CO WYDARZYŁO SIĘ W BIAŁYMSTOKU?

CO WYDARZYŁO SIĘ W BIAŁYMSTOKU?

Wczorajsze wydarzenia w Białymstoku: haniebne, przerażające, mrożące krew w żyłach. Niektórzy mówią, że to „lokalne”, że przecież krew się nie przelała, że nie ma co rozdzierać szat. Jestem innego zdania. To jest potworna gęba polskiej tłuszczy. To już poszło w świat. To przywraca stereotyp polskiego zaścianka, który udało nam się po stuleciach przełamać poprzez transformację ustrojową, poprzez ustanowioną Konstytucję z jej niepowtarzalną preambułą, co dało nam przepustkę do Europy. Zdawało się przez chwilę, że ta tłuszcza z żydowskich pogromów, z Jedwabnego, z mrocznych pokładów polskiej zaściankowości i jej toksycznego nacjonalizmu została jakoś ujarzmiona, a przynajmniej zmarginalizowana. Zdawało się. Może by nawet tak się stało – bo przecież mimo potknięć i zaniechań sprawy polskie toczyły się w dobrym kierunku –  gdyby nagle nie pojawił się trend odwrotny. Gdyby nie obłędna wizja szaleńca, który zdobył władzę i postanowił zawracać bieg historii – przywrócić Polskę narodowo-katolicką, osadzoną w nieistniejących już realiach „przedwojnia”, papugi narodów, pełnej patriotycznych wzmożeń z iluzją mocarstwowości. Nie bacząc na to, co nam historia za to zafundowała: klęskę, na pół wieku utratę suwerennego bytu i na tyleż czasu regres cywilizacyjny. Myślę, że – mimo wszystko – Jarosław Kaczyński, krótkowzroczny szaleniec, nie zdawał sobie sprawy, jakiego dżina wypuszcza z butelki, choć słysząc wypowiedziane przez niego przed kilku dniami słowa w kontekście protestu wobec LGBT „… jesteśmy wyspą wolności, musimy powstrzymać ofensywę zła… – być może się mylę.

To nie przyszło nagle, to pełzało. Podnoszenie się z kolan, odwracanie się od Europy i związany z tym, sączony do opinii publicznej fałsz, systematyczna dewastacja instytucji demokratycznego państwa prawa. Później była faszystowska orgia obchodów rocznicy urodzin Adolfa Hitlera, publiczne spalenie kukły Żyda, wieszanie podobizn europosłów: z pozorami tylko szukania winnych, z prawnym pobłażaniem, z dyskretnym przyzwoleniem. A dalej – przymrużanie oka na „marsze niepodległości”, na prężenie muskułów przez skrajnych nacjonalistów wrzeszczących coś o „białej Polsce”. Dyskretne szukanie sojuszników w burzeniu demokratycznego ładu z nadzieją, że pozostaną pod kontrolą. Nadzieje zawiodły – nie pozostali. I teraz Jarosław Kaczyński ma pewien problem, a może też narastający lęk, że tłuszcza jemu również dobierze się do gardła.

No i mamy to, o mamy. Miast jednoznacznego potępienia – delikatna prewencja, kilka osób zatrzymanych, pozorne procedury prawne. A karawana jedzie dalej – gęba polskiego faszysty, antysemity, rasisty, jest coraz bardziej wyrazista. Zagrażając fundamentom polskiej racji stanu, burząc cudem zdobytą szansę dołączenia do obszaru zachodniej cywilizacji, wspólnoty wolnych narodów, europejskich wartości.

