60-ta rocznica „Więzi”: jaki patriotyzm?

60-lecie „Więzi”, kwartalnika – przez wiele lat miesięcznika – który przez kilka dekad wpływał na kształtowanie postaw młodej polskiej inteligencji w duchu nieprzekłamanych chrześcijańskich wartości „caritas et misericordia”, przypada na czas, kiedy wyzwania, jakie stawiali przed sobą twórcy tego pisma, stają się znów w pełni aktualne. W tekście programowym sprzed 60 lat „Rozdroża i wartości” , w okresie politycznej odwilży po upadku stalinizmu i nadziei na znaczne obniżenie poziomu cenzury i pozytywne zmiany społeczne, Tadeusz Mazowiecki pisał: „…Sens naszej pracy widzimy tylko wówczas, jeśli będzie ona zakorzeniona w tym, co jest bólem i niepokojem naszego czasu; jeśli wyrastać będzie ona z prawdziwego związku z tym, co jest treścią życia współczesnego człowieka zarówno tam, gdzie jest on wielki, jak i tam, gdzie jest on słaby i mały…. Na dnie zwątpienia, jakiemu ulega człowiek współczesny, można odnaleźć znajdującą się w jego sercu tęsknotę za wartościami nadrzędnymi i trwałymi, za życiem poświęconym czemuś więcej niż samo tylko trwanie…” Dzisiaj, z okazji jubileuszu, pisze „naczelny” pisma, Zbigniew Nosowski, w manifeście „Inne rozdroża, te same wartości”:  „…Spieramy się i spierać będziemy ze wszystkimi, którzy sami przyznają sobie monopol na katolicyzm, nowoczesność, tradycję czy patriotyzm… Zawsze będziemy się sprzeciwiać pogardzie wobec innych, nienawiści o wszelkich odcieniach ideologicznych, zwłaszcza skierowanej przeciwko osobom inaczej wierzącym, innej narodowości, przybyszom, mniejszościom… Będziemy konsekwentnie odrzucać wąskie, wyłącznie etniczne rozumienie polskości, nacjonalizm, antysemityzm czy islamofobię. Nie do przyjęcia jest dla nas zarówno antysemityzm ludzi łagodnych i dobrych, jak i nihilizm ludzi sympatycznych i miłych… Nie zgadzamy się na wypaczanie wiary chrześcijańskiej, jej instrumentalne wykorzystywanie, traktowanie jako tożsamościowego dodatku czy rytualnego ozdobnika… Chcemy łączyć wierność chrześcijańskim korzeniom i mądry krytycyzm, wspierać symbiozę głębokiej tożsamości z otwartością…”

Taka była i jest „Więź”: wyjaśniała mało zrozumiały wówczas, głęboki sens historycznego przesłania polskiego Episkopatu adresowanego do niemieckich biskupów: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, przeprowadzała polską inteligencję przez haniebny czas antysemickiej hucpy w końcu lat 60-tych, w 70-tych – odważnie protestowała przeciwko „konstytucyjnym” zapisom o wieczystej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim, później wspierała robotnicze strajki upominające się o obywatelskie prawa i ludzką godność, w 80-tych – promowała wolnościowe i humanistyczne ideały „Solidarności”, a w czasie koszmaru stanu wojennego, później – lęków i niepewności, jednoczyła i podnosiła na duchu, w 90-tych – dokładała swoją cegiełkę do politycznej transformacji kraju sprzyjając obranej przez Tadeusza Mazowieckiego drodze wiodącej ku otwartości i pluralizmowi, w pierwszych latach nowego wieku – żarliwie wspierała narrację JPII za akcesją Polski do Unii Europejskiej.

