FOD – SPOTKANIE [będzie wojna]

FOD – SPOTKANIE [będzie wojna]

Wiele się dzieje i z komentarzem nie nadążam, ale tego nie skomentować nie mogę.

Przed kilku dniami Fundacja Otwarty Dialog zorganizowała debatę w Centrum Konferencyjnym Wilcza 9 na temat mowy i polityki nienawiści. Motywacja do podjęcia i zrealizowania takiej inicjatywy była oczywista: FOD dotknięta została mową nienawiści w sposób szczególny, zarówno w warstwie instytucjonalnej, jak w warstwie ludzkiej – tej najbardziej krzywdzącej i raniącej, tej, w której najbardziej boli. Było bardzo profesjonalnie, paneliści mieli naprawdę coś do powiedzenia: było zarówno merytorycznie jak emocjonalnie. Rad jestem, że znakomicie dopisała frekwencja, że Jacek Szymanderski rozszerzył temat wskazując na zjawisko szersze, wykraczające poza temat mowy nienawiści – zjawisko polityki nienawiści. Rad jestem szczególnie, że zarówno w wypowiedziach panelistów jak w długiej, przeciągającej się ponad przewidziany czas debacie (co świadczyło o jej potrzebie), pojawiła się mało obecna dotychczas w naszych rozmowach refleksja. Refleksja nad tym, co powoduje, że spirala nienawiści wciąż się nawija i coraz dotkliwiej niweczy sferę publiczną. Z konkluzją, że – nie rozważając w tym momencie proporcji, kto bardziej – odpowiedzialni za to jesteśmy wszyscy, również my, stojący w tym głębokim społecznym konflikcie po dobrej stronie mocy. Bo w swoim słusznym gniewie wobec deptania wartości, zawłaszczania znaczenia słów i pojęć, sięgamy nie rzadko po narrację ideowego przeciwnika, po jego narzędzie, którym sieje spustoszenie. Na język nienawiści i dzielenia odpowiadamy podobnym. I tak ten poziom społecznej trucizny wzrasta i kresu tego procesu nie widać.

Wydaje mi się, że jest to niezwykle ważna konkluzja i dlatego tu o tym piszę. Nie po to, żeby się samobiczować. A już na pewno nie po to, żeby zaprzestać społecznego protestu. Wręcz przeciwnie: bez nasilenia go, bez objęcia nim szerszych warstw społecznych, celu swego nie osiągniemy. Natomiast po to, żeby protestując brać  odpowiedzialność za słowa. Uświadamiać sobie, ile ślepy gniew, przynieść może społecznych strat, na ile petryfikuje klimat nienawiści i pogłębia wykopane nie przez nas rowy, na ile wyrażane emocje, nad którymi tracimy czasem kontrolę, są przeciwskuteczne w budowaniu opinii publicznej dla wsparcia stanowczego, obywatelskiego „Nie!”

I wyszedłbym z tego spotkania z pełną satysfakcją, gdyby nie zgrzyt w jego ostatniej fazie, gdyby nie słowa wypowiadającej się jako ostatnia panelistki: jeśli dobrze  zapamiętałem imię – Pani Edyty. A jeśli  właściwie zapamiętałem jej autoprezentację – pracownika naukowego, działaczki ZNP, obserwatora z ramienia Związku podczas strajku nauczycieli (nie bardzo rozumiem, co w tym kontekście znaczy „obserwator”, ale czy wszystko można rozumieć?). Przez kilka lat uczestniczącej w obywatelskich protestach, aż do niedawna, kiedy straciła poczucie ich sensu. Przykro było to słyszeć, ale staram się taką sytuację zrozumieć – obawiam się nie odosobnioną: brak skuteczności naszego upartego stania na ulicy, nasze skandowane okrzyki nie docierające do gabinetów decydentów (wystarczy przymknąć okna), nasze apele pozostające bez echa, napotykające na mur obojętności, złej woli, politycznego zacietrzewienia, bez odrobiny choć refleksji w odniesieniu do racji stanu państwa i interesu jego obywateli. Chwilowe załamanie. Lekka depresja.