Być może nadto dramatyzuję, obym się mylił. Atoli wydaje mi się coraz bardziej, że ta batalia wyborcza „o wszystko” – już tylko w perspektywie kilku miesięcy, batalia o przyszły kształt Polski na lata, rozegra się w płaszczyźnie cywilizacyjnej. Transfery socjalne burzące gospodarkę, korupcyjne kupowanie elektoratu, różne „piątki” i „szóstki”,  przebudzanie się w ostatniej chwili śpiącej chocholim snem demokratycznej opozycji, rozpaczliwe wysiłki obywatelskiego protestu wciąż  dalekiego od porozumienia: oczywiście, nie lekceważę tego. To czynniki nieuchronnie towarzyszące kampanii wyborczej, brutalnej, bo tym razem „o wszystko”. Atoli tym razem przeważy zmaganie się tej przerażającej, narodowej gęby z polskim marzeniem o demokracji, o wejście w obszar wolności z pochyleniem się nad poszanowaniem godności ludzkiej i niezbywalnymi prawami człowieka. Zmaganie wyjątkowo trudne, bowiem tym razem zawiódł instytucjonalny kościół opowiadając się po stronie ciemnogrodu, zapominając o swoim chrześcijaństwie, o swojej ewangelicznej misji niesienia pokoju, braterstwa. Czy polscy demokraci i marzyciele zdołają zmierzyć się z tym dramatycznym wyzwaniem, czy zdążą, czy zjednoczą się w ostatniej chwili ponad wszelkimi podziałami po to, żeby huknąć jednym potężnym głosem, uratować Polskę przed spadaniem w cywilizacyjną przepaść?

Tego, oczywiście, nie wiem, ale nadziei – trudnej nadziei – tracić nie chcę. Lokuję ją przede wszystkim we wchodzącym w życie młodym pokoleniem Polaków nie skażonych jeszcze dramatyczną spuścizną polskiego zaprzaństwa, polskiego sarmatyzmu, polskiej targowicy. Mam wiarę w to, że oni postrzegają świat inaczej, na miarę swoich aspiracji, że wyjdą naprzeciw wielkim wyzwaniom rozedrganego dzisiaj świata, że odwołają się do tych najszczytniejszych narodowych tradycji i jej autentycznych bohaterów, którym przyszło ginąć upominając się o wolność, równość, braterstwo. Że oni wykrzyczą swoje „non possum” tej strasznej polskiej gębie, że oni ją wepchną w niebyt historii.

I niechby tak się stało! Polsko, moja kochana Polsko, moja Europo, z której czerpiemy nasze fundamentalne wartości – demokrację, fundamentalne prawa człowieka – każdej istoty ludzkiej, szacunek dla prawa: niech dobre moce będą z Tobą! Mam wiarę w to, że będą.

Amnesty International: WOLNI LUDZIE, WOLNE SĄDY

Właśnie zacząłem kreślić krótką laudację pod adresem znakomitego (!) raportu Amnesty International „Polska: wolni ludzie, wole sądy”, kiedy ekran monitora przesłonił ten przekaz dnia: Ursula von der Leyen nową przewodniczącą Komisji Europejskiej. I pierwsza reakcja na to wydarzenie, strzelające w punkt, krótkie słowa Przewodniczącego Rady Europejskiej, Donalda Tuska: „Gratulacje dla Europy”. I te żarliwe, z pasją wypowiedziane słowa bohaterki dnia tuż bo wyborze: „Przez wiele lat Europejczycy ciężko walczyli o wolność, a praworządność – to jedyny sposób, aby tej wolności bronić… Będziemy chronić praworządności wszędzie tam, gdzie będzie łamana, bo jest to wartość uniwersalna… Kompromisów nie będzie!… Kto będzie chciał osłabiać Europę, pozbawiać ją wartości – ten napotka we mnie nieprzejednanego wroga…”

Było znacznie więcej tych żarliwych słów kreślących wizję zintegrowanej Europy, coraz bardziej otwartej na człowieka – przyrodzoną mu godność i równość jego praw, przewodzącej obronie planety Ziemia przed jej ekologiczną zagładą i warto będzie je przy innej okazji przypomnieć. Ale te, co wyżej, tak mi korespondują z amnestyjnym raportem, druzgocąco punktującym łamanie w moim kraju w ciągu minionych czterech lat fundamentalnych zasad praworządności i tyle w nich nadziei, że czynię je mottem do tego, co pragnę krótko o raporcie „Polska: wolni ludzie, wolne sądy” powiedzieć.

