Wybory 26.05: jakiej Polski chcą Polacy?

 

Nie będzie to komentarz do tego, co wydarzyło się 26 maja. Komentarzy jest wiele – mniej lub bardziej profesjonalnych, emocjonalnych. Mnie korci ocalenie od zapomnienia kilku refleksji; tych, które   „atakowały” w dniach ciszy wyborczej, kiedy siedziałem skulony czekając na rezultat tego narodowego plebiscytu na rzecz wartości i kiedy sondaże wyborcze nie pozostawiały już większych złudzeń, jaki on będzie. Zupełnie nie czułem się w roli kibica czekającego w napięciu na strzelenie tej jednej czy dwóch bramek, które przesądzą – przy chwiejnej równowadze słupków poparcia dla KE i PIS – o symbolicznym sukcesie jednej ze stron zaciętej walki o fotele w Strasburgu. Oczywiście, miło by było widzieć piłkę strzeloną do bramki kontestatora wspólnotowej Europy, optującego za jej obliczem narodowym, ale gdyby nawet tak się stało, byłby to dla mnie sukces w sferze wizerunku, symboliki i zapewne miałoby to znaczenie tak dla dalszego przebiegu cyklu wyborczego, jak dla towarzyszących mu klimatów. Atoli wystarczyły sondaże, żeby dojść do takiej oto smutnej, dla mnie – wręcz tragicznej – konkluzji, z którą nie mogę sobie poradzić, z którą nie wiem, co zrobić : Polacy w swojej masie nie zdobywają  się na dokonanie jednoznacznego wyboru opcji cywilizacyjnej, zdawałoby się tak oczywistej. Na opowiedzenie się za Europą – wspólnotą wartości, jakże przecież Polakom historycznie bliskich: wolność, solidarność, równość; za wspólnotą prawa, która zapewnia narodowe bezpieczeństwo, która chroni przed konfliktem. Po prostu: za polską racją stanu.

I tego właśnie nie jestem w stanie zrozumieć: tej masowej ucieczki od rozumu. Wiem, wszyscy to wiemy: zawłaszczenie przez obóz sprawujący władzę najpotężniejszego środka przekazu informacji, która dociera do każdego zakątka Polski, znanego do niedawna  jako telewizja publiczna, przerodzenie tego medium  w tubę partyjnej propagandy funkcjonującej w oparciu o dewizę: cel uświęca środki, nie stroniącej od kłamstwa, insynuacji i infamii, siejącej język nienawiści, pogłębiającej już istniejące i kreującej kolejne społeczne podziały, kreowanie lęków po to, żeby móc nimi zarządzać, manipulowanie na gigantyczną skalę opinią publiczną przy wykorzystaniu wszystkich środków pozostających w rękach rządzących. Systemowe odmóżdżanie społeczeństwa. Zawłaszczanie słów i pojęć. Kreowanie fałszywych autorytetów i fałszywych bohaterów. Zakłamywanie historii – tworzenie historii alternatywnej. Stare, odchodzące dzisiaj pokolenie wszystko to już przeżywało, nie tak dawno. A mimo wszystko na ogół nie dawało się zwieść: zwyciężała jednak herbertowa „potęga smaku”.

Dlatego nie rozumiem. Nie rozumiem, jak można nie dostrzegać bijącej w oczy hipokryzji i cynizmu: fundowanej starcom dodatkowej emerytury tydzień przed wyborami, nagłej łaskawości dla niepełnosprawnych i nauczycieli, którzy wczoraj jeszcze spotykali się z uwłaczającą pogardą, nagłego zakochania się w Europie, którą wczoraj jeszcze zakłamywało się i obrzucało błotem we wszelki możliwy sposób. Jak można tak zupełnie nie dostrzegać tego bezmiaru wspólnego dobra, jakie ze sobą niesie niepowtarzalny na światową skalę – wobec czyhających wyzwań i zagrożeń – projekt europejski.

