Kilka słów po 19. kwietnia

Wydaje się, że o niedawnej Rocznicy napisane zostało już wszystko, a ja mam potrzebę skreślenia kilku refleksji bardzo osobistych.

To nie było tak, jak bywa rokrocznie Wielki plac przed Pomnikierm Bohaterów Getta szczelnie obarierkowany. Z ust przedstawicieli państwa i rządu padają Wielkie Słowa, choć  takie jak zawsze; można je było precyzyjnie przewidzieć, tym razem może na nieco wyższym „C”, bo intensywnie trzeba odrabiać straty wizerunkowe, jakie spowodowało odsłonięcie na mgnienie oka prawdziwej twarzy. Gala. Wielki telewizyjny spektakl poprzedzony wymuszonymi decyzją rządu syrenami

Ci, którzy z odruchu serca przyszli oddać hołd Bohaterom spotkali się – jak wiadomo – nieco wcześniej, nieopodal, przy tablicy upamiętniającej Szmula Zygielbojma: spora grupa zwykłych, wrażliwych ludzi, ale też wiele znanych twarzy. Głosu nie zabierali: głos oddali potomkom tych, którzy przekazują pamięć o swoich najbliższych, ofiarach Zagłady. Z jednym wyjątkiem: młodzieżowy chór dzieciaków z praskiego liceum im. Jacka Kuronia wykonywał  rewolucyjne pieśni Bundu – w języku jidysz – z tamtych, strasznych czasów. W oczach Żydów – w większości ludzi wiekowych – widziałem autentyczne łzy wzruszenia. I jeszcze wiersz Władysława Broniewskiego Non omnis moriar.  I jeszcze ostatnie, cudem zachowane  listy, ostatnie – przekazywane z pokolenia na pokolenie – słowa ofiar, odczytywane na Umschlagplatz przez najmłodsze pokolenie Żydów, którzy wciąż – mimo wszystko – ze swoją Polską nie chcą się rozstać.

Później wspólne szukanie miejsca na posadzenie drzewka przy małym skwerku, u wylotu Zamenhoffa. To ma być szczególne drzewko wyrosłe z nasionka znalezionego w miejscu, gdzie rosło potężne drzewo, mirabelka, gdzieś tu nieopodal: drzewo – świadek historii, drzewo – symbol przetrwania, bo przetrwało straszny czas Warszawskiego Getta, przetrwało powstańcze walki, przetrwało systematyczne burzenie samego serca miasta tam, gdzie one trwały, przetrwało gigantyczne pożary wzniecane po to, żeby w miejscu żydowskiego zrywu w obronie człowieczeństwa pozostał tylko kamień na kamieniu. Przetrwało do roku 2016. Zostało bezmyślnie ścięte przez dewelopera, który skwapliwie wykorzystał funkcjonujące przez jakiś czas „lex Szyszko”. Ze szlachetnej inicjatywy młodych warszawskich Żydów to nasionko daje nadzieję, że historyczna mirabelka odrodzi się – wbrew głupocie, bezduszności, podłemu chciwstwu – i pozostanie symbolem. Pamięci. Tu również zaśpiewał młodzieżowy chór z Jackowego liceum. Śpiewali z przejęciem słowa „Przysięgi”: „ …Zi flatert fun tsorn, fun blut iż zi royt! A shvue, a shvue, af lebn un toyt…” (…”Trzepocze już gniewnie czerwony od krwi! Przysięga, przysięga, po kres naszych dni…”).