Więc piszę…

Ukazało się już wiele tekstów omawiających łamanie pięknej polskiej Konstytucji, dewastację  polskiego porządku prawnego. Pisane zwykle przez zatroskanych prawników konstytucjonalistów właściwym im językiem, nieco hermetycznym prawniczym żargonem. Czasem trudne w lekturze. Poruszają zwykle jakiś wycinek, omawiają konkretny problem, jakąś sprawę, jakiś kolejny prawny wandalizm. Wszystko to, oczywiście, niezwykle cenne i będzie służyć opisaniu krótkiego okres kolejnej polskiej smuty, wstydu, kiedy większość z nas dała się oszukać, zmanipulować toksyczną, nacjonalistyczną propagandą, uległa populizmowi i wybrała, jak wybrała. Nieświadoma, że dokonuje dramatycznej transakcji: przyzwala na odbieranie sobie niezbywalnych, ciężko wywalczonych obywatelskich wolności na rzecz złudnego poczucia bezpieczeństwa. Nie czytałem jednak żadnego opracowania, które spojrzałoby „z lotu ptaka” na dramatyczny problem łamania w Polsce fundamentów praworządnego państwa prawa dokumentując krok po kroku to, co nam się przydarzyło po październikowych wyborach w 2015 roku.

I wreszcie dokonała tego dzieła niezawodna Amnesty International. We właściwy sobie sposób. Bez kszty emocji. Prostym językiem, czytelnym dla każdego polskiego Jana Kowalskiego, który wybił się ponad minimalny próg IQ. Z pozycji nieustępliwej obrony niezbywalnych praw człowieka zdefiniowanych w historycznej Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, być może najpiękniejszym dokumencie wygenerowanym przez ledwie okrzepłą wówczas ONZ (10 grudzień 1948), korygującym orbitę, po której świat podąża po Holokauście, po głębokiej traumie, po najokrutniejszej w historii wojnie.

Nie jest ten raport dziełem naukowym, nie analizuje, nie docieka przyczyn i skutków. Jest kroniką. Pisaną z „do bólu” rzetelnością. Krok po kroku właśnie. Zwięźle – ani jednego  słowa w nim za wiele. Z precyzją chirurga dokonującego operacji na ludzkim sercu. To „suchy” tekst, a jakże wstrząsa. Fakt po fakcie, wydarzenie po wydarzeniu. Z datą, nazwiskiem sprzeniewierzonego wandala – tego u szczytu zawłaszczonej władzy, i tego który jej uległ, który dopuszczał się konstytucyjnej zbrodni. Ze zwięzłym opisem okoliczności i sylwetek ofiar nękania, infamia, przeraźliwej mowy nienawiści.

Na 45 stronach tego dokumentu znajdziesz wszystko, co umożliwi ci dostrzeżenie całej panoramy tej karygodnej destrukcji prawnej, niszczenia fundamentalnej tkanki praworządnego państwa, a przy okazji – podłej próby łamania ludzkich sumień. Ale też dostrzeżesz wspaniałe postawy obywatelskich zachowań, czasem nawet przejawy bohaterstwa. I proces budzenia się z letargu społeczeństwa obywatelskiego – ale to już tylko „en passant”. Tytuły kilkunastu rozdziałów i podrozdziałów tego dokumentu mówią same za siebie: nie będę ich tu przytaczał, jest ich zbyt wiele. Jest też w tym dokumencie wzmianka o tym, jak Europa dotychczas reagowała na ten polski zamach stanu w obrębie fundamentalnych wartości i praw podstawowych. Z niedwuznacznym sygnałem, że wciąż zrobiła zbyt mało. Są więc też rekomendacje, pod wieloma adresami – dla Rządu, dla Komisji Europejskiej, dla państw członkowskich UE, dla Parlamentu Europejskiego, ze wskazaniem, co winny zrobić w poszczególnych kwestiach. Wszystkie strzelone w punkt. Celne. Czy zrobią? Zapewne nie do końca, ale bez echa – jestem pewien – to nie pozostanie.

