hasłem: „Europa chroni, wspiera i broni”. Miniony rok przyniósł nowe bodźce: wyborcze  porażki „nacjonalistycznego wzmożenia” ugrupowań Geerta Wildersa w Holandii i Norberta Hofera w Austrii, doświadczenia wypływające z „Brexitu”, sukces wyborczy Emmanuela Macron pod unijnymi hasłami. Jest sprzyjająca koniunktura gospodarcza. W marcu pojawiła się „Biała księga” inicjująca debatę nad przyszłością Unii w oparciu o pięć zaproponowanych wariantów: unijni komisarze odwiedzili dziesiątki europejskich miast, odbyło się setki spotkań i konsultacji w narodowych parlamentach, w środowiskach akademickich, biznesowych, organizacji pozarządowych. W klimacie nadziei narastało oczekiwanie na mocny głos, „co dalej”.

W takiej atmosferze Jean-Claude Juncker wygłaszał tegoroczne Orędzie. Śmiałe. Podsumowujące dokonania – znaczny wzrost europejskiego PKB, spadek bezrobocia – 8 milionów nowych miejsc pracy, wzrost inwestycji, znów pełna zdolność banków do kredytowania przedsiębiorców. Zarysowujące wizję Europy bardziej zjednoczonej, silniejszej, bardziej demokratycznej – wizję w perspektywie roku 2025, ale też prezentującą założenia konkretnych pomysłów do zrealizowania przed upływem obecnej kadencji: linia demarkacyjna – to opuszczenie Unii przez Wielką Brytanię, w marcu 2019, a wkrótce po tym, w maju, europejskie wybory parlamentarne.

Wydaje mi się niemożliwe – chyba również niecelowe – streszczanie przemówienia, którego wygłoszenie zajęło ponad godzinę i które stanowi ciąg głębokich refleksji (wynikających min. z przeprowadzonej europejskiej debaty) i wynikających z nich dziesiątek konkretnych propozycji. Pragnę więc podzielić się tym, co w sposób szczególny przyciągnęło moją uwagę; tym, co – wydaje mi się – wskazuje już wyraźnie kierunek, w którym pójdzie Unia po swoim kolejnym, pokryzysowym otwarciu. Dlatego też pomijam pięć (bardzo ciekawych) priorytetów zarysowanych na najbliższe kilkanaście miesięcy kończących kadencję unijnych władz. Koncentruję się na wizji Europy „bardziej zjednoczonej, silniejszej i bardziej demokratycznej” w perspektywie kolejnych siedmiu lat.

Będzie to Europa bardziej świadoma swojej tożsamości, sensu swojego istnienia. Pozwolę sobie w tym miejscu przytoczyć wręcz wzruszające słowa Junckera, pod którymi – znów mi się tak wydaje – dzisiaj podpisuje się większość wiodących unijnych polityków: „…Love for Europe because Europe and the European Union have achieved something unique in this fraying world: peace within and outside of Europe. Prosperity for many if not yet for all…”

Będzie to Europa pogłębionych wartości, które stanowić będą drogowskaz (compass) w każdym podejmowanym kolejnym działaniu unijnej wspólnoty, w utrwalaniu wzajemnych relacji, w poszukiwaniach kompromisu w przypadku pojawiających się różnic. Jako najbardziej fundamentalne – wyjęte z Karty Praw Podstawowych – w Orędziu wymienione zostały trzy: wolność – „…od ucisku i dyktatury…”, „…którą zbyt często postrzegamy jako oczywistość…”, „…na której Unia została zbudowana…”, „…która nie spadła nam z nieba…”, „…której wciąż trzeba bronić…”; równość – „…wszystkich członków Wspólnoty od Wschodu do Zachodu, od Północy do Południa…”: nie może być obywateli drugiej klasy, pracowników drugiej klasy (równa płaca za tę samą pracę w tym samym miejscu), konsumentów drugiej klasy (ta sama jakość produktów we wszystkich krajach Unii); rządy prawa – „…w Europie siła prawa wyparła prawo silniejszego”, „…prawo i sprawiedliwość egzekwowane jest przez niezależne sądy…”, „…orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości są ostateczne i muszą być powszechnie respektowane…”, „…rządy prawa w UE nie są kwestią wyboru – są jej fundamentem…”, „…nasza Unia jest wspólnotą prawa…”

