Haust świeżego powietrza, ale też trochę o tym, co łączy i cieszy

Czas już chyba na wyrzucenie z pamięci tych kilku pogardliwych słów depczących ludzką godność i drogie drugiemu człowiekowi wartości (KONSTYTUCJA!): otwieram okno i wpuszczam haust świeżego powietrza. Będzie to krótka opowieść o wspaniałych ludziach, z którymi łączą mnie więzy przyjaźni i o rodzinie ludzkiej.

Przed dwoma dniami uczestniczyłem w gawędzie prowadzonej przez Witka Hebanowskiego w Kolonii Wawelberga na warszawskiej Woli: w klubie zwanym Otwarta Kolonia dla uczczenia pamięci tego znakomitego człowieka – finansisty, działacz społecznego, filantropa, uczestnika powstania styczniowego, Żyda, wielkiego patrioty. Swoją opowieść snuł ciemnoskóry Lude Reno, urodzony na Martynice (Martynikanin?): było o wspaniałej, egzotycznej przyrodzie tej karaibskiej wyspy, ale przede wszystkim o ludziach tworzących tam egzotyczną, kreolską kulturę – o niewolnictwie, o upartym dążeniu do wolności. A później o niezwykłej drodze, którą przeszedł Lude w poszukiwaniu swego miejsca na ziemi – poprzez kontynenty i kraje, z dłuższym przystankiem we Francji, która zaprowadziła go w końcu do Polski, gdzie założył rodzinę. Pogodnie mówił o traumatycznych przeżyciach ciemnoskórego mieszkańca Europy. Piękną polszczyzną. Ma artystyczną duszę: pisze reportaże, robi filmy, ale to, co lubi najbardziej – to warsztaty przeprowadzane z dziećmi (polskimi, czeczeńskimi, gruzińskimi), którym pokazuje kolorowy świat – mozaikę ludzi, kultur, obyczajów, a dzieciaki go uwielbiają. Społecznik. W swoim społecznikowskim zaangażowaniu współdziała z innym czarnoskórym Polakiem (tak, Polakiem, bo obaj wybrali tą ziemię, choć nie zawsze jest im życzliwą), Mamadou Diouf: ten znów Senegalczyk, absolwent warszawskiej SGGW, mistrz nad mistrzami afrykańskiego bębenka,  występował na scenach z legendarnymi muzykami. Z  różnych punktów globu, różne życiorysy – a jest dla mnie coś, co tak bardzo te dwie sylwetki łączy: przede wszystkim chyba to, że obaj są  wspaniałymi, burzącymi mury i stereotypy, ambasadorami rodziny ludzkiej.

No, a wszystko to za sprawą wspomnianego wyżej Witka. Spotkaliśmy się przed ćwierćwiekiem w tworzącej się wówczas Amnesty International – kończył chyba wówczas liceum, może rozpoczynał studia. „Liderowałem” wówczas polskiej, a przede wszystkim warszawskiej Amnesty; sam dopiero co dotknięty prawoczłowieczym bakcylem, robiłem wszystko, co mogłem, żeby zarażać nim innych, szczególnie tych pukających do Amnesty młodych ludzi, ciekawych świata, szukających swojej drogi – w tuż potransformacyjnej Polsce, kiedy wreszcie można było realizować się wedle własnego pomysłu, zaspakajać własne aspiracje. Witek należał do tych najbardziej iskrzących. To jego pomysłem było zorganizowanie w Warszawie – z okazji którejś rocznicy Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka – całodobowego pisania listów w obronie więźniów sumienia na całym świecie, wkrótce nazwanego Maratonem. I to chwyciło: dzisiaj jest to wydarzenie organizowane na światowym poziomie Amnesty International, obejmujące dziesiątki krajów, angażujące tysiące amnestyjnych wolontariuszy, skutkujące milionami napisanych listów, które ratują życie, otwierają wrota więzień. Tak to Witek narozrabiał. A później powołał swoją fundację Inna Przestrzeń, która – poprzez kulturę, wspaniałe (dzisiaj już) międzynarodowe festiwale Transkaukazja czy One Caucasus niosą przesłanie pojednania, braterstwa, wychodzenia z dusznych, uwłaczających ludzkiej godności klimatów ksenofobii. I wciąż konsekwentnie działa na rzecz Warszawskiego Centrum Wielokulturowego, czego odpryskiem było to wczorajsze spotkanie. A ja rad jestem od lat przewodniczyć radzie tej jego fundacji.