A w przyszłości – miejmy nadzieję nieodległej, kiedy już wreszcie przyjdzie sprzątać tę prawną stajnie Augiasza, wymiatać z niej brud, wstecznictwo, cynizm sprawujących obecnie władzę, ten okrutny zamach na rację stanu Rzeczpospolitej, będzie ten amnestyjny dokument – jestem o tym przekonany – załącznikiem numer jeden w opasłych aktach sprawy stojącej na wokandzie niezależnego Trybunału Stanu, w którym orzekać będą niezawiśli sędziowie. Nie po to, żeby kogokolwiek „wsadzać za kraty”, bo byłoby to nieporozumienie, kreowanie kolejnych fałszywych bohaterów – zakałę polskiej historii, utrwalanie  dramatycznych, narodowych podziałów. Po to, żeby dać świadectwo prawdzie, żeby okryć wstydem i hańbą tych, którzy ośmielili się podnieść rękę na majestat Rzeczposolitej, złamać w co najmniej 13 punktach jej mozolnie wypracowaną Konstytucję, sprzeniewierzyć się jej pięknej preambule, wprost poetyckim ujęciu polskich marzeń i polskich aspiracji.

Wiem, jestem w tym, co piszę głęboko emocjonalny, może nazbyt – inaczej nie potrafię. W odróżnieniu od wyzutego z emocji klimatu samego raportu – chłodnego, rzeczowego, precyzyjnie wypunktowującego każde podniesienie ręki na polski porządek prawny. Wspaniała Amnesty International! Jestem szczęśliwy, że przed niespełna dwudziestu laty dobry los (bo przecież wszystko jest dziełem przypadku) złączył mnie z grupą szlachetnych ludzi, którzy podjęli trud  wprowadzenia do Polski tej szlachetnej organizacji, promowania jej etosu, budowania jej struktur: a początki nie były łatwe. Że byłem jednym z nich, od początku żarliwym, łatwo ukąszony tym bakcylem, który pozwolił mi postrzec w całej rozciągłości fundamentalne znaczenie uniwersalnych, niezbywalnych praw człowieka – każdej istoty ludzkiej I wielki etos ich obrony. Że mogłem przez wiele lat przeżywać tą wspaniałą amnestyjną przygodę, co ogromnie ubogaciło moje życie, że miałem możność dorzucić swój mały kamuszek do wielkiej piramidy wciąż budowanej dla obrony fundamentalnych ludzkich praw. Dzisiaj, po przeszło pół wieku od jej powstania – przez miliony wolontariuszy, szlachetnych, wrażliwych ludzi, w każdym niemal zakątku świata.

Dziękuję Ci, Amnesty International, że dane mi było przeżyć z Tobą tę wieloletnią wielką przygodę, że spotkałem na tej drodze tak wielu wspaniałych ludzi z różnych zakątków świata, że mnie ona tak ubogaciła. Dziękuję Ci, że jesteś – taka, z której po ukąszeni nigdy się nie wychodzi. No, i dziękuję za ten raport, taki zwykły, taki po prostu Twój w swojej  formie, choć dla mnie niezwykły, jakiś szczególny, na wagę złota.

Dziękuję!

[POLSKA: WOLNE SĄDY, WOLNI LUDZIE. SĘDZIOWIE BRONIĄ SWOJEJ NIEZAWISŁOŚCI.  https://amnesty.org.pl/wp-content/uploads/2019/07/Wolne-Sady-Wolni-Ludzie-Report_PL.pdf]

Bardzo osobiste: komunikat z Tworki Spa

Kreślę krótki komunikat, co u mnie. Z zażenowaniem, bo to trochę tak, jakbym narzucał   niekoniecznie interesującą lekturę, co u szarej myszki, ale ponieważ kilka osób o taki komunikat mnie prosiło – więc piszę.