I nic poradzić na to nie mogę, że przychodzi mi w tej chwili do głowy gorzkie przesłanie tworzącego na obczyźnie polskiego poety, romantyka zwanego czasem „czwartym wieszczem”, zapomnianego tak za życia, jak po śmierci, Cypriana Kamila Norwida: „…Polacy są wspaniałym narodem, ale bezwartościowym społeczeństwem… A gdzieś dalej: ”…Niewolnicy wszędzie i zawsze będą niewolnikami / Daj im skrzydła u ramion, a zamiatać będą ulice skrzydłami…”.  To on pierwszy powiedział, że „…ojczyzna, to wielki, zbiorowy obowiązek: prawdziwym bohaterstwem jest żyć dla niej, a nie za nią umierać…” Mocne to i nie przystające dosłownie do naszej rzeczywistości, ale chyba jest coś „na rzeczy”, no i nic na to poradzić nie mogę, że kiedy się mierzę w smutku ogromnym z tym, co stało się zaledwie wczoraj, właśnie ten Cyprian Kamil przychodzi mi do głowy.

Uchodźca. Emigrant. Wielki patriota, a o Polsce tak pisał: „…do kraju tego, gdzie kruszynę chleba / podnoszą z ziemi przez uszanowanie / dla darów nieba – tęskno mi Panie…”. Zmarł w przytułku na peryferiach Paryża. Pochowany byle jak na wiejskim cmentarzu Les Champeaux.

Chyba bez sensu jest to co teraz piszę. Ale to z tego żalu i bólu i smaku goryczy, jakbym się piołunu nałykał. I po tym, jak po raz nie wiem już który pokazała mi się na ekranie telewizora tryskająca pychą twarz triumfującego prezesa. A tuż po tym twarz drugiego prezesa, który przegrał, ale też obwieszczał sukces. A wokół obu prezesów wiwatujące tłumy. I ani jednej łzy w tym telewizorze nad zdradzonymi, zignorowanymi wartościami. Nad tym umykającym nam cudem, który przeobraził Polskę, przywrócił nas do wspólnoty wolnych narodów zapewniając bezpieczeństwo i dobrobyt.

No, to jeszcze fragment z Norwida: „…jękły głuche kamienie…ideał sięgnął bruku…”  No i dość już tego defetyzmu – cykl wyborczy dopiero się rozpoczął, więc do roboty. Może się jednak uda uniknąć powtórki z 26 maja 2019?  Bo jak komu o COŚ chodzi, to trzeba do końca. Wbrew wszystkiemu!

 

 

 

Komentarz na gorąco

Dzisiejsze sondaże skłaniają do radości: słupki poparcia dla PiS tydzień przed wyborami europejskimi lecą w dół, Koalicja Europejska zdecydowanie prowadzi. Szkoda tylko, że przypisuje się to w znacznej mierze ukazaniu się przerażającego dokumentu braci Sekielskich, w mniejszej – kampanii wyborczej prowadzonej przez proeuropejską opozycję. Ale niech tam! Przyszedł czas na chwilę uśmiechu. Jednak przestrzegam przed euforią. Przed złudzeniem, że to jest już sukces. Przed poważnym potraktowaniem ulotnego sondażu. Przed osłabieniem naszej obywatelskiej determinacji do promowania wartości europejskich, do wyborczej walki o wspólnotową, integrującą się Europę. Ta wyborcza walka niezbędna jest do ostatniej chwili, do ostatniej minuty przed ciszą wyborczą. Zniechęcony elektorat PiS-u nie musi wracać do domu. Ma alternatywy. W miejscach publicznych roi się od szkaradnych haseł Konfederacji szkalujących Unię Europejską, z których sączą się profaszystowskie ciągoty i słabo skrywany antysemityzm. Wydaje się wielce prawdopodobne, że twarz tego ugrupowania, Korwin Mikke, w dalszym ciągu straszyć będzie na strasburskich i brukselskich korytarzach przynosząc wstyd Polsce. Na podwarszawskich targowiskach roi się od młodzieńców w koszulkach „Kukiz 15”, nie wiem czym skuszonych przez rockowego polityka, którzy nachalnie wciskają kupującym swoje ulotki.

Więc Twoje zaangażowanie – jakkolwiek byś go nie wyrażał – potrzebne jest do ostatniej chwili. Bo Europie, stojącej w obliczu politycznego (ideowego?) kryzysu, wyboru dalszej drogi, potrzebny jest każdy głos. Każdy na wagę złota. Bo 26 maja ważyć się będą jej dalsze losy – losy tej niepowtarzalnej wspólnoty wartości i prawa.