Jubileuszową galą na 60. urodziny „Więzi” była fascynująca konferencja poświęcona debacie „Jak ocalić patriotyzm”. Gościny udzielił – w Domu Arcybiskupów Warszawskich – metropolita warszawski, kard. Nycz, jubileuszową debatę otworzył swoim wystąpieniem prymas Polski, abp. Polak, w panelu zasiedli profesorowie Michał Bilewicz – Centrum Badań nad Uprzedzeniami UW, Aleksandra Hnatiuk – Instytut Slawistyki PAN, wykładowca na UW i Uniwersytecie Kijowskim, Paweł Rojek – Instytut Filozofii UJ, ks. Alfred M. Wierzbicki – Katedra Etyki KUL. Aleksandra Hnatiuk jest dla mnie, w tym zacnym gronie, postacią wyjątkową: swoje korzenie widzi po równo jako polskie, ukraińskie i żydowskie. Zanurzenie się w tej debacie było dla mnie jakby nabraniem w płuca potężnego haustu świeżego, ożywczego powietrza po tym, jak na co dzień przychodzi mi oddychać toksycznym wyziewem – wszechobecnym medialnym kłamstwem, populistyczną narracją nie mającą granic w redefiniowaniu historii, zawłaszczaniu i ideologizowaniu słów i pojęć.

Mottem tej debaty mogłaby być ponadczasowa deklaracja Redakcji „Więzi”: promujemy patriotyzm mądry, otwarty na inność i prawdziwie chrześcijański. Jakże pragnąłbym się tą debatą podzielić, bowiem wydaje mi się, że przekłada się ona – bardziej lub mniej pośrednio – na wszystkie aspekty dziejącego się w Polsce społecznego dramatu, ale… nie sposób jej streścić: niemal każda wypowiadana w niej myśl – na ogół krótko i konkretnie – stanowi esencję treści, nie rzadko takiej, którą chciałoby się wręcz wdrukować w pamięć po to, żeby móc ją przy każdej okazji powielać. Sięgnę więc tylko po kilka cytatów z pojubileuszowego serwisu „Więź co tydzień” – „Inne rozdroża, te same wartości. 60 lat „Więzi”.

Ksiądz Prymas często odnosił się w swoim wystąpieniu do myśli JPII zawartych w Jego publikacjach („Pamięć i tożsamość”) i wygłaszanych w kraju homiliach – jakże wciąż dramatycznie aktualnych. Choćby ta, w której JPII nawiązuje do „jagiellońskiego wymiaru polskości”, który „przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym”, do „Rzeczypospolitej wielu narodów, wielu kultur, wielu religii” w której „wszyscy nosili w sobie tę religijną i narodową różnorodność”, a w szczególności „wspólnota żydowska jako istotny element polskiego życia i kultury”. Bo „polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie”. Przede wszystkim jednak odnosił się do dokumentu KEP sprzed roku (marzec 2017) – „Chrześcijański wymiar patriotyzmu”, który – niestety – nie trafił wówczas do przekonania wielu proboszczów i rzadko był odczytywany z ambon, a teraz, kiedy dramatycznie przybrał na aktualności – zalega w parafialnych archiwach i nie jest wiernym przypominany. Dostrzegając „renesans polskiego patriotyzmu” dokument mówi jednoznacznie, że „za niedopuszczalne i bałwochwalcze uznać należy wszelkie próby podnoszenia własnego narodu do rangi absolutu, czy też szukania chrześcijańskiego uzasadnienia dla szerzenia narodowych konfliktów i waśni”. Ksiądz prymas dodaje: „W takim myśleniu i w takich postawach ukryte jest także bardzo konkretne i realne przecież wciąż niebezpieczeństwo idealizowania własnej historii czy własnych dziejów, będące wynikiem uproszczonego, a wręcz fałszywego ich odczytywania.” I dalej przypomina dokument: „…patriotyzm różni się od ideologii nacjonalizmu”, …„dojrzały patriotyzm – inkluzywny, otwarty na świat – zdaje się być we współczesnym świecie jedną z recept na uczucia lęku, zagubienia i zagrożenia, którymi żywi się wiele ideologii, także te, które redukując człowieka do odizolowanego od innych indywiduum, odwołują się do języka nacjonalizmu”. Tyle dokument, a słowa Prymasa, to:  „wydaje mi się, że wszelkie uproszczenia czy uogólnienia, a potem idące za nimi wręcz jakieś jednostronne interpretacje naszych dziejów, stają się dziś prawdziwym powodem nie tylko do nieporozumienia czy narastającego konfliktu, ale wręcz niebezpiecznym zawłaszczaniem samej historii i manipulowaniem nią dla doraźnych celów i interesów; …rzeczywiście można w tym widzieć jakieś próby nadużywania i instrumentalizowania pamięci historycznej w bieżącej konkurencji i rywalizacji politycznej”. „Patriotyzm zawsze musi być postawą otwartą, to znaczy również uczciwą wobec innych i wrażliwą na drugich,… jeżeli przeniknięty jest duchem chrześcijańskim – musi być ‘gościnny’. A w tym kontekście trzeba postrzegać również otwartą postawę wobec uchodźców, rozważając dzisiejszą sytuację nie jako wezwanie do rozwiązania ‘kwestii uchodźców’, lecz jako imperatyw moralny związany z sytuacją konkretnej osoby, która cierpi i ucieka przed wojną i niesprawiedliwością”.