Zbliża się kres: kiedyś przecież musi nadejść. Rokowania są, jakie są, i tu już się nic nie zmieni: rakowy potworek zaatakował, taki złośliwiec, który wyznaczył mi kres – kilka, kilkanaście miesięcy. Ale i tak łaskawy. Po jakże długim życiu, dając wiąż czas na refleksję, takie ostateczne ogarnięcie i uporządkowanie. Do rozpaczy mi daleko, a nawet przeciwnie – przyszłość postrzegam nieco bardziej optymistycznie, niż przed świadomością tego wyznaczonego mi kresu. Te wszystkie nasze narodowe słabości, sarmacką pychę, która się dotkliwie przejawiła, nagłe liderskie wzmożenia i brak zgody na wspólny protest przeciwko zawracaniu biegu historii postrzegam coraz bardziej jako chwilowe tołpnięcie, z którego pomału, ale jednak wychodzimy. To prawda, może to kosztować Polaków kolejną dekadą cywilizacyjnego zastoju, który znów trzeba będzie mozolnie odrabiać, ale wydaje mi się, że sprytny taktyk, Jarosław Kaczyński, totalnie pomylił się i strategicznie już przegrał, a historia łaskawa mu nie będzie. Budząc lęki i przez chwilę zarządzając nimi udało mu się oszukać naród i uzyskać tych pięć minut na destrukcję i obłędny marsz wstecz, ale równocześnie obudził nas z chocholego snu. Bo przysnęliśmy tracąc z pola widzenia aksjologię, wartości, zachwyceni Autostradą, tracąc z pola widzenia Człowieka. Widocznie niezbędna była ta zapaść, żeby zacząć odbijać od dna: widocznie tacy jesteśmy, przeglądamy na oczy dopiero w porażce. Atoli, kiedy mam teraz na nosie takie okulary na dalekie widzenie, postrzegam jednoznacznie, że z tej porażki wychodzimy. Rozbudza się obywatelstwo (nasz czteroletni protest nie był tu bez znaczenia), narasta społeczna debata, intelektualiści coraz skuteczniej podejmują próby analizy tego, co się stało i dlaczego. Wchodzące w życie młode pokolenie – cóż tu mówić, zaniedbane przez nas, starych – dostrzega fundowane im deficyty wolności, zagrożenie ich swobód i tego nie da sobie odebrać. Postrzega również nowe wyzwania, wobec których starzy często są ślepi: planeta, migracja – zjawisko nieuchronne, które jednak trzeba jakoś ogarnąć, demografia. Coraz bardziej świadome jest groźby wykluczania, coraz bardziej opowiada się za równością, bez której wolność i poszanowanie ludzkiej godności jest mrzonką. Że to elity (nie te od celebry, a te od społecznej wrażliwości), że to dopiero początek jakiegoś pozytywnego procesu, który narasta? To prawda, ale takie są już chyba cykle historii. Więc życzę każdemu, kto dochodzić będzie do swego kresu, żeby miał szczęście to dostrzec. Bo odchodzi się wówczas pogodnie, bez poczucia porażki, bez przekleństw, z nadzieją. No i jeszcze jedno: czy tylko nas, Polaków, dotknęło to aksjologiczne tołpnięcie? Ależ skąd, dotknęło całą naszą strefę cywilizacyjną, dotknęło przede wszystkim Europę, ale widzimy, jak ona się pięknie budzi. Powstrzymała falę toksycznego, narodowego populizmu, koryguje swoje priorytety, wzmacnia swoje instytucje stojące na straży demokratycznych rządów prawa w całej wspólnocie wolnych narodów i wolnych ludzi. Widać to choćby obserwując blokadę tych, którym marzy się wstecznictwo, przy aktualnych wyborach na najwyższe stanowiska w Unii Europejskiej. Europa, nasza polska racja stanu, gwarant naszego bezpieczeństwa, naszych wolności i naszych obywatelskich swobód.  Szczęśliwy jestem, że tak to postrzegam na odchodnym, a choćby i ze szczyptą przesadnego optymizmu.  Ale tak mi podpowiada moja intuicja, która bierze się przecież z długiego życiowego doświadczenia.