A w Polsce, w moim ukochanym kraju…  Przed kilku tygodniami wrzuciłem na swój „facebook” taki oto komunikat: „Ogłaszam: 26  maja 2019 – ogólnonarodowe referendum nt. wyboru opcji cywilizacyjnej. Nie zawiedziesz?”  I były po tym rozmowy w gronie przyjaciół. Zarzucano mi, że jednak przesadzam, że jednak tego wyboru dokonaliśmy już wcześniej – 4 czerwca 1989, po czym to Joanna Szczepkowska – wdarłszy się fortelem przed kamery reżimowej telewizji – ogłosiła światu koniec w Polsce komunizmu. I tak rzeczywiście było. Tyle tylko, że kiedy patrzę na to – na ten moment radosnej euforii – dzisiaj, z dość odległego już dystansu, wydaje mi się, że nie był to świadomy wybór opcji cywilizacyjnej, bowiem odrzuciliśmy wówczas nigdy nie chciany w Polsce, siłą narzucony porządek polityczny, dominację wpływów na nasze życie wschodniej despocji. W dychotomicznie podzielonym wówczas świecie, po odrzuceniu Wschodu pozostawał Zachód. Innej opcji nie było. Byliśmy szczęśliwi, że po odrzuceniu – nie tam ustroju, a wiecznej glątwy, beznadziei, szarości, biedy, pozostał nam – niejako z automatu – Zachód. Europa. Kolorowa. Rozświetlona. Uporządkowana. Dostatnia. Kusząca. Co o niej wówczas wiedzieliśmy? Czy ktokolwiek mówił wówczas o jej mozolnym budowaniu, o wspólnotowych wartościach? I o  przeciwstawnej wobec nich koncepcji państw narodowych?

Więc upieram się, choć nie wykluczam, że może to być moje „idee fixe”: wyboru opcji cywilizacyjnej Polacy, tak naprawdę, dokonają dopiero teraz, kiedy Europa nie jest już dla nas tylko kolorową fatamorganą, a czymś znanym. Dla jednych jakże bliskim, już swoim, choć wciąż pożądanym; dla innych nieprzyjaznym, bywa, że nawet groźnym. Teraz: 26 maja 2019! W pełni świadom doniosłości tego wyboru, jego skutków dla pozycji Polski w europejskiej wspólnocie, tego, co pozostanie po dokonaniu tego wyboru w świadomości Polaków (na dekady), po prostu drżę. I czekam na ogłoszenie wyniku tego narodowego plebiscytu na temat wartości fundamentalnych tak, jakbym czekał na ogłoszenie wyroku. Ale z nadzieją: w zbiorową mądrość polskiej wspólnoty mimo karygodnej politycznej manipulacji, jakiej jest poddawana, w jej instynkt samozachowawczy, który w chwilach próby nie zawodził.

I jeszcze tylko nostalgicznie przypomnę: tamten plebiscyt, w czerwcu ’89, wygraliśmy stosunkiem głosów 65 do 35. No comment…

Na CAFE DEMOKRACJA – o Europie (przed wyborami)

Zabieram tu głos z zażenowaniem, albowiem stało tu przede mną wielu znakomitych mówców, polityków, naukowców z dorobkiem badawczym i nie mnie się z nimi równać. Atoli wyzwanie, żeby powiedzieć kilka słów o zagrożeniach, z jakimi konfrontuje się wielki, niepowtarzalny, jedyny taki we współczesnym świecie, projekt europejski, przyjąłem. Bo wydaje mi się, że je czuję i mam głębokie przekonanie, że trzeba o nim mówić, identyfikować, wskazywać na jego przełożenie na moje – twoje życie, na los przyszłych pokoleń. Po to, żeby na miarę możliwości móc im przeciwdziałać. Żeby budzić wrażliwość na ich ewentualne, katastrofalne skutki.

