Wybory 26.05: jakiej Polski chcą Polacy?

 

Nie będzie to komentarz do tego, co wydarzyło się 26 maja. Komentarzy jest wiele – mniej lub bardziej profesjonalnych, emocjonalnych. Mnie korci ocalenie od zapomnienia kilku refleksji; tych, które   „atakowały” w dniach ciszy wyborczej, kiedy siedziałem skulony czekając na rezultat tego narodowego plebiscytu na rzecz wartości i kiedy sondaże wyborcze nie pozostawiały już większych złudzeń, jaki on będzie. Zupełnie nie czułem się w roli kibica czekającego w napięciu na strzelenie tej jednej czy dwóch bramek, które przesądzą – przy chwiejnej równowadze słupków poparcia dla KE i PIS – o symbolicznym sukcesie jednej ze stron zaciętej walki o fotele w Strasburgu. Oczywiście, miło by było widzieć piłkę strzeloną do bramki kontestatora wspólnotowej Europy, optującego za jej obliczem narodowym, ale gdyby nawet tak się stało, byłby to dla mnie sukces w sferze wizerunku, symboliki i zapewne miałoby to znaczenie tak dla dalszego przebiegu cyklu wyborczego, jak dla towarzyszących mu klimatów. Atoli wystarczyły sondaże, żeby dojść do takiej oto smutnej, dla mnie – wręcz tragicznej – konkluzji, z którą nie mogę sobie poradzić, z którą nie wiem, co zrobić : Polacy w swojej masie nie zdobywają  się na dokonanie jednoznacznego wyboru opcji cywilizacyjnej, zdawałoby się tak oczywistej. Na opowiedzenie się za Europą – wspólnotą wartości, jakże przecież Polakom historycznie bliskich: wolność, solidarność, równość; za wspólnotą prawa, która zapewnia narodowe bezpieczeństwo, która chroni przed konfliktem. Po prostu: za polską racją stanu.

I tego właśnie nie jestem w stanie zrozumieć: tej masowej ucieczki od rozumu. Wiem, wszyscy to wiemy: zawłaszczenie przez obóz sprawujący władzę najpotężniejszego środka przekazu informacji, która dociera do każdego zakątka Polski, znanego do niedawna  jako telewizja publiczna, przerodzenie tego medium  w tubę partyjnej propagandy funkcjonującej w oparciu o dewizę: cel uświęca środki, nie stroniącej od kłamstwa, insynuacji i infamii, siejącej język nienawiści, pogłębiającej już istniejące i kreującej kolejne społeczne podziały, kreowanie lęków po to, żeby móc nimi zarządzać, manipulowanie na gigantyczną skalę opinią publiczną przy wykorzystaniu wszystkich środków pozostających w rękach rządzących. Systemowe odmóżdżanie społeczeństwa. Zawłaszczanie słów i pojęć. Kreowanie fałszywych autorytetów i fałszywych bohaterów. Zakłamywanie historii – tworzenie historii alternatywnej. Stare, odchodzące dzisiaj pokolenie wszystko to już przeżywało, nie tak dawno. A mimo wszystko na ogół nie dawało się zwieść: zwyciężała jednak herbertowa „potęga smaku”.

Dlatego nie rozumiem. Nie rozumiem, jak można nie dostrzegać bijącej w oczy hipokryzji i cynizmu: fundowanej starcom dodatkowej emerytury tydzień przed wyborami, nagłej łaskawości dla niepełnosprawnych i nauczycieli, którzy wczoraj jeszcze spotykali się z uwłaczającą pogardą, nagłego zakochania się w Europie, którą wczoraj jeszcze zakłamywało się i obrzucało błotem we wszelki możliwy sposób. Jak można tak zupełnie nie dostrzegać tego bezmiaru wspólnego dobra, jakie ze sobą niesie niepowtarzalny na światową skalę – wobec czyhających wyzwań i zagrożeń – projekt europejski.

I nic poradzić na to nie mogę, że przychodzi mi w tej chwili do głowy gorzkie przesłanie tworzącego na obczyźnie polskiego poety, romantyka zwanego czasem „czwartym wieszczem”, zapomnianego tak za życia, jak po śmierci, Cypriana Kamila Norwida: „…Polacy są wspaniałym narodem, ale bezwartościowym społeczeństwem… A gdzieś dalej: ”…Niewolnicy wszędzie i zawsze będą niewolnikami / Daj im skrzydła u ramion, a zamiatać będą ulice skrzydłami…”.  To on pierwszy powiedział, że „…ojczyzna, to wielki, zbiorowy obowiązek: prawdziwym bohaterstwem jest żyć dla niej, a nie za nią umierać…” Mocne to i nie przystające dosłownie do naszej rzeczywistości, ale chyba jest coś „na rzeczy”, no i nic na to poradzić nie mogę, że kiedy się mierzę w smutku ogromnym z tym, co stało się zaledwie wczoraj, właśnie ten Cyprian Kamil przychodzi mi do głowy.

Uchodźca. Emigrant. Wielki patriota, a o Polsce tak pisał: „…do kraju tego, gdzie kruszynę chleba / podnoszą z ziemi przez uszanowanie / dla darów nieba – tęskno mi Panie…”. Zmarł w przytułku na peryferiach Paryża. Pochowany byle jak na wiejskim cmentarzu Les Champeaux.

Chyba bez sensu jest to co teraz piszę. Ale to z tego żalu i bólu i smaku goryczy, jakbym się piołunu nałykał. I po tym, jak po raz nie wiem już który pokazała mi się na ekranie telewizora tryskająca pychą twarz triumfującego prezesa. A tuż po tym twarz drugiego prezesa, który przegrał, ale też obwieszczał sukces. A wokół obu prezesów wiwatujące tłumy. I ani jednej łzy w tym telewizorze nad zdradzonymi, zignorowanymi wartościami. Nad tym umykającym nam cudem, który przeobraził Polskę, przywrócił nas do wspólnoty wolnych narodów zapewniając bezpieczeństwo i dobrobyt.

No, to jeszcze fragment z Norwida: „…jękły głuche kamienie…ideał sięgnął bruku…”  No i dość już tego defetyzmu – cykl wyborczy dopiero się rozpoczął, więc do roboty. Może się jednak uda uniknąć powtórki z 26 maja 2019?  Bo jak komu o COŚ chodzi, to trzeba do końca. Wbrew wszystkiemu!

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s