MÓJ Kostrzyn:  MÓJ TESTAMENT

Zacznę od czegoś bardzo, bardzo osobistego. Bo to miało być trochę inaczej. Kiedy Jurek Owsiak zaprosił mnie do zabrania tu głosu, potraktowałem to, oczywiście, jako zaszczyt, wyróżnienie – nie wiem czy zasłużone, pewne wyzwanie, ale równocześnie jako kolejną okazję porozmawiania z młodzieżą, pokoleniem moich dzieci i wnuków. Spotykam się z wami nie rzadko, zwykle w szkołach – nigdy w tak licznym gronie, rozmawiamy o wartościach, o Europie. Bardzo to sobie cenię. Wiele się od was uczę i to jest fascynujące, Wy mnie słuchacie, bo ja was słucham – taka konfrontacja pokoleń. Ale, kiedy przyjmowałem to Jurkowe zaproszenie, nie wiedziałem jeszcze o mojej chorobie, takiej terminalnej. Potworek mi się zalęgł w głowie, nazywa się glejak mózgu. On wyznacza kres, pozostawia kilka miesięcy życia i nie ma innej opcji. Nie wpadłem w rozpacz, robię swoje, do końca – gdzie mogę, choćby już tylko z fotela, bo choroba daje o sobie znać – bronię swoich ideałów, wartości, które są mi bliskie. I tak się staram trzymać. Tylko co zrobić z tym zaproszeniem do odległego Kostrzyna, kiedy nogi odmawiają już posłuszeństwa, bez laski ani rusz, w głowie trochę się mąci, myśl ucieka? A z drugiej strony pomyślałem sobie, że to jest przecież ostatnia możliwość w moim życiu spotkania się z młodzieżą, z wchodzącym w życie młodym pokoleniem Polaków, którzy będą zmieniać świat, zmieniać Polskę – więcej takich okazji nie będzie; i że ja mam im na tej końcówce coś bardzo ważnego do powiedzenia. Taką ważną refleksję, która płynie z mojego długiego życia, takie moje głębokie przekonanie, że ona nadaje życiu sens. Właśnie tu, na tym niepowtarzalnym festiwalu wolności, do tych, którzy tu doszli, do tych, którzy tą wolność w sobie czują. Więc wstałem z tego mego bujanego fotela i – mimo słabości – przyjechałem.

I wszystko, co chciałem Wam z całą żarliwością powiedzieć, można na wstępie zawrzeć w jednym zdaniu: że warto! Że warto w życiu nie być obojętnym, że obojętność na zło, przemoc, kłamstwo, fałsz, uwłaszczanie ludzkiej godności, jakieś obłędne odwracanie biegu historii, co ostatnio w naszym kochanym kraju obserwujemy – to najgorsze, co nas w życiu może spotkać, bo odbiera sens życia, bo czyni go pustym jak orzeszek. Że warto mieć ideały, że warto bronić wartości, że warto być po dobrej stronie mocy. Że jak miło się po tym przejrzeć w lustrze. Że życie tylko wówczas nie jest zmarnowane!

No, to teraz kilka słów, skąd mi się to przesłanie bierze, dlaczego tak bardzo pragnę, aby ono tu wybrzmiało. Sięgam do tego swego długiego życia, a przecież nie sposób uniknąć w nim historii. Jestem dzieckiem wojny, tej najokrutniejszej chyba w dziejach współczesnych wojny, o której tak mało się mówi, która nie trafia już do ludzkiej wyobraźni. To ona mnie kształtowała. I nie chcę tu mówić o tej totalnej destrukcji, o zmiataniu miast z powierzchni ziemi, o bombach, rakietach, milionach ludzkich ofiar, choć wszystko to przecież przeżyłem, widziałem. Chcę mówić o nienawiści, jaką sieje. O mojej nienawiści to tego SS-mana, który jadąc konno ulicami małego miasteczka na skraju puszczy kozienickiej, gdzie losy wojny mnie rzuciły, bez chwili wahania wyjął spluwę i strzelił do chłopca, mego żydowskiego rówieśnika z gwiazdą Dawida, który szedł tą drogą i zmusił do spowolnienia kłusa. Chłopak padł dwa metry ode mnie. Krew. Martwy. A później było coraz więcej krwi: szubienice, egzekucje. Z nienawiści, z pogardy. I rodził się we mnie, w dzieciaku – podówczas, miałem 13–14 lat  – bunt. Ale też wzajemna nienawiść. Jakże by się chciało mieć też tą spluwę i mścić, też zabija. A ten Bahnschuc celujący w nas ze swojego Schmeissera, w kilku chłopaków, usiłujących ukradkiem podać flaszkę wody błagającym o to żydowskim współbraciom wiezionych na okrutną śmierć w bydlęcych, zakratowanych wagonach? A tajne komplety, gdzie pozyskiwaliśmy wiedzę broniąc się przed sprowadzeniem nas do roli analfabetów, bezwolnych robotów kosztem ogromnego ryzyka – uwięzienia, obozu koncentracyjnego? A upodlenie tych innych, mas ludzkich, wszędzie tam, gdzie było to tylko możliwe? Więc nienawiść, wzajemna, najpotężniejsze zło niszczące nasze człowieczeństwo. I żądza zemsty. Wszystko to podsycane długo jeszcze po tym, przez kolejny totalitaryzm, w okresie stalinizmu. Więc bunt, skutecznie tłumiony brutalną przemocą. I tak znalazłem się w UB-eckich kazamatach, gdzie było pierwsze bicie, jakieś krople krwi. Miałem już 16 – 17 lat. Później było troszkę lepiej, ale wciąż, przez kolejne dekady, przemoc, pogarda, łamanie ludzkich sumień. I wciąż towarzyszył temu bunt przemieszany z nienawiścią, pociągając za sobą nie rzadko dotkliwe konsekwencje. Ale nie mogło go w końcu nie być.

I wciąż ta myśl o wolnej Polsce, tej Polsce moich młodzieńczych marzeń. I podpatrywanie jakby prze dziurkę od klucza, jak to jest tam, blisko w końcu, o rzut beretem. W jądrze Europy, z której zostaliśmy wyłuskani. I to bolesne pytanie, dlaczego nas tam nie ma.

