Z myślą o KORD: skąd? dokąd? po co?

Myślę, że warto dziś o tym przypomnieć, bo to już historia: nasz protest przeciwko zamachowi na Konstytucję rozpoczęliśmy 3 grudnia 2015 przed siedzibą Trybunału Konstytucyjnego. Kto to pamięta? Czy docierało wówczas do naszej wyobraźni, że nowelizacja ustawy o TK przeciwko której protestowaliśmy, była zaledwie początkiem procesu fundamentalnych zmian ustrojowych; że była uruchomieniem walca, który w precyzyjnie zaplanowany sposób miał wgnieść w polską ziemię mozolnie, przez ćwierć wieku, wznoszone zręby instytucji demokratycznego państwa prawa?

Patrząc wstecz przerażenie ogarnia, jak bardzo byliśmy ma ten ruch walca nieprzygotowani, z jakim lekceważeniem słuchaliśmy słów Jarosława Kaczyńskiego mówiących o „Budapeszcie w Warszawie”, traktując je jako bezsensowne pokrzykiwania sfrustrowanego polityka pałającego żądzą zemsty i spragnionego władzy. I aż wierzyć się nie chce, jak szybko zniknął nam z horyzontu ten pierwszy  odruch spontanicznego, obywatelskiego protestu, w którym – jak Polska długa i szeroka – uczestniczyło setki tysięcy obywateli pod transparentem Komitetu Obrony Demokracji. A jakaż była w nim moc, ile wiązanych z nim nadziei! Kiedy już zniknął – jakie poczucie zawodu, że ci nasi pierwsi liderzy, którzy wezwali nas do protestu, nie sprostali wyzwaniu.

Tymczasem walec się rozpędzał. Piekielny algorytm niszczenia w Polsce młodej, wciąż jeszcze nie okrzepłej demokracji, skreślony – daję w to wiarę – tą samą ręką, która w różnych punktach globu usiłuje burzyć światowy ład i kwestionować priorytet prawa, realizowany jest z zegarmistrzowską precyzją. Bezwolny prezydent, likwidacja służby cywilnej i obsadzenie urzędów politycznymi nominatami, zawłaszczenie mediów publicznych, skrajny nepotyzm promujący „miernych, ale wiernych”, ukierunkowane politycznie obietnice socjalne, powołanie „gwardii narodowej” (WOT) wyjętej spod kontroli cywilnej, kolejne delikty konstytucyjne zmieniające ustrój państwa, pełzająca faszyzacja kraju – coraz mniej skrywany flirt ze środowiskami skrajnych narodowców w sposób ewidentny łamiących zapisy Konstytucji, reforma edukacji mająca na celu kształtowanie „nowego człowieka”, pisanie od nowa historii, rujnacja młodego polskiego parlamentaryzmu, pogłębiający się spór z Unią Europejską, która uparcie, jak brzęcząca pszczoła, przeszkadza w destrukcji państwa prawa, systematyczne wyprowadzanie Polski – jakby tylnymi drzwiami – z tej niepowtarzalnej wspólnoty wolnych narodów. Uwieńczeniem sukcesu destrukcji ma być rozmontowanie trójpodziału władzy – pozbawienie sądu przyrodzonej mu niezawisłości, poddanie go kontroli polityka. A Jarosław Kaczyński, w miarę utwierdzania swego władztwa, coraz mniej zwraca uwagę na zachowanie pozorów – coraz częściej mówi otwartym tekstem. Czasem doprawdy warto go posłuchać, żeby wiedzieć, w którym jesteśmy miejscu, choćby tego: z reformy państwa nie zrezygnujemy, choćby miało to zagrażać  gospodarce. Albo tego: dyktatowi Brukseli nie ulegniemy i państwo będziemy zmieniać. Albo ostatnio: dokończenie „reformy” sądów jest niezbędne do zreformowania państwa. To nie są cytaty, bo trudno mi je  odszukać; to pospiesznie notowana esencja rzucanych w przestrzeń publiczną prezesowych myśli: o barierach, jakichkolwiek hamulcach, nie ma tu mowy, walec się toczy i toczyć się będzie, swego dzieła dokończymy. Straszne? Straszne!