Zacznę od naszych europejskich korzeni, od starożytnej Grecji. Po to, żeby przywołać stary, grecki mit. O pięknej, fenickiej księżniczce o imieniu Europa, porwanej przez Zeusa pod postacią byka. Oszalały byk porywa: rozszarpuje i roznosi szczątki po całej olimpijskiej okolicy. Wielce to symptomatyczne dla dziejów kontynentu. Bo żaden kontynent nie stał się tak rozdrobniony. Na żadnym innym nie zaistniało tyle narodów, co na tym najmniejszym. Skłóconych, szarpanych egoizmami, wyniszczających się w nieustannych wojnach: 100, 30, 7 letnich. I tych dwóch ostatnich, najokrutniejszych. Katastrofa, jaką spowodowała ta ostatnia, przekracza wszelkie wyobrażenia – 60 mil. ofiar, zagłada całych narodów, kolejne miliony wygnańców, zmiecione z powierzchni ziemi miasta, zrujnowana gospodarka. Dokuczliwa, poniżająca bieda, nie rzadko głód. To zdeterminowało Europejczyków do przełamania narodowych, politycznych, kulturowych i religijnych egoizmów i do myśli o budowie trwałej wspólnoty, która zapobiegnie kolejnym katastrofom: żeby nigdy więcej wojny. Żeby wspólnota pokoju. Warunek był jeden, podstawowy: niedopuszczenie do odbudowania się Europy w formacie państw narodowych.

To było oczywiste jeszcze podczas toczącej się wojny. Dawali o tym znać dalekowzroczni politycy owego czasu: albo silne europejskie instytucje, albo ta wojna nie będzie ostatnia. Jean Monnet, Casablanca ’43: … jeżeli Europa nie przełamie narodowych egoizmów, kolejna katastrofa będzie jeszcze bardziej zgubna, niż ta obecna…

Ale łatwo nie było: w Europie  nic nigdy nie było łatwo. Powojenna Europa wciąż tkwiła w klimatach nienawiści, która tę wojnę zrodziła. Straszliwa spuścizna faszystowskiej ideologii była wciąż obecna. Zwycięzcy nienawidzili zwyciężonych nie mogąc im darować wyrządzonych krzywd,  zwyciężeni dyszeli rządzą odwetu. Do budowy wspólnoty niezbędne było choćby elementarne pojednanie, zgodny głos dwóch wielkich europejskich narodów – od dekad skłóconych, prowadzących wyniszczające wojny. Na największej europejskiej nekropolii, pod Verdun, wciąż płonęły światełka zapalane przez tych, którzy pamiętali jeszcze ofiary tej najdłużej toczonej bitwy podczas Pierwszej Światowej. Zdruzgotani militarnie, gospodarczo i moralnie Niemcy żyli w traumie, nie widząc z niej dróg wyjścia. Francuzi, mimo, ze zaproszeni z politycznej potrzeby jako  „czwarty do bridża” przez zwycięskie mocarstwa, z trudem otrząsali się z poczucia wstydu za rządy Vichy i kolaborację z Trzecią Rzeszą, co pogłębiało uczucia wrogości. W tych uwarunkowaniach jakikolwiek pojednanie i uzyskanie wspólnej zgody na cokolwiek przekraczało granice wyobraźni.

