Czas Świat – więc życzę…

Czas Świąt – nie tylko dla Chrześcijan: one są głęboko osadzone w polskiej tradycji. Swoje przesłanie niosą wszystkim – przesłanie nadziei. Czy potrzeba nam dzisiaj czegokolwiek bardziej, niż nadziei? A jak nadzieja, to i życzenia z tą właśnie nadzieją składane, z odrzuceniem chłodnych kalkulacji, że nie są do spełnienia. Więc, ulegając magii tych Świąt, życzę.

Polsce, mojemu niepowtarzalnemu miejscu na ziemi, życzę powrotu demokratycznych rządów prawa, zrzucenia wstrętnej, wykrzywionej nienawiścią maski, w jaką Ją wtłoczono, przywrócenia Jej otwartości na świat i życzliwego uśmiechu, którym pozyskiwała przyjaciół; życzę jej mężów stanu, których mądry głos w debacie o przyszłości i drogach wiodących do przysporzenia wspólnego dobra byłby z uwagą i szacunkiem słuchany w gremiach tak europejskich, jak światowych.

Sprawującym z demokratycznego mandatu władzę życzę, żeby – stanowiąc prawo zgodne ze swymi prawicowymi wartościami – zaprzestali łamania fundamentalnej umowy społecznej, jaką jest Konstytucja, żeby zdobyli się na odwagę podjęcia naprawy tego, co haniebnie zniszczyli w polskiej przestrzeni publicznej, żeby wyrzekli się kłamstwa, pogardy i wykluczania jako metody rządzenia państwem; żeby niezwłocznie zaprzestali zawłaszczania historii, odbierania prawdziwości słowu, wyrządzania niepowetowanej krzywdy młodemu pokoleniu Polaków kastrując je z poczucia obywatelstwa i związanych z nim swobód, a w miejsce tego promując przesłania toksycznego nacjonalizmu

Parlamentarnej opozycji życzę, aby – w sytuacji tyranii większości – nie dała się sprowadzić do roli figowego liścia tyranię tą legitymizującego, ale i tego również, żeby – nie gubiąc swoich partyjnych tożsamości – wzięła się za ręce i zdobyła się na autentyczną, ponadpartyjną solidarność w działaniu na rzecz powrotu demokracji i rządów prawa, obywatelskich swobód i poszanowania dla uniwersalnych praw człowieka.

Liderom opozycji obywatelskiej, tej „chodnikowej”, życzę, aby przestali się dąsać i na siebie obrażać, licytować się, kto zrobił dotychczas więcej, a kto mniej, kto bardziej, a kto mniej skutecznie; życzę, żeby zechcieli uznać różnorodność form podejmowanych działań i ich etosów i żeby w tej różnorodności potrafili postrzec jedność nadrzędnego celu, jakim jest powrót do rządów prawa i wyeliminowanie z przestrzeni publicznej wszelkiej dyskryminacji i języka nienawiści: i żeby potrafili być w tym solidarni.

Kochanej młodzieży, od której tak wiele zależy – bo to w końcu ona przepędzi kiedyś tyranię i przesądzi o przyszłym kształcie Polski – życzę, aby przestała obrażać się „na politykę” i żeby zechciała zrozumieć, że to nie „polityka” ją odrzuca i zniesmacza, a forma jej uprawiania – jej upartyjnienie i zachłanność na władzę z przymrużeniem oka na dobro wspólne. Drodzy młodzi przyjaciele, z polityką jest, jak z wiatrem – można jej czasem nie lubić, ale ona po prostu jest i kształtuje naszą rzeczywistość: życzę Wam, abyście w nią jak najszybciej weszli i tą rzeczywistość rzeźbili na miarę Waszych aspiracji, które będą mogły być trwale spełnione jedynie w oparciu o demokratycznie stanowione prawo.