A jakże tam było inaczej, co z zadziwieniem odkrywało moje pokolenie. Jakże mądrze wypowiedziano tam kategoryczną wojnę nienawiści po tej okrutnej wojnie, bo od tego trzeba było zacząć. Zamiast niej – pojednanie. Nigdy więcej odradzania się Europy w formacie państw narodowych, ze wszystkimi ich toksynami, z tkwiącą w nich nienawiścią, do innego, do nie współplemieńca. Rodzi się tam najpiękniejszy dokument, jaki wykreowała Organizacja Narodów Zjednoczonych, Powszechna Deklaracja Praw Człowieka: „Każdy człowiek rodzi się wolny i równy w godności i prawach…” Rodzi się stająca na jej straży Rada Europy. Rodzi się ta niepowtarzalna wspólnota wolnych narodów i wolnych ludzi oparta o pojednanie, wyzbyta z  nienawiści, przy wielkim okrągłym stole, europejskiej spuściźnie starożytnej greckiej agory. Wiedza o tym w  zniewolonej Polsce jest wręcz zakazana, a przecież trzeba było jakoś temu pomóc, jakoś to fortelem, gdzie się dało, przemycać. Nie rzadko, znów, nie bez konsekwencji. Jak sięgam pamięcią wstecz, ileż traciły na tym lekcje angielskiego, lektorat, jaki prowadziłem na jednaj z warszawskich wyższych uczelni, bo usiłowałem przemycać tą wiedzę do grona moich studentów. Gdzie się dało.

A później, znacznie już później, po latach wręcz niewiary, że może być inaczej, nagle, nieoczekiwanie ten cud, to przebudzenie: rodzi się polska „Solidarność”, ta przepiękna, błękitnooka, Panna „S”. Nie bez bólu, nie bez ofiar, ale idzie to jak burza; taki wreszcie haust cudownego świeżego powietrza. Dzieje się historia, trzeba to wesprzeć. Dzień miesza się teraz z nocą w tych działaniach i tak nam z tym dobrze. I rodzi się te historyczne 21 punktów w Stoczni Gdańskiej, i w całej Polsce rozbrzmiewa hasło: „Nie ma wolności bez solidarności!” i zaraża nim całą zniewoloną wschodnią Europę. Trzeba to pieścić, trzeba to hasło wykrzykiwać. Ktoś to musi robić! Jak nie ja, to kto – pyta każdy, kto nieobojętny, nie porażony znieczulicą.

Ten karnawał wolności nie trwa długo, złe moce dają o sobie znać. Stan wojenny. Znów represje, aresztowania, na ulicach pojawia się znów krew. Ale „Solidarność” trwa, schowana w podziemiu. Jej już nie może nie być! Znów konspira: kurierzy, bibuła, trzeba ją rozrzucić, gdzie się da. Jest wielka społeczna debata, mało już skrywana, głosy wybitnych intelektualistów, które trzeba podać dalej. Działaliśmy na uczelniach, gdzie ferment był największy: na moich lektoratach coraz mniej jest znów ćwiczenia „present perfect”, coraz więcej tego fermentu, który nie daje się powstrzymać. Nie zawsze, oczywiście, było łatwo – bywały dotkliwe konsekwencje, ale było warto, cena za to wydawała się niska. Działaliśmy w lokalnych środowiskach, w naszych małych ojczyznach. Podtrzymywaliśmy nadzieję, która chwilami znów gasła.

I przetrwaliśmy w tej konspirze. I rodzi się w niej ten genialny pomysł na przyszłą Polskę. Polacy zdobywają się na coś wielkiego, na własną, rodzimą agorę. Przełamują te złe stereotypy, które do nas przylgnęły – że wciąż  skłóceni, że zawsze ta głupia, krótkowzroczna bohaterszczyzna, że zawsze leje się bratnia krew. Ludzie z różnych życiowych ścieżek, o tak różnych wrażliwościach, spotykają się przy okrągłym stole, żeby rozmawiać o lepszej, wspólnej  Polsce. Rośnie nadzieja. Dla mnie to graniczyło wprost z cudem. Bez przemocy, wreszcie bez nienawiści, w pojednaniu. Będzie to stanowić już wkrótce naszą przepustkę do wolnego świata, do wspólnoty wolnych ludzi i wolnych narodów, do spełnienia marzeń wielu pokoleń Polaków. I popatrzcie, jak to jest teraz przez rodzimych barbarzyńców niszczone, jak wygumkowywane z historycznej pamięci. Błagam Was, nie dajcie tego zniszczyć – tego polskiego skarbu, pojednania, wielkiego polskiego Okrągłego Stołu. I jak można było się w to nie angażować! Dał nam wówczas dobry los mężów stanu, którzy ten genialny pomysł kreowali: Mazowiecki, Kuroń, Geremek, wielu innych wokół ikony „Solidarności”, „nieznanego mężczyzny z wąsem”, ale trzeba było doprowadzać do społecznej świadomości, że przed Polską otwiera się wielka historyczna szansa, na którą czekaliśmy od dekad, od stuleci: szansa wyjścia z podległości. I jak tu się nie angażować, jak nie poświęcić temu wszystkiego. Dzień, noc, nawet rodzina. Ruch Komitetów Obywatelskich, na moim warszawskim Żoliborzu – kampania wyborcza Jacka Kuronia, działałem w jej sztabie. Jest moc! Wspominam to jak piękny sen. A warszawska „Niespodzianka”!

I znów: było warto! Bo to się stało! Spełnił się sen, w którego spełnienie jakże często nie dawałem już wiary. Wyłoniła się Polska, ta z moich młodzieńczych marzeń właśnie, niepodległa, suwerena, uśmiechająca się do świata, dumna ze swojej „Solidarności”. Tym razem słusznie dumna. Tego nie dokonały krasnoludki. Wiele się na to złożyło, ale nie byłoby tego bez obywatelskiego zaangażowania. Jakże było warto!