Według wizji Junckera Europa bliskiej już przyszłości wina być bardziej zjednoczona: nie poprzez zmiany Traktatów, a poprzez reformy Instytucji. Poprzez umocnienie zasady kompromisu w przezwyciężaniu różnic z rezultatem „win – win”, bo bez kompromisu niewyobrażalne jest umacnianie demokracji. Poprzez przeciwstawianie się wykluczeniom, zmianie opcji na włączającą: dotyczyć to winno tak strefy Schengen, jak strefy euro, Europejskiego Filaru Praw Socjalnych (ustalenie Europejskich Standardów Socjalnych), czy nawet perspektyw dalszego rozszerzania Unii w przyszłych kadencjach. W odniesieniu do strefy euro – to jakby spojrzenie na problem odwracając lornetkę: nie zamykanie się „w klubie”, a objęcie „klubem” wszystkich państw członkowskich; ustalenie euro jednolitą walutą unijnej wspólnoty poprzedzone powołaniem Instrumentu Euroakcesyjnego, który służyłby wszelką pomocą włącznie ze wsparciem finansowym; nie tworzenie odrębnego budżetu, a wzmacnianie budżetu ogólnounijnego w oparciu o euro; nie powoływanie odrębnego parlamentu, a wzmacnianie „eurolobby” w Parlamencie Europejskim.

Orędzie kreśli Europę silniejszą i bardziej efektywną poprzez wzmocnienie jednolitego rynku, włączenie się wszystkich państw członkowskich do Unii Bankowej, zaangażowanie w tworzenie Unii Monetarnej: nad koordynacją instrumentów  finansowych winien czuwać unijny minister gospodarki i finansów – komisarz umocowany analogicznie do Wysokiego Przedstawiciela Unii ds. Zagranicznych, w funkcji wiceprzewodniczącego Komisji, odpowiedzialny bezpośrednio przed Parlamentem Europejskim. Zdaniem Junckera, znaczne zwiększenie efektywności w funkcjonowaniu Unii jako „globalnego aktora” przyniosłaby rezygnacja z jednomyślności na rzecz większości kwalifikowanej w podejmowaniu węzłowych decyzji dotyczących wspólnej gospodarki i spraw zagranicznych. Efektywność Unii – to również w znacznej mierze koncentrowanie się na zagadnieniach strategicznych, wymagających wspólnego wysiłku i wspólnej troski: Unia nie powinna „regulować wszystkiego” – w spawach tego nie wymagających winna przekazać kompetencje państwom członkowskim, bądź przesunąć je na poziom regionalny i lokalny. Pracuje już nad tym powołany Zespół ds. Pomocniczości i Proporcjonalności (Task Force).

Europa silna – to Europa bardziej bezpieczna: to dokonanie kolejnego kroku w walce z terroryzmem – powołanie Europejskiej Agencji Wywiadowczej dla sprawnego przekazywania danych, Europejskiego Prokuratora Publicznego dla tropienia transgranicznych zbrodni terrorystycznych. To wyjście naprzeciw oczekiwaniom NATO i wzmocnienie zdolności obronnych zewnętrznych granic Unii, czemu może służyć powołanie Europejskiej Unii Obronnej – platformy stałej współpracy strukturalnej – i towarzyszącego jej Funduszu.

Kolejnym wyzwaniem, jakie definiuje Orędzie – to Europa bardziej demokratyczna, spełnienie oczekiwań europejskiego „demos”. W swojej wizji Juncker wychodzi temu naprzeciw proponując nowe spojrzenie na proces wyborczy: większą aktywność europejskich partii politycznych, w tym organizowanie konwencji wyborczych na terenie państw członkowskich, zmianę zasad finansowania europejskich partii tak, żeby ograniczyć wspieranie marginalnych struktur antyeuropejskich ekstremistów, transgraniczne listy wyborcze. Daleko idąca jest propozycja połączenia funkcji przewodniczących Rady Europejskiej i Komisji Europejskiej z prowadzeniem szerokiej kampanii wyborczej na terenie państw członkowskich, co symbolizowałoby charakter Unii jako Wspólnoty Państw i Obywateli. Unia bardziej demokratyczna – to także Unia bardziej świadoma swojej wspólnej historii.