Można by tak mnożyć. Towarzyszy temu określona narracja, której myślą przewodnią jest „dziel i rządź”. Podzieleni zostaliśmy na „sorty”, z których tylko ten „lepszy” dostępuje zaszczytu przynależności do narodu – zbiorowego suwerena, który stoi ponad prawem. Słowa adresowane są do najniższych instynktów ludzkich. „Gorszy sort” odarty został z godności, bo nie jest po myśli dyktatora, aby jakiekolwiek jego cechy budziły choć szczyptę empatii. „Komuniści i złodzieje” – wykrzyczał z za pleców stojącego na drabince swego pryncypała przyszły najwyższy zwierzchnik służb mundurowych, minister spraw wewnętrznych, Joachim Brudziński. Sam pryncypał dodał do tego „zdrajcy”, a jego akolici twórczo to uzupełniali w różnych kontekstach, z których jednoznacznie wynika: „na żołdzie jakiejś lewackiej międzynarodówki”. Czy można sobie wyobrazić empatie do takich typów, w dodatku „stojących tam, gdzie stało ZOMO”?

W ten scenariusz, w ten piekielny niszczycielski algorytm, wpisane zostało jeszcze coś więcej i – być może – to właśnie jest w nim najważniejsze. My się mamy nie lubić,  wszyscy ze wszystkimi: nie tylko „totalna opozycja” z „totalnie rządzącymi”, również w swoich środowiskach, gronach, grupach i podgrupach. Dyktator kocha zarządzanie konfliktami – to umacnia jego pozycję. Mało mnie interesuje, z czyjego nielubienia się w gronie swoich akolitów zadowolony jest Jarosław Kaczyński. Jest natomiast dla mnie sprawą fundamentalną, jakie narodowe przywary wpisane zostały w tym scenariuszu po stronie opozycji w przewidywaniu, że doprowadzą do jej skłócania, uniemożliwiania konsolidacji i określenia celu wspólnego – obalenia dyktatury i rządów bezprawia. Interesuje mnie, na co – na jakie nasze słabości liczy nasz polityczny przeciwnik i czy się przeliczył, czy też jednak w swoich diabelskich przewidywaniach miał trochę racji.

Do tych słabości obniżających naszą siłę rażenia jeszcze powrócę, chcę jednak przed tym powiedzieć, w czym się ten domniemany przeze mnie scenariusz naszym przeciwnikom nie sprawdził. Gdyby nawet założyć, że przewidywał on w jakimś swoim wariancie masowe protesty u progu niszczycielskiego procesu i towarzyszące temu rozbudzone nadzieje, że dopuszczał wykrzykiwanie przez nas słów protestu, co Prezes kwitował z cynicznym uśmiechem „cała Polska z was się śmieje”, to dalszym ciągiem tego przewidywania musiało być skłócenie się opozycyjnych liderów i załamanie się nadziei wobec nie hamującego walca. Domniemany rezultat miał być taki jak na Węgrzech, jak w Turcji, o Ukrainie nie mówiąc: tłum opuszcza ulice, wraca do domów, choćby i na wewnętrzną emigrację, a karawana bez przeszkód jedzie dalej. Stało się inaczej. My się nie rozeszliśmy, do domu nie wróciliśmy, zadzierzgnięte podczas masowych protestów więzy okazały się trwałe. Obudziło się w nas – to prawda, niezbyt pieszczone w okresie minionego „złotego ćwierćwiecza” – poczucie obywatelstwa, świadomość traconych praw i zagrożenia wychodzeniem z Europy, odpowiedzialność za dalsze polskie losy. Zaczęliśmy uczyć się Konstytucji i z przejęciem słuchać jej preambuły definiującej państwo prawa. Że to nie cały naród? Że tych działających, budzących, inspirujących jest garstka? A czy nie garstka tworzyła fenomen czasu wojny na skalę światową, Polskie Państwo Podziemne? Czy nie garstka Warszawiaków chwyciła za broń podczas Powstania? Czy nie garstka z tych, którzy podczas „karnawału” przypinali sobie znaczek pisany „solidarycą” pochylała się nad sitodrukowymi powielaczami drukującymi w stanie wojennym solidarnościową bibułę?