I dołączyliśmy wkrótce do tej niepowtarzalnej wspólnoty wolnych narodów, wolnych ludzi. Zniknęły granice. Podpisaliśmy się z entuzjazmem pod europejskimi wartościami – uniwersalnymi, wziętymi z Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka, ale przecież ściśle zdefiniowanymi w Karcie Praw Podstawowych Unii Europejskiej, tym laickim, europejskim  „sacrum”. Jest tam sześć punktów, a każdy iskrzy jak diament. Poszanowanie godności ludzkiej, każdego człowieka: bo jakiż to przypadek, że rodzisz się czarny, biały, żółty, z nosem długim bądź płaskim, dorodny blondyn, czy dotknięty złym losem niepełnosprawny, hetero czy gej. Kolejny punkt – to wolność: możliwość samorealizowania się we wszystkich obszarach, do granic wyrządzenia krzywdy drogiemu człowiekowi. Ale nie ma wolności bez równości: równość życiowych szans, równość płci, pełnego uznania praw kobiet, do dzisiaj przecież dyskryminowanych, o te prawa walczących – jakże dzielnie, jakże nisko chylę czoła przed lasem „czarnych parasolek” na warszawskim Placu Zamkowym i w całej Polsce. To one jedyne okazały skuteczność w odporze na kolejną próbę zamachu na ich obywatelskie prawa. Dzięki wartościom, jakie tworzą Unię, one wreszcie tę pełnię praw odzyskują. Przychodzi  mi na myśl piękna postać kobiety, która jakby to symbolizuje. Nazwana już przez wielu królową Europy, powołana na  kluczowe stanowisko w Unii Europejskiej, Ursula von der Leyen, matka siedmiorga dzieci, co nie przeszkadzało jej od lat młodzieńczych nie być obojętną – społecznie, politycznie, wciąż się angażować, A teraz mówi swoim delikatnym, ale jakże stanowczym głosem do współobywateli, Europejczyków: kto będzie ze mną bronił praworządności, tego fundamentu wielkiej europejskiej wspólnoty, będzie moim przyjacielem, kto ją będzie łamał – będzie moim wrogiem! I jestem przekonany, że nie odpuści.

Więc godność, wolność, równość.  A kolejna w tym europejskim katechizmie jest solidarność, bo przecież nie ma wolności bez solidarności. Któż o tym wie lepiej, jak nie my, Polacy? A później, dla uwieńczenia tej wyliczanki – praworządność. Rządy prawa, bez których demokracja jest bezzębna. Trójpodział władzy, wzajemne kontrolowanie się i ścieranie mające na uwadze dobro wspólne: żeby dla każdego znalazło się godne miejsce w narodowych wspólnotach – i dla tego z prawa, któremu bliższa tradycja, i dla tego z lewa, któremu bliższa wolność. Ale czy można wyobrazić sobie praworządność bez wolnych, niezawisłych sądów? Nie można!

I taka jest ta nasza Unia, ta nasza Europa. Ma dziesiątki definicji, a mnie podoba się taka przypadkowa: ot taka refleksja mojej przyjaciółki. Ekolożka, ratuje planetę na szczeblu europejskim, rozległe kontakty. Ktoś z przyjaciół, nie pozbawiony fantazji Francuz, postanowił zorganizować swoje przyjęcie urodzinowe na rozległej normandzkiej plaży, tam, gdzie ongiś, w „D”’ Day, lądował gigantyczny, aliancki desant. Zaprosił gości: przyjechała Szwajcarka ze swoim tunezyjskim partnerem, dwaj kochający się geje z Austrii, był ktoś z Estonii, Portugalii, Holandii, był zaprzyjaźniony syryjski uchodźca. Bawią się, są radośni, nie mają kłopotów z porozumieniem się. Są piękni w swojej różnorodności, ale świat postrzegają podobnie. I taką oto refleksją podzieliła się ze mną moja przyjaciółka: to jest właśnie moja Europa!

A w kraju jest wreszcie normalnie: niepodległa, suwerenna, europejska Rzeczpospolita zmierza w dobrym kierunku. Można trochę odpuścić. Ale nie do końca. Zaczyna się moja kolejna wielka przygoda z „Amnesty International”, bo przecież trzeba spłacać dług wdzięczności za to, co ta piękna organizacja broniąca uniwersalnych praw człowieka, zrobiła dla Polski stając w obronie prześladowanych w latach 80-tych. Na świecie wciąż jest przemoc, tortury, prześladowania, łamanie niezbywalnych ludzkich praw. Więc znów kilkanaście lat żarliwej aktywności w ich obronie. Piękna przygoda, brak czasu, żeby o niej coś więcej.

Powracając jednak do Polski, do naszego kochanego kraju. Sprawy szły w dobrym kierunku, zyskaliśmy poczesne miejsce w Europie, ale popełnialiśmy też kardynalne błędy, zaniechania. Zafascynowani byliśmy zasypywaniem przepaści cywilizacyjnej, naszym „sacrum” stała się Autostrada, umknął z pola widzenia Człowiek, który nie potrafił się w tej wielkiej transformacji odnaleźć. Zapomnieliśmy o wartościach, nie mówiliśmy o nich: one po prostu były, są, tak, jakby dane raz na zawsze. Myślę, że największe zaniechanie ze strony mego i nieco młodszego pokolenia w ciągu tych niespełna 30 lat – to dawanie naszym dzieciom, naszym wnukom, takiego oto przekazu: my nie mieliśmy szans, więc wy z nich teraz korzystajcie, kończcie dwa fakultety, uczcie się języków, róbcie kariery. Nie braliśmy was na kolana, żeby snuć bajkę o wolności, o tym, czym jest równość, jakim trudem trzeba było wywalczyć solidarność. Nie rzeźbiliśmy was dla wartości. I stało się to, co się stało: powstała przestrzeń otwarta dla zgubnej fali populizmu, ktoś zaczął budzić lęki i nimi zarządzać, żeby jednak skutecznie zarządzać – trzeba dzielić. Na lepszy i gorszy sort, na patriotów i zdrajców. Pojawiła się przerażająca fala „hejtu”, mowy nienawiści. Ktoś podniósł łapę na ten fundament naszej młodziutkiej europejskości, jaką jest praworządność, prawo,  rzucając taki oto przekaz w przestrzeń publiczną: suweren ponad prawem. Zbiorowy suweren – nie obywatel, a masa ludzka bez twarzy, zarządzana lękiem, a więc szukająca poczucia bezpieczeństwa, której proponuje się taki oto „deal”: zapewnimy wam bezpieczeństwo za pozornie niską cenę, za waszą rezygnację z obywatelskich swobód.. Przerażająca perspektywa, jakby odwrócenie biegu historii, niszczenia tego skarbu, jaki nam się po stuleciach przytrafił ziszczając marzenie wielu pokoleń Polaków: demokratyczne państwo prawa ukorzenione w Europie, w jej wartościach.

