Budapeszt jest już w Warszawie. Fala hejtu wobec Amnesty International

Proszę Państwa, dzisiaj mój obolały kraj wszedł już pełną parą na „ścieżkę węgierską”, Budapeszt jest już w Warszawie – o czym marzył, jak pamiętamy, poseł Kaczyński – w pełnym wymiarze. Bezprecedensowy atak prawicowych mediów, przecież nie bez inspiracji i przyzwolenia, na Amnesty International i osobiście na dyrektorkę polskiej sekcji AI, to kolejna faza ataku na obywatelską opozycje i jej dyskredytowanie, początek „rozprawiania się” z autonomicznymi organizacjami pozarządowymi. Proszę Państwa, krzyczmy, wrzeszczmy, bo to kolejny akt – haniebny, groźny – wyprowadzania nas, Polaków, z odzyskanego przed ćwierćwieczem obszaru wolności. Treść wpisu na „twiterze” p.Krystyny Pawłowicz – podła, haniebna, obrzydliwa, chamska (unikam jak ognia tego określenia, ale tutaj się nie zawahałem) – „jakaś Draginja Nadażdin z Serbii kieruje polskim! odwłokiem lewackiej międzynarodówki Amnesty International” – to szczyt pogardy dla wartości w powojennej cywilizacji Zachodu fundamentalnej, uniwersalnych praw człowieka. Nie wchodzę w szczegóły, bo opisuje je artykuł w dzisiejszej „GW „, bo …słów brak. Proszę Państwa, krzyczmy, wrzeszczmy, głośno, bo to już doprawdy ostatni dzwonek! Jeżeli nie przekrzyczymy tego draństwa – będzie już po tym tylko cisza! Straszna cisza! Draginio, droga Amnesty, najgoręcej jestem z Wami!

A jutro wszyscy, obowiązkowo, na Marsz Milczenia – w hołdzie bohaterom, ale też w obronie ideałów, za które oddali życie, a które na naszych oczach, w naszym najukochańszym kraju, są tak okrutnie bezczeszczone!

Taki tekst wrzuciłem przed kilku dniami na swój portal w reakcji na falę hejtu w ustach prawicowych polityków i „narodowych” mediów, jaki dotknął Amnesty International po wydanym przez AI oświadczeniu wzywającym polski rząd do przeprowadzenia śledztwa w sprawie zarzutów o użycie gazu wobec protestujących w obronie wolnych sądów. Dzisiaj moje emocje nieco opadły, ale oburzenie i świadomość grozy sytuacji pozostały. Czy jednak wszyscy stojący „po dobrej stronie mocy” tę świadomość grozy podzielają? Na dzisiejszym Marszu ’44 zapytano mnie, czy nie wyolbrzymiam tej sytuacji w świetle tak dramatycznych wydarzeń jak upolitycznianie sądów czy upartyjnianie instytucji państwa. W jakiej proporcji pozostaje Amnesty International do Trybunału Konstytucyjnego czy Sądu Najwyższego, że należy jej aż tak dramatycznie bronić?

Pytanie pozwolę sobie postawić inaczej: czym w naszej politycznej rzeczywistości, w świecie kształtującym się po traumie strasznej wojny, są prawa człowieka? Zaryzykuję odpowiedź: busolą wskazującą kierunek rozwoju zachodniej cywilizacji. Tak postanowili we wczesnych latach powojennych mężowie stanu po to, żeby   dramat, który pochłonął dziesiątki milionów istnień ludzkich, nigdy już się nie powtórzył. W tym duchu wypracowana została, z ogromnym trudem, Powszechna Deklaracja Praw Człowieka przyjęta przez Zgromadzenie Ogólne ONZ w grudniu 1948, a w ślad za tym powołana Rada Europy i rozpoczęta budowa europejskich wspólnot. Deklaracja przez dziesięciolecia inspirowała przyjmowanie coraz to nowych „prawoczłowieczych” konwencji i traktatów.