A jak już zebrało mi się na wspominki, to wspomnę i o innych (dzieciakach wówczas), z którymi współtworzyliśmy tę niepowtarzalną prawoczłowieczą wspólnotę Amnesty. To Piotrek Cykowski, dzisiaj czołowy działacz Akcji Demokracji, To Aga Mazur, Marcin Wojtalik, założyciel Instytutu Globalnej Odpowiedzialności nieustannie drążący problem globalnej edukacji, To Beatka Szcześniak, to Ilona Jędrasik, która – jako działaczka Innej Przestrzeni i wolontariuszka uczestnicząca w prawoczłowieczym programie w Gruzji – wprowadziła mnie przed wielu już laty w ten czarowny obszar Zakaukazia (tak wyobrażam sobie biblijny Eden), gdzie wśród znakomitych ludzi zyskałem wielu przyjaciół. Jakże wielu nie wymieniam, bo nie sposób. Wciąż się od czasu do czasu zbieramy, wciąż chce im się czasem odwiedzić dinozaura Bogusława – przy winie, przy ognisku: dzisiaj już rodzinnie, z dzieciakami (którym zazwyczaj przewodzi witkowy syn, Julek Farhard, niezykle udana mieszanka polsko – azerska – z mamą, Narminą, również jestem szczerze zaprzyjaźniony). Jest zwykle wśród nas i Norweg Vegar, i Kolumbijczyk Camilo – fantastyczni mężowie swoich fantastycznych polskich żon. Wspominamy. Inspirujemy się swoją dobrą energią. Opowiadamy o tym, jak w różnych obszarach, niezmiennie inspirowani prawoczłowieczym bakcylem, usiłujemy popychać świat choćby o cal naprzód. Brak nam Asi Kubiak, być może wśród nas istoty najwrażliwszej, którą fascynowała szkolna mediacja – bezprzemocowe rozwiązywanie konfliktów, które rodzą się wśród najmłodszych. Wciąż boli, że tak wcześnie od nas odeszła.

Ażeby to okno było szerzej jeszcze otwarte na ten powiew świeżego powietrza, następnego dnia złożyłem odwlekaną od dawna wizytę dyrektorce znakomitej placówki kulturalnej w „moim” Pruszkowie, Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego. Jestem w Radzie tego Muzeum (skąd mi to przyszło – nie mogę zrozumieć!), którego działalność znacznie wykracza poza kolekcjonowanie cennych zbiorów archeologicznych: w jego stałym programie są spotkania z twórcami kultury, na najwyższym poziomie koncerty, do dzisiaj niezapomniany przeze mnie, konsekwentnie realizowany przez osiem lat projekt wykonania wszystkich dzieł Chopina (w dniach urodzin i śmierci kompozytora) przez znakomitą, japońską pianistkę, Kayo Nishimizu. Jakiś kolejny wyjazd z gawędą o Europie nie pozwolił mi wziąć udziału w ostatnim posiedzeniu Rady, wpadłem więc, żeby „odrobić zaległości”. I słuchając uprzejmej relacji Pani Dyrektor o tym, co się ostatnio w Muzeum wydarzało – a był to przede wszystkim Festiwal Archeologiczny ARTEfakty, wydarzenie z pogranicza nauki, sztuki, najszerzej pojętej kultury – usłyszałem niezwykłą opowieść. O sięgającym czasów starożytnych (prehistoria), wyspecjalizowanym w masowej produkcji żelaza, ośrodku hutniczym na dzisiejszym Mazowszu – unikatowym zabytku europejskiego dziedzictwa kulturalnego. Ale też o tym, jak rytuały sprzed ponad tysiąca lat sprawowane tu, na naszej ziemi, bliźniaczo podobne są do tych odkrywanych na kontynencie afrykańskim sprzed zaledwie 200 lat. Ileż to budzi refleksji na temat wspólnoty rodziny ludzkiej, szczególnie w świetle atakującej nas fali rasizmu i ksenofobii!