Pogrążonemu w chocholim śnie Suwerenowi – nie temu wirtualnemu, stanowiącemu figurę retoryczną w przemówieniach dyktatora, a temu rzeczywistemu, zdefiniowanemu w Konstytucji – życzę, aby się obudził, a mówiąc to celowo sięgam po język z testamentu Szarego Człowieka, który temu, aby apel ten był usłyszany, poświęcił życie. „Demokrację nie wystarczy lubić, żeby ją zachować – trzeba w niej uczestniczyć” – to wypowiedziane w Warszawie słowa Baracka Obamy. Powiem coś au rebours: wprowadzonej przez rządzących tyranii większości z towarzyszącym jej „kłamstwem nieustającym” nie wystarczy NIE lubić – trzeba jej przeciwdziałać. Czy jedyną formą przeciwdziałania są protesty uliczne? Ależ skąd!  Wystarczy, że obudzisz się któregoś dnia ze świadomością, iż będąc suwerenem – nie jesteś cząstką magmatycznej masy, a jesteś – przede wszystkim – obywatelem, zatem masz prawo do obywatelskiego protestu: przeciw kłamstwu, którym cię karmią w przestrzeni publicznej, przeciw łamaniu TWOJEJ Konstytucji, przeciw zmianie – bez TWOJEJ wiedzy – ustroju TWOJEGO państwa. Miej odwagę z tego prawa skorzystać: noś w klapie znaczek, który o tym mówi, podejmij w swoim miejscu pracy rozmowę, w której deklarację o swojej niezgodzie poprzesz argumentem, podpisz petycję, no, może raz na jakiś czas dołącz do protestu.

Aktywnym działaczom na rzecz powtrzymania fali większościowej przemocy i wszystkiego, co się z tym wiąże, ofiarnym przedstawicielom autentycznego społeczeństwa obywatelskiego, w tym wielu moim przyjaciołom, życzę determinacji i wytrwania, ale również mądrości, której towarzyszy umiar i nie uleganie narzucanej narracji agresji, nienawiści, wykluczania, odwetu; życzę, aby żar, który – swoim niezwykłym wysiłkiem i oddaniem Sprawie – podtrzymują w tlącym się ognisku, nigdy nie wygasł po to, żeby we właściwej chwili buchnąć płomieniem.

Życzę tego gorąco i z całego serca

Taki tam szary obywatel

 

art. 7 w natarciu: Europo, poczekaj – wrócimy!

Kolejny dzień wstydu – piekącego, bolesnego do szczytu wytrzymałości, z którym trudno się uporać. A było to przecież do przewidzenia, bo zastosowanie wobec państwa polskiego art. 7 Traktatu o Unii Europejskiej stawało się nieuchronnością, jeśli wartości europejskie mają cokolwiek znaczyć, jeśli fundament europejskiego konceptu – jedność w różnorodności – ma pozostać nienaruszony i służyć dalszej konsolidacji Wspólnoty Wolnych Narodów – Wspólnoty Pokoju. Ta jedność – to fundamentalne zasady ustrojowe, demokratyczne rządy prawa. To nie złośliwy Frank Timmermans, ani nawet J-C Juncker, ani nawet cała Komisja Europejska, która się na Polskę Jarosława Kaczyńskiego zawzięła. To presja państw tworzących tą Niepowtarzalną Wspólnotę i ich obywateli. To reakcja na „wyraźne ryzyko poważnego naruszania wartości europejskich” przez jedno z państw członkowskich, które doprowadzić może do zarysowania się fundamentu europejskiego konceptu – reakcja w lęku przed załamaniem się powszechnie akceptowanego europejskiego ładu, przed trucizną, która będzie go od wewnątrz wyniszczać.