Ale ówcześni mężowie stanu, czując na swych barkach wielką odpowiedzialność za Europę i przyszły kształt świata nie odpuszczali i właśnie tę granice wyobraźni przekraczali. To tytani tamtej sceny politycznej: Charles de Gaulle, Konrad Adenauer, Paul Henri Spaak, Alcide de Gasperi. Ale przede wszystkim genialny polityczny wizjoner, Jean Monnet i  zdeterminowany polityk Robert Schuman. To oni podjęli się tej „mission impossible”. Choć mieli sojuszników: potężne głosy ze wszystkich zakątków zachodniej cywilizacji: nigdy więcej Zagłady… deptania ludzkiej godności. W grudniu ’48 uchwalony zostaje najpiękniejszy dokument, jaki kiedykolwiek zrodziła Organizacja Narodów Zjednoczonych, Powszechna Deklaracja Praw Człowieka, w ’49 europejskie rządy „Sprzymierzonych” z okresu walk z nazizmem powołują Radę Europy, rok później uchwalona zostaje Konwencja o Ochronie Praw  Człowieka i Podstawowych Wolności i powołany Trybunał Praw Człowieka – kośćce powojennej Europy po dzień dzisiejszy.  A równocześnie potężny głos wciąż legendarnego przywódcy zachodniego, wojennego sojuszu, Sir Winstona Churchilla – najpierw z Fulton, w ’48, gdzie zaciągnął „żelazną kurtynę” – kordon sanitarny chroniący Europę przed groźnymi podówczas wpływami komunizmu, rok później z Zurichu, gdzie rzucił myśl o stanach zjednoczonych Europy… na wzór Ameryki. I tak rodzi się historyczna propozycja Roberta Schumana ogłoszona ‘urbi et orbi’ 9 maja 1950  powołania Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, co sprowadzało się  do posadzenia przy jednym stole dwóch nieprzejednanych wrogów, żeby wspólnie radzili i decydowali o zagospodarowaniu strategicznych (na owe czasy} surowców – węgla z niemieckich zagłębi Ruhry i Saary i stali z  francuskiej Lotaryngii. Od czego zależał światowy pokój. Co wyznaczało wzorzec dla jednoczenia się Europy: Wspólny stół.  Rozmowa. Zgoda. Pojednanie. I w tym tkwi historyczne znaczenie tego wydarzenia. „Mission impossible” – rzadko kto wierzył wówczas w jej powodzenie. A jednak TO się stało. Rok później podpisany zostaje sankcjonujący tę propozycję Traktat Paryski – milowy krok w dziejach Kontynentu. I rusza wdrażanie projektu europejskiego jako wspólnej konstrukcji: tak, jak przewidział Schuman – krok po kroku. Nie spiesznie, ale uparcie i z żelazną konsekwencją. I okazuje się on  oszałamiającym wręcz sukcesem. Wzrasta dobrobyt. Umacnia się demokracja. Powoli zanikają wzajemne niechęci. Pogłębia się akceptacja dla idei wspólnoty. Rodzący się europejski demos potwierdza wolę pogłębiania integracji, co przekłada się na systematyczną poprawę jakości życia. I tak – że przebiegnę się tylko po wierzchołkach gór lodowych przywołując historię minionych siedmiu dekad – powstają kolejne wspólnoty, rodzą się europejskie instytucje.

Na scenę wchodzą nowe pokolenia. Narracja wojenna  („nigdy więcej”) już nie wystarcza – nie tafia do wyobraźni. Wyłania się potrzeba tworzenia nowego, europejskiego etosu, zdefiniowania niezbędnych elementów dla tworzenia i pogłębiania wspólnoty. I tak rozpoczyna się definiowanie europejskich wartości tworzących spoiwo europejskich wspólnot (uniwersalne, przywoływane tak ze starożytnych europejskich korzeni, jak z porządków konstytucyjnych starych, europejskich demokracji). Te definicje wchodzą już do unijnego traktatu (Art. 2) i zaczynają żyć samodzielnym życiem od kiedy sformułowana zostaje Karta Praw Podstawowych Unii Europejskiej – wprowadzona do europejskiego porządku prawnego Traktatem Lizbońskim (2004). Co niezwykle ważne – one wsiąkają w europejską świadomość. Ich treści coraz bardziej utożsamiane są z istotą Wspólnoty. Pogłębia się zrozumienie, że Ich treści stanowią podstawowe bezpieczniki wobec wszelkich prób niszczenia Wspólnoty i UE jako podmiotu prawa.

A kiedy w ’90 rozpada się ZSRR, opada „żelazna kurtyna”, zburzony zostaje „mur berliński”, a Fukuyama ogłasza „koniec historii” wydawało się, że demokracja liberalna – filozoficzne podglebie UE – osiągnęła swój ostateczny sukces i że nie ma już innej alternatywy dla Europy jak dalszy rozwój wiodący ku pogłębianiu demokracji i liberalnych wartości.

Tymczasem – przypominam – w Europie nic nigdy nie było proste.