No, i mości panowie, znów larum grają, znów trzeba wyjść z kokonu obojętności i stanąć w obronie wartości. Tych uniwersalnych, ale równocześnie przecież tych naszych, europejskich. Co równoznaczne jest z obroną najwyższej racji stanu Rzeczypospolitej, bo ona na tych wartościach została zbudowana. Ale to również nasze obywatelskie wartości, nasze obywatelskie swobody – moje, twoje. Spójrzcie przez chwilę na piękne miasto Białystok, na pięknych w większości jego mieszkańców, popatrzcie, co tam się stało, ujawniło. Tam ukazała się ta obrzydliwa, wstrętna polska gęba, ten zły gen wstecznictwa, który pogrążał Polskę ilokrotnie dostawała swoją szansę. To nie jest specyfika Białegostoku. To ponura spuścizna polskiego, szlacheckiego sobiepaństwa, polskiej sarmacji, polskiej targowicy. To ci sami ludzie z różańcami  na szyi i krzyżem w ręku lżyli i kopali słabszych, upominających się o swoje niezbywalne prawa, wrzeszcząc, że bronią jakiejś białej Polski, narodowego państwa ze wszystkimi jego toksynami nienawiści, państwa wyznaniowego, bez kszty tolerancji – to  ci sami ludzie ze skażonej złem grupy społecznej, a przecież członków polskiej wspólnoty, co palili żywcem swoich żydowskich współbraci w Jedwabnem, co podnosili łapę z okrzykiem „heil und sieg” w geście nazistowskiego pozdrowienia czcząc rocznicę urodzin Adolfa Hitlera, ci sami, którzy wieszali na szubienicach podobizny polskich europosłów za to, że stawali w obronie państwa prawa, praworządności, ci sami, co publicznie spalili kukłę Żyda. Bezkarni. To zjawisko w Polsce nie nowe, daje o sobie znać, kiedy otrzymuje na to przyzwolenie. No, i otrzymuje: lokalnym politykom, którzy przewodzili w Białymstoku tej ostatniej krucjacie, włos z głowy nie spada. Najbrutalniejsi bandyci, dwa czy  trzy kozły ofiarne, skazane będą zapewne na lekką karę więzienia. I koniec. I zgrozą wieje. Bo to jest już faszyzm: nazywam sprawę po imieniu, bez znieczulenia.

Więc larum grają: żeby powstrzymać ten pełzający faszyzm, tą polską, wstrętną gębę. Mocą naszego obywatelstwa: ich jest garstka, są głośni, nas są miliony. Tyle tylko, że trzeba poczuć się obywatelem – Rzeczypospolitej, Unii Europejskiej. Jakże ta edukacja obywatelska  została zaniedbana, ile jeszcze jest do odrobienia. Powracając jednak do tematu: larum grają, żeby znów się poderwać, zaangażować, w obronie europejskich wartości – godność, wolność, równość, solidarność, praworządność, prawa człowieka. W obronie Konstytucji, tej mądrej umowy społecznej, która nieustannie jest łamana, której przepiękną preambułę wyrażającą realizację marzeń wielu pokoleń Polaków czyta się publicznie wyrażając tym społeczny protest. W obronie niezawisłości polskich sądów i niezależności polskich sędziów: kłaniam wam się do ziemi, dostojni polscy sędziowie, za waszą odważną obronę polskiego prawa, polskiej praworządności, mimo lżenia i kłamstw, czasem nawet wykrzykiwanych z zagranicy, żeby było głośniej. W obronie Polski otwartej na świat, otwartej na inność, która nie zagraża, a zawsze ubogaca; Polski tolerancyjnej, europejskiej. Bo warto. Bo – kiedy okazujesz swoją obywatelską postawę – wtedy tylko odkrywasz sens życia, takie dobre poczucie, że życia nie marnujesz.

Nie macie pojęcia, z jaką nadzieją ja patrzę na was z tej sceny, na tym niepowtarzalnym festiwalu wolności Jurka Owsiaka. Szczególnie na to najmłodsze pokolenie Polaków, wchodzących dopiero w życie, pierwsze po wiekach, dla którego niepodległość jest oczywistością, jeszcze nie skażonych żadną żądzą władzy. Trochę przespaliście, to prawda, z naszej winy, mojego pokolenia, bo nie rzeźbiliśmy was dla wartości. Ale wy się obudziliście, wy już to wiecie: wolność nie jest dana raz na zawsze. A wy już bez wolności życia sobie nie wyobrażacie: inaczej byście tu, nie bez trudu, nie przybyli. I wy tą wolność obronicie. Wy się w to zaangażujecie, bo warto. Bo to będzie wasza Polska: przecież nie ta, którą chce nam zafundować obłąkany polityk, któremu udało się na chwilę przejąć władzę, otumaniać naród, zawracać bieg historii: zniewolona przez jedynie słuszną rację, smutna, faszyzująca.  Wasza Polska będzie piękna, wymarzona przez  pokolenia, którą chcą wam teraz odebrać: otwarta na świat, obywatelska, europejska. Jakże w to głęboko wierzę, że wchodzące w życie publiczne, to najmłodsze pokolenie Polaków – a to wy właśnie – spełni tę dziejową rolę, że taką Polskę wywalczy, obroni. Chcę, żebyście wiedzieli,  jaką wy jesteście dla mnie nadzieją. Myślę, żei dla całego mego odchodzącego już  pokolenia, które pozostawia wam w spuściźnie haniebnie wdeptywaną teraz  w ziemię polską „Solidarność”, Polskę wiąż suwerenną, ukorzenioną już w europejskich wartościach, z których polityczni troglodyci chcą nas wyłuskać. A o wszystkim przesądza przecież wolność: brońcie jej jak przysłowiowych Okopów Świętej Trójcy. Brońcie planety, którą moje pokolenie, z braku wyobraźni, tak okrutnie zniszczyło. Nie bądźcie obojętni – bądźcie żarliwi, gorący, wyjdźcie z tego zniewalającego kokonu obojętności, kto by jeszcze w nim tkwił, bo tkwienie w nim odbiera sens życia, czyni go pustym. I to jest to moje przesłanie, z którym tu do was przyjechałem – żarliwe przesłanie, płynące z jakże wielu lat życiowych doświadczeń: czy można powiedzieć więcej?

No chyba jeszcze tylko to jedno: nie zapomnijcie o tej pięknej pieśni do wielkiej muzyki Ludwiga von Beethovena, za słowami romantycznego poety, Fryderyka  Schillera,  zwanej „Odą do radości”, w szczególności o tym jej wersie, który mówi: „Wszyscy ludzie będą wolni tam, gdzie twój przemówi głos.” Dajcie z siebie ten głos, wykrzyczcie go na całą Polskę, niech zabrzmi mocno, niech usłyszą go ci, którzy swojej potrzeby wolności wciąż nie są świadomi.