A późnym popołudniem spotkanie na Placu Grzybowskim: to z inicjatywy Fundacji Shalom”. To spotkanie wokół posadzonego tego dnia Drzewa Łez – wierzby płaczącej, która symbolizuje najstraszniejszy ludzki dramat, jaki można sobie wyobrazić – oddanie przez żydowską matkę własnego maleńkiego dziecka, rozstanie z nim na zawsze, by miało – wobec nieuchronnej Zagłady – szanse na przeżycie. Ale Drzewo Łez poświęcone jest nie tylko przeżywającym ten dramat Matkom Żydowskim: również bohaterskim Matkom Polskim, które z narażeniem życia dawały tym maleństwom szanse przetrwania. Na Placu Grzybowskim był rabin, biskup, inicjatorka tego wydarzenia, ale najbardziej wzruszająca  była obecność tych kilku osób – po dramacie rozstania przed 75. laty przerzuconych na stronę aryjską dzieci, dzisiaj starców (moich rówieśników – nieco tylko młodszych), wciąż – przez całe długie życie – mierzących się ze straszną przeszłością. Mierzyli się z nią, bardzo krótko zabierając głos, kiedy zapraszani byli do mikrofonu. Przemawiał też i rabin, i biskup. I trudno mi było zapanować nad łzą, kiedy rabin Schudrich wspominał o liście zrozpaczonej żydowskiej matki rozstającej się ze swoim dzieckiem do matki polskiej, która to dziecko bohatersko przyjmowała, a brzmiało to mniej więcej tak: jeślibym cudem przeżyła, zgłoszę się do Ciebie po mojego Icka, i ty mi go oddasz, jeśli  zginę – włącz Jacka w pełni do swojej rodziny, ochrzcij go i wychowuj na prawego człowieka. Także wtedy, kiedy głos zabrała Gołda Tencer, twórczyni Fundacji Shalom, wieloletnia dyrektor Teatru Żydowskiego, pomysłodawczyni Drzewa Łez i inicjatorka tej uroczystości; kiedy wzruszająco opisywała dramat żydowskich matek, cytując przy tym żydowską kołysankę śpiewaną maleństwom, o kózce sprzedającej migdały i rodzynki, i polską kołysankę o iskierce z popielnika. I wtedy, kiedy przemawiała – jakże krótko, bez jednego zbędnego słowa – przedstawicielka Polskiego Towarzystwa Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. I wszędzie żonkile, żonkile, żonkile – pęki żonkili.

Wydarzeń tego dnia było jeszcze wiele: nasadzenie kolejnego drzewa pamięci w Ogrodzie Saskim przez Prezydent m.st. Warszawy, znakomity koncert przed Muzeum Polin „Łączy nas pamięć”, późnym wieczorem – projekcja Wielkiej Synagogi na Tłomackie 7 (wysadzona w powietrze osobiście i z nieukrywaną satysfakcją przez SS Gruppenfuhrera Jurgena Stroopa po upadku Powstania, w maju 1943). Na wszystkich chciało się być, a sił mi już zbrakło. A po powrocie do domu włączyłem komputer, żeby przejrzeć liczne tego dnia relacje z wydarzeń. I trafiłem na spot wyemitowany – w języku angielskim – przez Narodową Fundację Wolności. I na doznane tego dnia wzruszenia nałożyła się złość i gniew – bo to nie było tak, bo było to zupełnie inaczej.

Tytuł spotu brzmi „Operation Ghetto”, główny motyw przekazu – “Poles and Jews fight arm in arm”. Ani słowa o tym, że tam walczyli polscy obywatele, często od pokoleń – do niedawna sąsiedzi, przyjaciele; obywatele wspólnej Rzeczypospolitej, współtwórcy polskiej kultury i polskiej gospodarki, ale też zwykli ludzie, z którymi do wczoraj dzieliliśmy naszą codzienność. Ani słowa o Żydowskiej Organizacji Bojowej (ŻOB), która organizowała Powstanie, ani o współdziałającym Żydowskim Związku Wojskowym, ani słowa o historycznych przywódcach – Anielewiczu, Edelmanie, o komunizującym Lewartowskim już nie mówiąc. Są za to nazwiska dwóch żołnierzy AK i udzielana pomoc – wyliczone jednym tchem rodzaje broni, detonatory, pożywienie, leki. To brzmi!  Pólprawdy gorsze są od kłamstw, bo stwarzają pozory wiarygodności, a prawda jest jedna: bohaterska Armia Krajowa, niezwykły fenomen Polskiego Państwa Podziemnego, w Powstaniu w Getcie udziału nie brała, bo strategicznie nie było to do pomyślenia. Zorganizowała trzy przerzuty broni – pierwsze dwa to kilkadziesiąt pistoletów, karabinów i trochę amunicji, w trzecim były trzy karabiny maszynowe, kilkadziesiąt granatów i detonatory. Bo tylko na to było ją stać – niedobór broni rok później, w Powstaniu Warszawskim, był porażający. Planowany wyłom w murze tuż po upadku Powstania nie powiódł się. A wspólna walka zaistniała dopiero rok później, kiedy do Powstania Warszawskiego dołączyła niewielka grupa bojowników ŻOB, którzy cudem przeżyli piekło i zdecydowali się dalej walczyć w imię tego, co łączy.