Miało być krótko i osobiście, a znów mi niesforna myśl gdzieś dalej poszybowała. No cóż, ten typ tak ma. Więc już konkretnie. Wczoraj miałem usłyszeć w ursynowskim Centrum Onkologii, co z tym moim potworkiem dalej robić, czy go jakąś kuracją (radiacje, chemia) powstrzymywać kosztem wzrastającego dyskomfortu tych kilku zyskanych miesięcy życia, czy pozwolić mu czynić to jego diabelskie dzieło zważywszy skutki tego dyskomfortu. Okazało się, że na podpowiedź znakomitych medyków będę musiał jeszcze kilka dni poczekać, jeszcze jest niezbędna jakaś opinia, konsultacja. Czekam więc cierpliwie, zaoferowane mi propozycje przyjmę z pokorą no i jakąś decyzję podejmę, bo w końcu będzie to moja decyzja – zapadnie pod koniec lipca. A na razie jestem w domu, ogarniam się, cieszę się każdą chwilą, a szczególnie ciepłem i życzliwością, jaka mnie otacza ze strony ludzi, których miałem szczęście na swojej ścieżce spotkać. W tym aspekcie jestem dziecko szczęścia, bo nie każdemu to się trafia. I właśnie za to ciepło i życzliwość wokół mnie najgoręcej dziękuję – dobrej Opatrzności, wszystkim, którzy mnie w tym trudnym w końcu czasie okazują tak wiele przyjaźni: cóż więcej stary człowiek, sięgający po kres, mógłby sobie wymarzyć.

Żyję normalnie, zastanawiam się, co mógłbym zrobić jeszcze żeby do końca podtrzymać sens życia. Mobilny już nie jestem, nie będzie już mi dane uczestniczyć w tych niezapomnianych spotkaniach obcych sobie, a równocześnie tak bliskich sobie ludzi – Was właśnie, którzy poderwali się do protestu przeciwko deptaniu fundamentalnych wartości. Nie znaczy to jednak, że nie mam już żadnych planów. Najbliższy – to skorzystanie z zaproszenia niepowtarzalnego Jurka Owsiaka do wzięcia udziału w jego kostrzyńskim „festiwalu wolności” i do porozmawiania z młodzieżą na ustawionej tam scenie Akademii Sztuk Przepięknych o tym, że najgorsze, co może nas w życiu spotkać – to obojętność na zło, że bunt przeciwko niemu – to przejaw najwyższego szacunku dla prawa i przyrodzonej człowiekowi godności. Że warto. Że to nadaje jakiś sens życiu. Nie wiem, czy trafię do wyobraźni tych młodych ludzi, z którymi mam się spotkać – którzy są mi tak bliscy bo najbliżej kojarzą mi się z nadzieją, ale jeśli trafię choć do jednego z nich, to i tak świat się posunie choćby o milimetr do przodu. Na swojej dobrej trajektorni. A czy w ogóle tam dojadę – o tym zdecyduje ostatecznie mój potworek, który mi na to pozwoli lub już nie, ale ponieważ mam mieć to spotkanie już za niespełna trzy tygodnie, mam nadzieję, że kondycja nie odmówi mi jeszcze posłuszeństwa. I tak trzymam. A już jutro będę przekonywał w spocie reklamowym, o który mnie proszono, do wzięcia udziału w warszawskiej Wielokulturowej Street Party, wspaniale pokazującej fascynującą inność, prezentującej moją kochaną Warszawę jako miejsce na (polskiej) ziemi otwarte na świat, europejskie, uśmiechnięte, przyjazne. A czeka jeszcze na kilka słów uznania i promocji znakomity raport Amnesty International niosący przesłanie „wolni ludzie, wolne sądy” w odniesieniu do łamanych w Polsce praw podstawowych. Więc robię swoje i będę chciał tak do końca.

No i cóż – jestem „stacjonarny”, po prostu w domu, w pobliskim Pruszkowie, tuż nad Utratą:  tak mi wyszło. Zatem gdyby przyszło komu na myśl odwiedzić mnie w tym wakacyjnym czasie (a piękne lato mamy!), żeby uścisk dłoni wymienić – rad będę wielce i obiecuję smaczną kawę. I na tym już kończę z nadzieją, że przecież jeszcze gdzieś, kiedyś do zobaczenia!

Bardzo osobiste: komunikat z Tworki Spa

Kreślę krótki komunikat, co u mnie. Z zażenowaniem, bo to trochę tak, jakbym narzucał   niekoniecznie interesującą lekturę, co u szarej myszki, ale ponieważ kilka osób o taki komunikat mnie prosiło – więc piszę.