Tego samego dnia po południu spotkanie w Centrum Zielna organizowane przez Fundację Schumana w ramach cyklu „wokół myśli społeczno–politycznej Tadeusza Mazowieckiego” z udziałem przedstawicieli „Więzi” i KIK-u: tym razem międzypokoleniowa rozmowa na temat postrzegania niepodległości, suwerenności, Europy. Jakże inne klimaty, inna perspektywa, temat – wszystko inne. A mimo wszystko – nie wiem, czy słusznie – widzę jakiś wspólny punkt odniesienia: rodzina ludzka, wspólnota losu, wspólna przyszłość, bo w tym zglobalizowanym świecie (a inaczej już przecież nie będzie) nie da się tego postrzegać inaczej. Schodząc jednak z wysokich tonów: inspirujące zagajenia panelistów, interesujące komentarze padające z sali. Co jednak odebrałem jako fascynujące – to postrzeganie omawianych pojęć (przede wszystkim może Europy) przez konfrontującą się w tej debacie ze starszym pokoleniem – tym z bagażem dalszych lub bliższych doświadczeń – młodzież. Cóż to za skarb! Ile było realizmu w tych wypowiedziach studentów, licealistki, ile stąpania po twardym, choć czasem chropawym gruncie, a równocześnie ile w tym świeżości, determinacji budowania w istniejących, trudnych realiach lepszego świata, lepszej rzeczywistości i lepszej Rzeczypospolitej. I nasuwa mi się porównanie z tą przepiękną tolkienowską bajką z postacią Saurona, władcy ciemności, przebiegłego Golluma, okrutnej krainy Mordoru, ale też dobrego czarodzieja Gandalfa, wspierających dobro elfów, a przede wszystkim dzielnego Frodo, który – mimo przeciwności – spełnia swoją misję i niszczy przeklęty pierścień. Dobro zwycięża – Śródziemie jest uratowane. Tak też słuchałem na tej sali wypowiedzi współczesnych elfów i zbiorowego Frodo – i serce mi rosło. I niech mi nikt nie marudzi, że nie ma wśród nas, protestujących przeciw złu, co za oknem, młodego pokolenia. Ono jest, choć nie bezpośrednio z nami, starymi, bo nie rozumie naszego etosu, bośmy im o nim nie mówili. Ono jest w rzeczywistości, jaką my, starzy, nie do końca już ogarniamy. Postrzega świat bardziej od nas realistycznie, ma lepszy wzrok, patrzy dalej. Dostrzega współczesny Mordor i zdeterminowane jest, żeby go zniszczyć. Jeśli zechce wziąć szczyptę z naszego doświadczenia tak, żeby nie tracić energii na odkrywanie rzeczy odkrytych – dojdzie do celu. I wrzuci w czeluście Orodruiny ten przeklęty pierścień odradzających się w XXI w. podziałów budowanych na szczuciu, budzeniu lęków, nienawiści, ksenofobii. I na tym opieram swój ostrożny, choć nie gasnący optymizm.

A wczoraj, na koniec tego kilkudniowego przewietrzania, zanurzenie się choć na chwile w kulturze, na co wciąż brak czasu. Magda Warzecha, znakomita aktorka Teatru Narodowego, zaprosiła najosobiściej na swój recital poezji Herberta, z podkładem muzycznym w tle w wykonaniu świetnego ukraińskiego skrzypka, Serhijeja Okrhimchuka, w Starej Oranżerii (Łazienki), w ramach cyklu „Wieczory z Księciem Poetów”. Jak można było nie pójść, tym bardziej mając wciąż żywo w pamięci zapierającą dech „Ukrainność”, koncert literacko-muzyczny w wykonaniu Magdy, również z udziałem Serhijeja i jego żony, Ani?

I tak cały niemal tydzień minął mi na obserwowaniu tego, co dzieje się w Internecie po zaćwierkaniu przez panią posłankę – prof. dr hab. – na temat Konstytucji i zniewolonego starca, który ją za marny grosz broni, no i na tym wietrzeniu. Bez udziału w „protestującej ulicy”. Więc teraz już czym prędzej dołączam!