W jakich więc pojęciach mieści się ten spot, mówiący o wspólnej walce, ignorujący reakcje na to Powstanie po aryjskiej stronie muru – od głębokiego współczucia i bezsilnego żalu po obojętność Warszawiaków, którym nieco tylko przeszkadzał dym, kiedy bawili się na karuzeli przy Placu Krasińskich: kłamstwo, fałsz, przeinaczanie historii? Wszystkiego tego jest tu po trochu, ale to za mało: to klasyczne zjawisko definiowane przez sprzyjających władzy  historyków jako „polski punkt widzenia”. Ofiara, bezmiar ludzkich cierpień, jest gdzieś tylko w tle, ważne jest to, co „my” – nasza ofiarność, nasze bohaterstwo, nasza nieskazitelność. Jak temu, bardziej jeszcze jednoznacznie, na imię? Mam na to odpowiedź: toksyczny, zatruwający jadem kłamstw i półprawd, polski nacjonalizm. Ten nieszczęsny spot nie poprawi wizerunku mojego kraju: ten spot go konsekwentnie niszczy. Podobnie, jak dewastacja wielkiego dzieła historyków i muzealników, gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej. Podobnie, jak wstępne przymiarki do przejęcia niepowtarzalnego Muzeum Historii Żydów Polskich po to, żeby wprowadzić w nim „polski punkt widzenia”.

Pozostaje więc tylko powtórzyć raz jeszcze słowa, które padały wielokrotnie w tą okrągłą rocznicę pierwszego w okupowanej Europie ulicznego powstania, heroicznego zrywu polskich obywateli: chwała bohaterom, którzy w czasie strasznym podjęli beznadziejną walkę w obronie elementarnej ludzkiej godności – walkę o przetrwanie człowieczeństwa. I głęboki szacunek dla wszystkich, którzy w odruchu serca tą szlachetną walkę wspierali – bez odrażającego obcinania za to propagandowych kuponów. I już ani słowa więcej.

Obcy w domu. Wokół Marca ’68

„Obcy w domu”. Wokół Marca ’68.

Tak zapisany jest na plakacie tytuł wystawy w Muzeum Polin, (plakat informuje: „Wystawa czasowa”), którą wczoraj odwiedziłem. Tyle tylko, że słowo „wystawa” do tego wydarzenia mi nie pasuje. Zamieniłbym go na „spektakl, który rzuca na kolana, traumatycznie budzi pamięć, porusza do głębi trzewi”. Albo „Kronika polskiego dramatu – bez początku i bez końca”. Że jest to fragment obchodów 50. rocznicy Polskiego Marca – nie trzeba przypominać. Że to  multimedialne wydarzenie zorganizowane przez Muzeum Historii Żydów Polskich reprezentuje merytorycznie, jak zawsze, klasę najwyższą – również.