To, oczywiście, tylko głęboko przemyślana, oparta na debacie nad Białą Księgą,  wizja; propozycje, które znajdą w większym lub mniejszym stopniu swoje odzwierciedlenie w doniosłej wagi decyzjach podjętych na kolejnym unijnym szczycie w marcu 2019, pakiecie, który zawierać będzie odpowiedź na wciąż palące pytanie: dokąd zmierzać będziesz, Europo, w ciągu najbliższych co najmniej siedmiu lat. Dynamika życia politycznego jest tak intensywna, że treść tej odpowiedzi wciąż stanowi znak zapytania, wydaje się jednak, że od zarysowującego się od roku kierunku nie ma odwrotu, a wygłoszone przed kilku dniami Orędzie zdaje się to potwierdzać. Warto jeszcze tylko dodać, czym Jean-Claude Juncker kończy zarysowaną „mapę drogową” do europejskiego „nowego otwarcia”: życzeniem, aby europejski „demos”  mógł uczestniczyć w  europejskich wyborach parlamentarnych w maju 2019 z głębokim przekonaniem, że „jego” Unia spełnia pokładane w niej nadzieje i oczekiwania.

Gdzie w tym wszystkim jest Polska?

W Orędziu, w różnych kontekstach, padały nazwy różnych państw – Polski wśród nich nie było, choć w wiele fragmentów wyraźnie się wpisywała. Elegancko. Dyplomatycznie. Mniej dyplomatyczne były liczne głosy w trzygodzinnej debacie parlamentarnej na temat wygłoszonego przemówienia. Przedstawiciele najliczniejszych grup parlamentarnych – chadecy (EPP), socjaliści (S&D), liberałowie (ALDE) gratulowali, dziękowali za inspiracje, które ułatwią proces podejmowania finalnych decyzji „co dalej”. W tej debacie Polski już nie oszczędzano wyraźnie kojarząc kontekst z adresatem. W trosce o Unię wzywano rząd polski, którego polityka drastycznie odstaje od trendu ukierunkowanego na proponowane reformy i „nowe otwarcie”, do zmiany kursu – ponownego dołączenia do Europy i uznania europejskich wartości. Ale znaleźli się również obrońcy polskich narodowych aspiracji. To, że znajdą się w grupie „konserwatystów i reformatorów” (ECR), do której należą parlamentarzyści PiS, było dość oczywiste. Niestety, nie zaskakuje również, że krytykami dalszego jednoczenia się Europy pod sztandarem wartości byli członkowie marginalnych ugrupowań skrajnych, jaskrawo eurosceptycznych, tak „z lewej” jak „z prawej” – zjednoczona lewica (GUE), narodowcy z EFDD i „lepenowskiej” ENF; płomienną mowę w obronie polityki Polski i Węgier wygłosił „motorniczy” Brexitu, Nigel Farage.