To prawda, emocje opadły, bo taka jest dynamika masowych wydarzeń, ulice nieco opustoszały, nie bez znaczenia dla rodzącej się obywatelskiej opozycji okazał się kryzys KOD-u jako znaku firmowego ogólnopolskich protestów. Nie doszło jednak ani na moment do powstania próżni. Spontanicznie rodziła się nowa formuła obywatelskiej opozycji: różnorodność. Ujawniały się różne wrażliwości, dawały o sobie znać coraz to nowe inicjatywy, protesty organizowane były w formule bardziej lub mniej radykalnej. Byliśmy i jesteśmy wszędzie, gdzie działa się, bądź też dzieje się historia. Odważni „Obywatele” – świadomi konsekwencji i brutalności zwyrodnialców – kładli się i wciąż kładą na bruku demonstrując !no pasaran! dla narodowych patriotów maszerujących pod znakiem faszystowskiej falangi. Zdeterminowane do obrony swoich praw kobiety otworzyły w całej Polsce swoje czarne parasolki i nie zamierzają ich zamykać tworząc potężny ruch protestu. „Akcja Demokracja” zapaliła „światełko dla praworządności”, które zapłonęło i wciąż płonie w całym kraju przenikając do wszystkich obywatelskich ruchów i inicjatyw. Oddolnie, w grupach i regionach, odrodził się KOD uparcie przypominając na swoich wydarzeniach i „pikodach” czym jest kradzione nam chytrze – krok po kroku – państwo prawa. A więc trwamy! Zdeterminowani, świadomi swoich obywatelskich powinności – nie odpuszczamy! Nie jesteśmy w stanie zatrzymać niszczącego walca, ale skutecznie hamujemy jego bieg i pokazujemy światu oblicze innej Polski niż ta z zaciętą twarzą niszczyciela polskiej demokracji – Polski obywatelskiej, otwartej, europejskiej. Czy jednak wykorzystujemy cały nasz potencjał, całą moc, jaka tkwi w naszej obywatelskiej determinacji? Czy nie umniejszamy siły swojego obywatelskiego oporu ulegając słabościom wpisanym w niszczycielski algorytm i   wpadając w zastawione na nas chytrze pułapki?

Przychodzi mi na myśl, jak często odwołujemy się w naszych hasłach, apelach, przemówieniach do Europy, a jak mało czerpiemy z doświadczeń europejskiej wspólnoty, z jej recept na to, jak wychodzi się z najbardziej nawet dramatycznych kryzysów. Przywołuję tą – być może – najważniejszą, stanowiącą „leitmotiv” ostatnich dwóch orędzi Jean-Claude Junckera: jedność w różnorodności, w oparciu o niezbędną zasadę wzajemnego zaufania. A więc jedność – w formułowaniu priorytetów – celów nadrzędnych i strategii prowadzącej do ich zrealizowania. A więc wyciszanie środowiskowych aspiracji na rzecz dobra wspólnego. A więc zrezygnowanie przez ambitnych liderów z eksponowania swoich totemów na rzecz wspólnego hasła, które by porywało. A więc dialog z patrzeniem sobie w oczy z zaufaniem i przeświadczeniem, że nie tylko „o coś nam chodzi”, ale że „chodzi nam o to samo” – mimo różnych wrażliwości i różnych temperamentów. Czyż nie jest naszą słabością, na którą liczy totalna władza, że wciąż nam tego dialogu brak? Że wciąż, środowiskowo, trudno nam się polubić?

