9. maja – urodziny powojennej Europy

Trzeba wiele wysiłku, żeby móc to sobie wyobrazić. Pięć lat po strasznej wojnie: między Wschodem i Zachodem Europy zapadła „żelazna kurtyna”. Wielkie miasta europejskie z ich naturalnymi miejscami pracy są wciąż w ruinie. Jest powszechna – niewyobrażalna dzisiaj –  bieda, którą nieco tylko, na Zachodzie, niweluje Plan Marshalla. Utrzymuje się atmosfera nienawiści zwyciężonych do zwycięzców, także zwycięzców do zwyciężonych: groby – miliony grobów – są wciąż świeże. Odżywają historyczne napięcia między Francją a dopiero co powstałą w trzech strefach okupacyjnych Federalną Republiką Niemiec, ale status okupacyjny wciąż trwa. Tu i ówdzie przebąkuje się o Trzeciej Wojnie, a w uszach pobrzmiewa pamiętny fragment przemówienia Jean Monneta wygłoszonego pod koniec wojny w Casablance: „…jeżeli państwa europejskie odrodzą się w formacie narodowym, Europę czeka kolejny kataklizm…”

W takiej to sytuacji minister spraw zagranicznych Francji, Robert Schuman, w dniu 9 maja 1950 prezentuje dziennikarzom dokument mówiący o porozumieniu się Francji i Niemiec co do wspólnego zarządzania produkcją węgla i stali – dokument, który zyskał nazwę Deklaracji Schumana. Węgiel z niemieckiego Zagłębia Ruhry i stal z francuskiej Lotaryngii – to w owym czasie materiały strategiczne, potencjalny arsenał zbrojeń. Ile trzeba było odwagi wobec panujących wówczas nastrojów i klimatów politycznych, ile wizjonerstwa i determinacji, żeby wyjść wobec świata z taką inicjatywą! Szczęśliwie, Robert Schuman nie był sam: szkic tego dokumentu kreślił Jean Monnet, podówczas francuski komisarz ds. planowania, pomysłem Schumana było jego otwarcie na inne kraje, a do gigantów tej politycznej myśli, wielkich mężów stanu powojennej Europy, dołączył pierwszy kanclerz powojennych Niemiec, Konrad Adenauer. Po roku mało spektakularna – choć o fundamentalnym znaczeniu – deklaracja przerodziła się w Traktat Paryski, który powoływał Europejską Wspólnotę Węgla i Stali, nazwaną przez Schumana „pierwszą konkretną podstawą Federacji Europejskiej niezbędnej dla zachowania pokoju”; wszedł w życie – na 50 lat – w lipcu 1952. Warto te słowa „Ojca Założyciela” mieć w pamięci dzisiaj, kiedy przeciwnicy postępującej europejskiej integracji chcą nam wmówić, że inicjatorzy tego wizjonerskiego europejskiego projektu „wyobrażali to sobie inaczej”, że „nie do takiej Europy  przystępowaliśmy”

A tak to się właśnie zaczęło i – żeby nie umknęło pamięci – dzień 9. maja ogłoszony został decyzją Parlamentu Europejskiego Dniem Europy.

W tym roku świętowaliśmy ten Dzień w klimatach szczególnych. W Europie po przejściach. W Europie przezwyciężającej falę kryzysów – finansowego, gospodarczego, migracyjnego, związanego z terroryzmem i z Brexitem – która w pewnym momencie przerodziła się w kryzys egzystencjalny, umykającą wśród jej obywateli wiarę w sens jej istnienia. W Europie, której chwilowa zapaść stworzyła przestrzeń do odradzania się toksycznych nacjonalizmów dopuszczając do głosu różnej maści populistów. W Europie, w której wciąż pobrzmiewa krytyka demokracji liberalnej, choć inna przecież nie istnieje – bo alternatywnymi wariantami są albo demokracja „suwerenna” według projektu rosyjskiego satrapy czy też tureckiego sułtana Erdogana, albo demokracja „niesuwerenna” (miękka dyktatura partyjna) promowana przez węgierskiego przywódcę i polskiego Prezesa, których uwierają uniwersalne prawa człowieka, priorytet stanowionego prawa nad doraźną wolą suwerena, swobody obywatelskie, szacunek dla mniejszości, o demonie „gender” już nie mówiąc.

Ale też świętujemy ten Dzień w Europie przebudzonej, która potwierdziła, że jej siłą sprawczą są wciąż i niezmiennie wypracowywane przez siedem dekad wartości, które ostatecznie znalazły swój wyraz w art. 2 Traktatu z Maastricht (o Unii Europejskiej) i w Karcie Praw Podstawowych. Ale też w Europie, która potrafiła wyciągnąć wnioski ze swoich słabości i przekuć je na program, który – zgodnie z zapowiedzią w „Orędziu o stanie Unii” wygłoszonym już w roku 2016 – realnie „chroni, wspiera i broni” 505 milionów swoich obywateli poprzez wdrażanie dziesiątek prospołecznych inicjatyw, skuteczne mierzenie się z kryzysem migracyjnym i z problemem obronności europejskich granic. Ale też w Europie, która – za sprawą Komisji Europejskiej – podjęła trud prowadzenia szerokiej obywatelskiej debaty o swojej przyszłości w oparciu pięć wariantowych propozycji zawartych w opublikowanej w 2017 roku Białej Księdze.