To tylko fragment tego przemówienia – głosu z Gniezna, który w polskim „kościele instytucjonalnym” wybrzmiewa donośnie. Dodam do tego kilka znaczących słów panelistów i kilka refleksji, jakie padły „z sali”.

„Patriotyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się wykluczenie, dalej jest już nacjonalizm” – mówiła prof. Hnatiuk. Ukształtowane w PRL pojęcie polskości etnicznej (po „akcji Wisła”, po rozprawieniu się z Mazurami) wydawało się już przezwyciężone, tymczasem w ostatnich latach stało się „coś strasznego„ coś niesłychanie niebezpiecznego” – ono wróciło i znalazło poczesne miejsce w publicznym dyskursie. Jeżeli ten trend nie zostanie powstrzymany, będzie to paliwem dla nacjonalizmu ukraińskiego, dla eskalacji agresji i języka nienawiści. Prof. Bilewicz podkreślał, że polska konstytucja zawiera uniwersalną wizję polskości – polskości obywatelskiej, co inspiruje do patriotyzmu obywatelskiego, jaki w pełni przejawił się w polskiej „Solidarności”, a co ignorowane jest przez rządzących polityków, którzy czują się spadkobiercami „wybranych Polaków”. Przywołał znany w psychologii podział na patriotyzm konstruktywny i narcystyczny prowadzący do nacjonalizmu – rodzący się z obsesji dotyczącej tego, jak widzą nas inni, z kompleksów, z lęku, „że zginiemy”. Źródłem narcyzmu jest nieumiejętność dostrzegania własnych błędów, niechęć do przebaczania, wrogość wobec innych, przekonanie, że nam się coś należy – od Boga, historii, innych. Narcystyczni patrioci – w rzeczywistości „narodowcy” – aspirują do bycia głosem przegranych polskiej transformacji, ale absolutnie ich nie reprezentują. Prof. Rojek, działacz konserwatywnego Klubu Jagiellońskiego, oponował przeciwko „zestawianiu” patriotyzmu z nacjonalizmem definiując nacjonalizm jako doktrynę, a patriotyzm jako cnotę i opowiadał się za poważnym potraktowaniem kategorii narodu i „kwestii narodowych” nawiązując do idei „polskiego mesjanizmu”. Natomiast zdaniem katolickiego filozofa i etyka, ks.prof. Wierzbickiego, mesjanizm jest chrześcijańską herezją. Nacjonalizm, który widzi się teraz na ulicach i w mediach, który wkracza do kościołów deformując pamięć, wpływając ksenofobicznie – mówił ks. prof. Wierzbicki – nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem, a narcyzm  rodzi się w duszy obolałej, jest jej chorobą – nie pozwala na komunikację, na spotkanie. A polskość wtedy będzie dojrzewać, kiedy przestanie być zwrócona ku samej sobie, kiedy będzie się realizować z otwartością na innych. Spór o tradycję w publicznym dyskursie jest – zdaniem Profesora – tematem zastępczym, bo rządzącym chodzi tak naprawdę o rewolucję, a nacjonalizm wykorzystują jako ideę nośną.