Zbliża się kres – kiedyś przecież musi nadejść. Rokowania są, jakie są, i tu już się nic nie zmieni: rakowy potworek zaatakował, taki złośliwiec, który wyznaczył mi kres – kilka, kilkanaście miesięcy. Ale i tak łaskawy. Po jakże długim życiu, dając wiąż czas na refleksję, takie ostateczne ogarnięcie i uporządkowanie. Do rozpaczy mi daleko, a nawet przeciwnie – przyszłość postrzegam nieco bardziej optymistycznie, niż przed świadomością tego wyznaczonego mi kresu. Te wszystkie nasze narodowe słabości, sarmacką pychę, która się dotkliwie przejawiła, nagłe liderskie wzmożenia i brak zgody na wspólny protest przeciwko zawracaniu biegu historii postrzegam coraz bardziej jako chwilowe tołpnięcie, z którego pomału, ale jednak wychodzimy. To prawda, może to kosztować Polaków kolejną dekadą cywilizacyjnego zastoju, który znów trzeba będzie mozolnie odrabiać, ale wydaje mi się, że sprytny taktyk, Jarosław Kaczyński, totalnie pomylił się i strategicznie już przegrał, a historia łaskawa mu nie będzie. Budząc lęki i przez chwilę zarządzając nimi udało mu się oszukać naród i uzyskać tych pięć minut na destrukcję i obłędny marsz wstecz, ale równocześnie obudził nas z chocholego snu. Bo przysnęliśmy tracąc z pola widzenia aksjologię, wartości, zachwyceni Autostradą, tracąc z pola widzenia Człowieka. Widocznie niezbędna była ta zapaść, żeby zacząć odbijać od dna: widocznie tacy jesteśmy, przeglądamy na oczy dopiero w porażce. Atoli, kiedy mam teraz na nosie takie okulary na dalekie widzenie, postrzegam jednoznacznie, że z tej porażki wychodzimy. Rozbudza się obywatelstwo (nasz czteroletni protest nie był tu bez znaczenia), narasta społeczna debata, intelektualiści coraz skuteczniej podejmują próby analizy tego, co się stało i dlaczego. Wchodzące w życie młode pokolenie – cóż tu mówić, zaniedbane przez nas, starych – dostrzega fundowane im deficyty wolności, zagrożenie ich swobód i tego nie da sobie odebrać. Postrzega również nowe wyzwania, wobec których starzy często są ślepi: planeta, migracja – zjawisko nieuchronne, które jednak trzeba jakoś ogarnąć, demografia. Coraz bardziej świadome jest groźby wykluczania, coraz bardziej opowiada się za równością, bez której wolność i poszanowanie ludzkiej godności jest mrzonką. Że to elity (nie te od celebry, a te od społecznej wrażliwości), że to dopiero początek jakiegoś pozytywnego procesu, który narasta? To prawda, ale takie są już chyba cykle historii. Więc życzę każdemu, kto dochodzić będzie do swego kresu, żeby miał szczęście to dostrzec. Bo odchodzi się wówczas pogodnie, bez poczucia porażki, bez przekleństw, z nadzieją. No i jeszcze jedno: czy tylko nas, Polaków, dotknęło to aksjologiczne tołpnięcie? Ależ skąd, dotknęło całą naszą strefę cywilizacyjną, dotknęło przede wszystkim Europę, ale widzimy, jak ona się pięknie budzi. Powstrzymała falę toksycznego, narodowego populizmu, koryguje swoje priorytety, wzmacnia swoje instytucje stojące na straży demokratycznych rządów prawa w całej wspólnocie wolnych narodów i wolnych ludzi. Widać to choćby obserwując blokadę tych, którym marzy się wstecznictwo, przy aktualnych wyborach na najwyższe stanowiska w Unii Europejskiej. Europa, nasza polska racja stanu, gwarant naszego bezpieczeństwa, naszych wolności i naszych obywatelskich swobód.  Szczęśliwy jestem, że tak to postrzegam na odchodnym, a choćby i ze szczyptą przesadnego optymizmu.  Ale tak mi podpowiada moja intuicja, która bierze się przecież z długiego życiowego doświadczenia.