Przychodzą na myśl pamiętne słowa Jarosława Kaczyńskiego, które zaskoczyły nawet zarzekających się, że niczym ich już nie zaskoczy: „…jeżeli w pewnych sprawach pozostaniemy w Europie osamotnieni – to pozostaniemy: i będziemy wyspą wolności i tolerancji…”. No więc, Panie Prezesie, jest tak: z Unii nikt nas nie wyrzuci, bo żaden unijny traktat takiego mechanizmu nie przewiduje. Również żaden powołany przez Pana rząd Polexitu nie zarządzi, bo „piarowo” byłoby to dla Pana formacji, w Polsce, zabójcze: zapewnia nas o tym, już z góry, Pani Premier. Natomiast, wobec Pana totalnego „non possumus”, wobec demonstracyjnej odmowy jakiegokolwiek kompromisu, wobec zerowej zdolności koalicyjnej z kimkolwiek w Europie, jesteśmy osamotnieni już teraz, i to nie „w pewnych sprawach”, a w sprawach dla polskiej państwowości fundamentalnych. To niesłychane: w imię własnych obsesji, obłędnej wizji narodowego państwa i dawno przebrzmiałego pojęcia suwerenności, podeptał Pan najcenniejszy dar, jaki otrzymaliśmy od najnowszej historii – wrastania w europejską wspólnotę, fundament polskiej racji stanu. Cóż pozostaje nam, obywatelom świadomym spustoszenia, jakie pozostawia za sobą ciągnięty przez Pana walec? Protestować – uparcie, konsekwentnie, wbrew obelgom i wzrastającemu zagrożeniu. Dawać świadectwo, że wciąż istnieje inna Polska, wewnętrznie silna i zdeterminowana, różna od tej, której twarzą jest Pan. Nieustannie wznosić okrzyk, który byłby słyszany na świecie, w europejskich stolicach, w Brukseli i Strasburgu: „Europo, poczekaj, wrócimy!”.

Po co nam ta Unia?

Kiedy opowiadam moim młodym przyjaciołom o fascynujących spotkaniach z młodzieżą której – zaproszony przez nauczycieli historii – mam coś powiedzieć o Europie i o tym „po co nam ta Unia”, często słyszę: „musisz to napisać”. Warto dodać: moi przyjaciele, o których mowa, którzy namawiają mnie, „żebym napisał”  – to w przeważającej mierze roczniki lat osiemdziesiątych, jak przez mgłę kojarzący „Solidarność”, najczęściej aktywni społecznie, działacze NGO-sów, a młodzież, której opowiadam o Europie, do wyobraźni której chcę trafić  – to ostatnie klasy gimnazjum, licealiści, klasyczni „teenagers”. Czy mi się to udaje? Odnoszę wrażenie, że dla wielu z tych dzieciaków wchodzących dopiero w dorosłość jest to pierwsza okazja usłyszenia czegoś o wojnie, wokół której snuję zazwyczaj swoją europejską opowieść, bowiem to przecież jej okrucieństwa leżą u podstaw europejskiego projektu, który już z końcem wojny rodził się w głowach ówczesnych wielkich mężów stanu. Moi młodzi słuchacze znają z grubsza fakty, daty, najzdolniejsi wymieniają  kilka wielkich bitew „drugiej światowej” – bez emocji, tak, jak się zna z nauk szkolnych twierdzenie Pitagorasa, nazwy kontynentów i europejskich stolic. A ten stary, siwy pan, którego kazano im dzisiaj posłuchać odwołując jakąś lekcję,  opowiada im schrypłym głosem taką okrutną bajkę – jakby wyjętą ze zbiorów Grimma – o tym, co sam przeżył, co przeżywali ich dziadkowie, kojarząc to w dodatku z Unią Europejską, o której wiedzą tyle, co z awantury o jakiś Trybunał Konstytucyjny czy z anegdoty o prostowaniu ogórków. Zastanawiam się, czy nie jest to ten sam motyw, który sprawia, że moi przyjaciele, dzisiejsi trzydziestolatkowie, proszą mnie, żebym „to napisał”.

Więc zdecydowałem się i piszę, a do tej decyzji skłoniła mnie również data w kalendarzu, który codziennie otwieram: 1-szy września. Zawsze przeżywam ten dzień z głęboką nostalgią, bo nie jest on dla mnie tylko datą wybuchu wojny. Jest niezwykle ważny w mojej najbardziej osobistej biografii: tego dnia, przed bardzo już wielu laty, skończyło się moje pogodne, beztroskie dzieciństwo. Miałem wówczas dziewięć lat.