Dziękuję wam gorąco, żeście mnie wysłuchali. Tego mojego jakby testamentu, który wam na tym niepowtarzalnym owsiakowym festiwalu przekazuję. Powtórzę to: myślę, że jest to testament mego odchodzącego pokolenia. Że warto! Że warto się angażować na rzecz wartości. Że tylko to daje życiu sens. Dziękuję wam: niech dobre moce będą z wami!

 

 

 

Mój Kostrzyn: LIST DO JURKA

Drogi Jurku,

Twój tegoroczny woodstokowy Wielki Festiwal Wolności przeszedł już do historii – i w niej pozostanie, co oczywiste – że też w mojej pamięci, po kres mojego czasu. Wykreowałeś coś tak wielkiego, że nie da się tego opisać, dopóki się w tym nie zanurzy, nie wmiesza w te masy wolnych ludzi, którzy wolność noszą w sobie, którzy przyjechali do Ciebie, aby tę swoją wolność wykrzyczeć, uśmiechniętych do siebie i świata, akceptujących wszelką inność, która przecież ubogaca, czyni świat fascynującym. Którym tak dogłębnie obca jest agresja, fałsz, kłamstwo, o hejcie nie mówiąc. Przyjechali do Ciebie, żeby przez chwilę być razem i poczuć, że w nich jest moc, żeby z uśmiechem zakomunikować światu, że oni sobie tej wolności odebrać nie dadzą wbrew wszelkim złym mocom, które im tę wolność chcą wydrzeć wrzeszcząc, że jakiś suweren, tłum bez twarzy gotowy sprzedać swoją wolność za tłustą miskę ryżu, jest  ponad prawem, ponad Konstytucją, która jest ich wolności gwarantem. Jurku, to doprawdy dzieło na miarę herosa – i Ty nim jesteś. A ja Ci się, po prostu, najuniżeniej za to kłaniam.

A teraz już osobiście i z wdzięcznością, na której wyrażenie nie znajduję dość słów. Zaprosiłeś mnie na to wydarzenie, bez czego dobiegającemu swego kresu starcowi nie przyszłoby przecież na myśl, żeby w nim zaistnieć. Pozwoliłeś mi się w tych niepowtarzalnych klimatach zanurzyć. Co więcej – obok przyjaźni, która między nami zaiskrzyła – okazałeś mi swoje wielkie zaufanie. Przedstawiłeś mnie tysiącom młodych ludzi zgromadzonych w tym wielkim namiocie swoje Akademii Sztuk Przepięknych, wsłuchujących się w słowa znakomitych panelistów o tym, czym jest wolność, równość, solidarność, praworządność, w sposób tak nobilitujący, że nie sposób mi ogarnąć, czym sobie na to zasłużyłem. I zakomunikowałeś tym tysiącom młodych ludzi, bez najmniejszych zastrzeżeń, że mam im coś ważnego do powiedzenia. Włożyłeś mi do ręki  mikrofon i w swoim niepowtarzalnym stylu powiedziałeś krótko: „Bogusław – masz mikrofon i zasuwaj”.

Czy zdawałeś sobie sprawę z tego, jakim było to dla mnie zaskoczeniem, jakie ciarki przeszły po grzebiecie w obawie, że zawiodę Twoje oczekiwania, że skok przez poprzeczkę, którą mi tak wysoko postawiłeś, przekroczy moje możliwości? Ale jakie miałem wyjście? No, i adrenalina poszybowała. Wyrzuciłem z siebie to najważniejsze, z czym rzeczywiści przyjechałem do Kostrzya z takim poczuciem, że to ostatnia szansa dobiegającego już szybko swego kresu starca, żeby z tą wspaniałą młodzieżą, która pozostaje moją nadzieją na przywrócenie Polski moich młodzieńczych marzeń, co się przecież już cudem działo, a na co podniesiona została łapa szaleńca, podzielić się doświadczeniem swego długiego życia, przekazać testament tych z nas, z odchodzącego już pokolenia, którym przez całe życie marzyła się demokratyczna Polska, w której „prawo – prawo znaczy”, otwarta na świat, uśmiechnięta, europejska – i marzeniom tym pozostali do końca wierni. Tak, miałem to przemyślane, przez niejedną noc, jak trafić z tym przesłaniem do woodstokowej młodzieży, jak jej to przekazać. Tyle, że było to ujęte w długą gawędę, którą przed godziną snułem adresując do nielicznej grupy, która przyszła mnie posłuchać. A tu trzeba przecież inaczej, krótko, w punkt. I myśl szczęśliwie poszybowała: wziąłem z tego pokoleniowego testamentu esencję, to co wydaje się najważniejsze – że warto, że trzeba wychodzić z kokonu obojętności, że tylko żarliwe trwanie przy obronie uniwersalnych wartości – fundamentu wspólnoty wolnych ludzi – daje życiu poczucie sensu, że nie jest ono wtedy zmarnowane.

I to trafiło do wyobraźni tych słuchających mnie tysięcy młodych ludzi: oni jakby na te słowa czekali. Przyjęli je jakże gorąco, czemu dali wyraz. Czy ja mogłem czegoś takiego oczekiwać? Nie, to przekroczyło wszelkie moje oczekiwania i do dziś nie ogarniam, skąd mi to przyszło. I nazywam ten dzień w Kostrzynie jednym z najszczęśliwszych w moim życiu. Bo ten mój wykrzyczany przekaz trafił, jest do dziś pamiętany, zainspirował, posunął ten rozedrgany świat choć o milimetr do przodu – ku wartościom, ku uniwersalnym prawom człowieka. Czy można mieć w życiu większą satysfakcję, czy można nie nazywać się dzieckiem szczęścia nawet w tej mojej terminalnej chorobie?

Ale przecież to Ty to sprawiłeś, Jurku, stwarzając tą magiczną przestrzeń, w której słowa wybrzmiewają z podwójną mocą, okazując mi swoje tak nobilitujące mnie,  nieocenione zaufanie. I jak tu znaleźć słowa, żeby Ci za to podziękować – szukam i nie znajduję, Wszystkie zbyt miałkie. Więc ściskam Cię tylko najgoręcej, Wielki Jurku, ze swoją niezawodną intuicją, jak zmieniać świat, ze swoją niezmienną determinacją przeciwstawiania się złu, kłamstwu, fałszowi, nienawiści, i ściskam Ci dłoń najmocniej, jak potrafię.