Nie trzeba nawet mozolnie doszukiwać się tej trucizny w „stanowieniu prawa” przez sprawujących władzę w Rzeczypospolitej: ona mieści się w oficjalnej narracji prezentującej wizję postrzeganej przez nich rzeczywistości. To „chora Europa” i dziejowa misja postawionego ponad prawem Wielkiego Narodu, aby ją uzdrowić. To przecież obłędny „pomysł na Polskę” Jarosława Kaczyńskiego, z usiłowaniem jego realizacji począwszy od „marszu na Belweder” w roku 1990, poprzez Porozumienie Centrum, eksponowaną antysystemowość podczas całego procesu mozolnego budowania III RP, cały – nieskrywany przecież – program partii PiS. Patrzyliśmy na to wszyscy, a nie chcieliśmy zobaczyć. Słyszeliśmy wszyscy – 20 milionów wyborców – przestrogi przed październikowymi wyborami 2015, a nie chcieliśmy usłyszeć. I stało się: coś, co w drodze demokratycznych procesów jest już nieodwracalne. Bo z przestrzeni publicznej wyprowadzona została demokracja.

W ciągu ostatniej doby usłyszeliśmy dziesiątki, jak nie setki, profesjonalnych komentarzy tego, co przydarzyło się Polsce w dniu 20 grudnia 2017: wystawienia mojego kraju pod pręgierz publiczny na oczach całego świata za sprawą jednego człowieka, któremu udało się przebiegle uzyskać władzę dyktatora i przez grono jego spolegliwych akolitów. Nie mnie cokolwiek do tych komentarzy dodawać: ja tylko wyję z bólu i ten ból z siebie wyrzucam. Atoli przywołać pragnę najgłębsze przyczyny tego bólu i wstydu, przytaczając opinie wiarygodnych autorytetów, z którymi się identyfikuję – to m.in. prof. Kazimierz Michał Ujazdowski, polityk polskiej prawicy, założyciel Ruchu Wolnej Polsk, to prof. Marcin Król, uznany na świecie filozof idei, zdeklarowany republikanin (wydawaną przez niego „Res Publica” czytywałem jeszcze w jej podziemnej wersji w latach 80-tych), któremu daleko do neoliberalizmu, o lewicy nie mówiąc, to również lewicowy polityk, ale przede wszystkim rzetelny naukowiec, prof. Karol Modzelewski. A oto one: za sprawą tej władzy wykluczamy się z rodziny cywilizowanych państw Zachodu. Za sprawą tej władzy Polska ponosi  nieodwracalne straty polityczne, prestiżowe, wizerunkowe i gospodarcze. Polska staje się państwem autorytarnym (tak widzą to zarówno Ujazdowski jak Modzelewski). Państwo polskie stało się już tyranią – tyranią większości, tyranią głupców i kłamców (to Marcin Król). Tyranią, która zagraża fundamentalnym prawom człowieka. Tyranią bezbożną. Tyranią łamiącą podstawowe zasady wspólnoty.

„Gdzie są te kłamstwa?” – dociekliwie pyta znana dziennikarka prowadząca program telewizyjny, żeby słów nie pozostawić bez pokrycia. „To kłamstwo nieustające” – pada odpowiedź po chwili namysłu. Kłamstwo jako metoda, jako narzędzie do  zyskania akceptacji dla sprawowania – w sposób niekontrolowany – pełni władzy. To pasmo przekazywanych  nieustannie opinii publicznej „faktów kłamliwych”. Ich zbiory – to kłamstwo o III RP, o Europie, o historii, o wielkości dumnego narodu, o rosnącej pozycji w świecie Polski, której los we wspólnocie europejskiej uzależniony jest od „widzi mi się” sprytnego przywódcy niewielkiego kraju.