A zastawione na nas pułapki, w jakie wpadamy: czyż jedną z nich – być może dla dyktatorskiej władzy najważniejszą – nie jest przejmowanie przez nas, choćby chwilami, ich własnej narracji: języka nienawiści i pogardy, którego celem jest prowokowanie i skłócanie? Przyznam otwarcie: nie podejmuję okrzyku „będziesz siedział” nawet, jeżeli kierowany on jest pod adresem pewnego doktora prawa, który najwyższe prawo Rzeczypospolitej podeptał. Nie podejmuję, bo jest w nim coś z agresji. A chętnie podjąłbym ten okrzyk w innym brzmieniu: „będziesz osądzony”. Różnica niby niewielka, a – wydaje mi się – zasadnicza: bo „ulica” – nawet w swoich najszlachetniejszych porywach – nie jest od ferowania wyroków, bo  to prawo przysługuje wyłącznie niezawisłemu sądowi (i pewien jestem, że z niego skorzysta);  bo nie wiem nawet, czy bym tak bardzo chciał, żeby jakiś tam „on” „siedział”; bo oczekuję, że ten niezawisły wyrok skazywać będzie na coś więcej, niż „siedzenie” –  na hańbę, która zapisana będzie po wieczne czasy na kartach historii. A obraźliwe  okrzyki z pogróżkami adresowane do szpalerów policji. Do kogo? Do tych młodych dziewcząt z ukrytymi pod czapką warkoczami, do tych chłopaków spędzonych z całej Polski, żeby tworzyli gęsty szpaler, którego jedynym celem jest prowokacja, pobudzanie nas do złości w stopniu, kiedy puszczają nerwy, mocą rozkazu wmanewrowanych w brudną grę, jakiej w swojej karierze nie przewidywali? Czy wiemy, ilu z nich jakżeby chciało być po naszej stronie barierek (a kto wie, czy po służbie i „po cywilnemu” nie bywa?) Czy zdajemy sobie sprawę, jaką te nasze okrzyki  budzą w nich agresję, jak ich antagonizują poprzez stwarzany klimat zagrożenia? Jak cieszy się z tego totalna władza osiągając swój cel: skłócenie policjanta z Obywatelem, wykreowanie klimatu wrogości, spełnienie marzeń dyktatora: divide et impera – dziel i rządź!

To tylko dwa przykłady, celowo tu wyostrzone: ku przestrodze. Kreślone z nieodstępującą mnie myślą, że – aby odnieść sukces – naszemu upartemu trwaniu, naszej determinacji, naszej wzrastającej w cenie odwadze, musi towarzyszyć roztropność i mądre czerpanie z doświadczeń pokoleń, z doświadczeń Europy, z doświadczeń wyśpiewanej przez barda „pięknej Panny S” – „Solidarności”, która swoją nieustępliwą, pokojową walką, biorąc wzorce z etosu Martina Luthera Kinga, Nelsona Mandeli, przyniosła nam wolność.

Myślę, że ta – by tak to nazwać – „filozofia” dojrzewa w tej naszej obywatelskiej opozycji trwającej już, ale równocześnie tylko niespełna trzy lata. Z upływem czasu dojrzewamy, uczymy się, również na popełnianych błędach, czasem – cóż tu ukrywać – porażkach. Oby ta nauka nie poszła w las, oby przyspieszyła, bo czas biegnie, bo – przed naszą największą batalią, przed historycznym wyzwaniem, które przed nami stoi – jest go coraz mniej. Ta batalia – to maraton wyborczy. Proszę Państwa, Obywatele – my te wybory, wszystkie cztery, równie ważne, musimy wygrać! Ba, nie tyko wygrać jednym czy dwoma punktami: my je musimy wygrać zdecydowanie, bez żadnych wątpliwości, tak jak wygrała je „Solidarność” 4 czerwca 1989. Musimy je wygrać zdecydowanie, bowiem na manipulowanie wątpliwym wynikiem czyha specjalnie przecież w tym celu powołana niekonstytucyjną ustawą Nadzwyczajna Izba Kontroli Sądu Najwyższego – organ autonomiczny, nie podlegający nadzorowi nawet Pierwszego Prezesa SN. My te wybory musimy wygrać dla Polski, dla naszych synów, córek i wnuków, dla przyszłych pokoleń, bo będzie to nasz kolejny wybór cywilizacyjny, bo ich przegrana – to petryfikacja na dekady tego systemu władzy, aprobata dla zmian ustrojowych, utrwalenie endeckiej koncepcji „katolickiego państwa narodu polskiego”, wyprowadzenie naszego kraju ze wspólnoty wolnych narodów Europy.