Wessało mnie w tą ekspozycję do tego stopnia, że dopiero gaszenie świateł – po czterech godzinach – przypomniało o istnieniu czasu. Atoli jak najdalej jestem od myśli o kreśleniu jakiejkolwiek recenzji: emocje nie pokrywają się z kompetencją.   Zastanawiam się tylko, co w tej ekspozycji porusza najbardziej. Czy są to ludzkie  dramaty pokazane z tak wielką wrażliwością, jakby z dystansu – nie krzykiem rozpaczy, a jakby szeptem? Czy jest to wyraziste w tle tej ekspozycji przekleństwo polskiej historii – niemal cykliczne (w nie tak znów długich odstępach czasu) zjawisko narastania buntu wśród polskiej „elity ducha” wobec despocji, dyktatury złych mocy odbierających polskiej wspólnocie normalność, możliwość korzystania z podstawowych wolności i stopniowego dorastania do demokracji?  Czy może uświadomienie pewnej ważnej linii demarkacyjnej w polskich losach, jaką był Polski Marzec i związany z nim trzeci już po wojnie exodus naszych żydowskich współobywateli, którą Henryk Grynberg nazwał „końcem polskiego żydostwa”, a innymi słowy – wykastrowaniem tego fragmentu naszej narodowej tożsamości, jaką ono stanowiło przez ponad 700 lat?

Nie potrafię na te pytania odpowiedzieć: jest z nich chyba wszystkiego po trochu. Zacytuję więc tylko krótki fragment z „Kroniki Marca”, jaką kreślił Michał Głowiński i która stanowi drobniutki fragment tej niezwykłej ekspozycji:

„…Propaganda stanowi znak równości między Polską a jej aktualnymi władzami tak, jakby się w nie wcielił duch narodu…”  I dalej:  „…Słyszy się często słowo ‘antypolskie’, co stanowi apel do narodowych uczuć. Tak, jakby myślący Polak nie wiedział, że to, co Polskie Radio [przed pół wiekiem – medium najbardziej popularne] kwalifikuje jako antypolskie może być dla Polski jak najbardziej życzliwe…” I niech kto powie, że historia się cyklicznie nie powtarza!

I jeszcze tylko wspomnę o krótkim montażu filmowym z „Salta” Tadeusza Konwickiego (film nakręcony w roku 1965) ze znakomitym Zbyszkiem Cybulskim w roli Kowalskiego – Malinowskiego, z komentarzem: „to polityczny taniec… ludzie nie mogą się zbliżyć, trwają w wiecznej pozie… taniec naszego wyobcowania…”

To tyle – tylko i aż…

Komu spada, komu rośnie i co majaczy na horyzoncie

Od prawa do lewa słyszy się w medialnym przekazie: „PiS-owi spada”. Towarzyszą temu komentarze – a to ze słabo skrywaną zgrozą, tłumaczące to spadanie manipulacją bądź „feikniusem”, a to nie skrywające graniczącej z euforią satysfakcji. Przyznam szczerze: moja radość jest umiarkowana. Nie dlatego, że troszkę polubiłem PiS (nie polubiłem!), że choćby w najmniejszym stopniu zaakceptowałem dewastację państwa prawa, sprzeniewierzanie się Konstytucji, psucie wizerunku mojego kraju, dzielenie Polaków i wykopywanie społecznych przepaści, które zasypywać trzeba będzie latami, last but not least – systematyczne oddalanie się od Europy. Cieszę się tylko umiarkowanie, bo – jak to postrzegam – odwrócenie się zwyżkowego trendu spowodowane było zjawiskiem przyziemnym, nie mającym nic wspólnego z problemami, z jakimi zmaga się Polska. Oto liczna grupa społeczna definiowana przez dr Gdulę, autora „raportu z Miastka”, jako „lud”, a   przez Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów jako „suweren”, zbuntowana przeciwko starym elitom, które „kradły”, oczekująca od nowych elit społecznej sprawiedliwości, tzn. żeby było z grubsza „po równo”, otrzymała komunikat, że „im się należy”. Oni nie kradną – oni tylko zawłaszczają. Dla „ludu” to wszystko jedno. „Suweren” – a choćby jakaś jego część – czuje się oszukany. Prawdopodobnie po raz drugi na te nowe elity nie zagłosuje. Prawdopodobnie nie pójdzie na kolejne wybory. Może na razie dobre i to?