Unia Europejska, której wciąż jesteśmy „traktatową cząstką” – żeby nie utracić swojej cnoty, żeby nie sprzeniewierzyć się wartościom, na których wciąż jest budowana – nie może na to wszystko nie zareagować. Czyni to – zgodnie ze swymi niezłomnymi zasadami – w oparci o traktaty, wciąż jednak z powściągliwością, wciąż pozostawiając przestrzeń do rozmów i „wdrożenia działań naprawczych” w stosunku do 13 ustaw naruszających całą strukturę systemu wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Po wyczerpaniu możliwości nakłonienia władz RP do podjęcia „działań naprawczych” w ramach „procedury ochrony praworządności” wdrożonej przez Komisję Europejską w połowie stycznia 2016 – licznych rozmów, wymiany korespondencji, a w tym trzech „zaleceń”, które nie doczekały się wykonania – pozostała już tylko możliwość zwrócenia się przez Komisję do Rady UE z wnioskiem o to dramatyczne stwierdzenie „wyraźnego ryzyka poważnego naruszania wartości europejskich”. To na razie tylko wniosek, w dodatku z równoległym, kolejnym, skierowanym do Polski, „zaleceniem” dającym szanse na jego wycofanie. A gdyby i tym razem adresat pozostał głuchy i Rada UE przystąpiłaby do procedowania nad wnioskiem Komisji, będą mu towarzyszyły dalsze rozmowy Rady z polskim rządem i sformułowanie kolejnego „zalecenia”. Do stwierdzenia doszłoby dopiero wtedy, kiedy głuchota okazałaby się tym razem już nieuleczalna. Ale to stwierdzenie – to jeszcze nie żadne sankcje wobec Polski: to tylko podstawa do zwrócenia się Rady UE do Rady Europejskiej o ich wprowadzenie, co wiąże się z otwarciem kolejnej procedury, kolejnych rozmów, „zaleceń” etc. A finał tej procedury – bardzo mało prawdopodobny – to formalne pozbawienie Polski głosu tam, gdzie zapadają decyzje o funkcjonowaniu Wspólnoty. O „wyrzuceniu” nie ma mowy – tego żadne unijne procedury nie przewidują.

Tak więc niespiesznie, w oparciu o prawo uchwalone zgodnie przez przedstawicieli 28 państw, działa w obronie swoich wartości ta straszna Unia czyhająca na suwerenność Wielkiego Narodu. Może więc zasadna jest pogardliwa narracja przedstawicieli państwa „atakowanego” przez unijne instytucje: „nic nam nie zrobią”? Bo cóż niby mieliby „zrobić” ci „oni”, którym nie chodzi o nic innego, jak tylko o zachowanie jednorodności ustrojowej członków Wspólnoty i o dominację w niej prawa?  Tymczasem owo państwo – moje państwo! – którego powinnością jest między innymi przysparzanie mi satysfakcji – może nawet dumy – z szacunku, jakim jest darzone, przysparza mi palącego wstydu za sprowadzenie tego szacunku do zera, za stanie się pośmiewiskiem, pierwszym organizmem, wobec którego – po 60. latach istnienia Wspólnoty i ćwierćwieczu Unii – niezbędne okazało się wdrożenie poniżających unijnych procedur. Tymczasem owo państwo – moje państwo! – które ma pełną gębę suwerenności, suwerenność tą osłabia ukazując swoją szpetną twarz toksycznego nacjonalisty, antagonizując wspólnotowych partnerów, odmawiając wspólnotowej solidarności, odmawiając kompromisów, samo sprowadzając do zera wagę swego głosu w nieustannych unijnych negocjacjach. Trzeba być ślepcem, żeby nie postrzegać, iż jest to prosta droga – w nieodległej perspektywie – do pogarszania się komfortu życia i dobrobytu polskiej wspólnoty, ale także do zagrożenia moich „praw podstawowych”, których gwarantem są instytucje unijne.

Podobno nadzieja umiera ostatnia: są wciąż szanse na „wdrożenie działań naprawczych” – na powrót do unijnych standardów, do czego unijne gremia będą uparcie namawiać zagubione polskie państwo członkowskie tak długo, jak tylko będą na to pozwalać niespieszne unijne procedury. Czy jednak da się połączyć wodę z ogniem – fundamentalną unijną wartość, jaką jest demokratyczne państwo prawa z obłędną koncepcją „samotnej wyspy”,  katolickiego państwa narodu polskiego z jego dziejową misją naprawy i chrystianizacji Europy, dla której wdrożenia cel zdaje się uświęcać wszelkie, nawet najbardziej podłe środki? Której nie da się już – zdaniem wielu – wyeliminować z polskiej przestrzeni drogą demokratycznych przemian, a trzeba będzie ją kiedyś – w nie dającej się przewidzieć przyszłości – „przepędzić”?