Nie zbrakło ważnych „głosów z sali”: Andrzej Wielowieyski, prof. Andrzej Mencwel, prof. Krzysztof Byrski. Oto kilka z nich (przytaczam z pamięci): patriotyzm z poziomu narodu, plemienia, a nie z poziomu obywatelstwa – to prosta droga do nacjonalizmu, a jego wykwitem jest postrzeganie nacjonalizmu u sąsiada. Prof. Mencwel przestrzega przed ideologizacją Polski jagiellońskiej: Unię Brzeską postrzega jako narodową tragedię, a w republikaniźmie sarmackim widzi zaczątki przejawiającego się w Polsce rasizmu. W kontekście poszukiwania istoty patriotyzmu była też przywoływana Konfederacja Barska, Targowica i postawy insurekcyjne. Co ważne, w debacie pojawiło się pojęcie patriotyzmu europejskiego. Andrzej Wielowieyski mówił  o uprawnionym patriotyzmie lokalnym, regionalnym, narodowym, ale również europejskim, co podjęte zostało w kolejnych wystąpieniach, a rozbudzanie tej wartości określano jako rację stanu, szansę na utrwalanie suwerenności pozostając na mapie Europy w miejscu szczególnym – na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu. Pojawił się też akcent żalu, że Kościół zaniedbał promowanie tej szczególnej wartości. Jako ostatni głos zabrał abp Grzegorz Ryś. Mówił o kulturze winy i kulturze wstydu: ta pierwsza charakteryzuje ludzi wrażliwych i dojrzałych, którzy potrafią wziąć odpowiedzialność za to, co się stało; ta druga bliższa jest mentalności nieporadnego dziecka… Ideologizowanie wartości – to ich fałszowanie… Mesjanizm jest przejawem pychy – zakłada bezgrzeszność. A patriotyzm byłby swoim zaprzeczeniem, gdyby nie był postawą otwartą, w pełni empatyczną wobec drugich…

A mnie po tym spotkaniu – choć jakiś czas już minął – wciąż atakują dwie, niezbyt spójne, refleksje. Pierwsza – to uczucie ulgi: że Kościół, któremu przypisuje się jakąś część polskiej tożsamości (takie stwierdzenie usłyszałem po raz pierwszy z ust ateisty, znanego lewicowego działacza, polityka, myśliciela i publicysty w jednym), zdolny jest wciąż mówić językiem wartości, z którymi mogę się w pełni identyfikować.  Że ma w sobie wciąż potencjał, żeby zaistnieć jako autorytet moralny w czasie, kiedy będzie on na wagę złota, kiedy na jakiejś agorze stawiany będzie kolejny okrągły mebel, przy którym Polacy szukać będą pojednania po społecznej katastrofie, jaka nastąpiła za sprawą „dobrej zmiany”; po tym, jak rozpętane na Krakowskim Przedmieściu tsunami nienawiści wytraci swój impet i znów można będzie – licząc straty – zmierzać ku normalności. Druga – to uczucie grozy, jak potężne są wyzwolone przez żądzę władzy demony, które nie pozwalają przebić się temu językowi wartości przez mury, które odgradzają go od „pogańskiego katolicyzmu”  (takie określenie usłyszałem z kolei z ust sędziwego, znanego i powszechnie cenionego kapłana), jaki zagnieździł się w wielu katolickich parafiach i ośrodkach opiniotwórczych sącząc jad nienawiści, odrzucania i ksenofobii.

Dzielę się jedną i drugą zdając sobie sprawę, że – dla wielu – wbijam tym kij w mrowisko. Ale – czyż  nie o to w końcu chodzi?

Nieskazitelni

Ostatni mój tekst – to noworoczne życzenia składane moim „fejsbukowym” znajomym, których mottem było „nie dajmy się zwieść”. Atoli wydawało mi się, że ta przypudrowana rzeczywistość – wymiana twarzy na mniej odrażające, postawienie  technicznego premiera na czele politycznego rządu, wpuszczenie na europejskie salony ludzi, którym przynajmniej nie wystaje słoma z butów – będzie kolejnym, długotrwałym etapem realizacji polityki „dobrej zmiany” poświęconym przekonywaniu europejskiej wspólnoty, że w Polsce „nic się nie stało”. Mówi się o tym elegancko: zmiana wizerunku. Z punktu widzenia obozy władzy wydawało się to diabelsko logiczne: po zawładnięciu wszystkimi już niemal narzędziami umożliwiającymi wprowadzenie autorytarnych rządów w narodowym państwie, należało te narzędzia na chwilę usunąć w cień i choć w części odrobić straty wizerunkowe niezbędne do funkcjonowania we współczesnym świecie, starać się przekonać, że białe może być jednak czarne, że „czarny lud” też jada nożem i widelcem i nie należy się go bać. Lękałem się tego etapu, bo z obłudą – tutaj, na własnym podwórku – trudniej jest walczyć, niż z kłamstwem, z drugiej jednak strony łączyłem z tym szczyptę optymizmu: może tym umizgom – dla ich skuteczności – towarzyszyć będzie wyrzucenie na śmietnik choć część narzędzi do dewastowania państwa prawa, może zrujnowany wizerunek nieco drgnie? W końcu to mój kraj!