 

 

 

 

 

 

 

Panna Krysia atakuje – odpowiadam pośrednio

Przez kilka dni byłem poza Warszawą – Wrocław, Oława, gdzie z inicjatywy Regionalnego Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej rozmawiałem z młodzieżą o naszej polskości i naszej europejskości. Nie miałem więc możliwości funkcjonowania wczoraj w Internecie, stąd też reaguję na to dotyczące mnie przez chwilę „zamieszania w sieci” dopiero dzisiaj, po powrocie do domu i odpaleniu mojego laptopa. I powiem krótko tak: kto szukałby definicji na określenie szczytu podłości, odsyłam do haniebnego komentarza pod moim zdjęciem, skreślonego na tweeterze, autorstwa  p. Krystyny Pawłowicz. Jestem na nim, stojąc z moimi przyjaciółmi, w milczeniu, vis a’vis pochodu radykalnych narodowców powiewających biało-czerwonymi przemieszanymi z flagami ze znakiem nacjonalistycznej falangi i faszystowskiej (włoskiej) Forza Nuova, niosących płonące flary, od czasu do czasu odpalających w naszym kierunku płonące race. Mam niewielki plakat z napisem „Konstytucja” i przewieszone na wstędze, wyjęte tego dnia z szuflady na wyjątkową okoliczność świętowania niezwykłej, setnej rocznicy odzyskania przez mój kraj niepodległości, zaszczycające mnie odznaczenie. Pogarda zawarta w tym komentarzu nie jest w stanie mnie obrazić, daje za to świadectwo o stanie człowieczeństwa istoty, która ten komentarz skreśliła. Ale ten komentarz obraża najwyższe prawo Rzeczypospolitej, Konstytucję, i obraża pamięć odzyskania przez polskie państwo niepodległego bytu, bowiem zelżone odznaczenie nosi nazwę „Polonia Restituta”.

Nie adresuję tego wpisu do autorki wspomnianego komentarza (jakakolwiek interakcja wydaje mi się odrażająca), choć chciałbym, żeby wiedziała, iż jej komentarz w jakimś sensie mnie nobilituje poprzez znalezienie się w gronie wspaniałych osób, które pozostaną na zawsze zapisane złotymi literami w polskiej historii, a których godność zdążyła swoimi słowami znaczne wcześniej podeptać.

I pragnę jeszcze w tym miejscu gorąco podziękować Jerzemu Owsiakowi za wyrazy solidarności skreślone niezwłocznie po ukazaniu się tego haniebnego komentarza: Panie Jurku, jest Pan wielki poprzez swoją wrażliwość i niezłomną postawę w każdej sytuacji, która skłania do obrony ludzkiej godności: byłbym zaszczycony, gdybym mógł kiedyś dłoń Pana uścisnąć. Pragnę gorąco podziękować Panu mec. Jackowi Dubois, który zadeklarował serdecznym słowem przyjście mi z nieocenioną pomocą prawną, gdybym zdecydował się na złożenie pozwu o naruszenie moich dóbr osobistych. (Nota bene, podobną deklarację złożył mi mój przyjaciel, znakomity prawnik, od niedawna adwokat, przez wiele lat wysoki rangą pracownik SN – wielkie dzięki, Mateuszu!). Pragnę serdecznie podziękować dr Adamowi Bodnarowi za tych kilka ciepłych, zaszczycających mnie słów skierowanych do mnie przed rozpoczęciem dzisiejszego znakomitego wykładu na Uniwersytecie Wrocławskim. Pragnę najpiękniej podziękować Draginii Nadażdin za wspomnienie o mojej wspaniałej, wieloletniej przygodzie z Amnesty International i wspólnych naszych działaniach na rzecz obrony niezbywalnych praw człowieka. Pragnę wreszcie podziękować wszystkim moim przyjaciołom za jakże wiele ciepłych słów i wyrazów solidarności, jakie wciąż czytam na stronach internetowych. Jakże wiele dobrej energii wyzwoliło kilka pogardliwych, haniebnych słów!

Do moich przyjaciół, którzy przeczytają ten tekst w Internecie, zwracam się – zupełnie wyjątkowo – z wielką prośbą: udostępniajcie go jak najszerzej. Bardzo bym pragnął tym razem, aby stał się on jak najszerzej publiczny.

KONSTYTUCJA!

Przeciw nacjonalizmom. Za europejską solidarnością.

Warszawa, 13 października, Plac Krasińskich: manifestacja „Przeciw nacjonalizmom. Za europejską solidarnością”. Kilkaset osób. Podobne manifestacje odbywały się tego dnia w ponad 60 europejskich miastach. W Berlinie manifestacja zgromadziła ponad 200.000 uczestników – znacznie przekroczyła przewidywania organizatorów. A w Warszawie – przypominam – kilkaset!