Za odpowiedź – konia z rzędem!

Dzień Praw Człowieka 2017 – Kongres Naszych Praw

10 grudnia – Powszechna Deklaracja, Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka – był dla mnie „od zawsze” jednym z tych dni, o których się pamięta. W tym roku jest jednak inaczej: ta pamięć i związana z nią refleksja jest jakby głębsza, waga treści tego, o czym w tym dniu wspominamy – większa, wplatająca się w naszą smutną codzienność. Daje temu wyraz wielość organizowanych wokół tego dnia wydarzeń w różnych obszarach i na różnych piętrach: jedno z nich to bliski mi, organizowany przez Amnesty International, Maraton Pisania Listów. Na piętrze najwyższym sytuuje się zorganizowany nie przypadkowo w przeddzień 10 grudnia – dla upamiętnienia 30 rocznicy funkcjonowania Urzędu RPO – I Kongres Praw Obywatelskich. Warto przypomnieć: prawa obywatelskie – to treść marzeń wielu pokoleń, to wartości nabyte wraz z zaistnieniem III Rzeczypospolitej, z których dumnie korzystaliśmy przez ubiegłe ćwierćwiecze, a które dramatycznie nam teraz umykają. Organizujący to wydarzenie Rzecznik Praw Obywatelskich, dr Adam Bodnar, znakomicie odczytał „znaki czasu” i bezbłędnie dobrał współorganizatora – Biuro ds. Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka (ODIHR) OBWE. Mogę sobie wyobrazić, że świadomość, iż to na jego barkach spocznie teraz cały ciężar odpowiedzialności za obronę tych wartości, musi być powalająca. W moim odczuciu, ten Kongres – to poszukiwanie koalicji, to alert, to gwizdek na zbiórkę wszystkich ludzi dobrej woli, którym te wartości są drogie, w tym wielu istniejących wciąż przecież autorytetów, z przesłaniem, aby w niesieniu tego nieprawdopodobnego ciężaru – na miarę swoich możliwości – uczestniczyli.

I wydaje mi się, że stawili się wszyscy, bo nie brakło mi nikogo, kogo pragnąłbym na tym wielkim prawoczłowieczym i obywatelskim wydarzeniu zobaczyć. Co więcej, na sesji inauguracyjnej nie zbrakło głosów wsparcia i  uznania dla polskiego Ombudsmana ze strony wszystkich chyba liczących się światowych i europejskich instytucji ochrony praw człowieka, od przedstawicielki Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Praw Człowieka począwszy, poprzez Europejskiego Rzecznika Praw Obywatelskich, przedstawicieli Międzynarodowego Instytutu Ombudsmana, Europejskiej Sieci Krajowych Instytucji Praw Człowieka, Agencji Praw Podstawowych UE, po znakomity wykład inauguracyjny Komisarza Praw Człowieka Rady Europy.

Nie sposób wymienić tu nawet wszystkich kongresowych sesji plenarnych, nie mówiąc o 30 sesjach panelowych, na których wybitne osobistości wprowadzały do obywatelskich debat na tematy uniwersalne dotyczące ochrony praw obywatelskich i przestrzegania praw człowieka, ale też zawężone do konkretnych zagadnień takich jak prawa lokatorów, prawa pacjenta, partycypacja – konsultacja – procedury, równe traktowanie, ruchy samopomocowe, Chrześcijanie wobec praw człowieka, ofiary tortur w ośrodkach dla cudzoziemców, wyzwania bioetyczne, jak uczyć o Konstytucji i prawach człowieka: to tylko przykłady szerokiego spektrum kongresowych treści. I ani słowa w tym o polityce – debata kongresowa dotyczyła wyłącznie wartości, choć polityka nieuchronnie unosiła się gdzieś w powietrzu jak obłok; a może raczej jak grożąca w każdej chwili ulewą deszczowa chmura. Może z jednym wyjątkiem: treścią listu od Prezydenta RP odczytanego na sesji inauguracyjnej przez średniego szczebla przedstawiciela prezydenckiej kancelarii – pełnego frazesów, mylącego rzeczywistości, przesłanego jakby z innej galaktyki.