Z Tobą do końca i o jeden dzień dłużej – Sie ma!

Bogusław

My, kofederaci

Ot, taki tekst: nie wiem, czyjego autorstwa. Wpadł mi w oko i zachwycił. Więc go tutaj wrzucam, bo jakże aktualny, bo – choć w swojej retoryce spokojny – on przecież krzyczy. Konfederacja! Bez niej tej walki o wszystko, o demokratyczne państwo prawa, o powstrzymanie faszyzacji kraju, powstrzymanie katastrofy – wizji szaleńca, który widzi Polskę państwem narodowym ze wszystkimi jego toksynami, państwem wyznaniowym, obcym europejskim wartościom, wrogim wobec świata, zamkniętym na wszelką inność. Wyrzuconym na śmietnik historii. I o to jest przecież ta nasza walka! Jest pięć przed dwunastą, a nam do tej konfederacji wciąż daleko. Czy zdążymy się skonfederować – my, o-b-y-w-a-t-e-l-e, postrzegający jak na dłoni raję stanu Rzeczypospolitej? Co stoi temu wciąż na przeszkodzie? Jakie złe moce każą wciąż zwlekać? Więc wielkim głosem krzyczę „konfederacja”! Proszę, krzyknijmy jednym głosem, krzyknijcie razem ze mną!

A oto ten tekst:

„… Z poniedziałku na wtorek, 3 maja 1791 roku, w domu marszałka Małachowskiego podpisano dokument następującej treści:

„W szczerej chęci ratunku ojczyzny, w okropnych na Rzeczpospolitą okolicznościach, projekt pod tytułem Ustawa Rządu w ręku j. w. marszałka sejmowego i konfederacji koronnej złożony do jak najdzielniejszego popierania przyjmujemy, zaręczając to nasze przedsięwzięcie hasłem miłości ojczyzny i słowem honoru, co dla większej wiary podpisami naszymi stwierdzamy”.

Nazajutrz trochę fortelem, trochę przypadkiem, trochę zamachem stanu uchwalono Konstytucję 3 maja – najważniejszy dokument ówczesnej Europy.
Nie byłoby to możliwe, gdyby nie konfederacja, pod której węzłem pracował sejm – zwolniony w ten sposób od liberum veto i innych szaleństw owych czasów.
Konfederacja – bo taką mamy tradycję. Nie – wojny domowej, rewolucji, majdanu – tylko właśnie konfederacji.

Ponad dwieście lat później ta tradycja doprowadziła nas do uchwalenia obecnej Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.
Czym innym był bowiem Okrągły Stół?
Czym innym – to szerokie niezwykłe porozumienie ludzi, o wydawałoby się nieprzystających do siebie poglądach?
Czym innym w końcu – to najważniejsze nasze dziecko – urodzone przez niedojrzałą demokrację – jeszcze w powijakach?
No przecież tylko i wyłącznie efektem konfederackich tradycji tego pięknego kraju – gdzieś między wschodem a zachodem. Tego, co w nas tak zwyczajne i nieobliczalne jednocześnie.
Tego równoczesnego – niecałkowitego braku zachodniego porządku – oraz odrobiny wschodniej duszy, która zbyt mało szalona jednak, by zabić z miłości lub nienawiści.
Tej niezwykłości, której – tak nienawidząc – kochamy jednocześnie i dumni z niej jesteśmy, bo nam o niej zewsząd przypominają.
Bo jedni zazdroszczą szaleństwa, a drudzy rozsądku.

Mamy więc tradycję i potrafimy jej użyć. I choć to dziewiętnastowieczne „użycie” spowodowało, że wolności i demokracji skosztowaliśmy zaledwie przez lat kilka tylko – w dwudziestym wieku, to w końcu – na nowo konfederację zawiązując –   przywróciliśmy wolność i sprawiedliwość dla wszystkich.
I słusznie żyjemy w głębokim przekonaniu, że właśnie tędy droga.

Do mądrego Państwa wszystkich obywateli.
Do tolerancji i uczciwości.
Do normalności.
Co nas zatem powstrzymuje?
Czy nie przypadkiem – my sami?

Niczemu prawo nie jest winne, że nie jest przestrzegane – tylko my – obywatele, że prawa przestrzegania nie uczymy.
Że prawa przestrzegania nie dość stanowczo żądamy.
Że prawa przestrzeganie nie jest podstawową naszą wartością.
Że gdzieś oczkiem mrugniemy, szybkość przekroczymy, na czerwonym przebiegniemy, dziecku zwolnienie przed klasówką napiszemy, a jak odpisze na tej klasówce, to ramionami wzruszymy.
Bo prawo głupie, złe, surowe.
I jest też czasem takie, więc je zmienić może trzeba konfederacką siłą. Ale wpierw tą samą konfederacką mocą trzeba prawa przestrzegać.
Niczym świętości.

Tylko tak możemy to prawo na swoje miejsce przywrócić.
Naszą wspólną, wielką Konfederacją.
By stało się na powrót fundamentem.
Naszą codzienną Konstytucją.

W sobotę 7 maja 1791 roku marszałkowie skonfederowanego sejmu wydali uniwersał, ogłaszający uchwalenie konstytucji:
„Ojczyzna nasza już jest ocalona. Swobody nasze zabezpieczone. Jesteśmy odtąd narodem wolnym i niepodległym. Opadły pęta niewoli i nierządu.”

Szczególnie dzisiaj – publikacja takiej treści – przydałaby się nam naprawdę…”.

 

 

Mój list do Prezydenta

MÓJ LIST DO PREZYDENTA RZECZYPOSPOLITEJ

W polskiej przestrzeni publicznej zaistniało ostatnio wydarzenie, haniebne, które mrozi krew w żyłach, które wciąż zbyt mało przebija się do opinii publicznej, które wciąż zbyt mało wzbudza obywatelskiego protestu, zbyt mało obywatelskiego gniewu – jakże ubolewam! Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej objął narodowym patronatem 75. rocznicę powstania Brygady Świętokrzyskiej. Równocześnie z objęciem takim patronatem bohaterskiej Bitwy Warszawskiej. Żeby do końca zmanipulować polską historię. Żeby zmieszać w tym tyglu polskiej hańby, z którą Polacy wciąż muszą się mierzyć, to co w nim najpodlejsze z najczystszej próby bohaterstwem – morzem krwi przelanej o wolną, demokratyczną Polskę.