Ale to nie był jeszcze ten zgrzyt, od którego ciarki mnie przeszły i czuję je do dziś. Pani Edyta wypowiedziała się również na temat mowy nienawiści, a przede wszystkim – jej katastrofalnych skutków. Poświęciła chwilę uwagi temu, jak położyć kres pogłębianiu się społecznych podziałów. I doszła do takiego oto wniosku: pomóc może tylko kuracja szokowa. Głęboka trauma. Zbiorowe nieszczęście. Taką oczyszczającą traumą, ogólnonarodową katharsis – żeby była ona dostatecznie głęboka i skuteczna  – może być, wedle recepty Pani Edyty – tylko wojna domowa. Tak to właśnie wybrzmiało i kilkakrotnie zostało powtórzone: wojna domowa! I nawet znalazło jakieś słowa aprobaty wśród publiczności!

Jezus Maria, do jakich absurdów dochodzimy w swoim społecznym rozchwianiu. I do jak niebezpiecznego przekraczania poczucia odpowiedzialności za wypowiadane publicznie słowo! Zastanawiam się, jak osoba, wypowiadająca się w ten sposób – zakładając nawet pewien deficyt wyobraźni (zjawisko  częste) wyobraża sobie wojnę – wojnę w ogóle, a wojnę domową w szczególności i towarzyszące jej niechybnie (zawsze!) konsekwencje: ofiary, ból po stracie najbliższych, płonące na mogiłach światełka, spustoszenie, czy może „tylko” płonące opony, dym i smród, jakaś rzucona butelka z benzyną, jakaś seria z „kałasza” i pacyfikujące „niepokoje” siły bezpieczeństwa. Bo jak wojna, proszę Pani, to wojna – z wojną nie ma żartów! I to taka właśnie przeżyta trauma miałaby doprowadzić – zdaniem Pani – do pojednania zwaśnionych plemion, do zgody, do odrzucenia nienawiści? Czy naprawdę nie bierze Pani pod uwagę, że taka sytuacja pogłębiłaby podziały społeczne utrwalając je na dekady- doprowadzając polską wspólnotę do ostatecznej katastrofy?

Może niepotrzebnie to piszę, może winienem paranoiczną wizję pani Edyty zostawić bez komentarza traktując ją jako skutek indywidualnego przypadku chwilowej depresji. Może. Ale nic poradzić na to nie mogę, że na słowo „wojna” reaguję alergicznie. Może dlatego, że ma ono dla mnie nie tylko wartość semantyczną: jest znaczącym fragmentem mego życiorysu. A „domową” przeżywałem w latach 1946 – 1949, a drugiej cudem uniknąłem w  latach osiemdziesiątych dzięki mądrości i poczuciu odpowiedzialności ówczesnych polskich mężów stanu, którzy przeforsowali jakże trudną wówczas do zaakceptowania ideę pojednania i „okrągłego stołu”, co dało nam przepustkę do suwerennej państwowości i do dołączenia do Europy.

Jeśli już jednak zdecydowałem się na skreślenie tych kilku słów, niech mi będzie wolno przywołać taką „oczywistą oczywistość”, która – jak się okazje – poddawana jest czasem w wątpliwość: każdy akt przemocy, fizycznej bądź werbalnej, indywidualny bądź – nie daj Boże – zbiorowy, to prezent ofiarowany tym, którzy chcieliby widzieć Polskę narodową, plemienną, skłóconą, podzieloną. To oddalanie nas od spełnienia naszych marzeń o Polsce obywatelskiej i panujących w niej rządach prawa, Polski wolnych ludzi żyjących w wolnym, europejskim kraju. I bardzo byłbym rad gdyby tych kilka słów dotarło do ostatniej panelistki na spotkaniu w Centrum Konferencyjnym na Wilczej, która zaprezentowała zebranym katastroficzną wizję narodowej traumy jako jedyną drogę prowadzącą do zgody i pojednania: może zmieniłaby zdanie?

 

 

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s