Dla mnie to mało. Moja radość byłaby wielka, gdyby te słupki poparcia dla podle rządzącego „obozu prawicy” spadały na skutek opublikowanego, wiarygodnego, programu zjednoczonej opozycji – nie uciekającego od konkretów programu odnowy państwa. Programu wychodzącego śmiało naprzeciw wyzwaniom – bez wahań i kunktatorstwa. Programu skreślonego dla wartości, a nie wykalkulowanego pod preferencje takiego lub innego elektoratu. Programu, który by budził, wyrywał z letargu – o co apelował Piotr S. Programu, który by porwał miliony Polek i Polaków – tych, którym intuicja podpowiada, gdzie jest polska racja stanu i związane z tym miejsce Polski w Unii Europejskiej, jak przeogromne znaczenia dla polskiego dobrostanu ma nasze europejskie obywatelstwo; tych, którym marzy się otwarte, świeckie demokratyczne państwo prawa.

Bronię się przed tym, żeby włożyć to między bajki, choć na razie rzeczywistość wciąż skrzeczy. „PiS-owi spada”, ale „Kukizowi 15” – populistycznej, bezideowej hucpie, w której do głosu coraz bardziej dochodzi radykalny, nacjonalistyczny Ruch Narodowy – „rośnie”. „Rośnie” też Andrzejowi Dudzie, któremu – za sprawą pełnienia najwyższego urzędu w państwie – przypada największa osobista odpowiedzialność za psucie polskiej demokracji, za łamanie Konstytucji, za wprowadzanie tylnymi drzwiami nieobliczalnych zmian ustrojowych. Natomiast najliczniejsza w parlamencie formacja opozycyjna, „Platforma Obywatelska”, dysponująca stabilnymi strukturami i niebagatelnymi środkami finansowymi, wciąż stoi w rozkroku nie mogąc zdobyć się na wyrazistość: słupków poparcia szuka w umizgiwaniu się do różnych elektoratów, buńczuczne deklaracje z partyjnych konwencji tracą wiarygodność w świetle sejmowych głosowań, a partyjny lider ściga się z Jarosławem Kaczyńskim o pierwsze miejsce w rankingu na niepopularność nie dostrzegając jedynej szansy na zmianę wizerunku partii, który mogłaby spowodować gruntowna zmiana pokoleniowa. Liberalna „Nowoczesna” – mimo kilku młodych twarzy i głosów, które chętnie słucha się w przekazie telewizyjnym – z trudem podnosi się z porażki wizerunkowej walcząc o zachowanie partyjnej tożsamości i nie zejście do roli „przystawki”. O „Europejskich Demokratach”, mających ideowych działaczy (choć już z poprzedniego rozdania) i mądry program, mało kto słyszał. Obrotowy PSL mało skutecznie walczy z PiS o resztki swego elektoratu. Lewica – jakże potrzebna na polskiej scenie politycznej – wciąż nie jest zdolna się ogarnąć: stare SLD powiela słabości „Platformy”, „Razem” robi wszystko, żeby nie iść razem,  pani Nowacka i Robert Biedroń na razie milczą pozostając gdzieś w tle.