Atoli życie jakże często odbiegało (i wciąż odbiega) od traktatowych zapisów – raz mniej, innym razem bardziej drastycznie. Bywało i tak: rok 1961, w Portugali rządzi faszyzujący dyktator, Oliveira Salazar. Przy kawiarnianym stoliku w Lizbonie troje  studentów rozmawia, piją wino. W pewnym momencie wznoszą toast: za wolność! Widocznie wino zaszumiało, toast wznieśli nie dość dyskretnie. Natychmiast zostali aresztowani, wkrótce osądzeni na kilka lat więzienia za wznoszenie antypaństwowych haseł. Sprawa zyskała rozgłos. Zainteresował się nią brytyjski prawnik, Peter Benenson i postanowił działać w obronie portugalskich studentów. W prestiżowym brytyjskim tygodniku, The Observer, opublikował słynny dzisiaj artykuł, „The Forgotten Prisoners” („Zpomniani więźniowie”), w którym wzywa do pisania listów w obronie portugalskich studentów. Artykuł przedrukowany został we francuskim Le Figaro: inicjatywę wsparli czołowi intelektualiści w całej zachodniej Europie. Dla skoordynowania akcji, w Luksemburgu powstała organizacja Amnesty International, której siedziba wkrótce przeniesiona została do Londynu. Jednorazowa, skuteczna akcja przerodziła się w sformułowanie jej statutowych celów: zapobiegania naruszeniom praw człowieka poprzez wszelkie pokojowe akcje obywatelskie – od organizowania pisania listów do rządów krajów łamiących te prawa, poprzez publikowanie informacji o takich naruszeniach, po realną pomoc finansową i prawną. Zasadami działania Amnesty International są uniwersalność i niepodzielność praw człowieka, bezstronność i niezależność, solidarność międzynarodowa. Rzetelność i skuteczność działań organizacji – uwolnienie z więziennych cel tysięcy więźniów sumienia, jej niezależność polityczna i finansowa, bezwzględna wierność przyjętym zasadom, powodowała szybki wzrost jej popularności w całym cywilizowanym świecie: reagowanie na jej apele i rekomendacje stało się z czasem jakby probierzem funkcjonowania demokracji i zasad państwa prawa. Dał temu wyraz amerykański prezydent, Bill Clinton: kiedy w roku 1998 AI prowadziła światową kampanię przeciwko łamaniu praw człowieka w USA, skreślił list do Sekretarza Generalnego AI dziękując za prowadzenie tej kampanii. Dzisiaj, w ramach AI, zaangażowanych jest w działania na rzecz praw człowieka ponad 7 milionów wolontariuszy w ponad 150 krajach. A tam, gdzie rządzi despocja, organizacja niezmiennie oskarżana jest o „niecne knowania”, wspieranie przeciwników politycznych, destabilizowanie państwa i „ingerowanie w sprawy wewnętrzne” – od zawsze ulubiona narracja wszelkich dyktatorów.

A w Polsce? Odcięci od zachodniego świata, tak naprawdę dowiadywaliśmy się o Amnesty International z publikowanych w konspiracyjnej „bibule” tzw. „pilnych akcji”, listów napływających z całego świata w obronie polskich więźniów sumienia w ponurych latach osiemdziesiątych – jakże, okazało się, skutecznych. U samego zarania budowy polskiej demokracji, tuż po historycznych, czerwcowych wyborach w 1989, zjawił się w Warszawie emisariusz Amnesty International. Na konferencji w Hotelu Forum (dzisiaj Novotel) Gareth Davis spotkał się z bronionymi przez AI byłymi więźniami sumienia, nie przypadkowo – w większości nowo powołanymi posłami solidarnościowego OKP, ale było też tam kilkoro „szarych Kowalskich”: gratulował odzyskania wolności i zachęcał do budowania w wolnej Polsce „amnestyjnej”  struktury – spłacania długu wdzięczności zaciągniętego wobec obrońców praw człowieka na całym świecie. Entuzjazm był ogromny, aprobata powszechna, tyle tylko, że angażujący się w gruntowną przebudowę państwa, nie w pełni jeszcze świadomi, że zaistnieli jako politycy, byli dysydenci nie mieli „sił przerobowych” na organizację ruchu. Wzięli to w swoje ręce „szarzy Kowalscy”. Wyłoniły się trzy środowiska – piszące listy, organizujące grupy AI: Gdańsk, Warszawa, Toruń. Dowiadywaliśmy się o sobie za pośrednictwem Londynu, ale wkrótce spotkaliśmy się i powołaliśmy Stowarzyszenie Amnesty International. I nie było początkowo łatwo: do wyobraźni Polaków z trudem docierała idea obrony torturowanych i skazywanych na karę śmierci dysydentów w egzotycznych krajach wobec piętrzących się problemów we własnym kraju i żądzy wewnętrznych rozliczeń. W Warszawie rozpoczęliśmy od piętnowania dramatycznego łamania praw człowieka w Chinach przywołując zbieżność daty: 4 czerwca; w Polsce – historyczne wybory przywracające nam wolność i suwerenność, w Pekinie – rozjechanie czołgami na Tian’anmen (Plac Niebiańskiego Spokoju) ponad tysiąca manifestujących studentów. Dołączała młodzież. Otrzymywaliśmy niezwykłe wsparcie ze strony solidarnościowych polityków, działaczy Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka i polskiego PEN Clubu; to ich obecność na organizowanych przez raczkującą polską AI protestach przed chińską ambasadą przyciągała setki ludzi. Zaczęliśmy uczestniczyć w międzynarodowych kampaniach, angażowaliśmy się w problemy uchodźcze. Zyskiwaliśmy prestiż w Międzynarodowym Sekretariacie, skąd koordynowała nasze działania – wprowadzając nas w arkana praw człowieka i wymagający mandat AI – niezapomniana Julia Sherwood, a po piekle deptania praw człowieka w Chinach „oprowadzała” nas Isabel Kelly. W roku 2000 polska Amnesty otrzymała status samodzielnej Sekcji.

