kilka słów refleksji po 4 lipca

Kilka słów refleksji (trochę może spóźnionej – cóż, reakcja jest spowolniona, przywara wieku) na temat tego, co przeżywaliśmy w czasie kilku minionych dni – ważnych dni, być może takich, które przejdą do historii. Rzeczywiście, była moc, czuć było jakieś przebudzenie, determinację, nadzieję, jakby chwilowy efekt apelu Szarego Człowieka, Piotra Sz.: przebudźcie się! Tak, wygraliśmy bitwę. Atoli do wygrania wojny wciąż jeszcze daleko. Emocje opadną, bo przecież taka jest ich natura, i na to liczy obóz władzy: pozwolił nam się wykrzyczeć, wyrzucić z siebie gniew i złość, po to, żeby znów wpełzać tylnymi drzwiami i kończyć swoje piekielne dzieło zniszczenia tego najcenniejszego, co przyniosła nam Trzecia Rzeczpospolita – demokratycznego państwa prawa, jego ostatniego bastionu, Sądu Najwyższego. Piszę o rzeczach oczywistych, bo chyba nikt z nas nie ma co do tego wątpliwości, ale piszę, bowiem wydaje mi się, że nie dość słów, żeby o tym przypominać. To pełzanie już się zaczęło: dzisiaj wpłynął do SN list Pana Prezydenta, formalnie przenoszący 11 sędziów SN – w tym Pierwszą Prezes – w stan spoczynku. Co dalej? Jakże ważne, żeby po opadnięciu emocji pozostało to drugie, dające przecież o sobie znać w minionych, pełnych napięcia dniach: determinacja. Innymi słowy – trwanie. Jestem przekonany, że ta determinacja pozostanie, nie wiem tylko u jak wielu, a od tego ogromnie dużo będzie zależeć. Nie mam też wątpliwości, że cena odwagi zacznie wzrastać.

W tym kontekście wracam myślą do tego nieodległego dnia, kiedy wprowadzaliśmy Panią  Pierwszą Prezes do jej zakazanego już wówczas gabinetu. Był to szczytowy moment naszego „wzmożenia” i było nas naprawdę wielu. Prosiłem wówczas prowadzących spotkanie o przekazanie mi na krótką chwilę mikrofonu, bo wydawało mi się, że mam coś ważnego do powiedzenia. Nie doszło do tego i chyba słusznie, bo potrzebą chwili były silne, porywające głosy – mój słaby i schrypły do tego nie pasował. Wyrzucam więc z siebie to – moim zdaniem „ważne” – tutaj, może gdzieś dotrze. Otóż, chciałem jako jeden z seniorów tych naszych szlachetnych protestów i jakby – jestem o tym przekonany – w ich imieniu podziękować za obecność, za to, że przyszli, młodym ludziom, młodzieży, której więcej było wśród nas tym razem, niż kiedykolwiek. Chciałem im powiedzieć, że rozumiem wstrzemięźliwość ich pokolenia, żeby dołączyć, niedostatek motywacji, żeby „przyjść”, bo decyzja o tym wymaga z ich strony olbrzymiego wysiłku uruchomienia wyobraźni o tym, co tracą – o tym, co dla nas, starszych, jest oczywistością. Jakże trudno im, ukształtowanym w etosie Trzeciej Rzeczypospolitej, wyobrazić sobie paszporty bez nadruku „Unia Europejska”, a zatem pozbawienia tego drugiego, równoległego obywatelstwa wielkiej wspólnoty, które pozwala im czuć się w każdym zakątku Europy jak u siebie w domu, w poczuciu bezpieczeństwa – przekraczać granice bez ich postrzegania, wpadać na weekend do Paryża, bez kłopotów podejmować pracę w Utrechcie czy studia na Uniwersytecie Humboldta, zakładać firmę w Mediolanie, wybierać stoki w austriackich Alpach na zimowe wakacje, bo tam taniej niż na stokach karpackich. Jakże trudno im wyobrazić sobie kolejki przed konsulatem po wklepanie w paszport hiszpańskiej wizy. I tą atmosferę w domu, gdzie „o wszystkim się głośno nie mówi”, żeby dziecko nie „chlapnęło” czegoś w szkole, z czego mogą być kłopoty. I ten lęk przed urzędnikiem, który wertuje Twoje papiery i badawczym spojrzeniem bada, z jakiej jesteś opcji. Jakże rozumiem ich dystans do niektórych naszych żarliwych okrzyków, bo oni ich nie rozumieją i nie bardzo wiedzą, o co nam chodzi; do niektórych fragmentów naszej narracji, którą przejęliśmy od naszego, dzielącego naród, przeciwnika, w której wciąż sporo jest agresji – i żeby tylko. Bo ich świat jest inny i chodzi im o trochę coś innego. Dlatego wydaje mi się, że ich liczna obecność tego historycznego dnia przed gmachem SN, kiedy manifestowaliśmy swój sprzeciw, zasługuje na to szczególne „dziękuję”.