Brygada Świętokrzyska – formacja powołana przez Narodowe Siły Zbrojne wyłonione podczas tej okrutnej wojny przez Obóz Narodowo – Radykalny, faszystowski w swoim jądrze od zawsze, organizator haniebnych, żydowskich pogromów, pragnących jakiejś wielkiej Polski, toksycznie narodowej, nienawistnej wobec wszystkiego, co nie plemienne, Polski wstecznictwa, Polski targowicy, Polski funkcjonującej wbrew swojej najwyższej racji stanu, której niezmiennym azymutem jest przecież wolność, otwartość, europejskość. O to walczyły pokolenia Polaków. Brygada Świętokrzyska – to apogeum tej ideologii, ona miała ją podczas tej wojny w Polsce realizować, ona miała za zadanie zatruwać nią polskie dusze. To był czystej próby faszyzm i innej definicji nie ma. Że wchodziła czasem w potyczki z Niemcami? Wchodziła, bo była straszna okupacja, bo był zaborca, bo czasem tak wyszło. To był jednak tylko margines, to były incydenty. Bez żenady współpracowała z jednostkami niemieckimi na różnych szczeblach, naszpikowana agentami Gestapo, korzystająca w okresie swojej haniebnej działalności z niemieckich dostaw broni, niemieckiego wsparcia logistycznego, niemieckiego przymrużania oka na jej obecność. Nigdy nie podporządkowana dowództwu Armii Krajowej, wręcz wroga wobec wspaniałego Państwa Podziemnego – bez tej haniebnej kolaboracji nie miałaby racji bytu.

I teraz ten narodowy patronat – ten kolejny akt polskiej hańby. Protestują najszlachetniejsi, protestują dzieci warszawskich powstańców, protestuje, na razie, zaledwie garść Obywateli – jakąż mam nadzieję, że zaprotestuje nas więcej. A w swoim proteście, w swoim gniewie, w swoim oburzeniu, kreślę list do Prezydenta Rzeczpospolitej. Będzie to list pisany bez znieczulenia, bo miarka się przelała, ale nie będzie to „hejt”, a kto by tak ten tekst potraktował, będzie krętaczem usiłującym odebrać moim słowom „jedyność i prawdziwość”, bo pragnę, żeby tak ten mój list wybrzmiał. Więc go kreślę:

Panie Prezydencie,

Dokonał Pan w ciągu czterech lat swojej  kadencji niezliczonych wprost czynów dewastujących instytucje demokratycznego państwa prawa – bo to nie tylko 13 deliktów konstytucyjnych. Kto nie ślepy – przecież widzi to jak na dłoni, próżno wymieniać. Tak Pan wybrał. Nasuwa się pytanie, ile w tym Pana wyborze głupoty, o którą trudno posądzać doktora praw najznakomitszej polskiej uczelni, ile cynizmu, ile pragnienia politycznej kariery, ile osobniczej małości. Ustawił Pan się świadomie jako przystawka silnego człowieka, któremu na chwilę udało się podstępnie zawładnąć Polską, politycznego szaleńca, który ciągnie Polskę w przepaść, któremu potrzebna jest Pana kontrasygnata tego, co niecnie czyni, żeby zachować złudne pozory, że wszystko jest „lege artis”. To wielki ból, ale to można jeszcze jakoś zrozumieć podglądając historię, bo wiele jest przecież w niej serwilizmu, wiernopoddaństwa, pretorian ślepo wodzowi służących z jakichś właściwych im motywów, niezależnie dokąd wódz wiedzie.

Na Pana przyszło jednak wzmożenie, wybicie się na inicjatywy własne ujmujące w słowa obłędny pomysł Pana pryncypała na Polskę toksycznie narodową, wyznaniową, zamkniętą w kokonie plemienności i „naszyzmu” – słowa, których sprytny taktyk woli osobiście nie wypowiadać. Rozpoczął Pan od akceptacji tej myśli przewodniej rzuconej w imieniu wodza z trybuny sejmowej, od której rozpoczął się proces dewastacji demokratycznego państwa prawa: suweren ponad prawem, mając skądinąd pełne usta priorytetu prawa przed przemocą, kiedy przemawia Pan z racji swego urzędu z trybuny ONZ-tu. Suweren – nie obywatel, masa ludzka, tłum bez twarzy, oddający bez refleksji swoją nieuświadomioną wolność w ręce silnego człowieka za złudne poczucie bezpieczeństwa, za tłustą miskę strawy, wrzeszcząc – jak to tłum, któremu o nic nie chodzi – „panem et circenses”, chleba i igrzysk.

A później poszło dalej. Żołnierze wyklęci. Ten niezwykle złożony konglomerat polskiego oporu wobec dominacji sowieckiej, krótki jak mgnienie oka, kiedy istniała jeszcze nadzieja na zmianę polskiego losu. Kilkadziesiąt tysięcy ofiar komunistycznych represji – wywózki, gułag, tortury, setki wyroków śmierci. Rozpaczliwie walczący o lepszą Polskę WiN ze swoją żelazną zasadą „bez przemocy” – to Mazurkiewicz, Rzepecki, bohaterowie okupacyjnej walki zbrojnej, którzy ponieśli śmierć w ubeckich kazamatach. Dlaczego o tym się nie mówi? A jeśli już, kiedykolwiek – dlaczego niecnie wykorzystuje się ten dramat dla umniejszenia bohaterskiego czy zbrojnego okresu wojny wskazując na te ofiary, jedne przecież z wielu, jako na wiodących bojowników o wolną Polskę. Co więcej – wyłuskując spośród tych tysięcy ofiar kilka tylko postaci najbardziej kontrowersyjnych – tak, początkowo uczestników walki zbrojnej w formacjach Armii Krajowej, później jednak sprzeniewierzających się jej wielkiemu etosowi, jakże często kolaborujących z komunistycznymi władzami, obdarowywanych na krótko wysokimi funkcjami w Urzędach Bezpieczeństwa, siejących śmierć białoruskim współbraciom dlatego, że prawosławni, nie współplemieńcy, puszczających z dymem ich wioski, po dziś dzień wywołujących traumę na swoje wspomnienie u tych, którzy to wiąż w Hajnówce i setkach podlaskich i suwalskich wsi pamiętają. To Rajmund Rajs, „Bury”, to Zygmunt Szendzielarz, „Łupaszka”, to Józef Kuraś, „Ogień”, mordujący również współbraci Żydów i Słowaków. To ich prezentuje się jako narodowych bohaterów, no, ażeby uwiarygodnić historyczne kłamstwo – dorzuca się do niech bohaterów najbardziej autentycznych, patriotów najwyższej próby, kalając ich imiona w panteonie Wielkich: gen. Okulickiego, „Niedźwiadka”,  gen. „Nila” Fieldorfa, bohaterskiego rotmistrza Pileckiego, autora wstrząsającego raportu o „Holocauście”. To ich portrety wiszą w nawach polskich kościołów ślepych na zbrodnie jakich się dopuszczali – zbrodnie z rasowej nienawiści. To im urządza się celebrowane pogrzeby z udziałem najwyższych władz państwowych.