Nie trzeba było długo czekać, żeby się okazało, że jest to kolejnym złudzeniem. Obłędna obsesja „wstawania z kolan” i budowania – na użytek wewnętrzny – wizerunku dumnego, nieskazitelnego narodu, ze wszech stron atakowanego przez złe moce, którym ten naród dzielnie daje odpór, okazała się ślepa na wszelkie racje, które stanowią o relacjach Polski ze światem zewnętrznym. Haniebna w kategoriach etycznych nowelizacja ustawy o IPN (jej wielokrotnie cytowany art. 55a) ostatecznie pogrążyła wizerunek mojego kraju na dekady. Zdewastowała wieloletnie wysiłki polskiej dyplomacji – w tym aspekcie zgodnie kontynuowane przez gabinety wszystkich sprawujących władzę opcji politycznych, z PiS-owską włącznie – zmierzające do wyprowadzenie na prostą wszystkich zawiłych meandrów w relacjach polsko – żydowskich, polsko – niemieckich, polsko – ukraińskich, spowodowanych okrutnym czasem wojny. W niwecz obróciła wspólne, ponad granicami prowadzone badania historyków. Zrujnowała wiele wciąż – do wczoraj – trwających przyjaźni, którą darzyły nas różne środowiska w krajach ościennych wkładając maczugi w ręce  tym, którzy nigdy nie darzyli nas sympatią. Zamgliła wizerunek tych najszlachetniejszych – polskich mężów stanu, ludzi kultury i nauki, którzy przez trzy minione dekady mozolnie budowali nasze relacje ze światem zewnętrznym, a  obnażyła twarz polskiego ciemnogrodu – „swojaków”, tłuszczy bezrozumnie wyjącej „Polska, Polska”, w której chcieliby wprowadzić prawo pięści: wrogiej światu, którego nie zna i poznać nie chce, w której słowniku zabrakło słowa „człowiek”. To społeczny margines, choć wystarczająco liczny, żeby dać o sobie znać opinii publicznej – nie tylko polskiej; żeby przyprawić obrzydliwą gębę narodowi przysłaniając jakże liczne, piękne karty jego historii i cierpienia, których historia mu nie szczędziła. Narodowi – więc mnie również.

Ale to nie zdruzgotany wizerunek mojego kraju – choć to boli okrutnie – był zasadniczą inspiracją do skreślenia tych kilku słów. Ani też konsekwencje w relacjach ze światem zewnętrznym. Ani partactwo – na granicy prowokacji – w realizowaniu inicjatywy nowelizacji ustawy o IPN: choćby dobrania czasu jego procedowania, choćby niedoprecyzowań, które pozwalają postawić zarzut popełnienia przestępstwa zagrożonego karą więzienia przedstawicielowi Konferencji Episkopatu Polski, biskupowi, który w lipcu ub. roku przepraszał w Jedwabnem za udział „synów narodu polskiego, zwłaszcza katolików” w popełnionej tam zbrodni, także byłym  prezydentom RP, którzy przepraszali za tą zbrodnie w imieniu narodu polskiego. Ani skandaliczne przydanie prokuratorowi, nominowanemu w trybie politycznym, kompetencji do decydowania o prawdzie historycznej – o tym, co jest „wbrew faktom”, bowiem w ustawie czytamy: „…kto publicznie i wbrew faktom przypisuje narodowi polskiemu…”.  Te „ani” można by mnożyć.