Przez ten mrok przebija się jednak jakieś światło. Jest nim budzące się i umacniające dopiero teraz, w tym czasie polskiej smuty, autentyczne społeczeństwo obywatelskie: to pozytywny efekt uboczny dramatycznej „dobrej zmiany”. Ma ono pod górkę: jest „czarnym ludem” w mediach narodowych, dyskryminowane przy rozdziale środków publicznych (w tym unijnych), ograniczane w swojej działalności stanowionymi aktami prawa. Po okresie masowych protestów (w których uczestniczył niespełna jeden procent polskiej populacji!) działa w klimatach „narodowego uśpienia”. A mimo to rodzą się coraz to nowe inicjatywy – nie tylko w wielkich aglomeracjach, również w Polsce „prowincjonalnej” – w których pojawia się coraz więcej młodych twarzy; rad jestem osobiście, że coraz bardziej dominującą rolę odgrywają w nich kobiety. Bunt i gniew – różnie ukierunkowywany – daje o sobie znać coraz bardziej. Równocześnie narasta ferment intelektualny: debatują na przeróżnych spotkaniach prawnicy i ekonomiści, socjologowie i historycy. Dojrzewa świadomość, że żyjemy w jakimś okresie „interregnum” – między tym, co było i tym, co będzie, a nie dotyczy to tylko Polski, bo zjawisko jest szersze, by tak rzec – europejskie.

To, co było, skończyło się falą kryzysów, które przyniosły sygnał, że pora na zmiany, na przewartościowania. One tylko pozornie nie dotknęły Polski: wyborcze zwycięstwo „dobrej zmiany” odwołującej się do woli narodu, nie byłoby możliwe bez fali – powodowanej kryzysami –  populistycznej narracji. To, co będzie, okaże się już za rok, bo to w 2019 zapadną decyzje, które przesądzą o losach i Polski i Europy na dziesięciolecia. Europa jest tego świadoma – wyzwaniom stawia czoła już od dawna. Przez wszystkie kraje członkowskie Unii przetacza się wielka obywatelska debata – jakże mało dostrzegana w Polsce borykającej się z własnymi problemami. Komisja Europejska dwoi się i troi, aby dopiąć dawno rozpoczęte wielkie projekty – Unię Bankową, Unię Gospodarczą i Walutową, Jednolity Rynek Cyfrowy, ale równocześnie inicjuje nowe – Europejski Filar Spraw Socjalnych zapewniający społeczną inkluzywność, Unię Obronną wzmacniającą również bezpieczeństwo wewnętrzne, wspólną politykę azylową: to tylko wierzchołki gór lodowych – żagle są pełne wiatru. To wizja Europy, która „chroni, wspiera i broni”. Ostateczna decyzja o dalszym kształcie Unii, o kierunku, w którym podąży, zapadnie już w przyszłorocznym marcu, na historycznym szczycie po „dokonaniu się” Brexitu, a dwa miesiące przed europejskimi wyborami parlamentarnymi, które określą, kto stanowić będzie europejskie prawo. Nie wyobrażam sobie innych decyzji jak opowiedzenie się Europy za globalnym aktorstwem na arenie międzynarodowej, co wiąże się z pogłębianiem integracji, za potwierdzeniem przywiązania do fundamentalnych wartości, jakie spajają Wspólnotę. A jakież to będzie miało znaczenie dla dalszych losów Polski!

Z wyobraźnią mam większe kłopoty kiedy myślę o tym, jak sprawy potoczą się w moim własnym najukochańszym kraju. Nasuwają się dziesiątki pytań, które dzisiaj pozostają bez odpowiedzi: odpowiemy na nie, jako polska wspólnota, (już!) za półtora roku przy urnach wyborczych, a nie będzie to wybór między prawicą i lewicą, bo taki podział jest już dawno „passe”. Będzie to wybór między otwartością na świat, akceptacją dziejowych procesów, jakie dokonują się w sferze demografii, mobilności, komunikowania się, wyrównywania szans  i czego tam jeszcze, wspólnym stawianiem czoła wyzwaniom, jakie niosą, a zamknięciem się w kokonie narodowej „naszości” karmionej zafałszowaną historią, skazaniem się na marginalizację i osamotnienie – na lata. Będzie to również wybór między dwoma politycznymi cywilizacjami, których ścieranie się wyjątkowo przybrało na sile: cywilizacją despocji i cywilizacją obywatelskości.

