W Bundestagu AfD, w Sejmie zamach na sądy a’la PAD

Ostatnio rzadko identyfikuję takie chwile, do których chętnie się myślą powraca. Tak było w ubiegły piątek na manifestacji przed Pałacem, za sprawą Akcji Demokracji: jak ktoś to nazwał – „była moc”. A dzisiaj już „business as usual” – kolejne echa ze świata, które zasmucają. Z tych, które dobiegły nas dzisiaj wspomnę o dwóch, które – wydaje mi się – znów w zasadniczy sposób definiują otaczającą nas rzeczywistość.

Wynik niemieckich wyborów parlamentarnych przyjąłem jako potężny błysk czerwonego światła. To, że Kanclerz Merkel utrzyma stanowisko na kolejną kadencję, oczywiste było od dość dawna i przestało już cieszyć, choć wciąż wydaje się to optymalnym wariantem tak dla Europy, jak dla Polski. Natomiast sukces AfD i wejście tej partii do Bundestagu jako „trzeciej siły” jest dla mnie wiadomością porażającą. Budzi realne lęki: o Europę, o Polskę, o przyszłość. Chodzi nie tylko o to, że utrudni to Pani Kanclerz prowadzenie europejskiej polityki, bo chcąc odzyskać utracony na rzecz AfD elektorat będzie zmuszona do wstrzemięźliwości tak w kwestiach integracji (co będzie skutkować kłopotami w niemiecko-francuskim tandemie postrzeganym jako lokomotywa europejskiej pokryzysowej „ucieczki do przodu”), jak w wypracowywaniu, w duchu europejskim, wspólnej polityki migracyjnej. Chodzi o coś więcej. Daje to sygnał, że nacjonalistyczne ciągoty są wśród europejskiego „demos” wciąż żywe, o czym udało nam się po sukcesie Macrona (pod europejskim sztandarem) na chwilę zapomnieć. Sygnał jest silny, ponieważ ma to miejsce wśród „demosu” niemieckiego, który powojenną lekcję odrobił najlepiej. Przypomina o czyhającej na potknięcie Macrona Marine Le Pen, która przecież broni nie złożyła, o czekających na swoje pięć minut Wildersa (Holandia) i Hofera (Austria), o „Nowej sile” (Włochy), „Prawdziwych Finach”, a na naszej flance – o „Fideszu” czy „Jobbiku”, o PiS-ie czy „Ruchu Narodowym”, który zaistniał w polskim Sejmie.

Być może postrzegam to zjawisko w szczególnie ostrych konturach. Zważywszy swoją datę urodzenia – rocznik 1930 – inaczej nie potrafię: bo ja to już raz przeżyłem. Byłem świadkiem katastrofy, do której doprowadziły powielane dzisiaj, po blisko już stu latach, hasła. Dlatego krzyczę, wrzeszczę: ten uśpiony potwór wciąż budzi się z letargu i wciąż gotów jest do skoku. Dlatego wciąż budujmy barykady przed jego jaskinią wszędzie, gdzie kto może i jak kto może: kreślonym słowem, głosem, protestem, tłumacząc, przywołując, piętnując.

Choćby na własnym poletku, tuż pod nosem: agresywne, ONR-owskie marsze pod nacjonalistycznymi, ksenofobicznymi hasłami przebiegające pod szczególną ochroną policji, coraz częstsze akty agresji wobec cudzoziemców – nie tylko o innym kolorze skóry (to przecież nie bierze się znikąd, jest na to przyzwolenie w klimatach politycznych), nasilające się przejawy antysemityzmu mimo, że forsowany przez skrajną prawicę stereotyp uchodźcy-terrorysty coraz bardziej przejmuje rolę podstępnego, mafijnego, czyhającego a nasz dobrostan Żyda. Słyszałem w „wieczorze wyborczym” TVN polityków Zjednoczonej Prawicy komentujących sukces AfD – ze słabo skrywanym zadowoleniem – słowami: „szanujmy demokrację” i zabrzmiało mi to jakby echem tych głosów, które wskazywały na demokrację w latach trzydziestych, kiedy fala nacjonalizmu zalewała Europę. Tak, to ci sami, którzy podrzucają nawiązującej do faszystowskich wzorców niemieckiej partii amunicję podnosząc – po 72 latach od zakończenia wojny – kwestię reparacji wojennych.  Pomijając zawiłe, nie do pokonania, meandry w kategoriach prawnych, pomijając absurdalny z punktu widzenia interesów Polski, wiszący w powietrzu, spór polityczny z sąsiadem, z którym historyczny proces pojednania jest jednym z filarów europejskiego bezpieczeństwa, w najnowszej historii Europy odgrzewany po latach spór o reparacje był każdorazowo zarzewiem narastającej wrogości i rozniecania  toksycznych nacjonalizmów. Więc – porażeni sukcesem niemieckiej AfD – krzyczmy jeszcze głośniej, bo okazuje się, że czort nie śpi w każdy zakamarku naszego małego kontynentu i trzymajmy kciuki za sukces integrującej się Europy i za pogłębianie się ukształtowanych w niej wartości.