Tego dnia usłyszałem po raz pierwszy trzykrotne wycie syren. To był zapowiedziany przez radio sygnał: alarm lotniczy, wszyscy do schronów. Nasz był na podwórku – głęboki wykop przykryty arkuszem blachy. Popłoch, groza, płacz, lęk – to jest naprawdę wojna. Taki lęk odczułem po raz pierwszy, bo nie rozwiała go ciepła dłoń mamy na czole i jej spokojny głos: „nie bój się, synku, nic się nie dzieje”. Ona się też bała. I z tym lękiem trzeba już było żyć przez kolejne pięć lat – trzeba go było oswoić. Po chwili huk – to wybuch bomby. Trafiła w budynek dwa domy dalej – tam mieszkali nasi przyjaciele, do których rodzice chodzili często „na preferansa”, z ich synkiem, Jędrkiem układaliśmy wtedy zamki z klocków albo podjadaliśmy w kuchni świetne konfitury. Teraz dręczy pytanie: czy żyją? Takie dręczące pytania, o najbliższych, były przez kolejne lata na porządku dziennym.

A kilka dni później państwowy urząd, w którym pracowała mama, zarządził ewakuację pracowników. Na wschód – byle jak najdalej od frontu z nadzieją, że się cofnie, że to przecież minie, że życie wróci do normy. Nie wróciło. Tymczasem dwa ciężarowe samochody, przystosowane na prędce do przewozu ludzi, wiozły nas w nieznane, bo nikt tak naprawdę nie wiedział dokąd. Można było wziąć ze sobą jedną walizkę i torbę podróżną. Drogi zatłoczone, bo wszyscy gdzieś się przemieszczali  szukając bezpieczeństwa, a wkrótce także szukając schronienia po wypędzeniu, bądź po opuszczeniu zgliszcz spalonych domów: nieprzerwany ciąg wyładowanych dobytkiem furmanek (samochody były rzadkością), idących pieszo ludzi dźwigających swoje tobołki. To jeden z obrazów wojny, jaki pozostał mi w trwałej pamięci. A nas, na jakiejś przewężce drogi, gdzie tłok był wyjątkowy, zaatakowały trzy Messerschmitty. Dokonały kilku okrążeń tuż nad naszymi głowami – wystarczył już przeraźliwy jazgot silników, żeby wzbudzić popłoch, ludzie uciekali w pole, ci co nie dawali rady, kładli się plackiem na szosie, gdzie kto mógł kryjąc głowy. Przy ostatnim okrążenia seria z działek pokładowych wymierzona w ten zdesperowany tłum. Kiedy już huk silników przebrzmiał, okazało się, że nie wszyscy się podnieśli: kilka ofiar konało w kałużach krwi. Ściągnięte z szosy, pozostawione na poboczu zwłoki stawały się coraz częściej fragmentem krajobrazu. A któregoś wieczora, na kwaterze w chłopskim gospodarstwie, widok, który pozostał mi w pamięci na zawsze: w oddali płonące całe miasto – była to Włodawa.  Kiedy wiele lat później czytałem sienkiewiczowski „Quo vadis”, tak właśnie wyobrażałem sobie pożar Rzymu.