Proszę Państwa, Obywatele! My ten maraton wyborczy musimy wygrać, ale nie dokonamy tego sami, własnymi siłami choćby najbardziej zaangażowanych obywatelskich działaczy. Ten maraton wyborczy musi wygrać naród – bez jego podziału na „sorty”. Sukces osiągniemy wtedy tylko, jeśli zdołamy obalić, zetrzeć z powierzchni polskiej ziemi, narzucone nam chytrze, przez krętaczy, podziały; jeśli – ubogaceni myślą Pierwszego Premiera, Tadeusza Mazowieckiego – narysujemy powtórnie „grubą linię”, wypracujemy wspólnie z klasą polityczną (sama tego – jak się okazuje – nie zrobi) program dla po-PiS-owskiej Polski likwidujący wszelkie wykluczenie poza sprzeniewierzaniem się Konstytucji, zapewniający godne miejsce w Rzeczypospolitej wszystkim Polakom, niezależnie od ich politycznej, czy jakiejkolwiek innej orientacji, także tym, którzy w swoim rozgoryczeniu zagłosowali na PiS. Zważywszy czas krótki – jest to wyzwanie na miarę herosa, ale my to wyzwanie musimy podjąć dodając go do naszego uporczywego trwania. Głęboko w to wierzę, sprostamy temu wyzwaniu, jeśli już jutro siądziemy do wspólnego stołu i podejmiemy dialog; jeśli wsłuchamy się uważnie w europejskie przesłanie „jedność w różnorodności” akcentując w nim „jedność”; jeśli nasi liderzy zdobędą się na szczere podanie sobie rąk; jeśli już jutro przystąpimy do wypracowania wspólnej strategii, która omijałaby wszystkie zastawione na nas pułapki. Jeśli jeszcze bardziej niż dotychczas polubimy się, tak do końca i na wszystkich poziomach, pokazując tym totalnej władzy – żerującej na naszych podziałach – przysłowiowy „gest Kozakiewicza”. Temu przecież, przede wszystkim – jak rozumiem – dedykowany jest zbliżający się Kongres Obywatelskich Ruchów Demokratycznych.

Proszę Państwa, my temu wyzwaniu musimy sprostać! My ten maraton wyborczy musimy wygrać – my, Obywatele, ale też my, Naród! Alternatywą jest płacz i zgrzytanie zębów: ten koszmar śni mi się po nocach. I my tą batalię wygramy, jeśli tylko nie stracimy z oczu tego bezcennego wzorca, jaki podarowała nam najnowsza historia. Jak mu na imię – wiadomo: SOLIDARNOŚĆ!

 