To może najważniejsze: w tym roku świętujemy ten Dzień po wyborach, jakich dokonały społeczności dwóch wiodących (czy to się komuś podoba, czy nie) Krajów Członkowskich Unii;  wyborach, które pokazały, że ciągnąca Europę wstecz nacjonalistyczna, uciekająca się do jątrzącego populizmu, narracja jest do przełamania – właśnie pod unijną flagą i z eksponowaniem europejskich wartości. Świętujemy w atmosferze „łapania przez Europę wiatru w żagle”: to motto ostatniego „Orędzia o stanie Unii” wygłoszonego przez J-C Junckera we wrześniu ubiegłego roku. I ze świadomością, że nadchodzący rok będzie dla przyszłości Unii przełomowy: w dzień po ostatecznym „dokonaniu się” Brexitu, w marcu 2019, Rada Europejska, wsłuchując się w głosy obywatelskiej debaty, wytyczy kierunek  dalszego rozwoju Unii, określi jej strategię na najbliższe lata, zdecyduje o kształcie dalszych procesów integracyjnych. Że za równy rok świętować będziemy uczestnicząc równocześnie w demokratycznym procesie wyborczym. Przy wciąż obecnej w dyskursie publicznym populistycznej narracji obywatele Unii Europejskiej z 27 krajów wypowiedzą się, kto zasiądzie na najbliższe cztery lata w Parlamencie Europejskim, kto przejmie busolę wskazującą kierunek i jak z niej będzie korzystał.

Nikt chyba nie zdobyłby się na bardziej klarowne zaprezentowanie olbrzymiej roli Parlamentu Europejskiego w kształtowaniu przyszłości milionów obywatel Wspólnoty, jak zrobił to w swoim znakomitym przemówieniu Pat Cox: gość honorowy polskiego Przedstawicielstwa KE w Dniu Europy, przewodniczący PE V kadencji w latach 2002-2004, wielki przyjaciel Polski, gorąco wspierający naszą akcesję do „europejskiego klubu”, kiedy dokonywaliśmy naszego historycznego cywilizacyjnego wyboru. I nikt nie potrafiłby bardziej przekonywująco mówić o znaczeniu europejskich wyborów parlamentarnych, tego dokonania „wolnego wyboru przez wolnych ludzi” („free choice by free people”) w imię dobra wspólnego niepowtarzalnej europejskiej wspólnoty. I nikt nie potrafiłby bardziej przekonywująco zachęcać do udziału w tych wyborach, już za równy rok, w świetle dramatycznego wyzwania dla wartości europejskich – wolności we wszystkich jej wymiarach, równości szans, praworządności, praw człowieka – jakie stanowić będą jątrzące głosy populistów. A na pytanie, czy jest w tej kwestii optymistą, czy pesymistą odpowiedział cytatem z Roberta Schumana, kiedy zadawano mu przed 68-iu laty podobne pytanie w odniesieniu do ogłoszonej, historycznej Deklaracji: „…Ani optymistą, ani pesymistą: jestem zdeterminowany…”

Myślę, że to jest dobra puenta: bądźmy zdeterminowani, podobnie jak byliśmy w 2003 w nie łatwej, przedakcesyjnej kampanii referendalnej, kiedy ważyły się losy naszego polskiego cywilizacyjnego wyboru, kiedy populiści straszyli nieznanym i bredzili coś o utracie suwerenności. Bądźmy zdeterminowani w przekonywaniu do udziału w europejskich wyborach – doprawdy, nie mniej ważnych niż krajowe, w coraz większej mierze stanowiących o naszych losach; w przekonywaniu do europejskich – także przecież polskich – wartości, do europejskiej integracji – gwarancji naszego bezpieczeństwa, stabilnego rozwoju z otwartością na świat, dobrobytu; w przekonywaniu do wyboru ludzi światłych, Europejczyków z głębokiego przekonania i z pasją do obrony wspólnych wartości, dla których polska europejskość jest w chwili obecnej przejawem najbardziej autentycznego patriotyzmu i realizacją marzeń wielu pokoleń Polaków. Czy jest do tego wszystkiego, o czym tak bardzo warto z determinacją przekonywać, jakakolwiek alternatywa? Ależ, oczywiście, jest: to coraz głębsze zapadanie się w „naszość”, budowanie wokół siebie skansenu, odgradzanie się od świata ze wszystkimi tego konsekwencjami, wybór „demokracji nieliberalnej” – wędrówka wstecz w kierunku wpływów wschodniej despocji.

Szczęśliwie, senne koszmary zazwyczaj się nie spełniają.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s