Nie sposób też wymienić osobistości zasiadające w panelach i zabierające głos w dyskusjach, choć wiele z tych głosów chciałoby się wręcz cytować i uczyć się ich na pamięć. Robię wyjątek – dla „Panelu Rzeczników – przeszłość, teraźniejszość, przyszłość”.

Bo głosy prof. Ewy Łętowskiej, prof. Ireny Lipowicz, prof. Andrzeja Zolla, prof.. Adama Zielińskiego, wypowiedź zmarłego dr Janusza Kochanowskiego (katastrofa smoleńska), dr Adama Bodnara – to nieoceniona suma doświadczeń dotychczasowego zmagania się z przestrzeganiem w Polsce praw człowieka, a równocześnie słowa przestrogi i dramatyczny apel o obywatelską postawę i odwagę do obrony wartości. Choćby to: „…gdy prawo śpi – budzą się demony…”

Nie sposób było mi wymienić kongresowych wydarzeń i osobistości, tym bardziej nie sposób było uczestniczyć choćby w połowie odbywających się równolegle kongresowych paneli: wybór był niezwykle trudny. Wybrałem sesje z udziałem m.in. prof. Moniki Płatek, Krystyny Starczewskiej, prof. Andrzeja Friszke, prof. Andrzeja Rzeplińskiego.

Cóż mogę z tej uczty duchowej w największym skrócie przekazać? Może choć kilka myśli: … nigdy nie było większych mordów niż w czasach, kiedy eksponowany był naród…, …fundamentalne prawo człowieka – to prawo do bycia sobą…, …budujmy świat, w którym nikt nie jest samotny, bowiem pojęcie solidarności jest oczywistością…, …polonocentryczna opowieść o świecie jest opowieścią fałszywą…, …media bywały państwowe, rządowe, partyjne – o publiczne trzeba wciąż walczyć…, …zmiany pór roku są prawidłowością: dla praw człowieka zaczęła się zima, czekamy na nadejście wiosny… W tym duchu dr Adam  Bodnar zamknął obrady Kongresu słowami: „nadzieja umiera ostatnia”.

A była jeszcze do obejrzenia wystawa przygotowana przez Biuro RPO – sylwetki osób udekorowanych przez Rzecznika medalem za działalność na rzecz utrwalania praw obywatelskich: cóż za bogactwo ludzkich inicjatyw, zaangażowania, ofiarności! Więc może jednak damy radę? Jeśli jednym z celów Kongresu było umocnienie wiary w taką właśnie konkluzję – myślę, że cel został osiągnięty i nie znajduję słów, aby wyrazić za to dr Bodnarowi swoją obywatelską wdzięczność i uznanie..

Jeszcze nie jest za późno… z przesłaniem Wiktora Woroszylskiego

Udostępniłem na swojej „ściance” apel wzywający do uczestniczenia w jutrzejszym proteście przed Pałacem na Krakowskim Przedmieściu. Gdyby jednak ktokolwiek zadał mi pytanie, czy liczę na to, że ten protest powstrzyma sprawujących władzę od czegokolwiek – od ostatecznej destrukcji państwa prawa, od zadania kolejnego ciosu ustrojowej  demokracji, odpowiem szczerze: na to nie liczę. Skąd więc to moje żarliwe wsparcie udziału w proteście? Bo myślę, że nie wykrzyczenie obywatelskiej niezgody byłoby kapitulacją wobec rządów bezprawia, byłoby przyzwoleniem na toczenie się tego walca, który – wbrew Konstytucji – zmienia ustrój państwa. Bo traktuję ten protest jako alert, jako krzyk – oby wybrzmiał w całej Polsce! – przypominający dramatyczny apel, jaki pozostawił nam w swoim testamencie Piotr Sz.: „Obudźcie się! Jeszcze nie jest za późno.”