Budapeszt jest już w Warszawie. Fala hejtu wobec Amnesty International

Proszę Państwa, dzisiaj mój obolały kraj wszedł już pełną parą na „ścieżkę węgierską”, Budapeszt jest już w Warszawie – o czym marzył, jak pamiętamy, poseł Kaczyński – w pełnym wymiarze. Bezprecedensowy atak prawicowych mediów, przecież nie bez inspiracji i przyzwolenia, na Amnesty International i osobiście na dyrektorkę polskiej sekcji AI, to kolejna faza ataku na obywatelską opozycje i jej dyskredytowanie, początek „rozprawiania się” z autonomicznymi organizacjami pozarządowymi. Proszę Państwa, krzyczmy, wrzeszczmy, bo to kolejny akt – haniebny, groźny – wyprowadzania nas, Polaków, z odzyskanego przed ćwierćwieczem obszaru wolności. Treść wpisu na „twiterze” p.Krystyny Pawłowicz – podła, haniebna, obrzydliwa, chamska (unikam jak ognia tego określenia, ale tutaj się nie zawahałem) – „jakaś Draginja Nadażdin z Serbii kieruje polskim! odwłokiem lewackiej międzynarodówki Amnesty International” – to szczyt pogardy dla wartości w powojennej cywilizacji Zachodu fundamentalnej, uniwersalnych praw człowieka. Nie wchodzę w szczegóły, bo opisuje je artykuł w dzisiejszej „GW „, bo …słów brak. Proszę Państwa, krzyczmy, wrzeszczmy, głośno, bo to już doprawdy ostatni dzwonek! Jeżeli nie przekrzyczymy tego draństwa – będzie już po tym tylko cisza! Straszna cisza! Draginio, droga Amnesty, najgoręcej jestem z Wami!

A jutro wszyscy, obowiązkowo, na Marsz Milczenia – w hołdzie bohaterom, ale też w obronie ideałów, za które oddali życie, a które na naszych oczach, w naszym najukochańszym kraju, są tak okrutnie bezczeszczone!

Taki tekst wrzuciłem przed kilku dniami na swój portal w reakcji na falę hejtu w ustach prawicowych polityków i „narodowych” mediów, jaki dotknął Amnesty International po wydanym przez AI oświadczeniu wzywającym polski rząd do przeprowadzenia śledztwa w sprawie zarzutów o użycie gazu wobec protestujących w obronie wolnych sądów. Dzisiaj moje emocje nieco opadły, ale oburzenie i świadomość grozy sytuacji pozostały. Czy jednak wszyscy stojący „po dobrej stronie mocy” tę świadomość grozy podzielają? Na dzisiejszym Marszu ’44 zapytano mnie, czy nie wyolbrzymiam tej sytuacji w świetle tak dramatycznych wydarzeń jak upolitycznianie sądów czy upartyjnianie instytucji państwa. W jakiej proporcji pozostaje Amnesty International do Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego, że należy jej aż tak dramatycznie bronić?

Pytanie pozwolę sobie postawić inaczej: czym w naszej politycznej rzeczywistości, w świecie kształtującym się po traumie strasznej wojny, są prawa człowieka? Zaryzykuję odpowiedź: busolą wskazującą kierunek rozwoju zachodniej cywilizacji. Tak postanowili we wczesnych latach powojennych mężowie stanu po to, żeby   dramat, który pochłonął dziesiątki milionów istnień ludzkich, nigdy już się nie powtórzył. W tym duchu wypracowana została, z ogromnym trudem, Powszechna Deklaracja Praw Człowieka przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w grudniu 1948, a w ślad za tym powołana Rada Europy i rozpoczęta budowa europejskich wspólnot. Deklaracja przez dziesięciolecia inspirowała przyjmowanie coraz to nowych „prawoczłowieczych” konwencji i traktatów.