Okupacja – trzeba było się z nią zmierzyć. Mnie wypadło mierzyć się z tym okrutnym czasem w niewielkim miasteczku pod Radomiem, na skraju Puszczy Kozienickiej.  Wojenny los rzucił mnie tam z mamą, ojciec wciąż pozostawał w Warszawie od pierwszych dni działając w podziemiu – wpadał do nas rzadko, chyłkiem, żeby pożegnać się przed kolejną misją, z której mógł nie wrócić. Wracał. Zginął już po wojnie, jako jedna z jej licznych, jakby spóźnionych, ofiar. Obowiązkowo chodziłem do siedmioklasowej szkoły powszechnej – offentlische polnische Volksschule. Przez wszystkie lata nauki było w niej pięć przedmiotów: religia, język polski, przyroda, arytmetyka, rysunki; okupant zdecydował, że tyle trzeba, aby przyszły niewolnik był w swojej pracy efektywny. W połowie okupacji miałem szczęście dołączyć do „tajnych kompletów” – nie każdy na nie trafiał, nie dla każdego znajdowało się miejsce. To była już dość głęboka konspira: pod podany w danym dniu adres przychodziliśmy pojedynczo (była nas piątka), z zeszytami „za pazuchą”, okna przesłonięte kotarą, przed domem zawsze ktoś z domowników na czatach. Podręczniki (stare, przedwojenne) pozostawały ukryte w domu, jeden, niezbędny do przeprowadzenia lekcji, wyciągany był ze skrytki, zwykle pod podłogą. Program obejmował wszystkie obowiązujące w gimnazjum przedmioty, ale w pamięci pozostały lekcje polskiego (literatury) i historii. Prowadził je nikomu w miasteczku nieznany – zjawiał się jakby spod ziemi – stary, siwy profesor, łacinnik (bo była również łacina), w wytartej marynarce, ale zawsze w muszce i srebrnych binoklach. Zwykle rozpoczynał lekcję  od „wiadomości z frontu” – gdzie aktualnie walczą pancerni kawalerzyści gen. Maczka, gdzie II Korpus gen. Andersa – po czym przechodził do lekcyjnego meritum – snucia takiej cudownej w tamtych realiach bajki, w której przeplatały się postacie historycznych bohaterów z bohaterami wielkiej, polskiej literatury. Słuchaliśmy tych opowieści w nabożnym skupieniu i nie jeden raz łza się w oku kręciła chłopakom, którzy na co dzień o niczym innym nie marzyli, jak o tym, żeby w kieszeni mieć „gnata” – polskiego Visa czy radzieckie TT – po to, żeby zabijać. Niemców. Tych w znienawidzonych mundurach „feldgrau”. Sprawców naszego upokorzenia. Naszej nieznośnej biedy. Naszego nieustannego lęku przed tym niewiadomym, co stać się może dziś, jutro. Sprawców tego okrucieństwa, jakiego jesteśmy świadkami.

Pozostają w pamięci sceny niezatarte przez całe, długie życie. Ot, choćby ta: idę z kolegą główną ulicą tego naszego miasteczka. Po chodniku – jezdnia wybrukowana „kocimi łbami”, po jej drugiej stronie, zamiast chodnika – piaszczysta droga dla furmanek. Naprzeciwko nas człapie nią żydowskie dziecko, chłopak znacznie od nas młodszy, w za obszernej marynarce (chyba ojca – jest chłodny dzień), w cyklistówce, z gwiazdą Dawida na ramieniu. Jemu nie wolno jest iść chodnikiem. Za nim nadjeżdża konno – zapewne wraca ze spaceru – oficer SS, dorodny, wyprostowany, jakby wyjęty z żurnala. Dziecko go nie widzi, nie wie, że stoi mu na drodze, skąd więc może ustąpić? SS-manowi to przeszkadza, musi zejść z kłusa: grymas na twarzy, sięgnięcie do kabury, strzał. Celnie – w tył głowy. Daje łydką znak konikowi, że droga wolna, znów kłus. Chłopiec leży w kałuży krwi, drga, wkrótce sztywnieje. Zbrodniarze nie lubią świadków: SS-man odwraca się w naszą stronę i wrzeszczy „Raus!” A teraz inna. Sobotni jarmark, targowisko, na którym można kupić jarzyny, czasem udaje się również kawałek „rąbanki” – to takie byle jak poćwiartowane mięso z nielegalnego uboju, a transakcja zawsze ryzykowna, bo grozi za nią wywózka do Niemiec „na roboty”; ale trzeba jakoś przeżyć, wystanego w wielogodzinnej kolejce mięsa „na kartki” starcza na dwa obiady w miesiącu. Czasem wpada na ten jarmark patrol Wehrmachtu: a to przewrócą jakiś stragan, jak im się właściciel nie podoba, a to kogoś zrewidują – budzą strach, ale w sumie nie są groźni. Tym razem było inaczej. Podjechały dwie wojskowe „budy”, wysypało się z nich komando SS. Automaty na piersiach w pozycji „do strzału”. Szczelnym kręgiem otaczają targowisko i wszystkim każą gdzieś iść. Ludzie gnani są wzdłuż dwóch ulic, do pobliskiego młyna. Wokół młyna jest łąka, tam stajemy – przed nami dziwna konstrukcja, wkrótce okaże się, że jest to szubienica. Nadjeżdżają kolejne „budy”, z jednej z nich żandarmi wyprowadzają pięciu mężczyzn – ręce związane „do tyłu”, usta zaklejone taśmą. W jednym z nich rozpoznaję chłopaka z mojej ulicy, jakby sąsiada – może pięć, sześć lat starszy ode mnie. „Techniczne przygotowania do operacji” przebiegają błyskawicznie – to profesjonaliści.  Autem nadjeżdża ktoś wyższej rangi, odczytuje wyrok, z czego wyłowić można tylko jedno słowo: Banditen. Wkrótce na wietrze bezwładnie dynda pięć ciał. Żandarmi odjeżdżają – koniec spektaklu.  Byliśmy widownią, która miała na to patrzeć – dla przestrogi, dla wzbudzenia paraliżującego lęku. Okazało się, że byli to chłopcy z oddziału „Longina” „chodzącego” po Puszczy Kozienickiej, o którym słyszało każde dziecko.