Do pytań jednak powracając: czy potencjał tkwiący w determinacji, buncie i złości tej garstki, która wciąż – protestując i edukując – umacnia zręby autentycznego, ofiarnego społeczeństwa obywatelskiego, da się przekuć (czas ucieka!) w ruch, który porwie Polaków, który przekona do dokonania wyboru na rzecz cywilizacji obywatelskości? Czy głosy intelektualistów debatujących na temat polskiej racji stanu, na temat fundamentalnego znaczenia, jakie ma odzyskanie przez państwo polskie elementarnego zaufania niezbędnego, aby znów zasiąść przy europejskim stole i współdecydować o wspólnej przyszłości, dotrą na czas do szerokiego grona polskiej inteligencji? Czy stanie się – na czas – oczywistym dla Polaków kłamstwo, na którym opiera się cała polityczna narracja „dobrej zmiany”: kłamstwo smoleńskie, które zdominowało przedwyborczą propagandę i służy jako mit założycielski „Polski odzyskującej suwerenność”; kłamstwo o „wstawaniu z kolan”, które doprowadziło do katastrofy wizerunkowej Polski, zerwaniu więzi europejskich, zburzeniu w zarodku strategicznej (iluzorycznej) koncepcji sojuszu z Ameryką i Izraelem; kłamstwo zawarte w konstrukcji „polityki historycznej” stanowiącej propagandową tubę fałszującą historię; kłamstwo zatruwające całą sferę publiczną, służące zawłaszczeniu władzy absolutnej przez jednego człowieka i grono jego akolitów? Czy – kiedy mówimy o tym, co będzie – zyska aprobatę Polaków „okrągłostołowe” myślenie o nowoczesnym państwie budowanym na doświadczeniach „złotego ćwierćwiecza” polskiej państwowości – tych dobrych, ze sprawnie przeprowadzonej transformacji ustrojowej i gospodarczej dzięki determinacji i autentycznemu  zaangażowaniu wspaniałych ludzi z różnych, nawet przeciwstawnych opcji politycznych; i tych złych, z popełnianych błędów (czy można było ich uniknąć?), ze społecznych zaniechań, z partyjnej pychy; myślenie o nowoczesnym państwie, w którym znalazłoby się miejsce dla różnorodności, dla ścierania się – w zgodzie z Konstytucją – koncepcji i konserwatywnych, i liberalnych, i lewicowych i dochodzenia do szlachetnego kompromisu w myśl dobra wspólnego?  I ostatnie już „czy”, które bierze się z narastających nastrojów antyklerykalnych: czy zdobędziemy się jako wspólnota na rozróżnienie między szacunkiem dla Kościoła jako fragmentu polskiej tożsamości narodowej niezależnie od naszej indywidualnej religijności, wiary bądź jej braku, a instytucją polskiego Kościoła „roszczącego”, aspirującego do współkształtowania polityki państwa widząc w tym spłatę długu za postawę Kościoła w „epoce komunizmu” wspierającą społeczny opór? Czy przy deklaracji uczestniczenia w Kościele powszechnym, składanej przez większość Polaków, zdobędziemy się na jednoznaczne opowiedzenie się za państwem świeckim, w pełni otwartym na różnorodność światopoglądową? Czy unikniemy kopania kolejnego rowu – kolejnego podziału – który byłby wykorzystany w propagandzie narodowej despocji? I au rebours: czy polski Kościół, postrzegając destrukcyjny wpływ postawy, jaką zajął, na polską rzeczywistość zdobędzie się na rezygnację z udziału w procesach politycznych, na ograniczenie się do swojej podstawowej misji formowania postaw w ewangelicznym duchu miłości, otwartości i spotkania?

Na odpowiedzi przyjdzie poczekać: z nadzieją! Ale też ze świadomością, że ten czas czekania jest już krótki. Rok wyborczy za pasem, a będzie to wybór naszej przyszłości na dekady – o tym jestem przekonany.