Atoli życie jakże często odbiegało (i wciąż odbiega) od traktatowych zapisów – raz mniej, innym razem bardziej drastycznie. Bywało i tak: rok 1961, w Portugali rządzi faszyzujący dyktator, Oliveira Salazar. Przy kawiarnianym stoliku w Lizbonie troje  studentów rozmawia, piją wino. W pewnym momencie wznoszą toast: za wolność! Widocznie wino zaszumiało, toast wznieśli nie dość dyskretnie. Natychmiast zostali aresztowani, wkrótce osądzeni na kilka lat więzienia za wznoszenie antypaństwowych haseł. Sprawa zyskała rozgłos. Zainteresował się nią brytyjski prawnik, Peter Benenson i postanowił działać w obronie portugalskich studentów. W prestiżowym brytyjskim tygodniku, The Observer, opublikował słynny dzisiaj artykuł, „The Forgotten Prisoners” („Zpomniani więźniowie”), w którym wzywa do pisania listów w obronie portugalskich studentów. Artykuł przedrukowany został we francuskim Le Figaro: inicjatywę wsparli czołowi intelektualiści w całej zachodniej Europie. Dla skoordynowania akcji, w Luksemburgu powstała organizacja Amnesty International, której siedziba wkrótce przeniesiona została do Londynu. Jednorazowa, skuteczna akcja przerodziła się w sformułowanie jej statutowych celów: zapobiegania naruszeniom praw człowieka poprzez wszelkie pokojowe akcje obywatelskie – od organizowania pisania listów do rządów krajów łamiących te prawa, poprzez publikowanie informacji o takich naruszeniach, po realną pomoc finansową i prawną. Zasadami działania Amnesty International są uniwersalność i niepodzielność praw człowieka, bezstronność i niezależność, solidarność międzynarodowa. Rzetelność i skuteczność działań organizacji – uwolnienie z więziennych cel tysięcy więźniów sumienia, jej niezależność polityczna i finansowa, bezwzględna wierność przyjętym zasadom, powodowała szybki wzrost jej popularności w całym cywilizowanym świecie: reagowanie na jej apele i rekomendacje stało się z czasem jakby probierzem funkcjonowania demokracji i zasad państwa prawa. Dał temu wyraz amerykański prezydent, Bill Clinton: kiedy w roku 1998 AI prowadziła światową kampanię przeciwko łamaniu praw człowieka w USA, skreślił list do Sekretarza Generalnego AI dziękując za prowadzenie tej kampanii. Dzisiaj, w ramach AI, zaangażowanych jest w działania na rzecz praw człowieka ponad 7 milionów wolontariuszy w ponad 150 krajach. A tam, gdzie rządzi despocja, organizacja niezmiennie oskarżana jest o „niecne knowania”, wspieranie przeciwników politycznych, destabilizowanie państwa i „ingerowanie w sprawy wewnętrzne” – od zawsze ulubiona narracja wszelkich dyktatorów.

A w Polsce? Odcięci od zachodniego świata, tak naprawdę dowiadywaliśmy się o Amnesty International z publikowanych w konspiracyjnej „bibule” tzw. „pilnych akcji”, listów napływających z całego świata w obronie polskich więźniów sumienia w ponurych latach osiemdziesiątych – jakże, okazało się, skutecznych. U samego zarania budowy polskiej demokracji, tuż po historycznych, czerwcowych wyborach w 1989, zjawił się w Warszawie emisariusz Amnesty International. Na konferencji w Hotelu Forum (dzisiaj Novotel) Gareth Davis spotkał się z bronionymi przez AI byłymi więźniami sumienia, nie przypadkowo – w większości nowo powołanymi posłami solidarnościowego OKP, ale było też tam kilkoro „szarych Kowalskich”: gratulował odzyskania wolności i zachęcał do budowania w wolnej Polsce „amnestyjnej”  struktury – spłacania długu wdzięczności zaciągniętego wobec obrońców praw człowieka na całym świecie. Entuzjazm był ogromny, aprobata powszechna, tyle tylko, że angażujący się w gruntowną przebudowę państwa, nie w pełni jeszcze świadomi, że zaistnieli jako politycy, byli dysydenci nie mieli „sił przerobowych” na organizację ruchu. Wzięli to w swoje ręce „szarzy Kowalscy”. Wyłoniły się trzy środowiska – piszące listy, organizujące grupy AI: Gdańsk, Warszawa, Toruń. Dowiadywaliśmy się o sobie za pośrednictwem Londynu, ale wkrótce spotkaliśmy się i powołaliśmy Stowarzyszenie Amnesty International. I nie było początkowo łatwo: do wyobraźni Polaków z trudem docierała idea obrony torturowanych i skazywanych na karę śmierci dysydentów w egzotycznych krajach wobec piętrzących się problemów we własnym kraju i żądzy wewnętrznych rozliczeń. W Warszawie rozpoczęliśmy od piętnowania dramatycznego łamania praw człowieka w Chinach przywołując zbieżność daty: 4 czerwca; w Polsce – historyczne wybory przywracające nam wolność i suwerenność, w Pekinie – rozjechanie czołgami na Tian’anmen (Plac Niebiańskiego Spokoju) ponad tysiąca manifestujących studentów. Dołączała młodzież. Otrzymywaliśmy niezwykłe wsparcie ze strony solidarnościowych polityków, działaczy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i polskiego PEN Clubu; to ich obecność na organizowanych przez raczkującą polską AI protestach przed chińską ambasadą przyciągała setki ludzi. Zaczęliśmy uczestniczyć w międzynarodowych kampaniach, angażowaliśmy się w problemy uchodźcze. Zyskiwaliśmy prestiż w Międzynarodowym Sekretariacie, skąd koordynowała nasze działania – wprowadzając nas w arkana praw człowieka i wymagający mandat AI – niezapomniana Julia Sherwood, a po piekle deptania praw człowieka w Chinach „oprowadzała” nas Isabel Kelly. W roku 2000 polska Amnesty otrzymała status samodzielnej Sekcji.