Dodaję od siebie: jeszcze nie jest za późno na uratowanie kraju przed ostateczną katastrofą, przed petryfikacją, utrwaleniem, zacementowaniem na dziesięciolecia tego wszystkiego, co przyniosła Polsce przeklęta „dobra zmiana”. Temu jednak nie da rady parutysięczna garstka tych, którzy nie popadli w letarg: to może się stać wtedy tylko, jeśli wykrzykujących swoją niezgodę będzie milion! Więc „Obudźcie się!”  Ten krzyk, który winien wybrzmieć jutro w całej Polsce, jest  dla mnie podstawowym motywem udziału w tym proteście, ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby zbrakło w nim również mojego głosu.

Katastrofa, która nam grozi, różnie definiowana jest przez liderów opozycji zabierających głos ze „sceny” bądź w przekazie medialnym. Ja chciałbym dorzucić głos poety, który – wydaje mi się, jak żaden inny – trafia w sedno. A oto on:

Wiktor Woroszylski

Państwa faszystowskie

(z tomu poezji „Zagłada gatunków”, 1970)

Niedługo po wojnie 1914-1918 w Europie powstały pierwsze
państwa faszystowskie  W tych państwach
słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając
dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość  W oborach
łagodnie ryczało bydło  Matki o świcie
budziły dzieci całując je w czoło  Ojcowie wracając z pracy
ze znużeniem radosnym w kościach wdychali
dym domowego ogniska zaś po obiedzie
zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też
muzykowali z zapałem  Dzieci
bawiły się w klipę w klasy i w chowanego  Małym
dziewczynkom rosły piersi i dziewczynki z dnia na dzień
zamieniały się w duże dziewczyny wypełnione szeptem
szmerem jak drzewa w lesie chichotem nagłym na którego
dźwięk chłopcom zasychało w gardle  W letnie wieczory
na firankach podświetlonych od wewnątrz schodziły się cienie
rozchodziły i znów schodziły miłośnie  Zaś zimą
kochankowie łowili ustami parę z ust w ośnieżonych ogrodach.

I jeszcze
można wspomnieć o kotach wyginających się w kabłąk o wróblach
wzlatujących nad jezdnią o staruszkach na przyzbie o kwiatach
ciętych i doniczkowych o pielęgniarkach
podających chorym termometr o ludziach z miotłą
zamiatających ulice O drewnie
rozsychającym się bruździe w polu wilgotnym wietrze
w zaroślach  I jeszcze można
wiele wymienić zjawisk świadczących że…

Albowiem nie było znaków na niebie komet żałobnych
wody w krew zamienionej krzaków płonących albowiem
życie biegło zwyczajnie więc naprawdę w państwach tych
wielu było ludzi zwyczajnych i ludzi dobrych i takich którzy
nie wiedzieli o niczym i którym nie przychodziło na myśl i którzy
nie czuli się współwinowajcami i którzy nie mieli z tym nic wspólnego

i którzy nawet nie czytali gazet lub też czytali niedbale zajęci
myślami o tym że trzeba naprawić przeciekający dach oddać
buty do szewca oświadczyć się wypić
kufel piwa wymieszać farby zapalić świeczkę i którzy
naprawdę nie dostrzegali strachu w oczach sąsiada nie
słyszeli drżenia w głosie pytającego o drogę nie
dostrzegali różnicy nie słyszeli głosu w sobie albo skoro
domyślali się czegoś nie mogli nic zrobić i pocieszali się
mówiąc  My przynajmniej nie robimy nic złego

żyjemy jak żyliśmy zawsze  Co było prawdą

A jednak były to
państwa faszystowskie