Czy tym lękiem żyliśmy w każdej minucie tej strasznej wojny, która w Polsce wyrażała się okupacją? I tak i nie. On gdzieś tkwił w trzewiach, ale na co dzień był jakby schowany, oswojony. Pół miliona Polaków oswoiło go bardziej niż inni angażując się w struktury Państwa Podziemnego (to był fenomen na skalę Europy), trwała nieustępliwa walka, były chwile radości, kiedy „gazetki” (podziemna bibuła) donosiły o niemieckich klęskach, sukcesach aliantów, dokonaniach polskiej partyzantki. Przeciętny mieszkaniec Generalnej Guberni walczył przede wszystkim o przetrwanie: żeby nie wejść „w łapankę”, gdzie ni stąd ni z owąd zgarniano ludzi i wywożono, jak niewolników, do pracy w Niemczech, żeby zdobyć minimum środków na niezbędne potrzeby, bo bieda była potężna. W moim rówieśniczym środowisku byliśmy tacy „mali dorośli”: jeszcze w końcu dzieciaki, ale już doprawdy czujący brzemię odpowiedzialności. Temat, jak pomóc tym naszym zatroskanym mamom, był na porządku dziennym – rodzin bez ojców było wiele, jedni gdzieś walczyli, inni w obozach (aresztowania pod byle pretekstem były zjawiskiem codziennym), jeszcze inni zaginęli gdzieś w zawierusze wojennej. Ja przez dwa lata hodowałem jedwabniki, z jednym z kolegów ze sporym sukcesem „produkowałem” mydło, próbowaliśmy nawet „pędzić” bimber z ziemniaków. Pod koniec okupacji, jako czternastolatek, pracowałem w smolarni: poza niewielką zapłatą dawało to „dobre papiery” na wypadek łapanki.

A ponad wszelkie okoliczności byliśmy w końcu w tym wieku, kiedy dostrzegasz, że obok ciebie stoi dziewczyna i że ma pięknie upleciony warkocz, a inna – wpiętą we włosy błękitną kokardę. Były więc i „potańcówki” – tak to się wtedy nazywało: stary patefon na korbę i na szpilki, stare, zgrane, przedwojenne płyty firmy „Odeon”. Odkrywaliśmy rytmy tanga i walca (dziewczyny zawsze były w tym lepsze), no – i po raz pierwszy w życiu bliskość „tej z warkoczem”. Jednak i tu było pewne ryzyko: muzyka musiała być przyciszona, przy zamkniętych oknach, żeby nie zwrócić uwagi przechodzącego patrolu żandarmów, bo gromadzić można się było nie więcej, jak w pięć osób, a większa grupa młodzieży w jednym miejscu – to już był pretekst do represji. O wieczornych spacerach w upalne lato można było tylko pomarzyć – obowiązywała godzina policyjna.