Wschodnia despocja – wielkie państwo na wschodniej flance Europy – nie pogodziła się z porażką. Próba „oswojenia” Rosji – reset w polityce państw zachodnich, zachęta choćby do zbliżenia się do euroatlantyckiej wspólnoty (to początek wieku – Obama, Merkel) nie powiodła się.  Daje o tym wyraźny sygnał nowy „silny człowiek” nawiązujący do spuścizny rosyjskiego carstwa. Wladimir Putin konstatuje w swoim dorocznym orędziu o stanie państwa (2005), że największą katastrofą XX w. był rozpad ZSRR. Przez Europę przebiega dreszcz. Co więcej, dwa lata później, na 43. Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium (vide: Szczyt Rosja – NATO, Akt Stanowiący o podstawach wzajemnych stosunków)  Putin idzie dalej. Nie pozostawia złudzeń, że powojenny ład europejski oparty o ideę wspólnoty, o wartości, które ją spajają, jest mu nie w smak. Tarcza antyrakietowa – wówczas „top news” – jest tylko pretekstem powrotu do języka agresji. Putin stawia warunki, grozi – eskalacją zbrojeń, odwetem. Nie trzeba wiele szperać między wierszami tego przemówienia, żeby dostrzec powracający „sen o potędze”, o koncercie mocarstw, a jeśli jakikolwiek „deal” – to z równymi sobie. Liczy się siła, dywizje, armie. Wkrótce tą zaprezentowaną filozofię wciela w życie – pokazuje, że nie żartował: Gruzja (wojna 2008), „zielone ludziki” na Ukrainie (2014 – podporządkowanie sobie kolejnych  strategicznych obszarów (Osetia Płd., aneksja Krymu). Podeptanie prawa, porozumień. Koniunktura polityczna i bieg wydarzeń  sprzyja: Europę dopada fala kryzysów Pada Leman Brothers dając początek głębokiemu kryzysowi finansowemu, później kłopoty z Grecją – kryzys strefy euro, wreszcie ten najdotkliwszy – kryzys uchodźczy. Sztucznie podsycany – to jeden ze strategicznych celów ludobójczej wojny w Syrii: zmiecenie z powierzchni ziemi miast Aleppo, Homs. Europa się broni, a jej potężne falochrony – to właśnie wartości. Ale jest w defensywie.

Równocześnie elity liberalne nie sprostują wyzwaniu – rozczarowują, zawodzą. Spuszczają ze smyczy globalizację.Tracą słuch polityczny. Nie wsłuchują się w narastające, ludzkie lęki – o miejsca pracy, wobec kryzysów – często o dach nad głową, o tożsamość – narodową, kulturową, wyznaniową. Zawodzą systemy edukacji. Pogłębia się przepaść między biedą a dobrobytem. Narasta bunt przeciwko elitom, establishmentowi (cokolwiek by przez to rozumieć) – irracjonalny, frontalny, nie precyzujący istoty problemów, przeczący potędze rozumu, dzięki któremu powstała ta niepowtarzalna wspólnota pokoju i dobrobytu. Liczy się wzrost, konsumpcja, Wzrasta rola krwiożerczych korporacji. Ginie z pola widzenia człowiek.

Na Kremlu strzelają korki szampana. Stwarza się przestrzeń dla populizmu – podsycania lęków, wskazywania na państwa narodowe, jako na kokon, który może udzielić schronienia przed zagrożeniami, na silnego człowieka, który obroni wystawiając niepozorny – zdawałoby się – rachunek:  gwarancja bezpieczeństwa za wyzbycie się obywatelskich swobód, rezygnację z wartości. Koń trojański – ukryci w nim wojownicy – mają wykastrować Europę z jej wartości, pozbawić wspólnotę europejską jej najgłębszego sensu, zniszczyć cały europejski projekt, który stoi na przeszkodzie rozszerzenia sfery wpływów wschodniej despocji. Zawrócić bieg historii – przywrócić Europę skłóconą, podzieloną, nękaną toksycznymi nacjonalizmami. Otwartą na wtórną faszyzację. Gra tynfa warta. Europie wypowiedziana jest nowa forma wojny z wykorzystaniem najnowszych technologii i tego wielkiego dobra, które miało ludzi łączyć i zbliżać stanowiąc kolejną fazę (po wynalazku druku) rozwoju cywilizacji – Internetu:  wojna informacyjna. Płyną na to olbrzymie środki, wykorzystywane są najnowsze systemy informatyczne, mnożą się internetowe trolle (to najwyższej klasy profesjonaliści), agenci wpływu docierają do najważniejszych struktur państw europejskich.  Zniszczyć wszystko, co sprzyja wartościom, każdy zalążek ich obrony Cel uświęca wszelkie środki. Burzone są wszelkie granice przyzwoitości przy wprowadzaniu w obieg publiczny (media społecznościowe) kłamstwa, infamii, szczucia. Podważana jest każda instytucja, która ma znaczenie dla demokracji. Projekt europejski obrzydzany jest na wszelki możliwy sposób. Słowom zmienia się znaczenia. Przychodzi na myśl ta strofa wyjęta z „Kwiatów Polskich” Juliana Tuwima: „…Słowom zmienianym przez krętaczy / znaczenie przywróć i prawdziwość…”. Przypominają się wyrzucone z pamięci lektury, które wydawały się już nieaktualne: „Nowy wspaniały świat” H.G.Wellsa, „Rok 1948” Georga Orwella.  Dżin zamknięty w butelce w latach 50-tych zostaje uwolniony. I szaleje. Szaleje do dziś.