Zasadniczą inspiracją do kreślenia tego tekstu jest mój głęboki – głęboki do głębia trzewi – protest wobec narracji utrwalającej ONR-owską wizję katolickiego państwa narodu polskiego: narodu bez skazy. Bo takiego narodu w przestrzeni historycznej po prostu nie ma, bo każdy naród – obok swoich bohaterów – ma również swoją tłuszczę. Bo taki naród istnieje tylko w ideologiach skażonych toksycznym nacjonalizmem. Jest w nich lepszy, niż wszystkie inne, zwykle osaczony przez wrogów, którzy się przeciw niemu sprzysięgli. Wokół tego buduje wspólnotę: zamkniętą, nieufną, wrogą wobec świata zewnętrznego, kreującą język nienawiści. I tak powstaje spirala agresji – prosta droga do katastrofy. I dlatego protestuję przypominając, że mój naród okazał swoją wielkość kiedy – za pośrednictwem swoich wybitnych przedstawicieli – podjął wyzwanie, wyjął „trupy z szafy”, zmierzył się z przeszłością, potępił zbrodnicze czyny swojej tłuszczy, pochylił się nad grobami ofiar, z najgłębszym smutkiem i pokorą zdobył się na publiczne „przepraszam”; na konstatację, że naród milionów ofiar wojennych zbrodni wydawał również ich sprawców. Podobnie jak inne narody, również te, których współodpowiedzialność za  wojenne czyny zbrodnicze jest nie do porównania z tragicznymi wydarzeniami, jakie miały miejsce w Polsce.

Protestuję wobec regresu, jaki nastąpił w moim kraju, jakby cofnięciu koła historii; wobec piekącego wstydu, jaki doznają jego obywatele, którym marzy się Polska otwarta na świat, budująca z nim relacje, przyjazna, mówiąca swojej tłuszczy zdecydowane „nie!”. Haniebny akt prawny „poprawiający” ustawę o IPN – to tylko jeden z milowych kroków tego postępującego regresu. Nie wziął się znikąd ostatni, najbardziej radykalny w swojej wymowie, prowadzony przez polskich neofaszystów Marsz Niepodległości, nie spadły z poranną rosą transparenty „śmierć wrogom narodu”, „biała Polska”, we Włodzisławiu Śląskim chłopcy nie spotkali się przypadkowo, w dniu urodzin Hitlera, żeby sobie „poheilować”, na proteście wobec napaści na turecką dziewczynkę z okrzykiem „Polska dla Polaków” nie przypadkowo znalazło się 30 transparentów z miejscami i datami ataków przemocy na tle rasistowskim – tylko niektórych z mających miejsce w jednym tylko roku 2017. Można by tak mnożyć w nieskończoność. Z oporem, po długim czasie i pod wpływem opinii publicznej, wdrażano śledztwa mimo, że wiele z tych przestępstw określają bezpośrednio zapisy w Konstytucji. Niosących ksenofobiczne transparenty, wieszających na szubienicy podobizny europosłów chroniła policja. Sprawca spalenia kukły Żyda aresztowany został po tym dopiero, kiedy obraził przedstawiciela władzy. Sprawców ksenofobicznych ekscesów – poza jednym – mimo monitoringów i tysięcy zdjęć dotychczas nie zidentyfikowano. A oficjalny komentarz brzmi: to wyolbrzymiany przez media margines. Prezydenckie pokrzykiwania, wobec ujawnionego  skandalicznego wydarzenia, „nie ma w Polsce miejsca na nazistowską propagandę”, kończą się rozpoczęciem gonitwy za króliczkiem: jak się taka gonitwa kończy – przecież wiadomo.

Tymczasem z ust politycznego przywódcy obozu władzy padają słowa odczłowieczające tych, którzy przez los dotknięci zostali najokrutniej – uchodźców: oni noszą pasożyty. W nazistowskiej narracji Żyd nosił wszy. Pojawiający się coraz częściej w nazwach powoływanych instytucji kwalifikator „narodowy” ciągnie w stronę etnicznej przynależności, z której wychodzi „prawdziwy Polak”. Z Kancelarii Premiera znika Rada ds. Walki z Ksenofobią. Z materiałów edukacyjnych dla policji znika pojęcie „przestępstwa z nienawiści”. W nowych szkolnych podstawach programowych są „żołnierze wyklęci”, w tym ci najbardziej kontrowersyjni (to delikatnie) – „Bury”, „Ogień”, odpowiedzialni za śmierć wielu Żydów, Białorusinów, również Polaków, natomiast ani słowa o powojennych pogromach, a nauczyciele mają być promowani za postawę moralną.