Była później jeszcze próba dołączenia do oddziału „Longina”, który szedł do Kampinosu, na odsiecz Warszawie – przy pierwszej potyczce masakra, znów krew, śmierć, ranni. Później krótka przygoda w tzw. małej dywersji. Ale to już nieco inna bajka.

Wszystko to brzmi w końcu dość banalnie – ot, taka wojenna codzienność widziana oczami dziecka, trochę przedwcześnie zapędzająca w dorosłość, trochę głębiej niż w czasach normalnych rzeźbiąca osobowość i ustalająca hierarchię wartości. Gdzie tu szukać przełożenia na śmiały, powojenny projekt innej niż dotychczas Europy, na dzisiejszą Unię Europejską z jej fundamentalnymi wartościami? A jednak… Niewyobrażalny dramat Holokaustu, dymiących kominów krematoriów, sowieckich łagrów, śmierci ponad 60 milionów istot ludzkich podczas „drugiej światowej”, opisany został w tysiącach tomów historycznych analiz. A to taki mikroskopijny pendant – jak ziarnko piasku w relacji do pustyni – pokazujący, jak ideologia „narodowego wzmożenia” przekładać się może na losy szarego człowieka, jakie sieje spustoszenie, jak odczłowiecza istotę ludzką, jak likwiduje przestrzeń wolności. I wciąż myślę, że to może trafiać do wyobraźni młodych ludzi kiedy mówimy o tym, na jakich wartościach Jean Monnet, Robert Schuman i inni mężowie stanu owych czasów – wielcy na miarę herosów – zaproponowali budowę powojennej Europy po to, żeby to się już nigdy nie powtórzyło. Wizjonerska myśl trwałego pojednania śmiertelnych wrogów, położenia kresu odradzaniu się toksycznych nacjonalizmów w atmosferze powojennej nienawiści tak po stronie zwycięzców, jak zwyciężonych, wydawała się mrzonką. Wciąż jeszcze świeże wydawały się mogiły miliona ofiar z nad Sommy, kolejnego z pod Verdun, nie mówiąc o milionach poległych w tej wojnie, tak Niemców, jak Francuzów, Włochów, nie mówiąc o wygnańcach, nie mówiąc o bezmiarze cierpień, wyrządzonych sobie krzywdach. A jednak się udało, bo wizja „powtórki” przerażała jeszcze bardziej, bo propozycja wspólnej Europy była przede wszystkim propozycją wspólnoty pokoju. Krok po kroku, poprzez wspólne budowanie – zaczęło się od śmiałej próby połączenia potencjału węgla i stali, poprzez wtopienie się we wspólnotę interesów gospodarczych; czerpiąc ze skarbnicy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka i Podstawowych Wolności – żeby nigdy więcej naród przeciw narodowi, Człowiek przeciw Człowiekowi. Dwaj Wielcy – Charles de Gaulle i Konrad Adenauer – podali sobie ręce (a kiedy tylko historia na to pozwoliła – uczynili to Tadeusz Mazowiecki i Helmut Kohl). I dokonało się coś, co nie mieściło się w wyobraźni: nastąpiło pojednanie – żeby nigdy więcej żaden naród nie został pozbawiony wolności dokonywania własnych wyborów, żeby nigdy więcej przemoc, żeby poszanowanie godności istoty ludzkiej stało się oczywistością. I tak wyłoniła się kolejna wspólnota – wspólnota wartości, której wyrazem jest Unia Europejska. Ta budowla wznoszona była uparcie, nieustępliwie, przez pół wieku, aż zwieńczona została w Nicei dumną deklaracją, czemu i komu w swojej najgłębszej istocie ma służyć: Kartą Praw Podstawowych Unii Europejskiej.

Godność. Wolność. Równość. Solidarność. Prawa Obywatelskie. Niezawisłe sądy. Łaskawy los pozwolił w końcu i nam, Polakom, do tej niezwykłej wspólnoty wartości dołączyć. Myślę, że nie ma dzisiaj większego przejawu patriotyzmu jak ten, żeby tej wspólnoty bronić do ostatniego tchu.

Żeby nigdy więcej…