Swój udział w organizowaniu w Polsce ruchu Amnesty International, a później – wieloletniego w nim działania postrzegam jako najszczęśliwszy dar losu. Bo w Amnesty się dojrzewa, niezależnie od tego, ile ma się lat. Bo z „poziomu Amnesty” – jak chyba z żadnego innego miejsca – widać świat w jego wspaniałej różnorodności, a przy tym świat, w którym centralne miejsce zajmuje Człowiek. Nigdy nie zapomnę swego udziału w tzw. International Meeting (zwoływany co dwa lata jak gdyby amnestyjny parlament) w stolicy Senegalu, Dakarze: ponad 1000 delegatów ze 150 państwa, wszystkie możliwe rasy, wyznania, orientacje, języki i cóż tam jeszcze: -a ludzie rozumieją się od pierwszego wejrzenia, są autentyczną wielką rodziną, spierają się tylko o szczegóły – jak to robić, żeby było jeszcze skuteczniej. Albo Hongkong, spotkanie „koordynatorów chińskich” z kilkudziesięciu krajów: przejmująca żarliwość ludzi z różnych zakątków świata, którzy tak samo przeżywają dramat chińskich dysydentów, okrutną śmierć setek ofiar, którym tak bardzo „o coś chodzi”. Dlatego pozwalam sobie na taką krótką konkluzję: w ruchu AI można, z różnych powodów, przestać czynnie działać, ale jeśli się w nim naprawdę było, jeśli zostałeś w nim ukąszony „prawoczłowieczym bakcylem” – to z Amnesty nie wyjdziesz; no, po prostu jesteś do końca na nią skazany!

I w tym kontekście głos polskiej parlamentarzystki o „polskim odwłoku lewackiej międzynarodówki Amnesty International”! To nie tylko wstyd i nie tylko hańba – to jeszcze coś więcej i ja nie wiem, jak to nazwać. Ale z drugiej strony myślę, że trzeba też Pani Posłance powiedzieć „dziękuję”. Do bólu asertywna i niepohamowana w przekazywaniu tego co wie i czuje, z właściwym sobie temperamentem, przekazała nam coś, o czym niby wiedzieliśmy od zawsze, a co inni politycy rządzącej ekipy usiłują pokrętnymi słowami kamuflować. Ta władza opowiada się po stronie despocji, mówi językiem identycznym do tego, jakim w odniesieniu do praw człowieka i broniących ich organizacji wypowiada się Putin, Erdogan, Nazarbajew. A jeżeli ręka podnoszona jest na tak prestiżowy i nieskazitelny ruch, jak Amnesty International – drżyj Trzeci Sektorze w Polsce, dokąd nie przywrócone Jej będą rządy prawa. Drżyjcie Obywatele i niech Wam to będzie inspiracją do upartego protestu. Do upartego trwania!