I Pan w tym uczestniczy, Panie Prezydencie. Pan przeciw temu nie protestuje, a wystarczyłoby kilka słów majestatu Rzeczypospolitej, żeby Polacy otrzymali inny sygnał: że to jest przekłamanie historii w imię obłędnej wizji „innej Polski”, której mitem założycielskim nie jest to, co najbardziej nobilituje Polaków w ostatnim ćwierćwieczu – polski „okrągły stół”, jakże niecnie wdeptywany w ziemię, idea narodowego pojednania, nasza przepustka do Europy, do wspólnoty wolnych narodów i wolnych ludzi, nasza polska agora, wspólna europejska spuścizna rozmowy ponad podziałami dążącej do wspólnego dobra. Sygnał, który Pan od początku kadencji swojego urzędu akceptuje i wspiera, jest inny, złowieszczy: że mitem założycielskim tej „innej Polski” musi być bratnia krew na polskiej ulicy, podziały, „naszość”, budzenie nieustannego lęku przed obym – nie współplemieńcem, państwo wyznaniowe zamknięte na wszelką inność.

A później poszło jeszcze dalej: Pana przyzwolenie na haniebne marsze polskich faszystów pod zwłowieszczym znakiem falangi wrzeszczących o jakiejś „białej Polsce”, domagających się śmierci jakichś „wrogów narodu”, później bezkarnie palących kukłę Żyda, wznoszących łapy z okrzykiem „heil und sieg” w dni urodzin Adolfa Hitlera, wieszający podobizny polskich europosłów upominających się o polską praworządność, tych samych, co wcześniej palili żywcem swoich żydowskich współbraci w Jedwabnym – i nie tylko tam.  Pan to akceptuje, daje temu publiczny wyraz – ani słowa prezydenckiego sprzeciwu. Nie zabiera Pan głosu, kiedy w Białymstoku dokonuje się kolejna hucpa, kiedy dochodzą do głosu siły wstecznictwa, wciąż obecna na polskiej ziemi targowica, kiedy na ludzi upominających się o swoje niezbywalne, obywatelskie prawa dokonuje się brutalnego ataku z wrzaskiem, że broni się jakiegoś kościoła sprzeniewierzającego się uniwersalnemu przesłaniu Ewangelii „obyście się wzajemnie miłowali”. Milczy Pan, ani słowa protestu wobec faktu, że tej krucjacie przewodzą politycy z bliskiej Panu formacji politycznej, którym włos nie spada z głowy.

No i tak dochodzi do tej kropki na „i”, do roztoczonego przez Pana narodowego patronatu nad rocznicą powstania faszystowskiej formacji, polskiej hańby i polskiego wstydu, czemu towarzyszy wspierające Pana kłamstwo wypowiedziane przez Pana ideowe zaplecze, szefa Urzędu ds. Kombatantów, że „…Brygada Świętokrzyska nigdy nie kolaborowała z Niemcami…”, że „…to jej czarna legenda…”. Daje Pan zwłowieszczy sygnał Polakom: droga do faszyzacji kraju zostaje otwarta. Wskazuje Pan drogę do narodowej katastrofy.

Panie Prezydencie, określa Pan tym ostatecznie swoje miejsce, jaki wyznaczy Panu historia: tam, gdzie hańba i wstyd: tego jestem pewien. Mimo tego, nie czuje do Pana nienawiści, bo nie ma nic, co niszczyłoby nasze człowieczeństwo bardziej, niż nienawiść. Chcę tylko coś Panu podpowiedzieć, może Pan z tego skorzysta: droga powrotu na dobrą stronę mocy jest zawsze otwarta. Mając wciąż te pełne usta Polski, niechże Pan się przełamie, niechże Pan wypowie to jedno zdanie: stop faszyzmowi, gdziekolwiek na świecie, a w dotkniętej nim tak okrutnie Polsce w szczególności. Tego Panu życzę. A gdyby Pan i Pana służby doszły do wniosku, że powiedziałem choć jedno słowo za dużo, że podniosłem rękę na Pana miałki majestat, że popełniłem przestępstwo – stawiam się do dyspozycji, a powiem, że nawet chętnie widziałbym się z prokuratorskim zarzutem w ławie oskarżonych. Mam co prawda mocny immunitet: wiek podeszły – jestem dzieckiem wojny, ja horror faszyzmu przeżyłem; i moją terminalną, ciężką chorobę, chętnie się jednak tego immunitetu wyrzeknę. Z ławy oskarżonych głos mego obywatelskiego protestu, mojego gniewu, mojego „non possum” wybrzmiały głośniej, donośniej niż z obywatelskiego portalu. Więc „voiila”. I tym kończę ten mój lit do Pana, Panie Prezydencie, i jakże pragnę, żeby Pan go przeczytał, co zapewne nie nastąpi.

I jeszcze tylko apel do Was, drodzy Obywatele, ludzie wolni, świadomi swoich praw, świadomi najwyższej racji stanu Rzeczypospolitej. Ci najwrażliwsi, w których poczucie obywatelstwa tkwi od zawsze; i ci, w których obywatelstwo rozbudziło się kiedy postrzegli łapę podniesioną na z tak wielkim trudem uzyskany dar od losu, demokratyczne państwo prawa; i ci, którzy dopiero budzą się z chocholego snu. Jest nas przecież wielu, jest w nas moc – niech ona teraz wybrzmi, bo larum grają. Zakrzyknijmy wielkim głosem, jak Polska długa i szeroka: stop faszyzmowi, stop katastrofie, stop tej najokrutniejszej zarazie naszego czasu. Niech dobre moce będą z nami! I na tym kończę, i jak to wszystko z siebie już  wyrzuciłem, jest mi choć odrobinę lżej.