I to się nazywa p-r-z-y-z-w-o-l-e-n-i-e. Zaczyna się od budowania wizji rzeczywistości, w której „my” – szlachetni, bohaterscy, najbardziej przez historię skrzywdzeni – wciąż mierzymy się ze spiskiem wszelakich złych mocy (Niemców, Ukraińców, Rosjan, Żydów, brukselskich elit i kogo tam jeszcze) i wreszcie dajemy im odpór, dumnie wstajemy z kolan. Więc „my”, plemię nieskazitelne, Polacy prawdziwi, wobec nieustannego zagrożenia, musimy być razem: kto nie z nami – ten zdrajca, a już w najlepszym razie „Polak etatowy”, gorszego sortu. Więc przyzwolenie na „naszość”. A stąd już tylko mały krok do przyzwolenia na język nienawiści, na rozprzestrzenianie się jadu toksycznego nacjonalizmu. A to już fundament państwa narodowego. I o to przecież chodzi! Stereotyp najbardziej zagrażającego „prawdziwej polskości” Żyda – roznoszącego tyfus, bądź też oszusta, chciwego karczmarza czy bankiera – nieco się zużył, wymieniony więc został na inny, aktualnie budzący ludzkie lęki. Na „paskach nienawiści” narodowej telewizji wypromowany został uchodźca – terrorysta, uchodźca – gwałciciel naszych córek, uchodźca zagrażający „wierze ojców”. Nieco przygasający antysemityzm zastąpił antyislamizm. Dla budowniczych narodowego państwa ta zmiana jest bez znaczenia – ważne jest istnienie wroga.

Cały konstrukt państwa budowanego przez rządzący obóz „dobrej zmiany” opiera się na „naszości”, musi więc ona być silna, wewnętrznie zwarta, ufna w swoją wyjątkowość. Musi mieć wiarę w swoją nieskazitelność. Stąd pomysł na takie, a nie inne brzmienie noweli ustawy o IPN, od czego nie ma odwrotu – tak, jak nie ma odwrotu od ustaw sądowych dających rządzącym „moc sprawczą”. Wpisuje się ona  idealnie w MaBeNa,  jest może nawet filarem pomysłu na Maszynę Bezpieczeństwa Narodowego („spójnego działania władz i mediów w celu poprawy jakości narracji państwowej”) współautorstwa prof. Andrzeja Zybertowicza, socjologa, prezydenckiego doradcy, twórcy najbardziej współczesnej definicji polskiego patriotyzmu. Nie może więc być mowy o jakiejś współodpowiedzialności, o jakimś skażeniu idealnego narodu. Były jakieś jednostkowe zbrodnie, jakieś porachunki wynikłe z wojennej zawieruchy, ale o antysemityzmie – ani podczas wojny, ani po jej zakończeniu – nie ma mowy. Tak zostało zadekretowane: nie ma w Polsce miejsca na antysemityzm. Straszliwe zbiorowe mordy na Podlasiu (1941) – Jedwabne to tylko wierzchołek góry lodowej, dr Mirosław Tryczyk, autor najświeższej książki poświęconej tej tematyce, „Miasta śmierci”, analizuje podobne „wydarzenia” w 14 wybranych przez siebie miejscowościach, w tym Rajgród, Szczuczyn, Goniądz, Wąsocz; pogrom krakowski (1945); pogrom kielecki (1946); wreszcie bezprecedensowa antysemicka kampania (1968), przy nikłym społecznym proteście, powodująca exodus ostatnich 30.000 naszych żydowskich współobywateli, którzy przeżyli tu piekło, przetrwali i mimo wszystko chcieli tu pozostać – to wypadki przy pracy, które „dla poprawy jakości narracji państwowej”, dla dobrego imienia narodu, lepiej skryć pod dywan. „Ida”, „Pokłosie” – filmy, które zyskały międzynarodowe uznanie min. za odwagę poruszenia arcytrudnych problemów dotykających polsko-żydowskich relacji – to artystyczne fantasmagorie szkalujące Polskę, tworzone przez ludzi nie mieszczących się w zybertowskiej definicji patriotyzmu. Jest pewien kłopot z ludźmi, o których bohaterstwie wie cały świat, którzy wymieniani są obok Ireny Sendlerowej jako najwybitniejsi pośród mających swoje drzewka w Yad Vashem – z Janem Karskim, Janem Nowak-Jeziorańskim, Władysławem Bartoszewskim, których wypowiedzi na temat zachowań polskiej swołoczy podpadałyby pod penalizujące paragrafy IPN-owskiej noweli. Być może przeszłoby to jednak bez echa, gdyby nie międzynarodowa reakcja na determinację, z jaką rządzący Polską chcą poprawiać historię w imię przyspieszenia pełnej realizacji „dobrej zmiany” – zbudowania Narodowego Państwa Dumnych Polaków. Państwa i narodu tak wyjątkowego w swojej nieskazitelności, że należy mu się – obok uczczonego tym niewyobrażalnego bohaterstwa kilkunastu tysięcy „Sprawiedliwych” – odrębne drzewko w Yad Vashem.