Miało być krótko i osobiście, a znów mi niesforna myśl gdzieś dalej poszybowała. No cóż, ten typ tak ma. Więc już konkretnie. Wczoraj miałem usłyszeć w ursynowskim Centrum Onkologii, co z tym moim potworkiem dalej robić, czy go jakąś kuracją (radiacje, chemia) powstrzymywać kosztem wzrastającego dyskomfortu tych kilku zyskanych miesięcy życia, czy pozwolić mu czynić to jego diabelskie dzieło zważywszy skutki tego dyskomfortu. Okazało się, że na podpowiedź znakomitych medyków będę musiał jeszcze kilka dni poczekać, jeszcze jest niezbędna jakaś opinia, konsultacja. Czekam więc cierpliwie, zaoferowane mi propozycje przyjmę z pokorą no i jakąś decyzję podejmę, bo w końcu będzie to moja decyzja – zapadnie pod koniec lipca. A na razie jestem w domu, ogarniam się, cieszę się każdą chwilą, a szczególnie ciepłem i życzliwością, jaka mnie otacza ze strony ludzi, których miałem szczęście na swojej ścieżce spotkać. W tym aspekcie jestem dziecko szczęścia, bo nie każdemu to się trafia. I właśnie za to ciepło i życzliwość wokół mnie najgoręcej dziękuję – dobrej Opatrzności, wszystkim, którzy mnie w tym trudnym w końcu czasie okazują tak wiele przyjaźni: cóż więcej stary człowiek, sięgający po kres, mógłby sobie wymarzyć.

Żyję normalnie, zastanawiam się, co mógłbym zrobić jeszcze żeby do końca podtrzymać sens życia. Mobilny już nie jestem, nie będzie już mi dane uczestniczyć w tych niezapomnianych spotkaniach obcych sobie, a równocześnie tak bliskich sobie ludzi – Was właśnie, którzy poderwali się do protestu przeciwko deptaniu fundamentalnych wartości. Nie znaczy to jednak, że nie mam już żadnych planów. Najbliższy – to skorzystanie z zaproszenia niepowtarzalnego Jurka Owsiaka do wzięcia udziału w jego kostrzyńskim „festiwalu wolności” i do porozmawiania z młodzieżą na ustawionej tam scenie Akademii Sztuk Przepięknych o tym, że najgorsze, co może nas w życiu spotkać – to obojętność na zło, że bunt przeciwko niemu – to przejaw najwyższego szacunku dla prawa i przyrodzonej człowiekowi godności. Że warto. Że to nadaje jakiś sens życiu. Nie wiem, czy trafię do wyobraźni tych młodych ludzi, z którymi mam się spotkać – którzy są mi tak bliscy bo najbliżej kojarzą mi się z nadzieją, ale jeśli trafię choć do jednego z nich, to i tak świat się posunie choćby o milimetr do przodu. Na swojej dobrej trajektorni. A czy w ogóle tam dojadę – o tym zdecyduje ostatecznie mój potworek, który mi na to pozwoli lub już nie, ale ponieważ mam mieć to spotkanie już za niespełna trzy tygodnie, mam nadzieję, że kondycja nie odmówi mi jeszcze posłuszeństwa. I tak trzymam. A już jutro będę przekonywał w spocie reklamowym, o który mnie proszono, do wzięcia udziału w warszawskiej Wielokulturowej Street Party, wspaniale pokazującej fascynującą inność, prezentującej moją kochaną Warszawę jako miejsce na (polskiej) ziemi otwarte na świat, europejskie, uśmiechnięte, przyjazne. A czeka jeszcze na kilka słów uznania i promocji znakomity raport Amnesty International niosący przesłanie „wolni ludzie, wolne sądy” w odniesieniu do łamanych w Polsce praw podstawowych. Więc robię swoje i będę chciał tak do końca.

No i cóż – jestem „stacjonarny”, po prostu w domu, w pobliskim Pruszkowie, tuż nad Utratą:  tak mi wyszło. Zatem gdyby przyszło komu na myśl odwiedzić mnie w tym wakacyjnym czasie (a piękne lato mamy!), żeby uścisk dłoni wymienić – rad będę wielce i obiecuję smaczną kawę. I na tym już kończę z nadzieją, że przecież jeszcze gdzieś, kiedyś do zobaczenia!