Z wydarzeń na polskiej scenie politycznej najbardziej medialne jest, oczywiście, ogłoszenie przez Prezydenta własnych projektów dwóch zawetowanych ustaw. Tu jestem w sytuacji znacznie bardziej komfortowej, bo mnie one nie zaskoczyły. Dla przypomnienia sięgam do swoich notatek z lipca tego roku i czytam w nich, co następuje:

Prezydenckie weto, na które niewątpliwie miały wpływ protesty społeczne, nie jest bez znaczenia, bo stanowi początek procesu lekkiej dekompozycji rządzącej elity, ale nie zmienia istoty tej operacji – pozbawienia sądów ich politycznej niezawisłości. Ja nie mam złudzeń: Andrzej Duda jest stałym elementem obozu „dobrej zmiany”, agonia „trzeciej władzy” przedłużona została o dwa, trzy miesiące. Po dokonaniu zamachu na Trybunał Konstytucyjny, likwidacji służby cywilnej, rewolucji w strukturze obronności kraju …, deformie systemu edukacji … następuje zniszczenie ostoi monteskiuszowskiej praworządności, fundamentu liberalnej demokracji. Do jej totalnego zniszczenia pozostaje skok na wolne media i samorządy…, może jeszcze referendum konstytucyjne i zmiana ordynacji wyborczej…

A wkrótce po tym, w innym tekście:

Panie Prezydencie, gorąco współczuję! Współczuję Panu małości. Współczuję tego psychicznego dyskomfortu ilokrotnie będzie się Pan przeglądał w lustrze. Po popełnieniu grzechu ciężkiego wobec Konstytucji, której przysiągł Pan strzec, w grudniu 2015, otrzymał Pan niepowtarzalną już szansę podniesienia się z tego grzechu, dokonania zadośćuczynienia, choćby jakimś tam politycznym kosztem. Nie uczynił Pan tego. Nie skorzystał Pan z danej Panu raz jeszcze, w nadzwyczajnych okolicznościach, możliwości opowiedzenia się po stronie narodu, który tak często pojawia się w Pana retoryce. Więc Panu współczuję. Współczuję fraz, jakimi uwieczniony zostanie Pan na kartach historii. Współczuję, bo nie ma we mnie nienawiści ani pogardy. Wobec małości pozostało mi tylko współczucie.

Więc się nie pomyliłem, a tak bardzo tej pomyłki pragnąłem. Byliśmy świadkami trwającego dwa miesiące spektaklu, któremu towarzyszył spokojny na ogół ton wypowiedzi Jarosława K.: zdenerwowany był tylko pierwszego dnia „po wecie”. On wiedział, że to tylko wypadek przy pracy i że o żadnej poważnej wolcie w stworzonym przez siebie układzie, póki co, nie ma mowy. Lekka dekompozycja wyrazi się zapewne w werbalnym uznawaniu prezydenckiej roli kosztem innych graczy politycznych we własnych szeregach. Priorytety narzuconej Polsce polityki nie drgną nawet o jotę, a Andrzej Duda – decydując się na sięganie po swój urząd – musiał być ich w pełni świadomy. Musiał wiedzieć o tym, że władztwo tej formacji pod przywództwem jej wodza zakłada wyeliminowanie wszelkich ograniczeń: tak ze strony swobód obywatelskich, jak kształtowania opinii, systemu sądów czy nawet czynników zewnętrznych. Z racją stanu włącznie. I z tej gry nie wychodzi.

A przechodząc do meritum, to jest do losów Sądu Najwyższego i KRS-u w świetle  proponowanych konkretnych rozwiązań, myślę, że nie jest obywatelską rolą wypowiadanie się w kwestiach, w których wypowiedź wymaga szczególnych kompetencji. Wysoce kompetentnych głosów ze strony uznanych autorytetów zresztą nie brakuje: tak w sprawie propozycji Izby Dyscyplinarnej SN, jak Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych (możliwość zaskarżania prawomocnych wyroków od roku 1997!), jak „nowego wieku emerytalnego”, jak wyboru (przez Sejm!) „trzema piątymi” części sędziowskiej KRS. Obywatelską rolą jest protest przeciwko zamachowi na demokratyczne rządy prawa, na ich fundament – zasadę trójpodziału władzy – tak, jak widziany jest on tzw. gołym okiem. A „gołe oko” widzi to tak: Pan Prezydent przejmuje prerogatywy przypisywane w zawetowanych ustawach Ministrowi Sprawiedliwości i dodaje sobie kilka innych; Sejm przejmuje kompetencje samorządu sędziowskiego i obsadza „swojakami” najwyższe organa sądownicze; SN i KRS stają się wydmuszką – powtarza się scenariusz zamachu dokonany na Trybunale Konstytucyjnym; niezawisłość sędziowska przechodzi do historii; „swojacy” w Izbie… Spraw Publicznych decydują o prawomocności wyborów powszechnych i zasadności wyborczych skarg. Jedno z zasadniczych ograniczeń autorytarnej władzy zostaje demokratycznie (bo przez parlament) usankcjonowane. Walec się toczy – faszyzacja państwa postępuje.

Więc obywatel protestuje, choć na razie bez efektów. Nie daj Boże, żeby tego protestu zaniechał!

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s