I tak mleko się rozlało, a wyszło jak wyszło – najgorzej, jak wyjść mogło. Dalsza rujnacja wizerunku Polski, pogorszenie relacji z całym cywilizowanym światem, co nie może nie przełożyć się również na polski dialog z Brukselą: wstyd, ból, ale to obciąża wyłącznie obóz władzy, wobec którego można choć zaprotestować. Wstyd i ból jest jeszcze głębszy, kiedy postrzega się, jak na wypuszczonego z butelki dżina zareagowała polska tłuszcza. Fala antysemickiego hejtu, potok z rynsztoka, jaki wlał się w media społecznościowe, nie był tak potężny nawet w okresie apogeum „problemu uchodźczego”. Hejtem zasypana została również ambasada Izraela.  „Liczący się margines” pokazał w całej okazałości swoją obrzydliwą gębę. Tyle tylko, że świat nie analizuje danych statystycznych: tą obrzydliwą, antysemicką gębę pokazała światu Polska. Jesteśmy „czarnym ludem” na  czołówkach światowych gazet, w programach informacyjnych popularnych portali i stacji TV. W ciągu ubiegłego tygodnia fraza „polskie obozy śmierci” ukazała się w światowych mediach ponad milion razy, podczas gdy w ostatnich latach były to już tylko przypadki sporadyczne. Popularyzacja przez europosła Ryszarda Czarneckiego polskiego „szmalcownika” w środowisku Parlamentu Europejskiego wydaje się wobec tej medialnej katastrofy mało znaczącym incydentem.

A co z IPN-owską nowelą – tekstem haniebnym i legislacyjnym partactwem: wejdzie do polskiego ustawodawstwa bez poślizgu, zgodnie z wolą większościowej tyranii, czy też napotka na prezydenckie weto, jeśli w Centralnym Organie zapadnie decyzja o rozpoczęciu zabawy w złego i dobrego policjanta? Innymi słowy, czy – jak dotychczas – władza nie zrobi ani kroku wstecz i po fakcie dokonanym będzie świat przekonywać, że białe jest czarne, czy też postanowi burzę przeczekać używając instrumentu prezydenckiego weta i odesłania ustawy do TK? To, oczywiście, wizerunku Polski nie zmieni, spowoduje jedynie drobny jego retusz, a Andrzejowi D., obsługującemu PiS-owskie „centrum”, przysporzy kilku punktów w słupku poparcia. Hejterzy stracą nieco równowagę, ale wkrótce wrócą do formy włączając do swojego szamba Prezydenta. Ponad wszelką wątpliwość – obrzydliwa gęba polskiej tłuszczy, ukazująca światu polski antysemityzm ponad jego rzeczywistą miarę, pozostanie w pamięci na dekady. Interpretacyjna obłuda – jakkolwiek sytuacja by się nie potoczyła – pogłębiać będzie chaos w umysłach Polaków. Rów wykopany między „suwerenem” i „obywatelem” będzie się pogłębiać.

I jak z tym żyć?