Co się z nami stało? Już się zmęczyliśmy? Już odpuszczamy? Dopiero wkraczamy w maraton wyborczy. Czyż nie jest oczywiste, że na każdym etapie tego maratonu hasło manifestacji z 13 października „Przeciw nacjonalizmom. Za europejską solidarnością” będzie nie tylko aktualne: gdzieś w tle będzie jego motywem przewodnim.

Tak to widzę: ten maraton wyborczy będzie „walką o wszystko”; narodowym plebiscytem, w którym czterokrotnie zabierzemy głos decydując o sprawach dla Polski fundamentalnych. Będziemy decydować – na dekady – kto będzie kształtował klimaty w naszych „małych ojczyznach”. Będziemy wypowiadać się o kształcie polskiej państwowości wobec postępującego przekształcania demokratycznego państwa prawa w państwo narodowe. Będziemy optować „za” lub „przeciw” przetrwaniu Unii Europejskiej jaką znamy – jedynej dziś ostoi wartości definiujących zachodnią cywilizację. Takie będą nasze „małe ojczyzny”, nasza wielka biało-czerwona, i nasza wspólnota wolnych narodów, do której dumnie przynależymy, jakie kartki wrzucimy do urn wyborczych: na ile potrafimy przeciwstawić się w dokonanych przez nas wyborach fali nacjonalizmów, na ile potrafimy stanąć po stronie europejskiej solidarności. Na ile pozostajemy wciąż niezaczadzeni. Świadomi zagrożeń: na dekady. Świadomi przekleństw naszych wnuków, jeżeli byśmy te zagrożenia – z lęku, z obojętności, ze ślepoty – dzisiaj zlekceważyli.

O tych właśnie zagrożeniach mówili w ubiegłą sobotę na Placu Krasińskich – w sposób niezwykle przejmujący – prof. Ireneusz Krzemiński, red Jarosław Kurski, przedstawiciele Otwartej Rzeczypospolitej, Stowarzyszenia „Nigdy więcej”.  A ja do tego chyba bym już nie wracał, gdybym nagle tych zagrożeń nie postrzegł w zasięgu ręki. Codziennie mijam baner rozpięty w centrum mego pruszkowskiego osiedla promujący na prezydenta miasta postać znaną z ubiegłorocznych „youtubowych” filmików: kroczy w pierwszym szeregu Marszu Niepodległości, obok transparentu „Śmierć wrogom ojczyzny”. Jest lokalnym działaczem Obozu Radykalno Narodowego (ONR) – o czym w ulotkach wyborczych ani słowa. Nazwa komitetu wyborczego może dla co-po-niektórych brzmieć porywająco: „Porozumienie narodowo – patriotyczne”.  Czy coś takiego jeszcze choćby przed rokiem mieściło się w głowie? Ile trzeba było klimatu przyzwolenia, tolerancji dla skrajnie radykalnego ruchu narodowego odwołującego się do wzorców faszystowskich (zdelegalizowanego w II Rzeczypospolitej), żeby dojść mogło do takiej sytuacji? A okazuje się, że jest ich w Polsce wiele – jak kraj długi i szeroki.

Proszę mi wybaczyć: jestem starym człowiekiem, który dzieciństwo spędził jeszcze  „w przedwojniu”, a kształtował się na tajnych kompletach w czasie europejskiej apokalipsy. A teraz budzą mnie nocne koszmary, w których widzę ten mijany codziennie baner.

Narodowy plebiscyt, „walka o wszystko”, jest wciąż przed nami: zaczynamy od walki o nasze „małe ojczyzny”. Twój głos ma moc! Użyj jej! Zagłosuj! Z poczuciem odpowiedzialności za szkołę, w której twoje dzieci / wnuki uczą się historii i kształtują swoje postrzeganie rzeczywistości, za rządy prawa rzutujące na każdy niemal obszar twego życia, za Europę jako wspólnotę pokoju, otwartą na człowieka i jego fundamentalne prawa. Takie jest moje wołanie, bo – jak uparcie powtarzam od pewnego czasu – larum grają. Wierzę, że je słyszysz!