Ale też Europa się budzi… nowe rozdanie. Po wyborach 2014 – nowy skład Parlamentu, powołany nowy unijny rząd – Komisja Europejska pod przewodnictwem J-C Junckera. Od pierwszej chwili odrabia zaległości – to, co się odrobić da. Kładzie tamę dalszej destrukcji. Padają deklaracje zarysowujące drogi dalszego rozwoju projektu europejskiego. Orędzie 2016 – motto: Europa chroni, wzmacnia i broni. Biała Księga – 5 scenariuszy dalszego rozwoju: kontynuacja / nic poza jednolitym rynkiem / ci, którzy chcą więcej, /mniej ale efektywniej / wspólnie więcej Zainicjowana zostaje wielka debata europejska (demos ma się wypowiedzieć, ponad 300 spotkań). Motto kolejnego Orędzia  2017 – Europa bardziej zjednoczona, silniejsza, bardziej demokratyczna. Słowa od pierwszej chwili znajdują pokrycie w konkretnych działaniach: 10 priorytetów realizowanych jest z żelazną konsekwencją. Zarysowuje się nowy, jakby odświeżony, odkurzony etos europejski – Europa łapie wiatr w żagle, stawia czoło coraz to nowym wyzwaniom współczesności. W zdefiniowanym już systemie wartości wyróżnia się trzy, jakby „kotwiczne”: wolność, równość, rządy prawa. Pojawia się określenie: Europa – imperium prawa. Przy różnych okazjach powtarza się jak mantrę: praworządność nie jest opcją – jest obowiązkiem, a jej fundamentem – niezawisłość wymiaru sprawiedliwości. W reakcji na obrzydzanie Unii (podważanie wartości) następuje jej odkłamywanie – skok demokratyczny, zasada równego traktowania.

Rok 2018 – to okres spektakularnej realizacji zapowiedzi i obietnic z obu Orędzi.  Europa się demokratyzuje. Priorytetem unijnego ustawodawstwa staje się zasada równego traktowania (Equal Treatment Act). Szczyt socjalny w Goteborgu (11.2017) powołuje Europejski Filar Spraw Socjalnych zarysowujący społeczny wymiar Europy, który eksponuje równość szans – równe zasady na rynku pracy, równe prawa konsumentów – nie ma miejsca dla „obywateli 2-giej kategorii” w jakimkolwiek aspekcie, równouprawnienie płci, konieczność wdrożenia edukacji włączającej. Rodzą się nowe prawa dotyczące sprawiedliwego zatrudnienia, minimalnego dochodu, bezdomności, niepełnosprawności, ochrony socjalnej – rodzi się Unia Europejskich Standardów Społecznych. Wobec nowych wyzwań, coraz bardziej globalnych, powoływane są kolejne instytucje – uruchamiane kolejne narzędzia. Decyzją Rady UE przystępuje do Konwencji Stambulskiej (przeciwdziałanie przemocy domowej). Powołane zostają Europejskie Agencje  Cyberbezpieczeństwa, Praw Podstawowych UE. Wdrożona zostaje Agenda Europejskiego Handlu – to obrona konkurencji przed dominacją korporacji i eksport standardów zdrowej żywności; Europejski Plan Inwestycyjny, Europejski Plan Stabilizacji i Wzrostu. Pogłębia się Unia Gospodarcza i Walutowa: jej dokończenie – to powszechna akcesja do „strefy euro” i jest zachęta, „euro-accession instrument”. Poszerza się ścieżka integracji. Wobec wycofania się USA z Porozumień Paryskich Unia przyjęła na siebie na ONZ- owskiej sesji ZO funkcję światowego lidera w walce o klimat. W odpowiedzi na radykalną zmianę przez Donalda Trumpa sposobu uprawiania polityki – przyjęcie koncepcji „polityki transakcyjnej” – Unia, niejako automatycznie,pozostaje jedyną siła zdolną bronić systemu zachodnich wartości. Żeby sprostać tym wyzwaniom Unia musi pogłębić swoją pozycję jako globalny aktor na arenie międzynarodowej i wszystkie polityki unijne idą w tym kierunku. I to się dzieje, to się staje. Ewidentnie niezbędnym czynnikiem jest tu spójność gospodarcza i wspólnota wartości. W związku z tym nabiera znaczenia priorytet: jedność w różnorodności. Skupienie się na sprawach ważnych, ograniczenie regulacji, zaakceptowanie różnorodności państw członkowskich, ale przy kategorycznym zachowaniu wspólnej ustrojowości: demokratycznego państwa prawa. Od tego ustępstw być nie może. I tu Komisja J-C Junckera swoje stanowisko utwardza. Przestrzega: na gruzy egoistycznej „polityki partyjnej” może wejść tylko albo wyniszczający, toksyczny narodowy populizm, albo zrealizowana idea europejskiej integracji. A PE i Rada wprowadzają swoim rozporządzeniem nowy, o wielkim znaczeniu instrument mający służyć promowaniu i ochronie systemu europejskich wartości i utrwalaniu państwa prawa: „Oywatele, Równość, Prawa i Wartości”, a równocześnie ustanawiają odrębny Fundusz przekraczający miliard „euro”; Sprawiedliwość, Prawa i Wartości.