Ale chciałem im powiedzieć coś więcej: chciałem do nich najgoręcej zaapelować, żeby w tej obecności już trwali, żeby swoim świadectwem przyciągali do niej swoich przyjaciół, rówieśników. Chciałem im powiedzieć, że to od nich, od ich aktywnego udziału w obywatelskiej opozycji, zależy w dużej mierze sukces naszych protestów. Chciałem się z nimi podzielić doświadczeniem przepełnionego troską starego człowieka taką oto, że  najżarliwsze nawet okrzyki już nie wystarczą; że sukcesu nie będzie, bez skreślenia choćby zarysu programu dla po-PiSowskiej Polski – odważnego programu, na który wciąż nie może zdobyć się parlamentarna opozycja, którego skreślenie z takim trudem przychodzi również opozycji obywatelskiej. Programu, w którym patriotyzm (haniebnie zawłaszczany przez prawicowy obóz rządzący) szedłby harmonijnie w parze z demokratycznym państwem prawa, jedynym i bezalternatywnym gwarantem obywatelskich wolności, równości szans i uczestnictwa w niepowtarzalnej europejskiej wspólnocie. Programu, który stwarzałby przestrzeń współdziałania dla dobra wspólnego wszystkim opcjom politycznym, zarówno tym „z lewej”, z centrum, jak „z prawej”, z wykluczeniem jedynie siejącego nienawiść, toksycznego nacjonalizmu; programu inkluzywnego, który otwierałby się również na tych, którzy się pomylili i w swojej frustracji, w swoim (często subiektywnym, ale często też uzasadnionym) rozżaleniu na wykluczenie, szukając zmiany, nieopacznie postawili swój krzyżyk na karcie wyborczej w rubryce PiS; którzy jakże chętnie chcieliby się z tego wycofać, ale nie bez gwarancji, że wykluczenia już nie będzie, że priorytetem przyszłej Polski będzie nie autostrada, a Człowiek.

Tak więc chciałem im powiedzieć, tym młodym, wrażliwym Polakom, którzy licznie przyszli pod gmach SN „tego dnia”, jakże bliskim mi i drogim moim współobywatelom, że oczekuję od nich nie tylko wznoszenia wspólnych okrzyków, że „nie oddamy”, bo marzy mi się coś więcej. Marzy mi się, żeby to oni wzięli na siebie ten wielki trud skreślenia programu dla Polski przyszłości, dla Polski bardziej niż kiedykolwiek demokratycznej i praworządnej; dla Polski europejskiej i otwartej na świat. Dla Polski uśmiechniętej i przyjaznej wobec Człowieka, dla Polski wspólnej. Dla Polski na miarę ich aspiracji, na miarę rzeczywistości widzianej ich oczami. Marzy mi się, żeby to oni, nie skażeni jeszcze żądzą władzy, nie dotknięci bakcylem osobistych ambicji, pragnący autentycznych wyzwań, tworzyli program dla Polski moich nieustannych marzeń – marzeń mojego pokolenia, którego zaledwie zręby stworzyła Trzecia Rzeczpospolita. Żeby nie tylko trwali w tym naszym wspólnym proteście przeciwko złu, destrukcji, despocji, ale też żeby zdobyli się na zrozumienie dramatycznego wyzwania, jakie stoi przed Polską, któremu na imię opowiedzenie się za cywilizacją Zachodu, za fundamentami monteskiuszowskiej demokracji, za wartościami, o których mówi europejska Karta Praw Podstawowych. Żeby zdobyli się na przejęcie odpowiedzialności za nasz wspólny dom – za Polskę: bo nagle, jak grom z jasnego nieba przyszedł ich czas. Być może skracając czas beztroskiej młodości, każąc zmierzyć się z historycznym wyzwaniem, z podjęciem wymagającej odwagi decyzji, w jakiej rzeczywistości realizować będą swoje aspiracje, co przekażą swoim synom, córkom i wnukom.

Ot, takie moje marzenia – marzenia „starego subiekta” z „Lalki” Prusa przeniesionego w 21. wiek – marzenia tego pokolenia, które odchodzi. Związane z nadzieją. I z wiarą, że to, które wchodzi na polską scenę dziejową nie zawiedzie. Nie zawiedziecie, prawda?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s