Swój udział w organizowaniu w Polsce ruchu Amnesty International, a później – wieloletniego w nim działania postrzegam jako najszczęśliwszy dar losu. Bo w Amnesty się dojrzewa, niezależnie od tego, ile ma się lat. Bo z „poziomu Amnesty” – jak chyba z żadnego innego miejsca – widać świat w jego wspaniałej różnorodności, a przy tym świat, w którym centralne miejsce zajmuje Człowiek. Nigdy nie zapomnę swego udziału w tzw. International Meeting (zwoływany co dwa lata jak gdyby amnestyjny parlament) w stolicy Senegalu, Dakarze: ponad 1000 delegatów ze 150 państwa, wszystkie możliwe rasy, wyznania, orientacje, języki i cóż tam jeszcze: -a ludzie rozumieją się od pierwszego wejrzenia, są autentyczną wielką rodziną, spierają się tylko o szczegóły – jak to robić, żeby było jeszcze skuteczniej. Albo Hongkong, spotkanie „koordynatorów chińskich” z kilkudziesięciu krajów: przejmująca żarliwość ludzi z różnych zakątków świata, którzy tak samo przeżywają dramat chińskich dysydentów, okrutną śmierć setek ofiar, którym tak bardzo „o coś chodzi”. Dlatego pozwalam sobie na taką krótką konkluzję: w ruchu AI można, z różnych powodów, przestać czynnie działać, ale jeśli się w nim naprawdę było, jeśli zostałeś w nim ukąszony „prawoczłowieczym bakcylem” – to z Amnesty nie wyjdziesz; no, po prostu jesteś do końca na nią skazany!

I w tym kontekście głos polskiej parlamentarzystki o „polskim odwłoku lewackiej międzynarodówki Amnesty International”! To nie tylko wstyd i nie tylko hańba – to jeszcze coś więcej i ja nie wiem, jak to nazwać. Ale z drugiej strony myślę, że trzeba też Pani Posłance powiedzieć „dziękuję”. Do bólu asertywna i niepohamowana w przekazywaniu tego co wie i czuje, z właściwym sobie temperamentem, przekazała nam coś, o czym niby wiedzieliśmy od zawsze, a co inni politycy rządzącej ekipy usiłują pokrętnymi słowami kamuflować. Ta władza opowiada się po stronie despocji, mówi językiem identycznym do tego, jakim w odniesieniu do praw człowieka i broniących ich organizacji wypowiada się Putin, Erdogan, Nazarbajew. A jeżeli ręka podnoszona jest na tak prestiżowy i nieskazitelny ruch, jak Amnesty International – drżyj Trzeci Sektorze w Polsce, dokąd nie przywrócone Jej będą rządy prawa. Drżyjcie Obywatele i niech Wam to będzie inspiracją do upartego protestu. Do upartego trwania!

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s