I taka jest ta nasza Unia, wspólnota wolnych ludzi i wolnych narodów. Nie mająca sobie równej w żadnym zakątku świata i można by tak jeszcze długo o tym, co ją konstytuuje i wciąż umacnia, jakie podejmuje kolejne wyzwania. Wspólnota zorganizowana dzięki potędze ludzkiego rozumu, od którego obserwujemy jakiś paranoiczny odwrót. Dzięki determinacji i uporowi politycznych elit, których stać było na odwagę realizacji dalekowzrocznej wizji. Wspólnota zagrożona destrukcją przez tych, którym marzy się zarządzanie ludzkimi lękami, którzy dzielą po to, żeby wywoływać konflikty, którymi mogliby zarządzać, dla których prawo jest przeszkodą w zaspakajaniu rządzy władzy. Którzy fałszują rzeczywistość, plotą jakieś brednie o suwerenie, który – wedle twórcy teorii prawnego nihilizmu, Carla Schmita – stoi ponad prawem, którzy zastraszają poprzez mowę nienawiści wobec wszystkiego, co nie jest „naszyzmem”, którzy zawłaszczają słowa i pojęcia, którzy ślepi są na katastrofę, do której prowadzi wymarzona przez nich destrukcja. Wszyscy oni – to ten zbiorowy dżin wypuszczony z butelki, któremu na imię narodowy populizm. Wciela się w partie i struktury polityczne, które dają o sobie znać w całej Europie. Jednoczą się w sojusze, tworzą grupy i frakcje.

I tak stajemy przed dokonaniem wyboru, najważniejszego  może od umocnienia się europejskiego  parlamentaryzmu  (1979).  My, Europejczycy,  więc również my, Polacy.  Wesprzeć  Unię, tę niepowtarzalną wspólnotę wolnych ludzi i wolnych narodów, albo dać do niej dostęp siłą wstecznictwa, dopuścić do rozpanoszenia się narodowych, toksycznych egoizmów – wtedy trzeba byłoby kiedyś, w odległej przyszłości, wymyślać ją mozolnie od nowa.  W dalszym ciągu ją wietrzyć,  łapać kolejne wiatry w żagle – albo przyzwolić narodowym populizmom na czynienie ich spustoszającego dzieła.  To wielkie wyzwanie dla europejskiego „demos”,  również dla nas, Polaków, wolnych ludzi nieustępliwie protestujących  przeciwko sączonemu przez wsteczników rakowi populizmu.

Czy damy radę?  Nadzieja umiera ostatnia!